Felieton
BARDZIEJ I MNIEJ ZNANE KOOPERACJE POLSKA – USA (CZ.2/2)
Na YouTube można znaleźć bardzo wymowny filmik, w którym kilku przypadkowo spotkanych na ulicy Amerykanów odpowiada na pytania dotyczące Polski. Koleżka przeprowadzający sondę porusza tematy odnośnie wciąż obecnego problemu konieczności posiadania wiz przez Polaków, gdy chcą oni dostać się do Stanów, pyta też co o Polsce wiedzą, z czym się im kojarzy i najważniejsze – gdzie ta Polska się w ogóle znajduje. Okazuje się, że żadna z przepytanych osób nie za bardzo miała pomysł którą część Europy wskazać, a co dopiero konkretne granice naszego kraju. Nie wiadomo oczywiście, czy Ci obywatele USA nie mieliby podobnego problemu z pokazaniem na mapie Czech czy Finlandii, ale widzimy, że w świadomości ludzi stanowiących o sile czołoweg państwa świata, Polacy nie są kojarzeni ani znani tak naprawdę z czegokolwiek. Potęgą gospodarczą nie jesteśmy, międzynarodowych przedsiębiorstw nie posiadamy (no chyba, że coś mi umknęło), a i muzycznie także nie jesteśmy raczej najlepszym rynkiem zbytu.
Artyści zza Oceanu cały czas nie do końca chyba mają świadomość, że można rapować w jakimś innym języku niż angielski, a z drugiej strony Polacy konsekwentnie twierdzą, że muzycznie jesteśmy dobrą dekadę za Stanami, a międzynarodowe kolaboracje – mimo, że obecnie jest ich coraz więcej – to ciągle nie są na porządku dziennym i wzbudzają masę emocji i dyskusji. W związku z tym postanowiłem prześledzić numery, które powstały pomiędzy artystami na linii Polska – USA i które, jak sami zresztą zobaczycie, nie do końca wzbudziły odpowiednie zainteresowanie i uznanie słuchaczy, ale znajdą się też takie, które spora część z Was będzie znała. Sprawdźcie drugą pierwszą naszego zestawienia.
Familia HP i WC, Emilio Rojas.
W poprzedniej części skupiłem się na polskich producentach, więc w tym wypadałoby wspomnieć co nieco o raperach, bo nasi rodzimi liryczni wandale także mają na koncie parę mocnych kolaboracji z kolegami po fachu z USA. Na pierwszy ogień idzie łódzka grupa Familia HP, o której ciężko powiedzieć, że jest popularna, więc tym bardziej należy docenić featuringi, które udało się im ogarnąć. W 2009 roku Emilio Rojas był młodym, szerzej nieznanym artystą, chcącym przebić się do większego grona odbiorców raperem, jednak już wtedy trzymał poziom i wydawał się być obiecującym artystą. Dzisiaj ma już sporo fanów i wciąż czeka na swoją szansę i podpisanie kontraktu z dużą wytwórnią, jednak nie zmienia to faktu, że może pozwolić sobie na zaproszenie do numeru Joe Buddena czyStyles P. Kto wie, czy w takim wypadku w 2015 rokuEmilio zgodziłby się dograćchłopakom z Familii HP, jednak w 2009 było o to z pewnością łatwiej i sprawnie to wykorzystali, przez co powstał numer "Za Zamkniętymi Drzwiami". Co ciekawe nie jest to jedyna polska kolaboracja z Rojasem, ponieważ wspólny utwór mają z nim chociażbyRap Addix czyRaca, a o wspólnej nagrywcejakiś czas temu wspominał VNM. Dużo głośniejszą ksywką (przynajmniej dla mnie przez mój ogromny sentyment do dobrego rapu z zachodniego wybrzeża) z którą mieli przyjemność współpracować łódzcy raperzy jest jednak WC. Masa świetnych numerów, bardzo równa dyskografia, nagrywki ze Snoop Doggiem,The Game'em,Scarface'em płyty zIce Cube'em. Dla ludzi szanujących klasycznywest coast z pewnością jest to prawdziwa ikona tego rapowego nurtu, więc fakt, że raper ten nagrał z Polakami jest dość sporym wyróżnieniem. Szkoda, że nie było wokół tego wydarzenia zbyt dużegoszumu, bo niecałe 20 tysięcy wyświetleń numeru "To Właśnie Jest Rap" należy rozpatrywać raczej w kategorii rozczarowania.
Malik Montana i Fat Trel, Jadakiss, Capone.
Dla ludzi słyszących pierwszy raz ksywkę "Malik Montana" w pierwszej kolejności przed oczyma staje zapewne jakiś nowy raper ze Stanów, więc część pewnie będzie nieco zaskoczona, że mamy jednak do czynienia z… Polakiem. A konkretniej z raperem o polskich korzeniach, bowiem ojciec Malika pochodzi z Afganistanu, natomiast mama jest Polką, ale w jej żyłach płynie także grecka krew. Jak doszło do tego, że "nasz" człowiek dotarł do tak uznanych i szanowanych ludzi jak Capone, Jadakiss czy członek Maybach Music Group, Fat Trel? Pomocne okazało się doświadczenie nabyte przy organizacji koncertów i wydarzeń hiphopowych, a także nawiązanie współpracy z zagranicznymi producentami, co przełożyło się na zdobycie sporej ilości kontaktów. Malik sprawia wrażenie bardzo ambitnego, głodnego artysty i wydaje się, że dotychczasowe głośne kolaboracje wcale nie są dla niego szczytem, a jedynie przepustką do dalszych sukcesów. Wynikiem tego jest fakt, że rapuje często w języku angielskim, co tłumaczył chęcią docierania dużo szerzej niż tylko do polskich słuchaczy, co miałoby miejsce, gdyby postawił jednak na nasz ojczysty język.
Kaczor i Paul Wall.
Podczas gdy Gural nie ograniczył się do tworzenia jedynie pod szyldem Killaz Group i wydawał projekty czy to z Kastą, czy solowo, dzięki temu budując swoją markę, tak na materiał Kaczora czekać musieliśmy aż do 2010 roku, kiedy to raper zaprezentował nam "Przyjaźń, Dumę, Godność". Po tylu, bądź co bądź, nieco straconych latach wypadało promocyjnie zaakcentować premierę albumu. Oprócz dość oczywistego niepisanego sloganu "członek legendarnego składu Killaz Group wydaje pierwszą płytę", a także wykręcającego sporą oglądalność klipu"Ile Dni",Kaczorowiudało sięzaprosić na projekt naprawdę poważnego gościa z USA. Co tu dużo mówić – jedna z najważniejszych postaci rapowej sceny Houston, dla wielu nawet jej legenda. Na koncie platynowe "The Peoples Champ", wspólne krążki zChamillionaire, masa nagrywek ze światową, rapową czołówką (chybawystarczy wymienić Three 6 Mafię czy Kanye Westa) i gdzieś wśród tego wszystkiego pojawił się Kaczor.Dogranie sięPaula na"Przyjaźń, Duma, Godność" wyszło bardzo spontanicznie- Panowieprzecięli się podczas jednego koncertu organizowanego w Poznaniu, spotkali się na backstage'u, pogadali i jak się okazało raper z USA nie widział żadnych przeciwwskazań, by położyć zwrotkę na album kolegi po fachu zza Oceanu. Dzień po koncercie Panowie spotkali się w studio u DJ-a Decksa, napisali wersy, nagrali i w taki sposób powstało "H-Town To Poznań". Temat numeru raczej nie powalał kreatywnością, no ale poranny kac z pewnością nie sprzyjał wenie, co także sam Kaczor potwierdził. Co ciekawe, współpraca z Wallem nie była jednorazowym strzałem, ponieważ 4 lata później, "Most Na Rzece Odkupienia" także zawierał zwrotkę gościa ze Stanów.
Roach i Kokane, Knoc-Turn'al, King T.
Roach, czyli trójmiejski (były?) raper wziął sięw zasadzie nie wiadomo skąd i jużna debiutanckimalbumie nie bawił się w żadne półśrodki atakując numerami, w których udzielili się bynajmniej nie jacyś topowi gracze z Polski, a raperzy będący niemal fundamentem klasycznego, westcoastowego brzmienia. Ciężko nie przyznać, że okres największej popularności Kokane'a, Knoc-Turn'ala i King T minął wiele lat temu i być może dla młodszych słuchaczy, będą to niestety anonimowe ksywki, jednak ludzie śledzący od wielu lat nie tylko zachodnią część sceny USA, ale także i całe muzyczne Stany powinni pokiwać głową z uznaniem. Do współpracy doszło chyba w najbardziej prosty sposób na jaki można było wpaść, czyli przez… wysłanie maili do każdego z artystów. Zarówno Roach jak i producent "Trójmiejskiego Funku", znany wszem i wobec,Sherlock, doceniali profesjonalne podejście donagrywki z kompletnie nieznanym dla nich wcześniej raperem z Polski. Oczywiście zachodnie legendy nie dograły się do numerów "LA 2 Tricity" i "Gangsta Funk" z czystej zajawki, bo przecież studio i transport do niego trzeba w jakiś sposób opłacić. Roach po premierze płyty chwalił się w wywiadach, że nadal ma kontakt z Kokane i współpraca najprawdopodobniej się rozwinie, jednak po puszczeniu singla "Ogień" z drugiego albumu w Boże Narodzenie 2012 roku i chwilowym uaktywnieniu się na jedną z minionych akcji Młodych Wilków Popkillera, raper przepadł jak kamień w wodę.
Projekt W.E.S.T. i Dr. Dre.
Jeśli chodzi o zdobytą popularność to mamy tutaj dwa zupełnie przeciwległe bieguny. Nie wydaje mi się, żebym miał bliżej pochylać się nad postacią Dr. Dre. Wystarczy przypomnieć, że z jednej strony jest to człowiek rozpoznawalny prawdopodobnie niemal w każdym zakątku świata, mający ogromną ilość klasyków na koncie, odkrywca talentów takich jak Eminem, The Game, 50 Cent, Snoop Dogg, czy Kendrick Lamar, będący obrzydliwie bogaty. A z drugiej strony grupa rapowa z kraju, który Dre miałby problem wskazać na mapie, łącząca ludzi, którzy niby puścili swój album w legalnym obiegu, jednak mimo tego jest totalnie anonimowa. Jak więc doszło do tego, że muzyczny gigant użyczył swoich produkcji na płycie nieznanych gości z Projektu W.E.S.T.? Kluczową rolę odegrała tutaj postać Mietka, czyli Pawła Miedzielca – inicjatora całej koncepcji płyty, który od wielu lat jest pasjonatem iekspertem od brzmień z zachodniego wybrzeża. Jego znajomości, które nawiązał z ludźmi z zachodniego wybrzeża USA pozwoliły mu na zdobycie dwóch produkcji Dr. Dre, z czego na albumie pojawiła się jedna, w numerze "Jestem". Bity nie trafiły jednak do chłopaków z Poznania oficjalną drogą – Mietek otrzymał je od "osoby trzeciej". Muzyka pierwotnie brzmiała nieco inaczej niż na albumie – nieco ją zmodyfikowano, by uniknąć ewentualnych problemów, gdyby numer miał jakimś cudem zatoczyć koło i trafić z powrotem do Dre (jednak na klasyczne "what's up this is Dr. Dre" miejsce się znalazło). Ciekawostką jest też fakt, że na albumie miał udzielić się syn wielkiego producenta – Curtis Young – jednak do nagrywki finalnie nie doszło.
Szejku i V Don.
Jak się okazuje nie tylko nasi raperzy i producenci mogą pochwalić się współpracą ze znanymi w wielu miejscach na świecie artystami. Ilu z Was spojrzało usłyszało kiedyś zwrotkę nieznanego rapera i stwierdziło, że sprawdzi coś jeszcze z jego twórczości? Pewnie sporo, a tylu samo spojrzało na okładkę singla czy nawet albumu i zapytało kto za tym stoi i gdzie można znaleźć inne rzeczy tego gościa? Tu pewnie nie będzie zbyt wielu rąk w górze, a jak się okazuje zwykle marginalizowani i nie wymieniani w pierwszych rzędach razem z raperami i ich producentami graficy są szalenie ważnymi postaciami w muzycznym świecie. Nasi rodacy zajmujący się plastyczną stroną albumów doceniani są nie tylko przez rodzime "gwiazdy" rapu, ale także te zza wielkiej wody. Szejku, czyli Tomasz Mielec od jakiegoś czasu buduje swoją markę w Stanach i coraz wyraźniej akcentuje swoją obecność współpracą z takimi ludźmi jak Trae Tha Truth, Smoke DZA, czy A$AP Mob (natomiast w Polsce z jego usług korzystali chociażby Braddu, Żabson czy Kuban). A już wkrótce jego kariera może pójść naprzód, bowiem 6 listopada na rynku ukazać się ma producencki album V Dona, czyli człowieka, bez którego nie byłoby "Ghetto Symphony" A$AP-a Rocky'ego, "Live And Learn (It Will)" 2 Chainza, a także "Life Is But A Dream" The Game'a. Udział Szejka w pracach nad "The Opiate" nie ograniczył się do rzucenia jakiegoś coveru singla, a wręcz przeciwnie – Polak stanął przed wymagającym zadaniem dopełnienia całości projektu "The Opiate" pełną szatą graficzną. Poczynając od wspomnianych obrazków zdobiących single, wędrując przez wnętrze płyty, a na okładce albumu kończąc – za to wszystko odpowiada właśnie Tomasz. Okej, może nadchodzący materiał V Dona nie będzie miał takiego przebicia, jak wiele wydanych w tym roku krążków, może nie zalicza się do nawet pierwszej dziesiątki najbardziej oczekiwanych tytułów w ostatnich 12 miesiącach, jednak to w ogóle nie odbiera wyróżnienia jakie spotkało Szejka. A kto wie, czy właśnie to wyróżnienie nie otworzy Tomkowi jeszcze szerzej furtki do dalszego promowania swojej twórczości na wielkim, o globalnym zasięgu, amerykańskim rynku.

Felieton
Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton
Tak się monetyzuje upadek Fagaty.
Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.
Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.
Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.
Trueman zobaczył kryzys. I liczby
I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.
Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.
Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.
Fagata potrzebuje koła ratunkowego
Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.
I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.
Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.
TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.
Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami
Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.
Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.
Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.
Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.
Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.
To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.
Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator
I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.
Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?
Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.
Felieton
Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton
Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.
Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.
Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.
Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę
Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.
To była potężna pieczątka.
Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.
Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.
Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.
Wszyscy uciekają. U Maty cisza
Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.
Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.
Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.
Wystarczy kilka zdań:
„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.
Albo odwrotnie:
„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.
Tyle.
Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie
I tutaj robi się naprawdę zabawnie.
Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.
Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.
Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.
Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.
Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.
Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?
Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.
– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.
Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Sprytne PR-owo.
I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.
Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

-
News2 dni temuDramat Karramby. 53-letni weteran rapu z Krakowa nie potrafi samodzielnie się poruszać
-
Felieton3 dni temuTrueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton
-
News1 dzień temuKarramba zmienił cel maksymalny zbiórki. Błyskawiczne tempo pomocy
-
News2 dni temuTrueman wypuścił EP-kę Fagaty & Sentino. „Zostały zainwestowane duże środki”
-
News4 dni temuWWO na Torwarze na Youtube. „Mieliśmy poczucie, że jesteśmy winni fanom świadome pożegnanie”
-
News4 dni temuEldo wzruszył się u Rymanowskiego. Opowiedział też o Karolu Nawrockim
-
News4 dni temuLewandowski udostępnił numer, w którym Bedoes nawija właśnie o nim
-
News2 dni temuJan-Rapowanie zagra w barwach Wisły Kraków. Raper wyjdzie na murawę