Sprawdź nas też tutaj

Felieton

KOMENTARZ KAABANA: Pezet vs Sidney Polak

Opublikowany

 

alt

„CHCIELIŚCIE WYDYMAĆ FREDA, TERAZ FRED WYDYMAŁ WAS” – od tego pięknego cytatu można rozpocząć tekst traktujący o konflikcie na linii Pezet – Sidney Polak. Konflikt, który rozgrywa się rzecz jasna tylko i wyłącznie o hajs, bo przecież 30sto paro letni faceci nie umieją normalnie dogadać się w kwestii podziału zysku ze wspólnego przedsięwzięcia. Ale może po kolei.

Wszystko zaczęło się zaraz po premierze płyty „Dziś w moim mieście”. To w wywiadach promujących ten album Pezet zaczął zapowiadać następny już w kolejnym, 2011 roku. Znając tempo pracy Kaplińskiego nikt w to nie wierzył, jednak jak okazuje się po czasie – prace faktycznie trwały i były na dość zaawansowanym poziomie. Wpuszczone w czerwcu „Co mam powiedzieć” wskazywało na to, że Pezet chociaż raz dotrzyma słowa i datą premiery faktycznie będzie wrzesień 2011.

 

Wakacje minęły, gimbusy wróciły do szkoły, a z „Radiem Pezet” cisza. W eter poszły informacje o opóźnieniach, zaś nowym terminem był luty 2012. Z uwagi na pojawiające się w tzw. międzyczasie zapowiedzi, z których wynikało, że na płycie pojawią się tuzy brytyjskiej sceny – Kano i Professor Green przełknąłem – podobnie jak większość słuchaczy – tę pigułkę goryczy i spokojnie czekałem do lutego.

 

Wraz z początkiem 2012 teledyskiem z Fokusem kontynuowana była promocja, a także rozpoczęła się nawet przedsprzedaż płyty – przez kilka godzin można było ją zamawiać w opcji preorderu, jednak zaraz potem została wycofana z obiegu. Po raz kolejny bez żadnych informacji ze strony Pezeta, dodajmy.

 

Przez kolejne miesiące trwały dalsze przepychanki o hajs, podczas których producent projektu nie wytrzymał i w swojej audycji w Radio Roxy urządził prapremierę „Radia Pezet”. Ta informacja nie jest jednak zweryfikowana, jeżeli takie zdarzenie faktycznie miałoby miejsce, to na bank ktoś by to zrippował, tymczasem w Internecie nie ma o tym incydencie nawet wzmianki.

alt

W końcu obaj gentelmani doszli do porozumienia i ostateczna data premiery, czyli 4 września została dotrzymana. Tuż przed zakończeniem wakacji w eter został puszczony trzeci singiel, czyli „Supergirl” na bicie Auera.

 

Wraz z premierą płyty rozpoczęła się nagonka na Pezeta pt. „Pezet, jak mogłeś”. Słuchacze mieli pretensje w zasadzie o niemal wszystko, jednak największe cięgi zbierały bity. Co i raz na forach znajdowane były kolejne dowody na rzekomą nieuczciwość Sidneya, przejawiającą się korzystaniem z gotowych paczek (co oczywiście żadnym problemem nie jest).

Początkowo Pezet dystansował się od całej sprawy, w wywiadach podkreślał, że jest/był konflikt, ale dogadali się i nie ma nad czym debatować. W miarę jak nagonka przybierała na sile, rosła również frustracja rapera i zaczęło się przerzucanie winy na Polaka. Ukoronowaniem tego był utwór z JIMKIEM:

chodzi oczywiście o wersy:

„Jeśli ktoś coś spieprzył, to na bank był ten drugi człowiek”

 

W takiej sytuacji miarka ze strony Sidneya przebrała się (wcale się temu nie dziwię), czemu postanowił dać upust w autorskiej audycji, którą prowadził w Roxy (tej samej, w której miała miejsce rzekoma prapremiera „Radia”). 28 grudnia zeszłego roku, w swojej pożegnalnej audycji producent wyłączył wszystkie hamulce i przez bite dwie godziny raczył słuchaczy coraz to lepszymi ciekawostkami zza kulis współpracy z Pezetem (podaję najlepsze):

– płyta z Małolatem została wydana, bo temu drugiemu „hajs się nie zgadzał”,

– niepublikowanie utworu z Kano z powodu rzekomego lokowania produktu (wtf?!),

– w chuja cięcie odnośnie przyjazdów do studia i featu u Bednarka.

Do annałów przejdzie oczywiście tłumaczenie Pawła pt. „jestem pijany, nie mam na wachę, nigdzie nie jadę”.

 

Bez względu na to, czy Sidney również ma coś za uszami, to jednak przed nami pojawia się obraz rapera szukającego dziury w całym, uchylającego się od obowiązków i spraw, na które wcześniej się umówił. Mimo, że rzekomo jestem psychofanem Pezeta to chciałbym tutaj bardzo wyraźnie podkreślić, iż sążnista beka z niego.

Po tej audycji Internet wrzał, pojawiły się dziesiątki obrazków z Kaplińskim (bądź oboma) w roli głównej. Oprócz tego powstało nawet wydarzenie „zbieramy na wachę dla Pezeta”. W tym momencie po stronie rapera spina była dość poważna, a menager urządzał polowanie na założyciela tegoż eventu.

alt

W końcu po kolejnych kilkunastu godzinach doczekaliśmy się oficjalnego oświadczenia z drugiej strony:

„Współpraca z Jarosławem Sidneyem Polakiem zakończyła się odpowiednią umową, podpisaną tuż przed pojawieniem się w sklepach płyty „Radio Pezet”. Przedmiotowa umowa była negocjowana przez obydwie strony i Jarosław Polak zgodził się na wszystkie ustalenia w niej zawarte.

Z tego względu wszelkie niezadowolenie z procesu powstawania płyty, nieprawdziwe twierdzenia oraz upublicznianie faktu, że „zabrakło mi na wachę w moim nowym Audi”, pomówienie o niesłowność – na przestrzeni zaledwie trzech miesięcy od premiery płyty – należy traktować jako nieudolną, histeryczną próbę zwrócenia uwagi na swoją osobę, która pozostaje jedynie w cieniu tej produkcji i nie zbiera – zapewne wyczekiwanych – pochwał.

Już w 2008 roku pracowałem nad płytą z Małolatem, a moja wspomniana wizyta w studiu Jarosława Polaka w tym roku nie rozpoczęła żadnych prac nad naszym wspólnym albumem. Nasze spotkanie w 2008 roku sprowadzało się jedynie do niezobowiązującej rozmowy na temat wspólnych, przyszłych planów muzycznych.

Oczywiste jest, że pracując nad płytą „Dziś w moim mieście” planowałem koncerty i promocje tej płyty i była ona dla w tamtym momencie najważniejsza.

Razem z Małolatem zagraliśmy z tej płyty ponad 150 koncertów, odebraliśmy złoto, a jej wydanie w 2010 roku nie wpłynęło na termin wydania albumu „Radio Pezet”.”

 

Po kolei – tłumaczenie odnośnie płyty z Małolatem nie trzyma się kupy – wszyscy dobrze pamiętamy „spalony” dysk z roku 2008, dla jasności powinno być to ujęte w powyższym tekście, bo de facto „Dziś w moim mieście” w formie, w jakiej wyszło zaczęło powstawać mniej więcej w tym okresie, o którym wspomniał Sidney.

 

Po drugie to „umowa podpisana przez Jarosława Polaka”. Wszyscy teraz rzucili się na producenta, że „przecież się zgodził”. Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że stanął on przed dylematem: albo płyta wyjdzie na nowych zasadach, albo w ogóle”. Myślę, że każdy twórca wybrałby tę pierwszą opcję. Dlatego w tej kwestii wierzę Sidenyowi. Czas negocjowania „kontraktu” również wskazuje na to, że racja była po jego stronie.

 

 

I najśmieszniejsze: „upublicznianie faktu, że „zabrakło mi na wachę w moim nowym Audi””. 30 letni chłop nie umie przyznać się, że nie chciało mu się jechać do studia. Nikomu nie zaglądam do portfela, ale bekowe jest pisanie o 150 koncertach, które przecież przyniosły mu CO NAJMNIEJ 300 000zł. To jest kwota, za którą można kupić nowe mieszkanie, a on tłumaczy się brakiem 50zł na zalanie (nowego dodajmy) samochodu. Nawet jeżeli taka sytuacja faktycznie miała miejsce, to komunikacja miejska w Warszawie funkcjonuje i ma się dobrze, o czym osobiście zaświadczam jako dumny nieposiadacz prawa jazdy.

„Odnośnie utworu o roboczym tytule „Mamy to” z gościnnym udziałem rapera Kano, chcę wskazać na dwie zasadnicze kwestie. Utwór ten nie wszedł na płytę „Radio Pezet” z dwóch powodów. Po pierwsze nie udało się zamknąć kwestii formalnych związanych z prawami autorskimi. Po drugie ja sam nie byłem i nadal nie jestem zadowolony ze swoich zwrotek, a wartość artystyczna publikowanych przeze mnie utworów jest dla mnie ważniejsza niż gościnny występ znanego rapera. Rzekomy „wers sponsorowany”, który miał zawierać ten utwór to jedynie paranoiczne nastawienie Jarosława Polaka. Nietrafiony jest argument, że zablokowałem kawałek z Kano tylko dlatego, że Jarosław Polak „wypikował” jakiś jego fragment. Nigdy na żadnej mojej płycie nie napisałem w zamian za wynagrodzenie wersu promującego jakiś produkt. Zdarzyło mi się nagrywać takie utwory w ramach kampanii reklamowych, natomiast sytuacja taka nigdy nie miała miejsca na moim autorskim albumie.
Na emisję videorelacji dotyczącej powstania utworu z gościnnym udziałem Kano, mój management posiadał pisemną zgodę wszystkich zainteresowanych. W przeciwnym razie ten materiał nigdy nie zostałby Wam pokazany jako jeden z odcinków.”

 

 

Kolejny bekowóz. Kto w to uwierzy? Kawałek z Kano wszyscy już znamy i obiektywnie byłby on jednym z lepszych na „Radiu”. Równocześnie patrząc przez pryzmat poprzednich płyt rapera i ich poziomu wmawianie słuchaczom, że ten kawałek jest słaby jest po prostu kolejnym cięciem w chuja.

„Przy okazji wskazuję także, że utwór pt. „Miejski Sound” znalazł się na płycie jako hidden track na wyraźną prośbę wytwórni EMI.”

Ciekawy jest również ten fragment. EMI wyraziło prośbę o znalezienie się tego utworu na płycie, a wiedział o tym tylko jeden z zakontraktowanych artystów? Coś tu jest nie tak i w to również nie wierzę.

„Kolejną kwestią, którą muszę wyjaśnić jest kwestia tytułu płyty. Warunkiem wydania płyty „Radio Pezet”, który postawił Jarosław Polak, wbrew temu, co mówił w audycji, było umieszczanie jego pseudonimu przy każdym utworze bez względu na to, kto produkował ten numer lub umieszczenie jego nazwiska w tytule płyty. Przy singlu „Supergirl”, który w całości wyprodukował Auer widnieje dziś pseudonim Sidney Polak.”

Jest to chyba jedyny sensowny pocisk na swojego współpracownika, którego zresztą zainteresowany nie zechciał odbić. Rozumiem, że na płytę mogły wejść też bity innych producentów, o czym mówił sam Sidney, więc dlaczego rościł sobie prawa do doklejania jego pseudonimu?

alt

„Oświadczam, że nie dograłem zwrotki do płyty Kamila Bednarka, bo nie znalazłem na to czasu i nie miałem na nią pomysłu. Każdy artysta czasem tak ma, to chyba normalne i jak wcześniej podkreśliłem najważniejsza jest dla mnie wartość artystyczna publikowanych przeze mnie utworów.”

To teraz będzie miał dużo pomysłów, na przykład zwrotkę o braku pieniędzy na wachę i rozwalonym wyświetlaczu. Jeżeli tak faktycznie by było, to jestem PEWNY, że Sidney nie przetaczałby tego na antenie. Tanie tłumaczenie, czekam na odpowiedź Bednarka.

„Co do koncertów, oczywiste jest, że ludzie którzy je grają powinni mieć do siebie zaufanie i czuć się dobrze razem na scenie. W momencie, w którym między tymi ludźmi nie ma chemii, decyzję dotyczącą składu koncertowego powinien podejmować artysta-wykonawca, a nie producent wykonawczy albumu.
Ultimatum koncertowe Jarosława Polaka sprowadzało się m.in. do tego, żeby przez dwa lata od premiery płyty „Radio Pezet” wyłączyć mi możliwość występowania i grania koncertów niepromujących tej płyty, czy też w ramach projektów, które wspieram i w których uczestniczę tj. Płomień 81 i Pezet/Małolat. Jednocześnie jego propozycja nie zakładała podobnych ograniczeń dotyczących jego występów solowych i z grupą T-Love.
Jarosław Polak otrzymuje każdorazowo wynagrodzenie producenckie z tytułu granych przeze mnie koncertów, niestety ten szczegół umknął jego „rzetelnej” relacji z naszej współpracy.”

Szkoda, że Polak w niedawnym wywiadzie dla CGM nie odniósł się do tego. Ta kwestia jest raczej nie do wyjaśnienia i trudno wierzyć którejkolwiek ze stron, wina raczej leży po obu.

 

Jak wspominałem już wyżej, po tej odpowiedzi Sidney przystąpił do teoretycznego kontrataku, konkretnie w „Programie muzycznym”, który prowadzą Rawicz i Zegler. Ten drugi oczywiście nie miał pojęcia o czym mówi, temu pierwszemu jak zwykle zabrakło jaj i zamiast rozwinięcia wątków mieliśmy wycofywanie się Polaka na pozycje „bardzo szanuję Pawła jako kumpla”, co po tak grubym pojeździe, jaki miał miejsce w zeszłorocznej audycji jest po prostu żenujące.

 

Na razie spór pozostaje bez rozstrzygnięcia, obie strony dały dupy, jednak zdecydowanie gorzej wypadł Pezet i jest to fakt. Jeżeli miał odwagę wykręcać się z przyjazdu to studia, to powinien mieć ją również do przyznania się, zamiast podłapywania żenującego wątku o benzynie. Może ktoś by to łyknął, jeżeli byłaby to jego pierwsza płyta i po godzinach dorabiałby w markecie, ale tak niestety nie jest. Poza pojedynczymi szczegółami racja jest po stronie Sidneya i liczę na to, że ostatni wywiad był jedynie nieporozumieniem i ściągnie Pezeta na ziemię (a ja napiszę kolejny komentarz).

 

Felieton

Książulo wdepnął w gówno? Były raper i Żabka pod potężnym ostrzałem – felieton

W sam środek tego burdelu wjeżdża uśmiechnięty Książulo z pizzą.

Opublikowany

 

ksiażulo pizza żabka muala

Książulo związał swoją markę z Żabką dokładnie wtedy, gdy sieć znalazła się pod potężnym ostrzałem, a jego własni fani zaczęli pytać, ile jest warta jego autentyczność.

„Każdego da się kupić, wszystko zależy od ceny” – powiedział kiedyś Janusz Tracz w „Plebanii”. I trudno o lepszy cytat na moment, w którym Książulo ogłasza własną pizzę w Żabce.

Przez lata zbudował swoją potęgę na prostym patencie: jechał, jadł i mówił ludziom, czy coś jest dobre, czy niezjadliwe. Wytykał wysokie ceny, słabą jakość, małe porcje i januszowanie restauratorów. Miliony ludzi zaczęły traktować jego kanał jak kulinarny drogowskaz. Jak Książulo powiedział, że gdzieś jest dobrze, pod lokalem ustawiała się kolejka. Jak zmiażdżył knajpę, właściciel miał problem, a nawet plajtował.

I właśnie ten człowiek postanowił teraz przykleić swoją twarz do gotowej pizzy sprzedawanej w jednej z największych sieci sklepów w kraju.

W najbliższą środę, 7 października, „Muala Pizza” ma pojawić się w tysiącach Żabek w całej Polsce. Książulo zapewnia, że nad recepturą pracował ponad rok. Problem w tym, że jego widzowie najwyraźniej nie kupili bajki o wielkim kulinarnym projekcie. Zobaczyli influencera, który przez lata oceniał cudze jedzenie, a teraz sam wchodzi na masową półkę sklepową ze swoim nazwiskiem na pudełku.

Jeden z komentarzy podsumowuje nastroje wyjątkowo brutalnie:

– Elegancko tak sprzedać swoje wartości za napakowaną chemią mrożonkę, ruch życia; I w tym momencie straciłeś na całej swojej autentyczności.

To właśnie autentyczność jest tutaj najdroższą walutą. Nie ser, nie pepperoni i nie puszyste ciasto. Książulo nie sprzedaje przecież tylko pizzy. Sprzedaje własną wiarygodność, którą budował latami na mówieniu ludziom, co warto jeść, a czego lepiej nie dotykać.

I właśnie dostał od własnej publiki potężny rachunek.

Na Książula wylało się szambo. Prawdziwe szambo z pomyjami z najgorszej budy z kebabem. Pod materiałem zapowiadającym pizzę pojawiła się ogromna fala negatywnych reakcji, a dla twórcy przyzwyczajonego do niemal bezwarunkowej sympatii widzów musi być to brutalne zderzenie ze ścianą.

Ale sama pizza to dopiero połowa problemu.

Książulo wybrał chyba najgorszy możliwy moment, żeby publicznie wejść w biznes z Żabką.

Od lat wokół modelu franczyzowego tej sieci pojawiają się ciężkie zarzuty byłych i obecnych franczyzobiorców. Mowa o długach, gigantycznym obciążeniu pracą, problemach z rozliczeniami i trudnościach z wyjściem ze współpracy. Jan Śpiewak od dawna uderza w ten model, a temat regularnie wraca w mediach. Pojawiały się również dramatyczne historie dotyczące prób samobójczych osób prowadzących sklepy.

Oczywiście sama Żabka od lat przedstawia zupełnie inny obraz swojego biznesu. Tyle że właśnie teraz ten wizerunek dostał kolejny potężny cios.

Anita Gargas opublikowała blisko godzinny reportaż „W pułapce Żabki? Tylko u nas wstrząsające relacje franczyzobiorców”. Bohaterowie materiału opowiadają o swoich doświadczeniach, problemach finansowych, wielogodzinnej pracy i strachu przed konsekwencjami zakończenia współpracy.

Chwilę później do tematu wszedł Kanał Zero z dwugodzinnym materiałem zatytułowanym „ŻABKA – DRAMAT FRANCZYZOBIORCÓW. DŁUGI, OSZUSTWA, PROBLEMY”.

I w sam środek tego burdelu wjeżdża uśmiechnięty Książulo z pizzą.

Timing wręcz katastrofalny.

Gdyby współpracę ogłoszono pół roku wcześniej albo pół roku później, zapewne skończyłoby się na standardowej dyskusji o tym, czy pizza influencera za dwadzieścia kilka złotych jest warta swojej ceny. Tymczasem dzisiaj każdy karton Muali automatycznie ciągnie też za sobą pytania o to, z kim Książulo właśnie wszedł do łóżka biznesowego.

I tu zaczyna się dla niego prawdziwy problem.

Przez lata to Książulo siedział po drugiej stronie stołu. To on oceniał przedsiębiorców. To on wystawiał rachunek za słaby produkt, zawyżoną cenę albo rozjazd między reklamą a rzeczywistością. Teraz sam jest produktem. Sam ma kontrakt. Sam ma logo na opakowaniu. Sam musi przyjąć dokładnie takie same strzały, jakie przez lata rozdawał innym.

Nie można budować pozycji gościa, który punktuje gastronomiczne absurdy, a potem dziwić się, że ludzie prześwietlają twój własny biznes od góry do dołu.

I być może Książulo stworzył naprawdę dobrą pizzę. Być może po otwarciu pudełka okaże się, że rok pracy nad recepturą faktycznie miał sens. Tyle że ten kryzys już dawno przestał dotyczyć samego smaku.

Chodzi o wizerunek.

O człowieka, który stał się gigantem właśnie dlatego, że widzowie wierzyli, że nie jest kolejną reklamową twarzą gotową wrzucić własne nazwisko na produkt, kiedy na stole pojawi się odpowiednia kwota.

Dlatego fala krytyki jest tak ogromna. Gdyby własną pizzę w Żabce wypuścił pierwszy lepszy influencer, ludzie wzruszyliby ramionami. Ale tutaj mówimy o największym kulinarnym recenzencie polskiego YouTube’a. Gościu, który de facto kreuje dziś trendy jedzeniowe i potrafi jednym filmem dać restauracji klientów na kilka miesięcy.

Książulo znalazł się w czarnej dupie, bo wszystko wali mu się na głowę jednocześnie. Jego własna publika nie przyjęła współpracy z otwartymi ramionami, a firma, z którą właśnie połączył markę Muala, mierzy się w tym samym czasie z potężnym kryzysem wizerunkowym i medialnymi materiałami, w których padają wyjątkowo ciężkie zarzuty.

Gorzej ten debiut naprawdę trudno było zaplanować.

Czytaj dalej

Felieton

Kurtyna opadła. W „Rhythm & Flow France” rap przestał być najważniejszy – felieton

Miało chodzić o rap, chodzi o sprzedaż.

Opublikowany

 

Przez

Rhythm and Flow France 5

Miało być o rapie, talencie i znalezieniu nowej gwiazdy. Tymczasem coraz bardziej wygląda to na casting do roli produktu, który po prostu dobrze się sprzeda. Nowy francuski sezon pokazał coś, czego wcześniej nie było widać tak wyraźnie: nie zawsze wygrywa ten, kto najlepiej rapuje czyli liczy się to, czy da się go sprzedać.

Minęło już trochę czasu, więc wydaje mi się, że większość z Was miała już okazję obejrzeć nowe wydanie Rhythm & Flow France 5. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, dlatego zapraszam Was do dyskusji w komentarzach. A na początek pozwolę sobie przedstawić swoje spostrzeżenia.

Kolejna odsłona, ale z inną energią

Rhythm & Flow France to kolejna odsłona bardzo popularnego formatu Netflixa, który doczekał się swoich wersji w wielu krajach. W Polsce również mieliśmy już okazję zobaczyć wersję tego programu. Francja była jednym z pionierów tego formatu. Tym razem w jury zasiedli SDM, Oli i Theodora Boss Lady – trzy osoby reprezentujące dość różne podejścia do rapu. Oli to przede wszystkim liryczna strona: słowo, warsztat, przekaz i umiejętność pisania. Theodora to z kolei znana francuska wokalistka, która przebiła się dzięki kilku hitom i viralowemu sukcesowi. To trochę ten dobrze znany schemat: artystka działająca wcześniej w undergroundzie nagle trafia na listy przebojów i zdobywa ogromną popularność dzięki jednemu dużemu singlowi. SDM to natomiast klasyka francuskiego hip-hopu i jeden z najpopularniejszych artystów we Francji. Wydaje się więc, że skład jury został skonstruowany tak, aby pokazać różne strony współczesnego rapu: liryzm i warsztat, doświadczenie w bardziej mainstreamowej produkcji oraz melodyjność i ten nowoczesny, viralowy element.

Gdzie się podział „represent”?

Od zawsze ten program opierał się na jednej bardzo starych zasadach: represent. Reprezentujesz swój rejon, swoją dzielnicę, swoich ludzi, swoje miasto, swój fyrtel. „I’m gonna put my city on a map” – również na rapowej mapie. Przynależność do konkretnego miejsca jest przecież jednym z fundamentów tej kultury. Szczególnie mocno widać to w Stanach, ale nie jest to wyłącznie amerykańska historia. Ten element był obecny również we Francji i w innych krajach. I właśnie dlatego w tym sezonie trochę mi tego zabrakło. Oczywiście między wierszami pojawiają się Paryż, Tuluza, Marsylia i inne miejsca. Nie mam jednak poczucia, żeby represent było tutaj mocnym motywem przewodnim. Co ciekawe, inne elementy, które wcześniej próbowały się przebić, ale były trochę przykrywane przez tę nadrzędną ideę „struggle”, tym razem wychodzą niestety na pierwszy plan. 

Liczy się tylko „full package”

W poprzednich sezonach bardzo mocno podkreślana była prezencja sceniczna. Mieliśmy też uczestników, przy których można było odnieść wrażenie, że wygląd, atrakcyjność i sposób prezentowania się miały nadzwyczajne znaczenie. I dotyczyło to nie tylko kobiet – mężczyźni również byli oceniani pod kątem tego, jak wyglądają i jaki mają outfit. W tym sezonie jeszcze mocniej widzę, jak ważne stało się to, jak łatwo się sprzedasz i czy da się na Tobie zbić masową pengę. Potencjał tzw. „full package” zawsze był w tym programie ważny. I got it, bo wiem, jak działa biznes muzyczny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uniwersalność i sprzedażowość stają się ważniejsze niż to, co właściwie masz do powiedzenia lub kim jesteś. Kiedy zaczynam słuchać tekstów kolejnych uczestników, mam momentami wrażenie, że słyszę w kółko to samo (każdy z nich miał przynajmniej raz słowo Benz między wierszami, nie wiem czy to jakiś product placement narzucony od Netflixa?). Nudno.

Do tego dochodzą te same melodie, podobne rozwiązania hooks, adliby i autotune. Kolejne numery, które mają być chwytliwe, łatwe do zapamiętania i dobrze funkcjonować w streamingu, ale smakują jak zakalec. Francuski rap zawsze był bardzo melodyjny. Nie jest to dla mnie żadnym problemem. Tylko gdzie tutaj jest coś innowacyjnego? To jak ryby z taniej smażalni nad Bałtykiem niby świeże, ale smażone na starym oleju. Słucham francuskiego rapu od bardzo dawna. Jestem millenialsem, więc przeszłam przez naprawdę wiele jego etapów i nurtów. I absolutnie nie jestem osobą, która uważa, że wszystko, co stare, było lepsze. Wręcz przeciwnie – zawsze byłam bardzo otwarta na nowoczesną muzykę. Ale nawet przy całej tej otwartości mam czasami ochotę powiedzieć: ile można wałkować ciągle to samo? Zwłaszcza kiedy w niemal każdej piosence pojawia się jakieś „aha”, „eee”, „uuu” i podobne melodyjne wstawki. Mam to nucić następnego dnia? Co właściwie ma sprawić, że zapamiętam akurat tę osobę, skoro pięć innych brzmi bardzo podobnie? Oczywiście zdarzają się momenty, w których tekst naprawdę daje do myślenia. Szczególnie Mischa, który reprezentuje tę bardziej klasyczną, oldschoolową stronę rapu. On zresztą wielokrotnie podkreślał, że nie chce się sprzedawać, bronił się rękami i nogami.

I paradoksalnie właśnie on wydawał mi się lirycznie o poziom wyżej od wielu pozostałych uczestników. Jego ostatni występ naprawdę mi się podobał.

W tej edycji przetestowano też nowe, ciekawe zadanie, w którym artyści oraz uczestnicy wcześniejszych sezonów słuchali utworów i wybierali ten, który najbardziej do nich trafia. Wygrał numer, który był po prostu klubowym bangerem. Taki kawałek, który łatwo zanucić, przy którym można tańczyć przez cztery minuty i który od razu wpada w ucho. Tylko czy następnego dnia ktoś jeszcze będzie o nim pamiętał? I właśnie tutaj mam największy problem z tym sezonem. Nie mam wrażenia, że oglądam program o talencie. Mam raczej wrażenie, że oglądam poszukiwanie osoby, którą można najlepiej sprzedać. 

A gdzie są sami uczestnicy?

Od samego początku ten sezon nie potrafił mnie tak naprawdę wciągnąć.

Zaczęłam zauważać, że podczas oglądania sięgam po telefon i zaczynam scrollować. A to jest dla mnie dość nietypowe, bo jeżeli coś mnie naprawdę interesuje, potrafię się mocno skupić. Tutaj po prostu nie czułam więzi z uczestnikami. W poprzednich sezonach bardzo mocno eksponowano historie ich życia. Ktoś pochodził z biedy, ktoś wychowywał się w trudnych warunkach, ktoś stracił rodzica albo musiał utrzymywać rodzinę czy pomagać babci. I oczywiście – struggle od zawsze był częścią hip-hopu. Rap wyrósł z trudnych doświadczeń i z potrzeby opowiadania o rzeczywistości. Tylko że czasami miałam wrażenie, że ten struggle był wręcz dowodem na to, że ktoś „jest ziomem”, „jest represent” i „jest rapowy”. Hip- Hop to też są przecież duże pozory. Niestety.

W tym sezonie sytuacja jest dla mnie niemal odwrotna. Nie wiedziałam, kim są ci ludzie. Nie znałam ich story, ich motywacji, tego, skąd pochodzą i jaki jest ich ulubiony kolor.

Jedna z uczestniczek opowiedziała bardzo mocną historię – mówiła o tym, że wcześniej była prostytutką. I nagle pojawił się jakiś konkretny punkt zaczepienia, coś, co pozwoliło mi ją zapamiętać. O innych osobach dostawaliśmy pojedyncze informacje, czasami gdzieś między wierszami. Ale nadal brakowało mi tej więzi z nimi. I tutaj pojawia się paradoks. W poprzednich sezonach było tego momentami za dużo: „ja też mam struggle, ten ma struggle, ta jest niezrozumiana, i on też”. Tutaj mamy niemal odwrotnie – brak backgroundu. I żaden z tych skrajnych modeli nie działa na mnie do końca.

Czy to jeszcze jest program o rapie?

Mam wrażenie, że w tym sezonie opadła pewna fałszywa kurtyna. Taka lekka zasłona hipokryzji dotycząca tego, o czym to show tak naprawdę jest. Oficjalnie mamy program o rapie. O znalezieniu rapstara, najlepszej osoby, która ma największy potencjał, aby być artystą. Tylko że z sezonu na sezon coraz mniej jest w tym Hip-Hopu. Kiedyś mieliśmy bitwy rapowe, więcej improwizacji, więcej sytuacji, w których trzeba było rzeczywiście pokazać, co potrafisz. Teraz wiele rzeczy wydaje się wcześniej przygotowanych. Mamy napisane teksty, przygotowane występy, mentorów i konkretne zadania. Sami trenerzy to zresztą bardzo liryczni millenialsi. I teraz pojawia się pytanie: czy nowe pokolenie rzeczywiście umie rapować i rozumie w ogóle ideę tego nurtu? Mischa potrafił. Był znany z open miców, potrafił pisać, miał warsztat. Tylko może właśnie to już nie wystarcza. Bo jeśli nie potrafisz się sprzedać, to czy masz jeszcze szansę wygrać taki program?

Francja kontra Włochy

Niedawno oglądałam również włoską wersję programu i tutaj miałam zupełnie inne odczucia. Włosi nadal mają w sobie rap. Cały czas czuję tam ogromne przywiązanie do liryzmu, do słowa i do tego, czym rap był u swoich podstaw. Za tymi wartościami stoi juror Fabri Fibra oraz Geolier. I właśnie dlatego kontrast z francuskim sezonem jest dla mnie tak interesujący. Nie chodzi mi o to, że oldschool jest z definicji lepszy. Absolutnie nie. Lubię nowoczesne rzeczy. Jaram się kiedy muzyka się zmienia i idzie do przodu. Tylko chciałabym, żeby wraz z tą nowoczesnością szła w parze jakaś własna tożsamość.

I co dalej?

I chyba właśnie z tym pytaniem zostałam po tym sezonie. Czy mam się cieszyć, że ta kurtyna w końcu opadła i możemy zobaczyć, o co w tym programie naprawdę chodzi? Czy raczej martwić się, że z każdym kolejnym sezonem jest w nim coraz mniej Hip-Hopu? Jestem bardzo ciekawa, jak Wy to odebraliście. Piszcie w komentarzach. 

Amanda aka @goldiethebossy

Czytaj dalej

Felieton

Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton

Tak się monetyzuje upadek Fagaty.

Opublikowany

 

trueman fagata

Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.

Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.

Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.

Trueman zobaczył kryzys. I liczby

I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.

Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.

Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.

Fagata potrzebuje koła ratunkowego

Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.

I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.

Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.

TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.

Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami

Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.

Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.

Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.

Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.

Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.

To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.

Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator

I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.

Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.

Czytaj dalej

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: