Recenzja
RECENZJA: Big Sean – „Hall Of Fame”
Płyta, która podobno zaimponowała Eminemowi, J. Cole’owi i Kanyemu to wg samego Seana „klasyk”, a to z kolei dlatego, że znajdują się tam „wartościowe piosenki”. Big Sean powinien być, wg Big Seana, wymieniany w gronie najlepszych raperów, Big Sean twierdzi też, iż Big Sean potrafiłby przyćmić na tracku Jaya-Z. Ostatecznie już w odrobinę desperacki sposób twierdzi, że jego wersy na „Control” były wyśmienite, tak jakby ktokolwiek pamiętał, że poza Kendrickiem ktoś na tym tracku tańcował i śpiewał.
Robienie dobrej miny do złej gry to istotna część raperskiego rzemiosła, pomyślałem sobie przy okazji czytania całego otoczkowego contentu do „Hall Of Fame” no i oczywiście przy okazji mowy obronnej Mike Will Made It na rzecz rapowych skillsów Miley Cyrus, która zresztą pojawia się, na szczęście wizualnie, w teledysku do „Fire”.
Pasjonującej i pełnej przygód ścieżki kariery Sean nie miał- nie wziął się tak do końca znikąd, przeszedł dość sztampowe etapy kariery, o której marzą tysiące raperów w USA (battle rap->media->żebranie u mistrza o kontrakt) i jakimś cudem zaprezentowaną Kanyemu fristajlową 16-ką zdołał wkupić się w jego łaski i wywalczyć miejsce w prestiżowej wytwórni Gayfisha.
Wydany w 2011 debiut był… chyba najlepszym określeniem jest „spoko”, miał parę plusów (Lupe na featuringu) ale i ciosy poniżej pasa dla słuchacza by się znalazły („Dance (Ass)” to track rodem z koszmarów), słowem, cede było elegancko i nienachalnie przeciętne. Pechowo w owym roku wybuchła na dobre kariera Wiza Khalifa i Maca Millera, Cartera czwartego wydał król no i mieliśmy też do dyspozycji ciekawsze płyty Wale’a czy Game’a. Album Seana nie był niestety dla niego głównym wydarzeniem rapowego roku 2011, nie zwojował rankingów najlepszych płyt, poległ też na listach sprzedaży- nie był więc to na pewno wymarzony debiut wchodzący w świadomość publiki jak nóż w masło. Ja, skoro pytacie, zapamiętałem z tamtej płyty głównie solidny wkład świetnego No I.D. w warstwę muzyczną, no dobra, niech wam będzie, Marwina i Szardonej też, i to tyle. Komu zresztą chciałoby się słuchać Seana jak można było zapętlać takie tracki?
Wracając do „Hall Of Fame” to wszystkiego mogę odmówić Seanowi- charyzmy, ambicji, IQ, ponadprzeciętnego talentu, bycia czymś więcej niż upośledzony B.o.B., ale chłopak na pewno wie, jak reklamować swoje płyty. Czego to ja się nie naczytałem o przełomowości i wyjątkowości „Hall Of Fame”... Cd miało być prezentować zgrabny balans między mikstejpowym i płytowym Seanem, miało być inspiracją dla mieszkańców biednego Detroit (które, jak wiemy, niedawno poinformowało o swoim bankructwie), miał to być niezaprzeczalny klasyk no i oczywiście przekaz dla potomnych. Pierwszy warunek został spełniony (przy porównaniu do „Detroit”), drugi mogą potwierdzić tylko mieszkańcy Motor City, ale na trzeci i czwarty kolega obywatel Anderson jest, nomen omen, za krótki i nawet oficjalne poparcie króla Detroit nie może mu pomóc.

O ile sam raper, słusznie, bywa porównywany do Drake’a, to sam album przypomina trochę „Born Sinner” z racji swojego nacisku na temat relacji z płcią piękną, acz zdradziecką wymieszanego z przemyśleniami na temat kariery i akcentami wspominkowymi.
Zdolności deskryptywnych kolegi z Północnej Karoliny niestety Sean nie ma i ciężko udawać, że czeka się z zapartym tchem na kolejną 16-kę od niego, nawet jeśli dostarcza linijki w elegancki sposób i na poważny temat, jak w świetnie dopracowanym przez No I.D. i wyposażonym w genialny refren Miguela „Ashley”, na którym dowiadujemy się paru ciekawych szczegółów z historii poprzedniego związku (m.in. tego, że kobieta włamała mu się na e-maila), związek nie skończył się oczywiście pomyślnie i kto inny będzie nosił w brzuchu małe Seany, ale sam fakt, że dziś MC uważa ową niewiastę za przyjaciela jest miłym i istotnym odstępstwem od zwyczajowej postawy raperów w obliczu takich mocno sztruksowych sytuacji (ciekawskim polecam piękny wywód Bushwick Billa w „Dirty Bitch”).
Mniej nietypowo, ale równie elegancko wyszła Seanowi krótka historia łańcuchów w „First Chain”, zawierającego zapewne najlepsze wejście w historii całego jego rapowego śpiewanctwa:
Coming from a city where bullets turn bro’s into souls
Who knew from that concrete that a rose had arose
Good girls stopped being good when I turned ’em into hoes
Dreams stopped being dreams when I turned ’em into goals
Mocno 2Pac’owskie, mocne jak na niego, po prostu świetnie złożone i ważne wersy, które pozwalają mu na równorzędny sprint z, jak zawsze dostarczającym tu świetnej jakości gościnnie linijki, Nasem.
Skłamałbym też, gdybym powiedział, że nie rozbawił mnie „10 2 10”, niebezpiecznie pogrywający sobie ze stereotypami, które mogą zaboleć niejednego Alvaro, Shabba Ranksa czy innego Wyclefowca, poparte zaskakująco bangerskim muzycznym owocem kolaboracji Travi$a Scotta i wspomnianego, wszechobecnego tu No I.D. Nieźle wypadł też singlowy i teledyskowy „Fire”, bardzo klasycznie zrobiony, prosty, hipnotyzujący podkład świetnie komponuje się z przekazem rapera oraz doszlifowany przez mistrza Diona, poruszający miejscami „World Ablaze”, na którym to usłyszymy o tym, jak wspierał swoją kobietę wobec raka piersi jej matki. Jest to jeden z najlepszych tekstowo tracków na całej płycie, a poczucie winy i lęk bardzo pomaga jego sugestywności.
Oczywiście, są czerstwe pancze, jak te z liczeniem owiec czy z dentystą, ale nikt chyba nie spodziewał tutaj wulkanu kreatywności, poziom panczlajnów znacząco się obniżył zresztą w przeciągu ostatnich lat, ciężko oczekiwać zmiany tego stanu przez pozytywnego chłopaka z Detroit. Bardziej projekt kładą naćkane tu wypełniacze, nagrane na potrzeby radia i list sprzedaży, które tak naprawdę dobrze wychodzą tylko nielicznym.
„Mona Lisa” to jawna pogarda i disrespect rzucony w twarz nie tylko przedmiotowo opisanym tu łatwym i szybkim kobietom, traktuję ten song jako jawne pogwałcenie mojego muzycznego gustu i dobrego smaku, a przecież uwielbiam komercyjne, durne i hitowe single, toczące w fekaliach po chodniku 5 elementów i klasyczny dorobek J. Dilli. Głupkowate acz radosne „MILF” angażuje jedną z najbardziej puszczalskich i nieudanych kreacji rapującej tu gościnnie Nicki Minaj, a po „Sierra Leone / Greedy Ho’s” obiecywałem sobie znacznie więcej, biorąc pod uwagę symbolikę tego kraju w innych utworach raperów (aż dziwne, że autor „Diamentów z Sierra Leone” wyraził na to zgodę). Jak się dobrze nad tym wszystkim zastanowić, to obecny na takich trackach Sean jest niestety chyba bardziej wiarygodny niż ten zamyślony, co może być dość smutną konstatacją.
Nie będę mimo tego zaprzeczał, że MC poczynił postępy, zwłaszcza porównując warstwę liryczną omawianej tu płyty i debiutanckiej „Finally Famous”, słychać to w szerszym wachlarzu tematycznym i słyszalnym progresie w przekazywaniu słów z kartki. Sean, przy swoich wadach, potrafi teraz poruszyć istotny i głęboki temat, nie próbuje nagrywać samych singli i można nawet spotkać tutaj zróżnicowanie klimatyczne, które nie jest tylko i jedynie zasługą producentów. Nie wiem co się z nim działo przez te kilka lat, ale chłopak stał się bardziej wszechstronny i „Hall Of Fame” można naprawdę z przyjemnością wysłuchać biorąc jedynie drobną poprawkę na brak osobowości gospodarza, no i na fakt niezrozumiałego zaprzeczania odbycia stosunku płciowego z nietrudną przecież Nicki.

Tym, co może przeciętnego Polaka, dla którego świat kończy się na Huczym Huczu (? Huczu Huczym? Hucz Huczu? może w ogóle bez odmiany?) i Grubym Mielzkym, zachęcić do powrotu do płyty, to dopracowana i udana warstwa muzyczna. Jedną z głównych ról grają tu różnie zaaranżowane klawisze i zazwyczaj wychodzi to stylowo i apetycznie. W „Ashley” uspokajają a w „Toyota Music”, zrobionym przez, znanego z Chiddy Bang, Xaphoona, bujają głową i cieszą swoją space’owością. „MILF” to naturalnie syntetyczny uppercut bez ostrzeżenia wdzierający się nieubłaganie w pamięć, a „Beware” z racji featuringu Lil Wayne’a zajeżdża na kilometr young-monizmem. No I.D. na „You Don’t Know” jest znowu bezbłędny w 100%, mocne basy wspomagające klasyczny sznyt i wypiczowany refren składają się na zadziwiająco radiowy i jednocześnie surowy w brzmieniu kawałek. Praktycznie o każdym songu można by napisać coś dobrego, nawet trapowa „Mona Lisa” wpada w ucho bezboleśnie i komfortowo, nic nie zostało spartolone, co dowodzi, że Kanye West jako producent wykonawczy to w dalszym ciągu bardzo dobry pomysł. Strach pomyśleć jak brzmiałaby ta płyta, gdyby Yeezus nie czuwał nad nią z karcącym spojrzeniem.
Ciekawym jest też fakt, że jeden sampel został tu wykorzystany dwa razy, co prawda większość w skicie, ale co tam, ważne, że wikipedię czytam bezbłędnie.
Czytając wikipedię można też zobaczyć, że znowu na liście producentów pojawia się nadworny grajek Seana czyli Key Wane no i to, że wśród osób odpowiedzialnych za powstanie jest polskie nazwisko- Kacper Kasprzyk, ujawnij się!
Nie mam nic przeciwko płytom, które tak naprawdę ratuje świetna muzyka- o ile od dawna jestem rozdarty przy odpowiadaniu na pytanie „co ważniejsze? bity czy teksty?” z jednej strony mając przed oczyma kochanych Canibusa, Killa Priesta czy K-Rino a z drugiej królów Lil Wayne’a, Jeezy’ego (obecnego tu zresztą, już bez niepasującego mu obecnie przedrostka) czy Rossa, to dobrej fonii, opartej na profesjonalnej robocie poważnych ludzi nigdy mi za wiele. Wiele dzięki temu „Hall Of Fame” zyskuje, nawet jeśli majorsy faktycznie, o ile wierzyć Macklemore’owi, dymają raperów w czoko na każdym kroku, to chociaż robią to bardzo stylowo.

Każdy zna trochę zdarty już cytat z masona Boya-Żeleńskiego o tym, że niemożliwym jest wskazanie czegoś bardziej przeciętnego niż przeciętny katecheta, i ten zacny aforyzm, przeniesiony na teren gadających do sampli murzynów, towarzyszył mi podczas odsłuchiwania „Hall Of Fame”- ciężko jest wskazać rapera przeciętniejszego od Big Seana. Coś jednak ten album w sobie ma, może to być wypadkowa kilku naprawdę genialnych wstawek od No I.D. i faktu, że raper jest sympatyczny i niezbyt pretensjonalny w swojej twórczości. Nie jest na pewno najbardziej uzdolnionym z dostępnej Kanyemu pepiniery, niemniej hip hop potrzebuje takich płyt-zapychaczy, by odetchnąć w przerwie między premierami gigantów- Jaya, Kanyego, Drake’a, Eminema. 4, może 5 tracków zapamiętam bardzo ciepło, to znacznie lepiej niż w przypadku debiutu, jak można wywnioskować może być tylko lepiej w przyszłości.
Szkoda tylko, że murzyni koniecznie muszą tak świrować z tymi zapowiedziami swoich projektów- czekam na jakiegoś szczerego gracza, który po prostu przyjdzie i powie- jestem średniakiem, nagrywam średnie płyty, jestem średniego wzrostu a moja kobieta to 5/10 w skali ogólno-dygnął-mi-światowej. To nie takie trudne, cholera, ja jestem średnim recenzentem, na glamrapie czytają mnie zazwyczaj przygłupy i nie mam jakoś ochoty robić z siebie drugiego wcielenia Joyce’a.
A tak, to po tym co Sean zapowiadał, to spodziewałem się czegoś przełomowego (może pierwszej w historii rapu płyty z dwoma, alternatywnymi zakończeniami, zależnymi od wyborów słuchacza podczas jego wędrówki przez kolejne tracki?), a dostałem to co kurwa zwykle i nawet beka z Romana Kołtonia deptanego przez Hajtę mnie nie ucieszyła. Chciałem sobie robić więcej takowych podśmiechujek z Seana, kombinować jak rozbawić was do łez przekręcając „Big Sean” na „Boenisch”, ale w ostatecznym rozrachunku nie zasługuje chyba ten człowiek na jad, którym niektórzy go sowicie obdarowują. Na pewno jest wdzięczniejszym i ciekawszym przydupasem niż Tony Yayo i bardziej przyjaznym uchu przydupasem niż Memphis Bleek, dlatego zanim go skreślicie- dajcie szansę jego nowej płycie. Dobry przydupas jest bowiem jak zdrowie. 3,5/5
Plusy:
– udana warstwa muzyczna
– zauważalny progres gospodarza
– dobrze dobrani goście (z akcentem na refren Miguela)
Minusy:
-… bez akcentu na Nicki Minaj
– raperowi brak charyzmy w głosie zdolnej uzasadnić bezczelność w jego lyricsach
– wypełniacze
– zapowiedział klasyk, nagrał średniaka
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja
„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.
Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.
Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”
„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.
Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi
Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.
Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny
Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.
Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca
28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.
Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom.
Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.
My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW! 28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.
Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:
„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.„
Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”
Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!
W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.
Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.
Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.
“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”
W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:
„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.
W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.
“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.
„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja
Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?
Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.
“To już nie muzyka, którą pokochałem
Nieziemskie geny i do tego talent
Jestem poetą z milionem wad
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”
Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.
I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać
Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.
Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat
„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja
„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem.
Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.
Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.
Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.
Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.
Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.
”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Sapi Tha King „Wado Loco”: Odklejenia korposzczura – recenzja
Próg wejścia do rap-gry to nieśmieszny żart.
Każda recenzja wymaga ode mnie przynajmniej kilkukrotnego przesłuchania ocenianego materiału. Nieraz kilkunastokrotnego. W międzyczasie sporządzam notatki i spisuję luźne myśli. Naturalnie rzecz biorąc, pierwszy odsłuch daje mi ich najwięcej. Chociaż najbardziej wnikliwe obserwacje przychodzą dopiero z kolejnymi godzinami. No i tak sobie spoglądam na moje notatki po czterech pierwszych numerach „Wado Loco”: Seplenienie, gubienie rytmu, udawanie, że potrafi śpiewać + problemy z tempem i tonacją. Wiem już, że to będzie uciążliwa recenzja. Przed wami debiutant. Sapi Tha King.
“Jebać stare baby, jebać stare baby, jebać stare baby.
U u a a po co dzwoniłaś na psy, kurwa?”
Może Sapi ma problemy z prawie każdym aspektem muzycznym, ale za to porywa głęboką liryką. Nie no, żartuję. Jest taki numer jak „Zamknij ryj”, w którym Sapi zapewnia, że żadne komentarze go nie bolą. Totalnie nie obchodzą. Żadne. Dlatego pełen emocji nagrywa numer, gdzie obraża osoby, którym nie podoba się jego muzyka. Rzuca przy tym pełną gamą obelg i wyzwisk. Skoro tak bardzo ma to w poważaniu to, z jakiego powodu tak sfrustrowany o tym nagrywa? Pytanie retoryczne, wszyscy znamy odpowiedź. Jednak najbardziej mnie zaintrygowały wspomnienia z pracy w korporacji IT. Na przykład w kawałku „Baba z HR” nasz bohater recenzji żali się, że chcieli go zwolnić za przychodzenie pijanym do pracy. Poważnie. Dziwi się on też temu, że na spotkaniach integracyjnych ludzie pozwalają sobie na zabawę, a w zakładzie pracy to już niezbyt. Innym razem pojawia się temat wyzysku i pracy na czarno. To akurat są tematy z kategorii poważnych. Jednak budowanie wokół siebie otoczki korposzczura z ilością odklejeń na poziomie Malika Montany, zupełnie rujnuje sens podejmowania takiej problematyki.
“I k*rwa teraz siedzisz taki sfrustrowany, że my mamy takie durne wersy.
K*rwa nie masz roboty, siedzisz u matki.
Jedyne co jej dorzucasz to k*rwa pranie do pralki.
Ty j*bana parówo, śmieciu. Jesteś nikim”
Techniką Sapi też nie grzeszy. Wiele rymów jest do przewidzenia, jeszcze zanim padną z ust rapera. Zupełna amatorszczyzna. A są jakieś plusy albumu „Wado Loco”? Znajdą się. Utwór „Królowa manipulacji” porusza arcy ważny temat współczesnych relacji w geocentrycznym świecie. Wiecie – mężczyzna zły, kobieta dobra. Nigdy na odwrót. Jakbyście czytali Onet i w jakimś kosmicznym otępieniu stwierdzili, że jego pseudoredaktorzy mogą mówić z sensem. To właśnie o takiej nowoczesnej patologii traktuje ten numer. Z kilometra też czuć od Sapiego mocne przywiązanie do miejsca wychowania. Wplątywanie swojego pochodzenia między wersami, zawsze jest mile widziane w rapie. Nie można też raperowi odmówić charyzmy, która to konsekwentnie buduje autentyczność wokół jego persony. O i jeszcze dwa słowa. Kubi Producent. Bo to on podjął się wyprodukowania wszystkich bitów na ten album. Świetna robota. Gościnne zwrotki położyli natomiast Fukaj i Kizo. No i tutaj chciałbym zwrócić uwagę na tego pierwszego pana. Chłopak, który jest moim zdaniem autorem najgorszego albumu wydanego nakładem SBM Label, nagrał zaskakująco porządną zwrotkę. Prawdopodobnie najlepszą w swojej dotychczasowej karierze. Jeszcze może coś z niego być. Kibicuję.
„Robiłem strony internetowe, configi portów i także grafiki
I cały czas darłeś mordę, straszyłeś brakiem pensji, zamiast zachęcić
Myślałeś, że mając monopol w tym mieście, możesz swoich podwładnych tępić
Chuj ci do mordy, ty stary chamie, jeśli teraz dziwko to słyszysz”
Poziom polskiego rapu leży. Rok 2023 jest wyjątkowo felerny pod tym kątem. Popularność takich person jak Sapi Tha King jest jedynie tego smutnym potwierdzeniem. Gdzie jest biuro ochrony rapu, kiedy jest naprawdę potrzebne? Próg wejścia do rap-gry to nieśmieszny żart. Szczerze, to z coraz większym zaniepokojeniem obserwuję takie ekscesy. Mam spore obawy przed tym, aby takie albumy miały być codziennością na scenie. To nie jest żaden performens wychodzący przed szereg. To wymizerowany produkt. Jednak nie skreślałbym jeszcze Sapiego. Tha King pomimo tego, że aktualnie kuleje w tworzeniu muzyki — przynajmniej próbuje iść własną drogą. W przyszłości mu to zapewne zaowocuje. Ale patrząc na “Wado Loco”… to zdecydowanie w tej dalszej przyszłości.
“Byłaś największą brudaską, jaką poznałem
Stawałem na końcu chuja, a w zamian chuja dostałem
Tyle razy myślałem, że sam odwiedzę Ostrawę
I pojadę na kurwy, jeszcze przed karnawałem”
Ps: A myślałem, że po „Kici Meow” Reto i Leosi już nic gorszego nie usłyszę.
Ocena płyty Sapi Tha King „Wado Loco”:
Tracklista
- Nawet jeśli nie wyjdzie mi z rapem
- Jestem młody
- To wszystko dała mi branża IT
- 10K20K
- 200km/h (Unreleased)
- Baba z HR (Unreleased)
- Terabajt
- Mimo że dzwonisz
- Zamknij ryj (Unreleased)
- Chcę mi się pić (Unreleased)
- Królowa Manipulacji
- Pytasz mnie czy zaufam? (Unreleased)
- Służbistka
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
News3 dni temuJongmen na wolności: ekstradycja i list żelazny za 100 tys. zł
-
News4 dni temuJay-Z i Pusha T pojawili się w dokumentach Epsteina
-
News3 dni temuNigdy byście nie zgadli, skąd wzięła się ksywką Dawida Obserwatora
-
News1 dzień temuDawid Fazowski: „Zaproponowałem Peji wspólny wyjazd”
-
News3 dni temuRodzinna tragedia Snoop Dogga. Nie żyje jego wnuczka
-
News2 dni temuKali zawiózł Popka do psychiatryka: o więzieniu, bankructwie, Quebonafide i Firmie
-
News1 dzień temuGabi o Bonusie RPK i Grande Connection: „Nie wynajęłam detektywa”
-
News4 dni temuNaparzanka polskimi raperami. Chłop stworzył darmową gierkę do rozwiązywania beefów