Sprawdź nas też tutaj

Felieton

KOMENTARZ: Polski rap jak Gra o Tron…

Opublikowany

 

Upaliłem się, a co, mogę… wolne mam. Wyłączyłem Xboxa, wyłączyłem steam'a (wszystko z łóżka – poco wstawać?) i mając za sobą najtrudniejszą rzecz czyli nooo…. kurwa, gubię wątki coraz częściej. Dobra chwila.

Chwila później….

 

Ok, jestem. Mając najtrudniejszą czynność za sobą, czyli jednak wstać – nalać soku – wrócić do łóżka. Odpaliłem Youtube w celu pooglądania filmików z Kotami – nie wiem, ale koty po zjaraniu są śmieszne, serio… muszę sobie kupić – i jaranie i kota. Zwłaszcza taki kot co no, drugiego kota spycha ze schodów – linka dam na końcu to będzie można sobie zobaczyć jak ktoś nie widział – ale nie zmuszam, jak ktoś nie chce to nie.

Wracając do tematu. Po godzinie zmarnowanego czasu i spaleniu kolejnego jointa przełączyłem się na tryb "co tam słychać w polskim rapie". Obadałem nowości i tak mnie naszło, że cały ten no, polski rap, to taka swojego rodzaju gra o tron, jak zauważył palący ze mną ziomek kiedyś (znaczy kiedyś palący i kiedyś zauważył – po prostu mi się przypomniało) brak tylko tak dużej ilości cycków i jeszcze nikogo nie odjebali (a w końcu kogoś zajebią – i mamy już nawet własne typy kto będzie pierwszy), także szykować się na ujarane przemyślenia na temat polskiej rapowej sceny – podziemnej i mainstream'owej. Płyńmy.

Cała scena to swojego rodzaju gra, każdy zaczyna jako pionek – a jak myśli, że nie, bo jego rodzice mają jakiś dorobek i będzie mu łatwiej – to mają jeszcze bardziej przejebane. Ot niefart. Taki zaczynający "janusz" ma marne szanse wybić się ponad "bekowo" jeśli nie pierdolnie się w ten głupi łeb i zrezygnuje z pomysłu wrzucenia swojej drugiej nagrywki do sieci, albo wysłania je na jakieś konkurs bardziej znanego "janusza". Ja ten błąd niestety popełniłem (ehhh młodość), na całe kurwa szczęście bez klipu itp, dlatego rozeszło się po kościach – wszyscy olali, tylko kumple się nabijali – Shit Happens. Próbować jednak nie można przestawać – polecam jednak na dysk… przez minimum pół roku, albo nawet więcej, można opcjonalnie puścić zaufanemu kumplowi – ale podsyłać nie polecam – wiemy jak to po pijaku potem jest. ("Ej coś wam pokaże!").

Jeśli "janusz" nabierze już trochę pokory, zauważy, że trzeba siadać w bit, a teksty nie będą opierały się na jebaniu policji na czasownikach, zacząć może walkę na swoim podwórku – street cred zbiera się na początku lokalnie – jak doświadczenie w rpgach – wyższy level – wyższe rozpoznanie – i tak dalej i tak dalej. Mechanika taka sama jak w mainstream'ie tylko na mniejszą skalę.

No to teraz przerwa techniczna bo schodzi mi faza….

 

Wracamy, i tak. Powiedzmy, że nasz "janusz" dotarł do mainstream'u, jest znany, ma ekipę albo jest w wytwórni. "Janusza" możemy już więc olać – nie dosłownie – nie wypada, chyba. Skupmy się na mechanice. Dzieje się ostatnimi czasy dużo – wręcz można powiedzieć, że trwa wojna domowa – niestety głównie facebook'owa – again Pierdolona Era Facebooka. Co chwila lecą jakieś pstryczki w nos, w trackach też ktoś walnie od czasu do czasu jakiś celniejszy punchline (albo mniej celniejszy patrz – Aspiratio Crew).

 

Jak już jesteśmy przy Aspiratio Crew, to na warsztat weźmiemy sobie SB Maffiję, która aktualnie (można się z tym zgadzać lub nie, ja raczej się zgadzam) piastuje dość wysoką pozycje na scenie. No może poza tym jednym takim co nawet nie wiem jak się nazywa – mały taki, coś tam z hajsem była z nim afera – no offence, ale nie mogę go słuchać. Mimo początkowej niechęci do nich, docenić trzeba fakt, że chłopaki poradzili sobie śpiewająco, wybili się, i trzymają aktualnie formę życia. Głównie z 2 powodów:

Punkt A: Raper to jest no, raper – a nie pieprzony felietonista na facebooku – załatwia problemy na bitach, i jego zadanie to sprowadzić przeciwnika nisko, bardzo nisko.

Punkt 2: Pozytywne myślenie daje pozytywne wyniki – w tym wypadku to działa na zasadzie pozytywne myślenie o sobie jako o najlepszym raperze ever. (Każdy raper tak myśli, i jak się mówi, że nie mają to jest to bullshit, bo każdy tak myśli. Rzekłem.)

 

Moja przekmina jest taka – każdy ma jakiś swój genialny plan, niekoniecznie sądzę, że każde posunięcie jest planowane: – ooooooo mariuszku! A teraz tu pierdolniemy punchline, on nam odpowie, potem my to, i on wtedy to, ooooo kurwaaaaaa, jaram sie.

Plan jednak jakiś zawsze jest, może to mało odkrywcze, ale jak przez taki pryzmat patrząc na scenę można dojść do ciekawych konkluzji (jakie ładne słowo). Konkluzje chciałbym napisać ładnie ale siada mi myślenie – sorry.

Osoby traktujące rap poważnie, bez dystansu, jako coś wielkiego i w ogóle stawiającego go na równi z religią albo kij raczy wiedzieć czym jeszcze, szybko kończą "strollowane" przez nową szkołę, która pierdoli wszystko i interesuje ją tylko zrobienie największego hałasu. Takich delikwentów – (co biorą rap full poważnie) później chuj strzela z pistoletu, co społeczność internetu rozbraja jeszcze bardziej (pozdro Eldo). Dlatego chłopaki z SB (jak się nie doda Maffija, to brzmi to dziwnie, ale nie dodam, już mi się nie chcę.) radzą sobie wyśmienicie na "nowej" scenie.

 

Zdobywanie "władzy" w ten sposób jest czymś całkowicie innym, czego starsze pokolenie nie rozumie (bo oni tworzą ambitną muzykę dla ambitnego słuchacza, który pamięta czasy Kalibra – a taki chuj! bo takich słuchaczy jest coraz mniej) z drugiej strony trudno wymagać od 40-latniego faceta (mającego rodzinę, albo psa) żeby zachowywał się jak wyswagowane pokolenie nowych graczy. Innymi słowy śmierć naturalna jest nieunikniona i naturalna dla nich – tak wieszczę ja.

Dezinformacja (do dziś nie wiadomo co to było z tym Lankiem i passami do kanału SB), spiskowanie i kosy w plecy można wyjąć żywcem z gry o tron. Na przykład na przykładzie beefu z Deysem gdzie wypłynęło pełno "brudów", albo dziwnym zapewnieniom Sulina, że pokaże "brudy" na Bonsona – biedny chłopak pewnie myślał, że Bonson się przestraszy, zadzwoni z soróweczką, a tu wał, i nic nie pokazał Sulin nam – czuje jakiś "spiseg".

Tron jest jeden, co prawda nie z mikrofonów poległych raperów – a można by taki zrobić, tyle że nie z poległych, bo tych mamy mało, ale z przegranych (a tych już cała lista – kiedyś opublikuje). A "królów samozwańców" każdego dnia coraz więcej… Kto zasiada więc na aktualnym tronie? Mogę napisać, że Tomb – będzie źle, mogę napisać, że Tede – będzie źle, mogę napisać że Quebo? – będzie źle. OSTRy? Będzie źle, i że się nie znam, no może się nie znam, nie wiem.

Zasiada ten kto ma największe poparcie "ludu", a aktualnie takie + najwięcej hałasu w około siebie robi SB Maffija – taka prawda. Wiem za to, że w stanach króluje nieprzerwanie King Mathers – i nikt mi kurwa nie powie, że jest inaczej. Stany to jednak w ogóle inna bajka. Tam już dawno pojawiły się cycki przerastające liczbowo GoTa, i co chwila kogoś odstrzelą. Plaża.

 

Wracając jednak do Polski – każdy początkujący raper patrzy z błyskiem w oczach na iluzoryczny "tron" i "koronę", niestety zazwyczaj kończy bawiąc się "berłem" do własnych tracków – taka rzeczywistość. Again, sorry. Ci, którym udaje się wybić znajdują sojuszników, bo jak to napisał mistrz Sapkowski – "samemu to dobrze wychodzi tylko samogwałt".

Jest trochę chaotycznie ale czego spodziewać się można od gościa, który właśnie skończył palić trzeciego jointa z Amnezją. (I to bez tytoniu – nie żebym się chwalił – fajek po prostu nie mam.) Dobrze, że pamiętam o czym piszę.

Tak czy tak, jakbym miał porównać polską rap scenę do gry o tron – i to dość dosłownie – to tak kurwa właśnie zrobię! A co mi tam. Porównanie polskiej rap sceny do rodów w grze o tron (na podstawie serialu, bo książek to już kurwa chyba nikt w tym świecie nie czyta – a szkoda). Jedziemy:

Starks – Stoprocent, bo: Zgrani, technicznie trzymają poziom, poza poziomem trzymają też Szczecin, nie za bardzo interesują ich przepychanki reszty ekip chyba, że są w nie zamieszani.
Baratheon – Step Records, bo: Niby są dobrzy tam jakoś, niby coś tam przy tronie się kręcą, i hajs im się zgadza, ale tak naprawdę to są nijacy i za bardzo niczym się nie wyróżniają ot tak o są, dla tła.
Martell – QueQuality, bo: Pojawili się późno, i to za sprawą strasznie charyzmatycznego gościa, który namieszał i rozpierdolił parę osób, do tego mają dziwne fazy, których nie wszyscy tolerują.
Lannister – Prosto, bo: Hajs się zgadza konkretnie, silna liczba graczy których się lubi (Sokół, KęKę, etc.) I paru, których się nie trawi (np. KaeN).

Tyrell – Fandango, bo: Chcieliby uchodzić za nie wiadomo kogo, trzymać władzę nad wszystkimi – rzucając przy tym puste groźby, których nikt nie traktuje poważnie (eeee jak to było…"Eripe na oczach całej polski zje kutasa" – bitch please.)
Greyjoy – Koka Beats, bo: Kiedyś to było o nich głośno – ale głównie za sprawą lidera, mieli władzę i możliwości, a potem "pan i władca" się zestarzał, i chuj wszystko strzelił, cicho o nich jak w 4 sezonie GoTa.

Targaryen – Wielkie joł, bo: Jest ich dość mało, (a dla wielu to tylko jedna osoba tam jest) oddzielili się trochę od reszty, próbują coś tam działać, a Tede rośnie mimo wszystko w siłę, smoków nie ma, ale ma WuWunia – taki Tyrion, tylko wyższy i trochę głupszy. I Sir Micha – nawet ma Sir już dodane. Aaaa no i Tede – wielu go uwielbia ostatnio, i wielu nienawidzi i chciałoby, żeby zamknął mordę. Mi tam to lotto szczerze mówiąc. Nic nie mam do gościa i jego muzyki – taka dygresja.

Arryn – MaxFlo, bo: Tak siedzą tam u siebie, nie wychylają się za bardzo, i Buka coś ostatnio za bardzo wyje, więc tak mi się skojarzyło z tą jak jej tam jak spadała.

Tully – Alkopoligamia, bo: Wrażenie jest jakiegoś tam większego zżycia między nimi, tak o, i musiałem coś wymyślić tu, bo akurat to w Grze, to za bardzo się nimi nie przejmuje.

Bolton – SB Mafija, bo: Są pojebani, a beefami pokazują, że jak kogoś dopadną i nie na niego "uwezma" to good luck have fun. Dużo osób ich nie trawi, równie wiele uwielbia, na przykład właśnie za to. A ja dalej nie mogę wyjść z podziwu na ich progres – kiedyś jak słyszałem, że wychodzi coś od SB to bez jarania w ogóle było, potem udowodnili mi, że są dobrzy.

Frey – RPS, bo: no kurwa… nie, nie będę pisał, ale jako bonus dodam, że jak Freyowie blokowali przeprawę przez rzekę, tak Ryszard blokuje Jackowi Poznań.

Nights Watch – Asfalt Records. bo: trzymają poziom, w dupie mają innych i robią swoje, przez co ogólnie się ich szanuje i nie wtyka nosa w ich sprawy.

Mógłbym tak wymieniać dalej, ale mi się nie chce, i tak jestem wielce zdziwiony że chciało mi się coś takiego napisać, przecież to trzeba mieć najebane, ehh.. pierdole, idę oglądać koty na YT.

Oczywiście mam świadomość, że jeśli ktoś to przeczyta, to można napisać, że mnie pojebało, bo on uważa inaczej (albo nie uważa, ale i tak mnie pojebało i jestem zjebany – hejting dla hejtingu zawsze spoko) także no, nie brać do końca wszystkiego na poważnie, tekst nie miał chyba na celu nikogo obrazić (może miał ale już o tym zapomniałem – ehhhh kochana Amnezja) a jak ktoś się obraził, to znaczy, że to jego pojebało.

To ja ten, płynę gdzieś dalej, zwłaszcza że mam urlop, (taaaaak kurwa, wbrew wszelkim przesłankom mam pracę… mówiłem, że zawsze da się znaleźć miejsce gdzie będą płacić za opierdalanie się? Mówiłem.) to do następnego portu.

 

Jakby coś, i ktoś by był na tyle wariat żeby uznać że to się spoko czytało to no – na blogu więcej tekstów ujaranego pióra – statekopti.blogspot.com. Aaaa ten, no P.S. To tu wrzucam ten link z kotem co 2 spycha ze schodów… no kurwa przecież to jest zajebiste! 

__________

Tekst nadesłany przez czytelnika. *Cykl "Komentarz" jest subiektywną oceną wydarzeń ze świata Hip-Hopu. Jeżeli Ty również chcesz podjąć się jakiegoś tematu, który ma zostać opublikowany w tym cyklu, prześlij do nas gotowy tekst na adres kontakt@glamrap.pl

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: