Sprawdź nas też tutaj

Felieton

To jest (prawdziwy) hip-hop! Redefinicja |FELIETON

Opublikowany

 

W ciągu ostatnich osiemdziesięciu godzin spałem może z dziesięć. Powiedzmy, że wziąłem sobie do serca słowa moich nadopiekuńczych przyjaciół, którzy powtarzają, abym w końcu zaczął odbębniać te regulaminowe osiem godzin. Tyle słowem wstępu. Nie chciałem umieszczać żadnego – z natury nie lubię się podporządkowywać zastanym regułom, ale prawdziwy hip-hop to bazowanie na fundamentach! Wstęp zatem pozostanie.

Podczas łóżkowej absencji wziąłem udział w ostatecznie cudownym festiwalu HIP HOP Elements Częstochowa, przeprowadziłem mnóstwo inspirujących i wyczerpujących rozmów, pośmiałem ze współtowarzyszami tych zdarzeń (jednocześnie trochę się na nich złoszcząc), a także przesłuchałem swoje ulubione nagrania ostatnich tygodni. W międzyczasie przeczytałem aktualny numer Magazyn VAIB, w którym najmocniej zaabsorbował mnie wywiad z Ryfa Ri. Nic dziwnego – od kilku miesięcy na każdą jej kolejną zwrotkę czekam z utęsknieniem, a gdy zostaje opublikowana, bezzwłocznie ją włączam (choćby w pracy, narażając się). Po skończonej lekturze jak zwykle byłem pełen podziwu jej erudycji i wszechstronności, która sprawia, że Warszawianka jawi się przede mną jako pełnokrwisty wzór do naśladowania. Pokochałbym i wziął za żonę kobietę, która przypominałaby ją choćby w ułamku procenta. To wszystko spowodowało, że postanowiłem zmierzyć się z redefinicją prawdziwego hip-hopu, którego tak wielu strudzonych wędrowców wciąż poszukuje. Jeśli ktoś poprosiłby mnie o jego zobrazowanie, bez wahania odrzekłbym: Ryfa.

 

Noszę najpopularniejsze imię mojego rocznika – Kamil. W gimnazjum ciągle było nas czterech w klasie. Kiedy jeden z imienników nie otrzymał promocji, zgadnijcie kim okazał się spadochroniarz? Dokładnie! A nazywam się Świech. Kiedyś TEDEgo można było szukać tam, gdzie czuć palącą się gandzię. Czasy są jednak inne, więc od teraz możesz mnie znaleźć w katalogu Zuckerberga. Zwłaszcza w okresie, gdy znalazłeś się w marazmie i dopadła Cię chandra, a jedynym wyjściem z tej sytuacji według Ciebie jest kulka w łeb. Bądź spokojny, ponieważ miewam podobnie. Jestem zdegustowany rzeczywistością, ponieważ jako gnojek inaczej sobie ją wyobrażałem. Tak więc ustaliliśmy już, że w tej sytuacji możesz mieć wiele predyspozycji, ale na pewno nie do roli Rambo. Wpisz więc moje nazwisko w wyszukiwarkę zamiast szukać po Allegro gnatów lub jakiejś kuszy. Zawsze pomogę, doradzę, wysłucham, odwiodę od ostateczności, wesprę. Zresztą spośród moich znajomych najwięcej razy usłyszałem zostańmy przyjaciółmi! Zawsze jestem skory do rozmów. Wszelakich. Jakichkolwiek. Niech zaświadczą o tym niezliczone poranne dysputy pod windą. Nie żebym był rannym ptaszkiem (o zgrozo!). Po prostu lubię się zasiedzieć, trwonić mój cenny czas i marnować swój potencjał, będąc w zamian Donem Corleone dla przyjaciół z okolicznych bloków. Albo Dalajlamą. W końcu prawdziwy hip-hop to wiarygodność, autentyzm.

Dlaczego ot tak rzuciłem swoim imieniem i nazwiskiem jakby miały dla mnie mniejszą wartość niż łupinka słonecznika na sektorach rodzinnych? Zazwyczaj przecież śmieszyły mnie biogramy nieznanych twórców, którzy niby to posługiwali się pseudonimami, a swoją historię rozpoczynali od zaprezentowania swoich personaliów. Złośliwie dodawałem, że mogliby jeszcze skan swojego dowodu umieszczać i wspierać pośrednio tym samym polskie lichwiarstwo. Z tym nastawieniem sam starałem się być w żaden sposób nienamierzony i nieinwigilowany. Uciekałem przed aparatem na każdej imprezie. Niezależnie od tego czy był to koncert, czy szesnaste urodziny kumpla gdzieś w piwnicznym klubie. Kiedy trzeba było gdzieś się podpisać, puszczałem wodzę fantazji, a szlaczki, które zostawiał mój długopis, bardziej przypominały Juventus Turyn niż Kamil Świech. Pewnego razu natomiast zobojętniałem. Moje nazwisko na dzielni uchodzi prędzej za zszargane niż sławetne. Nie chciałem być z nim kojarzony w żaden możliwy sposób, notorycznie się go wypierając. I o ile kiedyś odcinałem się od niego za wszelką cenę, tak tego razu uświadomiłem sobie, że przecież wszystkie moje poczynania i postawy nie są wcale najgorsze; nie powodują, że mogę odczuwać poczucie wstydu; nie sprawiają, że mogę poruszać się po okolicy z poniżająco spuszczoną głową. Czemu więc jako pierwszy z rodziny nie spróbować i nie przywrócić mu godności? Prawdziwy hip-hop to poczucie własnej wartości.

"(…) kiedyś robiliśmy rap, aby za wszelką cenę wyrwać się z naszego getta. Dziś pragniemy się utrzymywać z rapu, żeby wyrwać się z korporacji"

 

Abstynencja. Zjawisko podświadomie wyśmiewane przez 99.99% polskiego społeczeństwa. Dla mnie jednak jest ona czymś, co pomogło mi oszukać przeznaczenie. Wielu z moich znajomych nie chciało się z nią ani na chwilę zaprzyjaźnić, a jedyny kontakt, jaki ze sobą obecnie utrzymujemy, to kopsnięcie szluga pod sklepem, gdy mijam ich w drodze do pracy. Stronienie od niej zaszkodziło również wielu osobom w mojej rodzinie. Napatrzyłem się właściwie jako młokos na wiele przykrych i drastycznych scen i nie mam na myśli oglądanego z uwielbieniem Braveheart. Spowodowało to, że obiecałem sobie nigdy w życiu nie tknąć alkoholu i nie doprowadzić się niemal do agonii przez tę używkę. Ku niedowierzaniu każdego, dotychczas udaje mi się to bez szwanku. Pragnąłem, żeby ta postawa pomagała mi w moich działaniach i sprawiała, że będę coraz lepszy we wszystkim. Nigdy tak naprawdę nie skorzystałem z niej w pełni. Zaliczyłem jednak mnóstwo imprez, na których mimo wszystko bawiłem się pierwszorzędnie. Dzięki temu zauważyłem, że są alternatywy i sięganie po alkohol może być ostatecznością. W tym samym czasie zakochałem się w kulturze hip-hop, której jednocześnie nienawidzę, ponieważ serce mi się kraje jak słyszę, gdy bezwstydnie się mówi o wciąganiu prochu na każdym kroku. Pal licho, gdyby mówiło się tylko w kuluarach. Najpopularniejsze i kultowe utwory, znane z list przebojów i mające miliony wyświetleń, zawierają treści, w których chwalebnie gloryfikuje się kokainę. Dodatkowo w sposób spłycony i ogólnikowy. Balety wraz z upływem lat przeistoczyły się nie do poznania, a co najbardziej żenujące w tym wszystkim, najwierniejszymi słuchaczami tychże orędowników są ich własne dzieci. Uznałem, że najwyższy czas pójść na materace. Nie zamierzam jednak używać przemocy lub broni, a zostać częściowym hipokrytą. Uważam, że oryginalność i niepowtarzalność jest największą bronią hip-hopu, lecz banda idiotów zmusiła mnie do nagięcia tych wartości podkreślaniem mojej abstynencji na każdym kroku. Będę to uskuteczniał i proponował młodym alternatywy. Bo jak można dbać o młodych, leżąc gdzieś naćpanym między kurwami? Prawdziwy hip-hop to przecież zdrowa rywalizacja.

Przyjęło się w bramach i klatkach, że na podwórku przetrwają wyłącznie ludzie, którzy najlepiej napierdalają po gębie, a wychudzonych okularników będą skalpować. Socjologiczny bełkot, powtarzany przez niedokształconych profesorów. Gdzieś w tej ich teorii zagubił się etos braterstwa i równości, dobrze znany z pierwszych nagrań Molesta Ewenement. Osobiście dorzuciłbym do tego jeszcze spryt. Na bazie tych wartości latami zapracowywałem sobie na – mniejszą bądź większą – reputację na osiedlu, a przy okazji nauczyłem się dogadywania z ludźmi. Dbam o nich, ot co. O bliskich bardziej, o znajomych odpowiednio. Postępuję według zasad. Tak czy inaczej, nie można powiedzieć, że na projektach jest perspektywicznie. Dlatego więc konsekwentnie tworzymy rap, szpikując go do granic wytrzymałości kreatywnością, której również używamy z braku laku w biurze. Taka symbioza, która jest dowodem na to, że rap ten przyniósł owoce, których tak wyczekiwaliśmy latami. Pamiętajmy, że prawdziwy hip-hop to kreatywność.

W przytaczanym wywiadzie Ryfa Ri powiedziała, że można być hip-hopowym, tańcząc nie tylko breaking, a redaktor Adrian Bartoszewicz zaaprobował, dodając, że zna popperów, którzy są bardziej hip-hopowi niż niejeden bboy. Jakże trafili oni w punkt! Jeszcze jakieś pięć lat temu, nigdy w życiu nie tańcząc, wiedzą mogłem zawstydzić niejednego z bboys. Nieustannie pragnąc rozwoju, skierowałem ją z upływem lat na inne obszary. Kiedyś byłem zatwardziałym słuchaczem rapu, niedoścignionym w liczbie przesłuchanych płyt i wymądrzającym się stale przed ignorantami, dzisiaj jestem zagorzałym fanem psychodelicznego rocka, a także chicagowskiego soulu. Na mojej liście najlepszych koncertów, na których byłem, już nie widnieje Masta Ace, De La Soul i Lordz Of The Underground tylko Janelle Monáe, Maceo Parker i Bilal. W mojej winylowej kolekcji nie dominują płyty wydane przez Cold Chillin' Records czy Wild Pitch, a przez Motown Records czy Stax Records. Prędzej spotkamy się na jakimś jam session niż na Hip Hop Kemp – PL. Od pierwszych tekstów o butelkach pisanych na siódmym piętrze do teraz przebyłem długą drogę i najchętniej widziałbym się na scenie w towarzystwie gitarzystów, drąc mordę. Zaobserwowałem u siebie jednak coś intrygującego. Przesłuchałem setki płyt z pogranicza przeróżnych gatunków, ale czegokolwiek bym nie słuchał, zawsze w ostateczności odpalę swoją ulubioną płytę Organized Konfusion lub Naughty By Nature, bujając się przy niej bardziej niż przy najbardziej przebojowych utworach William "Bootsy" Collins. Na wielu koncertach zachwycałem się klawiszowymi improwizacjami, trwającymi bez końca, ale to Sensi, Matis – CentrumStrona czy BlabberMouf w Częstochowie sprawili, że moje ruchy przypominałyby Skip B, gdyby nie astma. Kiedy spotykam się z Cokiem, najczęściej rozmawiamy o polskim rapie, choć jego ostatnie dokonania zwiodłyby domorosłego Sherlocka Holmesa, gdyby go o to podejrzewał. Inspiracje KAEESa naprawdę są trudne do odgadnięcia nawet dla mnie, ale bez problemu mogę się od niego nauczyć genezy i znaczenia dla historii wszystkich solowych albumów członków Wu-Tang Clanu. Z Furmanem najbardziej uwielbiam rozmowy o życiu, a jakoś regularnie kończymy na wspominaniu największych polskich klasyków. A zwłaszcza tych, o których większość słuchaczy nawet nie słyszała. Prawdziwy hip-hop to hołdowanie tradycji i świadomość swoich korzeni. Prawdziwy hip-hop to ElQuatro Nagrania.

Zdarzało się niejednokrotnie, że zaimponowałem komuś swoim gustem muzycznym, zachęciłem kogoś do przesłuchania jakiegoś genialnego tytułu, czy porozmawiałem z kimś o The Doors lub o The Impressions. Jawiłem się ludziom jako gość o wszechstronnych zainteresowaniach muzycznych. Być może nawet podniecało to jakieś super sztuki – osobiście nie miałem okazji się o tym przekonać, ponieważ akurat byłem zasłuchany w riffach The Dark Side Of The Moon. Jednak jak mniej intensywne byłoby czerpanie radości z muzyki, gdyby odbywało się ono wyłącznie w samotności? Na szczęście jest ze mną grono ludzi, którzy nigdy – nawet przebudzeni o 3:00 w nocy – nie zdenerwują się, gdy zadzwonię pochwalić się, że właśnie odkryłem szalenie hipnotyzujący utwór. Z jednym z nich przemieliłem już tysiące godzin o muzyce. Głównie o rocku. Za każdym razem przemilczając temat hip-hopu, ponieważ go nienawidzi. Jakie zauważyłem na jego twarzy zdziwienie, gdy nakrył mnie kiedyś z GhettoMusick na słuchawkach, obłędnie machającego głową do każdego z cykaczy. A może to był Lil Jon? Chciałbym jedynie zaapelować, że najmniej istotne, czy spotkamy się w pociągu, jadącego do Łodzi na koncert Eric Claptona, czy na widowni podczas koncertu Maestro Ennio Morricone w Filharmonii Śląskiej, zapamiętaj jedno: zawsze reprezentuję kurwa hip-hop! Prawdziwy hip-hop! Zawsze!

 

Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: