Felieton
Jak starzeją się polscy raperzy #2 |FELIETON
W poprzednim tekście z tego krótkiego cyklu porównywałem sposób rapowego „dorastania”, czy jak kto woli starzenia się Łony oraz Ostrego. Wówczas zagłębiałem się przede wszystkim w warstwę tekstową twórczości obu panów, próbując pokazać, jak na przestrzeni lat zmieniała się ich osobowość i sposób patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Natomiast tym razem skupię się na nieco innych aspektach – porównując hip hopowe dojrzewanie Włodiego i Borixona, zestawię ich punkty startowe, wybrane przez obu panów ścieżki do osiągnięcia sukcesu w branży, a także ich podejście do reprezentowanej kultury oraz związane z nim priorytety.
A czemu zdecydowałem się wybrać akurat tych dwóch raperów? Proste, zaczynali dokładnie w tym samym czasie, dziś obaj nazywani są pionierami czy wręcz legendami polskiego rapu, z tym że po latach – jak doskonale wiemy -tworzona przez nich muzyka, wybierane rapowe drogi okazały się diametralnie różne. Dodatkowo podejście do hip hopu właśnie Włodiego i Borixona zostało parę miesięcy temu mocno skrytykowane przez cenionego fristajlowca, dwukrotnego mistrza WBW, Edzia. Wówczas, za jednym z raperów wstawiła się prawie połowa polskiej rapgry, a w obronie drugiego z nich- z jakiś dziwnych przyczyn – nie stanął niemal nikt…
Tym pierwszym jest rzecz jasna Włodi. Przed laty skinhead, w którym to jednak pasja do robienia rapu oraz palenia konopi indyjskich przezwyciężyła wszelkie inne – mniej lub bardziej rozsądne – życiowe zajawki. Jak przyznał sam raper w niedawno udzielonym wywiadzie dla Cannabis News TV , przed laty zamarzył sobie, iż będzie w przyszłości palić na zabój oraz nagrywać muzykę w studio… i do dziś w sposób możliwie najlepszy to marzenie urzeczywistnia.
Przygody Włodiego z paleniem marihuany nie znam i opisywać nie zamierzam, choć dla niego samego pewnie wcale nie jest ona mniej istotna od przebytej drogi rapowej. Ba, obie te historie są ze sobą ściśle powiązane – to właśnie po pierwszym joincie spojrzenie warszawskiego rapera na muzykę miało ulec diametralnej zmianie, to przecież na tak zwanym haju Włodi nagrał 90% swoich kawałków… Ale mniejsza o to, przejdźmy do hip hopu.
W nim droga reprezentanta stolicy zaczęła się wraz z założeniem kultowego zespołu Molesta. O nim krótko – w końcu tekst ten nie ma dotyczyć opisu rapowych początków Włodiego , a sposobu w jaki on, a wraz z nim tworzona przez niego muzyka wspólnie się „zestarzeli”.
Pod koniec XX wieku mieliśmy okazję bić się o trzy legalne albumy Molesty. Zdecydowanie największym kultem jest dziś otaczany pierwszy z nich, czyli „Skandal”, który uznawany jest powszechnie za jeden z najistotniejszych krążków w całej historii polskiego hip hopu. Dwie kolejne pozycje to płyty trzymające poziom i dobrze przyjęte…Zresztą sami zapewne świetnie je pamiętacie, więc nie ma co się rozwodzić. To co bardziej nas interesuje, to już solowy dorobek Włodiego.
On rozpoczął się wraz z wydanymi w 2003 i 2005 roku albumami o tytułach „…Jak nowonarodzony” i „W…”. W nich można powiedzieć, iż po prostu zobaczyliśmy tego samego, starego dobrego Włodiego z Molesty, tyle że w wersji solowej. Podobne, surowe klimaty muzyczne, sposób nawijki, poruszane tematy i podejście do hip hopu. Najważniejszy jest szacunek…i basta.„Teraz jak i przedtem darzą mnie respektem” – nawijał warszawski raper w kawałku „Jak nowonarodzony” i trzeba mu oddać, że do dziś są to linijki nad wyraz aktualne.
Jednak, jeśli mamy zacząć w końcu mówić o rapowym starzeniu się Włodiego, musimy przenieść się w czasie aż o dziewięć lat w przód ażdo wydania przez warszawskiego rapera kolejnego solowego albumu. Przez ten okres hip hopowej posuchy (wzbogaconej przez liczne kolaboracje i dwa albumy wydane pod szyldem Molesty) zmieniło się wiele, a za razem niemal nic. Na krążku o mało subtelnym tytule „Wszystko z dymem” Włodi udowodnił, że nie boi się zmian, nadąża za najnowszymi trendami w polskim rapie i świetnie potrafi się w nich odnaleźć. Z drugiej strony jednak sam raper nie zmienił się przez ten czas niemal w ogóle – jasne, wrócił starszy i z większym bagażem życiowych doświadczeń, lecz wciąż nastawiony na to, by kultywować w swoim rapie te same wartości.
Weteran otwarty na nowe trendy i przekonany o znaczeniu i sile swoich oldschool’owych przekonań -tak w najkrótszy sposób można opisać powracającego na scenę Włodiego. Za modą poszedł jedynie w kwestiach muzycznych (zresztą ostrożnie i ze smakiem godnym prawdziwego rapera), a we wszelkich innych aspektach pozostał sobą. Zakochanym w hip hopowej kulturze palaczem, który nader wszystko ceni sobie muzykę, szacunek i opalany dym z jointa.
A wytwórnie? Hajs? Dobrą furę? Je Włodi najzwyczajniej w świecie pierdoli i jest w tym naprawdę wyjątkowo wiarygodny. Jak sam nawija, w wyścigu szczurów bez wątpienia zająłby ostatnie miejsce… tyle że w ogóle nie zamierza brać w nim udziału. Ściga się jedynie o respekt i w tej „gonitwie” jest w polskiej rapgrze chyba do dziś absolutnie niedościgniony.
Ale to nie wszystko. Warszawski raper powrócił na scenę także dużo bardziej świadomy i mądrzejszy niż przed laty. Co nie zawsze tyczy się naszych rodzimych hip hopowców zwyczajnie, po ludzku wydoroślał i z ledwo pełnoletniego gnojka stał się normalnym, dojrzałym facetem po trzydziestce. I to takim, który w życiu doszukuje się jasnych stron, żyje dla pięknych chwil, dla jointa i książki na ławce w parku, dla spełniania marzeń i muzyki.
Można na Włodiego patrzeć różnie. Jego zafascynowanie paleniem, fakt, że poświęca temu tematowi znaczną część nie tylko swojej najnowszej płyty, że dym jest początkiem i końcem wszelkich jego rozważań może mniej związanych z hip hopem ludzi nieco odstraszać. Jednak, jeśli ktoś siedzi w temacie od lat, pamięta pierwsze nagrywki Molesty i dziś przygląda się temu, jak będący weteranem Włodi „pokazuje gnojkom ich miejsce w szeregu”, z pewnością widzi w nim swoistą ikonę polskiego hip hopu. Ikonę, z której możemy być dumni, gościa, którego szanuje każdy i który nic więcej poza respektem od nas nie chce i nie wymaga. I trudno, że pierdolę o tym szacunku przez parę akapitów – dla mnie jest to nad wyraz istotny element hip hopowej kultury, a Włodi w polskim rapie jest po prostu jego najczystszym ucieleśnieniem.
Natomiast Borixon – by znienacka zmienić temat – stanowi dziś tego wszystkiego totalne przeciwieństwo. I szkoda, bo przecież zaczynał podobnie – był jednym z twórców i pionierów, tyle że nie warszawskiej, a kieleckiej sceny hip hopowej. Wraz ze Wzgórzem Ya – Pa 3 wydał pod koniec XX wieku cztery legalne albumy, by już niedługo potem rozpocząć karierę solową. Krótko mówiąc, początkowo poszedł niemal identyczną drogą, co jego kolega po fachu z Warszawy.
A żeby doszukiwać się dalszych podobieństw przed uwydatnieniem widocznych gołych okiem różnic, można jeszcze przypomnieć, że Borixon był przecież przed laty członkiem Gib Gibon Składu, a swoją drugą solową płytę zatytułował dużo mówiącą nazwą „Mam 5 gram”. Tak więc zajawka do palenia trawy i jemu bynajmniej nie była opcja, lecz zarówno ją, jak i pasję związaną z hip hopową kulturą kielecki raper zdecydował się już wkrótce odłożyć na dalszy plan. A zajął się…robieniem hajsu.
Na początku niewinnie, subtelnie, a nawet i błyskotliwie. Kolejny solowe albumy Borixona wcale nie były słabe – podobnie jak jego kolega z Gib Gibon Składu, Tede – poszedł on w stronę nowych rozwiązań, świeżych brzmień, bangerów i przełamania w rapie tematu tabu, jakim przez lata było robienie z niego pieniędzy. Nie bez kozery trzeci krążek kieleckiego rapera nosi nazwę „Hardcorowa komercja” i choć może i ten tytuł w pełni nie oddaje formy i treści samego albumu, to już ostatnie artystyczne posunięcia Borixona opisuje w sposób doskonały.
Jednak nim przyszedł na nie czas kielecki raper zrobił jeszcze na scenie sporo dobrego. Do 2014 roku nagrał aż osiem solowych albumów i choć te późniejsze z nich miały swoje lepsze i bardziej kiczowate momenty, fajny klimat, wyszukane rymy, lecz nieraz także kulawe flow i wybitnie nieudane hashtagi, to jako całość do dziś mogą dość skutecznie się bronić. Zresztą dwa ostatnie z nich wypadły nadspodziewanie pomysłowo i świeżo, zwiastując, iż założony wraz z Popkiem twór o nazwie Gang Albanii naprawdę może – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało – być całkiem ciekawym i oryginalnym hip hopowym pomysłem.
A okazał się sprzedajnym gównem, nic nie wartym syfem…i jak Zbigniewowi Stonodze nie chce mi się już nawet strzępić ryja. Bo szczerze mówiąc nawet nie boli mnie specjalnie to, że sam Gang Albanii stał się aż tak popularny – w końcu sporo zarobionego na nim hajsu wróciło do branży i z pewnością choć z jego części uczyniono należyty pożytek. Dużo bardziej denerwuje mnie fakt, iż w tym całym, szmacącym hip hop przedsięwzięciu wziął udział ktoś taki jak Borixon – jakby nie patrzeć jedna z większych legend polskiego rapu…
Czym innym jest robić dobrej jakości komercyjną muzykę dla forsy (jak to do dziś czyni Tede i jak przed laty robił to kielecki raper), a czym innym jest mieszać hip hop z błotem, pierdolić wszelkie zawarte w tej kulturze wartości i nastawiać się jedynie na zysk kosztem skretyniałych odbiorców.
Tak właśnie rapowo zestarzał nam się Borixon – stwierdził, że ma w głębokim poważaniu reprezentowaną przez siebie kulturę, że zwyczajnie pierdoli go to, co o nim pomyślą jej prawdziwi zajawkowicze i że w mgnieniu oka straci w ich oczach status jednego z jej nietykalnych pionierów.
I jeżeli chodzi o ten aspekt największą bolączką kieleckiego rapera paradoksalnie powinno być to, iż Gang Albanii osiągnął tak niebywałej skali komercyjny sukces. Gdyby równie syfiasty projekt pozostał niezauważony, przeszedł na scenie bez echa, może i byśmy byli skłonni Borixonowi gotowi go wybaczyć, a z pewnością po pewnym czasie byśmy o nim zupełnie zapomnieli. Jednak w tym wypadku…chyba nie ma takiej możliwości. Strata szacunku rapowych zajawkowiczów do byłego członka Gib Gibon Składu jest chyba wprost proporcjonalna do rozgłosu, jaki osiągnął on w branży wraz z nowym zespołem. Być może ten niechlubny epizod wieńczący jego rapową karierę nie każe nam skreślić jego wszelkich wcześniejszych dokonań i zasług, ba pewnie nawet ich nie umniejsza, lecz z pewnością pozostawia po sobie olbrzymi niesmak.
Widzimy więc, że Włodi oraz Borixon zestarzeli się rapowo w sposób diametralnie różny. Można by to podsumować bardzo krótko i dosadnie – jeden postawił na szacunek i hip hop, a drugi na hajs, flotę i mamonę. Jeden robi muzykę taką jaką lubi, czuje i która jego samego jara, a drugi bezwstydnie oddaje skretyniałej młodzieży gówno w jego czystej postaci, samą mając stu procentową świadomość, że to określenie idealnie oddaje jego dokonania wraz z Gangiem Albanii.
„Reprezentuje tę samą, co kiedyś osobę” – to wersy Borixona z płyty „Mam 5 gram”, którymi dziś możemy się rzecz jasna, brzydko mówiąc, podetrzeć. Włodiego wciąż darzy się tak ogromnym respektem właśnie dlatego, że się nie zmienił i choć zmądrzał oraz wydoroślał, to dalej pozostał wierny swoim hip hopowym i życiowym ideałom. Natomiast Borixon stwierdził, że je pierdoli…I jak na tym wyszedł? Zajebiście, w końcu pieniądze zgadzają się jak nigdy.
Tyle, że za dziesięć, może piętnaście lat rapowi zajawkowicze to nie jego będą wspominać jako ikonę polskiego hip hopu. To miano będziemy bez wątpienia przypisywać Włodiemu i paru innym raperom, a Borixona kojarzyć się będzie nie z legendarnymi początkami w składzie Wzgórza Ya – Pa 3, a z komercyjnym syfem autorstwa Gangu Albanii.
I być może będzie to trochę smutne, ale jakże zasłużone.
Felieton
Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton
Tak się monetyzuje upadek Fagaty.
Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.
Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.
Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.
Trueman zobaczył kryzys. I liczby
I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.
Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.
Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.
Fagata potrzebuje koła ratunkowego
Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.
I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.
Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.
TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.
Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami
Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.
Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.
Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.
Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.
Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.
To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.
Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator
I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.
Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?
Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.
Felieton
Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton
Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.
Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.
Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.
Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę
Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.
To była potężna pieczątka.
Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.
Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.
Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.
Wszyscy uciekają. U Maty cisza
Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.
Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.
Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.
Wystarczy kilka zdań:
„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.
Albo odwrotnie:
„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.
Tyle.
Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie
I tutaj robi się naprawdę zabawnie.
Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.
Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.
Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.
Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.
Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.
Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?
Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.
– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.
Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Sprytne PR-owo.
I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.
Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

-
News1 dzień temuDramat Karramby. 53-letni weteran rapu z Krakowa nie potrafi samodzielnie się poruszać
-
Felieton2 dni temuTrueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton
-
News23 godziny temuKarramba zmienił cel maksymalny zbiórki. Błyskawiczne tempo pomocy
-
News3 dni temuWWO na Torwarze na Youtube. „Mieliśmy poczucie, że jesteśmy winni fanom świadome pożegnanie”
-
News1 dzień temuTrueman wypuścił EP-kę Fagaty & Sentino. „Zostały zainwestowane duże środki”
-
News3 dni temuEldo wzruszył się u Rymanowskiego. Opowiedział też o Karolu Nawrockim
-
News3 dni temuLewandowski udostępnił numer, w którym Bedoes nawija właśnie o nim
-
News1 dzień temuJan-Rapowanie zagra w barwach Wisły Kraków. Raper wyjdzie na murawę