Felieton
Jak starzeją się polscy raperzy #2 |FELIETON
W poprzednim tekście z tego krótkiego cyklu porównywałem sposób rapowego „dorastania”, czy jak kto woli starzenia się Łony oraz Ostrego. Wówczas zagłębiałem się przede wszystkim w warstwę tekstową twórczości obu panów, próbując pokazać, jak na przestrzeni lat zmieniała się ich osobowość i sposób patrzenia na otaczającą rzeczywistość. Natomiast tym razem skupię się na nieco innych aspektach – porównując hip hopowe dojrzewanie Włodiego i Borixona, zestawię ich punkty startowe, wybrane przez obu panów ścieżki do osiągnięcia sukcesu w branży, a także ich podejście do reprezentowanej kultury oraz związane z nim priorytety.
A czemu zdecydowałem się wybrać akurat tych dwóch raperów? Proste, zaczynali dokładnie w tym samym czasie, dziś obaj nazywani są pionierami czy wręcz legendami polskiego rapu, z tym że po latach – jak doskonale wiemy -tworzona przez nich muzyka, wybierane rapowe drogi okazały się diametralnie różne. Dodatkowo podejście do hip hopu właśnie Włodiego i Borixona zostało parę miesięcy temu mocno skrytykowane przez cenionego fristajlowca, dwukrotnego mistrza WBW, Edzia. Wówczas, za jednym z raperów wstawiła się prawie połowa polskiej rapgry, a w obronie drugiego z nich- z jakiś dziwnych przyczyn – nie stanął niemal nikt…
Tym pierwszym jest rzecz jasna Włodi. Przed laty skinhead, w którym to jednak pasja do robienia rapu oraz palenia konopi indyjskich przezwyciężyła wszelkie inne – mniej lub bardziej rozsądne – życiowe zajawki. Jak przyznał sam raper w niedawno udzielonym wywiadzie dla Cannabis News TV , przed laty zamarzył sobie, iż będzie w przyszłości palić na zabój oraz nagrywać muzykę w studio… i do dziś w sposób możliwie najlepszy to marzenie urzeczywistnia.
Przygody Włodiego z paleniem marihuany nie znam i opisywać nie zamierzam, choć dla niego samego pewnie wcale nie jest ona mniej istotna od przebytej drogi rapowej. Ba, obie te historie są ze sobą ściśle powiązane – to właśnie po pierwszym joincie spojrzenie warszawskiego rapera na muzykę miało ulec diametralnej zmianie, to przecież na tak zwanym haju Włodi nagrał 90% swoich kawałków… Ale mniejsza o to, przejdźmy do hip hopu.
W nim droga reprezentanta stolicy zaczęła się wraz z założeniem kultowego zespołu Molesta. O nim krótko – w końcu tekst ten nie ma dotyczyć opisu rapowych początków Włodiego , a sposobu w jaki on, a wraz z nim tworzona przez niego muzyka wspólnie się „zestarzeli”.
Pod koniec XX wieku mieliśmy okazję bić się o trzy legalne albumy Molesty. Zdecydowanie największym kultem jest dziś otaczany pierwszy z nich, czyli „Skandal”, który uznawany jest powszechnie za jeden z najistotniejszych krążków w całej historii polskiego hip hopu. Dwie kolejne pozycje to płyty trzymające poziom i dobrze przyjęte…Zresztą sami zapewne świetnie je pamiętacie, więc nie ma co się rozwodzić. To co bardziej nas interesuje, to już solowy dorobek Włodiego.
On rozpoczął się wraz z wydanymi w 2003 i 2005 roku albumami o tytułach „…Jak nowonarodzony” i „W…”. W nich można powiedzieć, iż po prostu zobaczyliśmy tego samego, starego dobrego Włodiego z Molesty, tyle że w wersji solowej. Podobne, surowe klimaty muzyczne, sposób nawijki, poruszane tematy i podejście do hip hopu. Najważniejszy jest szacunek…i basta.„Teraz jak i przedtem darzą mnie respektem” – nawijał warszawski raper w kawałku „Jak nowonarodzony” i trzeba mu oddać, że do dziś są to linijki nad wyraz aktualne.
Jednak, jeśli mamy zacząć w końcu mówić o rapowym starzeniu się Włodiego, musimy przenieść się w czasie aż o dziewięć lat w przód ażdo wydania przez warszawskiego rapera kolejnego solowego albumu. Przez ten okres hip hopowej posuchy (wzbogaconej przez liczne kolaboracje i dwa albumy wydane pod szyldem Molesty) zmieniło się wiele, a za razem niemal nic. Na krążku o mało subtelnym tytule „Wszystko z dymem” Włodi udowodnił, że nie boi się zmian, nadąża za najnowszymi trendami w polskim rapie i świetnie potrafi się w nich odnaleźć. Z drugiej strony jednak sam raper nie zmienił się przez ten czas niemal w ogóle – jasne, wrócił starszy i z większym bagażem życiowych doświadczeń, lecz wciąż nastawiony na to, by kultywować w swoim rapie te same wartości.
Weteran otwarty na nowe trendy i przekonany o znaczeniu i sile swoich oldschool’owych przekonań -tak w najkrótszy sposób można opisać powracającego na scenę Włodiego. Za modą poszedł jedynie w kwestiach muzycznych (zresztą ostrożnie i ze smakiem godnym prawdziwego rapera), a we wszelkich innych aspektach pozostał sobą. Zakochanym w hip hopowej kulturze palaczem, który nader wszystko ceni sobie muzykę, szacunek i opalany dym z jointa.
A wytwórnie? Hajs? Dobrą furę? Je Włodi najzwyczajniej w świecie pierdoli i jest w tym naprawdę wyjątkowo wiarygodny. Jak sam nawija, w wyścigu szczurów bez wątpienia zająłby ostatnie miejsce… tyle że w ogóle nie zamierza brać w nim udziału. Ściga się jedynie o respekt i w tej „gonitwie” jest w polskiej rapgrze chyba do dziś absolutnie niedościgniony.
Ale to nie wszystko. Warszawski raper powrócił na scenę także dużo bardziej świadomy i mądrzejszy niż przed laty. Co nie zawsze tyczy się naszych rodzimych hip hopowców zwyczajnie, po ludzku wydoroślał i z ledwo pełnoletniego gnojka stał się normalnym, dojrzałym facetem po trzydziestce. I to takim, który w życiu doszukuje się jasnych stron, żyje dla pięknych chwil, dla jointa i książki na ławce w parku, dla spełniania marzeń i muzyki.
Można na Włodiego patrzeć różnie. Jego zafascynowanie paleniem, fakt, że poświęca temu tematowi znaczną część nie tylko swojej najnowszej płyty, że dym jest początkiem i końcem wszelkich jego rozważań może mniej związanych z hip hopem ludzi nieco odstraszać. Jednak, jeśli ktoś siedzi w temacie od lat, pamięta pierwsze nagrywki Molesty i dziś przygląda się temu, jak będący weteranem Włodi „pokazuje gnojkom ich miejsce w szeregu”, z pewnością widzi w nim swoistą ikonę polskiego hip hopu. Ikonę, z której możemy być dumni, gościa, którego szanuje każdy i który nic więcej poza respektem od nas nie chce i nie wymaga. I trudno, że pierdolę o tym szacunku przez parę akapitów – dla mnie jest to nad wyraz istotny element hip hopowej kultury, a Włodi w polskim rapie jest po prostu jego najczystszym ucieleśnieniem.
Natomiast Borixon – by znienacka zmienić temat – stanowi dziś tego wszystkiego totalne przeciwieństwo. I szkoda, bo przecież zaczynał podobnie – był jednym z twórców i pionierów, tyle że nie warszawskiej, a kieleckiej sceny hip hopowej. Wraz ze Wzgórzem Ya – Pa 3 wydał pod koniec XX wieku cztery legalne albumy, by już niedługo potem rozpocząć karierę solową. Krótko mówiąc, początkowo poszedł niemal identyczną drogą, co jego kolega po fachu z Warszawy.
A żeby doszukiwać się dalszych podobieństw przed uwydatnieniem widocznych gołych okiem różnic, można jeszcze przypomnieć, że Borixon był przecież przed laty członkiem Gib Gibon Składu, a swoją drugą solową płytę zatytułował dużo mówiącą nazwą „Mam 5 gram”. Tak więc zajawka do palenia trawy i jemu bynajmniej nie była opcja, lecz zarówno ją, jak i pasję związaną z hip hopową kulturą kielecki raper zdecydował się już wkrótce odłożyć na dalszy plan. A zajął się…robieniem hajsu.
Na początku niewinnie, subtelnie, a nawet i błyskotliwie. Kolejny solowe albumy Borixona wcale nie były słabe – podobnie jak jego kolega z Gib Gibon Składu, Tede – poszedł on w stronę nowych rozwiązań, świeżych brzmień, bangerów i przełamania w rapie tematu tabu, jakim przez lata było robienie z niego pieniędzy. Nie bez kozery trzeci krążek kieleckiego rapera nosi nazwę „Hardcorowa komercja” i choć może i ten tytuł w pełni nie oddaje formy i treści samego albumu, to już ostatnie artystyczne posunięcia Borixona opisuje w sposób doskonały.
Jednak nim przyszedł na nie czas kielecki raper zrobił jeszcze na scenie sporo dobrego. Do 2014 roku nagrał aż osiem solowych albumów i choć te późniejsze z nich miały swoje lepsze i bardziej kiczowate momenty, fajny klimat, wyszukane rymy, lecz nieraz także kulawe flow i wybitnie nieudane hashtagi, to jako całość do dziś mogą dość skutecznie się bronić. Zresztą dwa ostatnie z nich wypadły nadspodziewanie pomysłowo i świeżo, zwiastując, iż założony wraz z Popkiem twór o nazwie Gang Albanii naprawdę może – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało – być całkiem ciekawym i oryginalnym hip hopowym pomysłem.
A okazał się sprzedajnym gównem, nic nie wartym syfem…i jak Zbigniewowi Stonodze nie chce mi się już nawet strzępić ryja. Bo szczerze mówiąc nawet nie boli mnie specjalnie to, że sam Gang Albanii stał się aż tak popularny – w końcu sporo zarobionego na nim hajsu wróciło do branży i z pewnością choć z jego części uczyniono należyty pożytek. Dużo bardziej denerwuje mnie fakt, iż w tym całym, szmacącym hip hop przedsięwzięciu wziął udział ktoś taki jak Borixon – jakby nie patrzeć jedna z większych legend polskiego rapu…
Czym innym jest robić dobrej jakości komercyjną muzykę dla forsy (jak to do dziś czyni Tede i jak przed laty robił to kielecki raper), a czym innym jest mieszać hip hop z błotem, pierdolić wszelkie zawarte w tej kulturze wartości i nastawiać się jedynie na zysk kosztem skretyniałych odbiorców.
Tak właśnie rapowo zestarzał nam się Borixon – stwierdził, że ma w głębokim poważaniu reprezentowaną przez siebie kulturę, że zwyczajnie pierdoli go to, co o nim pomyślą jej prawdziwi zajawkowicze i że w mgnieniu oka straci w ich oczach status jednego z jej nietykalnych pionierów.
I jeżeli chodzi o ten aspekt największą bolączką kieleckiego rapera paradoksalnie powinno być to, iż Gang Albanii osiągnął tak niebywałej skali komercyjny sukces. Gdyby równie syfiasty projekt pozostał niezauważony, przeszedł na scenie bez echa, może i byśmy byli skłonni Borixonowi gotowi go wybaczyć, a z pewnością po pewnym czasie byśmy o nim zupełnie zapomnieli. Jednak w tym wypadku…chyba nie ma takiej możliwości. Strata szacunku rapowych zajawkowiczów do byłego członka Gib Gibon Składu jest chyba wprost proporcjonalna do rozgłosu, jaki osiągnął on w branży wraz z nowym zespołem. Być może ten niechlubny epizod wieńczący jego rapową karierę nie każe nam skreślić jego wszelkich wcześniejszych dokonań i zasług, ba pewnie nawet ich nie umniejsza, lecz z pewnością pozostawia po sobie olbrzymi niesmak.
Widzimy więc, że Włodi oraz Borixon zestarzeli się rapowo w sposób diametralnie różny. Można by to podsumować bardzo krótko i dosadnie – jeden postawił na szacunek i hip hop, a drugi na hajs, flotę i mamonę. Jeden robi muzykę taką jaką lubi, czuje i która jego samego jara, a drugi bezwstydnie oddaje skretyniałej młodzieży gówno w jego czystej postaci, samą mając stu procentową świadomość, że to określenie idealnie oddaje jego dokonania wraz z Gangiem Albanii.
„Reprezentuje tę samą, co kiedyś osobę” – to wersy Borixona z płyty „Mam 5 gram”, którymi dziś możemy się rzecz jasna, brzydko mówiąc, podetrzeć. Włodiego wciąż darzy się tak ogromnym respektem właśnie dlatego, że się nie zmienił i choć zmądrzał oraz wydoroślał, to dalej pozostał wierny swoim hip hopowym i życiowym ideałom. Natomiast Borixon stwierdził, że je pierdoli…I jak na tym wyszedł? Zajebiście, w końcu pieniądze zgadzają się jak nigdy.
Tyle, że za dziesięć, może piętnaście lat rapowi zajawkowicze to nie jego będą wspominać jako ikonę polskiego hip hopu. To miano będziemy bez wątpienia przypisywać Włodiemu i paru innym raperom, a Borixona kojarzyć się będzie nie z legendarnymi początkami w składzie Wzgórza Ya – Pa 3, a z komercyjnym syfem autorstwa Gangu Albanii.
I być może będzie to trochę smutne, ale jakże zasłużone.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję
Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.
Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.
Teksty ponad bitem – wniosek naukowców
Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.
Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.
58 tysięcy kawałków
Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.
W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.
Smutniejsze numery, wyższe wyniki?
Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.
Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.
Studio > koncert? Też ma znaczenie
Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.
Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki
Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.
Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza
Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.
Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.
Co to oznacza dla rapu
Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.
Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton
Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.
Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.
„Kutas Records” – o co w tym chodzi?
Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.
Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.
Oto kilka przykładów:
- Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
- Gejtos – Bóg Morza
- Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
- Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
- Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.
Spotify podbite przez „Kutas Records”
Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem
Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.
To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem
„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.
Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.
Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema
Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).
Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Przodkowie rapera – „Ger Polish”
Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.
Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.
– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

W Eminemie płynie polska krew?
Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.
– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.
Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.
Fakty kontra plotki
W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Schwesta Ewa i Loredana – jedna z najbardziej wyczekiwanych kolaboracji od lat! – felieton
Polsko-niemiecko-albański mix, który może podbić rynek naszych zachodnich sąsiadów.
Fani komentują nieustannie sociale, upominając się o wyczekiwaną kolaborację dwóch kluczowych artystek w Niemczech. Kilka miesięcy temu pojawiły się filmiki jak Loredana czekała na Schwesta Ewę, przetrzymywaną dłużej przez celników na lotnisku. Wtedy pojawiły się pierwsze plotki na temat ich współpracy.
Takiego koktajlu nikt się jednak nie spodziewał. Można powiedzieć, że to muzyczne kamikadze przyprawiające o skoki ciśnienia. Jak mówi mój znajomy z Albanii: „Nie ma nic niebezpieczniejszego niż polsko-albański mix”. I chyba coś w tym jest.
Schwesta Ewa od dłuższego nie wypuściła żadnego nowego projektu i mocno ucichła w social mediach, zwłaszcza po tragicznej śmierci Xatar’a. Dużo osób oczekiwało od niej publicznego statementu, jednak ona przeżywała żałobę prywatnie.
Naturalnie, każdy z nas miał ochotę na nowe projekty jednej z najbardziej kontrowersyjnych raperek w Niemczech. W połowie października ukazała się świetna, nowa płyta rapera SSIO, wypromowana z resztą z wielkim sarkazmem, komizmem, rozmachem oraz zabawnymi i politycznymi reels, które viralowo latały w socialach. Niemiecki rynek nie widział jeszcze czegoś takiego, współtwórcą wizuali był jeden z najbardziej utalentowanych video makerów Mac Duke, który jest w połowie Polakiem. Raper zaprosił naszą rodaczkę m.in. na „Bitte keine Anzeige machen”, gdzie Ewa nawija do bardzo chilloutowego beatu:
Prześlizgam się przez system sprawiedliwości w szpilkach Versace
Wyślij laskę – Sandy do inspektora
Nancy do sędziego, gdzie uprawia seks na pieska
Albo duplikat Rolexa jako
akt wdzięczności za utracone dokumenty.
Fakt, że Ewa nie przebiera w słowach czyni ją jedną z najbardziej autentycznych postaci na niemieckiej scenie muzycznej. Do tematu bycia real odniosła się ostatnio Albanka, która w “Privileg” mocno krytykowała inne raperki i ich wizerunek, zarzucając im poniekąd kopiowanie jej osoby oraz wiele sztuczności. Loredana ma od wielu lat status gwiazdy, wybijając się typowymi chartowymi hitami. Już na początku kariery zyskała szybko popularność i uznanie. Niemcy potrzebowali nowej ikony damskiego rapu, kogoś kto nie tylko dobrze wygląda, ale potrafi faktycznie nawijać.
Jej burzliwy związek z raperem Mozzim, turbulentne sytuację życiowe, przeobraziły Albankę w artystkę, która odcięła się od starego brzmienia. King Lori mówi wprost, że ma dosyć robienia muzyki typowo pod label. Jej ostatni projekt jest osobisty, dlatego tak dobry. Prawda jest taka, że mimo komercyjnych początków Loredana jako jedna z nielicznych, autentycznie odzwierciedla wizerunek i definicję Hip-Hopu. Co ciekawe, nie pokazuje się w głębokich dekoltach czy kusych sukienkach, nie twerkuje na klipach, co jest w obecnych czasach dość unikalne.
Dwie silne kobiety – połączenie albańskiego i polskiego temperamentu to jedna z najbardziej ekscytujących kolaboracji od lat na niemieckim rynku muzycznym! Loredana i Schwesta Ewa w „Ihr möchtegern”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Koniec kariery Quebonafide to farsa. Jego fani to „Psikutasy”, ale bez „s” – felieton
Opluj, zdepcz, ale na koniec przeproś.
Każdy element końca rapowej kariery Quebonafide miał wtopę i jest szeroko krytykowany nawet przez jego fanów. Od wydarzenia online, przez koncert na Narodowym, po wysyłkę płyt.
Z polskimi raperami jest dokładnie tak, jak z polskimi politykami. Mogą odpi*rdolić największą kaszanę, a i tak za chwilę wszyscy o tym zapomną. Tak jest teraz chociażby z Popkiem, który po kilku miesiącach od afery z psem wrócił do mainstreamowych mediów, a Kuba Wojewódzki przywitał go jak króla. To samo dzieje się z Januszem Palikotem, który jest w trakcie ocieplania swojego wizerunku w mediach. Komentatorzy zastanawiają się np. ile kosztuje wybielenie się u Żurnalisty, u którego był ostatnio pseudo biznesmen z Biłgoraja.
Jeszcze inaczej jest z Quebonafide, bo fani rapu są jeszcze bardziej podatni na dymanie i można to robić długofalowo – spokojnie – oni wybaczą wszystko, bo mają wyjątkowo silną psychikę. Takie Psikutasy, ale bez „s” na końcu.
Zakończenie rapowej kariery Quebonafide poszło jak krew z nosa – wyjątkowo dużego nosa. Większość pewnie już nie pamięta, ale budowanie napięcia przed ostatnim koncertem trwało naprawdę długo, a balonik był napuchnięty jak konserwa po surstrommingu. Media i fani robili „ochy i achy” na każde pierdnięcie rapera, a Krętacz z Ciechanowa to sprytnie wykorzystywał. Kiedy jednak przyszedł moment, żeby powiedzieć „sprawdzam”. Po stronie artysty tego nie udźwignięto.
Wydarzenie online reklamowane jako coś ekskluzywnego, i żeby to obejrzeć wiele osób musiało się zwalniać z pracy – ma być za chwilę dostępne online w każdej chwili dla każdego – kiedy tylko będziesz miał na to czas. Awesome! To tak się da? Da, no chyba, że chciało się włączyć tryb dymania, to się nie dało, ale teraz już się będzie dało, bo Canal+ rzucił kilka monet.
Koncert na Narodowym był pokazem chciwości i braku szacunku dla fanów. Kupiłeś bilet na ostatni koncert, a tu bach! Dzień wcześniej 60 tys. osób zobaczy ten sam koncert – szybciej niż ty – wierny fan, który kupując bilet był przekonany o wyjątkowości ostatniego koncertu. Znów zwolniłeś się z roboty, żeby klikać F5 na stronie, próbując załapać się na wejściówkę. Jakby tego było mało, piątkowi koncertowicze zleakują go w sieci – tysiące TikToków i artykułów prasowych i brak efektu pierwszeństwa – znów zostałeś przegrywem, ale mimo wszystko dalej czujesz się kimś elitarnym. No tak, elitarnym przegrywem też można być.
To oczywiście nie wszystko, bo z boxem „Północ/Południe” jest jeszcze większa wtopa. Preorderowicze mieli dostać zakupione boxy pod koniec sierpnia. Mamy tydzień do listopada… i oświadczenie Dawida Szynola, że na boxy jeszcze…. poczekacie. Kilka tygodni.
Koniec, bo szkoda strzępić ryja. Ha tfu!

Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
News3 dni temuPeja strzela w Pezeta. Za to, że ten nagrał z Bedoesem?
-
News4 dni temuPeja propsuje bezdomnego Kaza Bałagane i podoba mu się zwrotka Słonia
-
News3 dni temuPopek szuka sponsorów wśród fanów. Wszyscy jednym chórem: „Nie”
-
News2 dni temuŚliwa, którego wspólnicy mają dość, „tęskni za ziomami, którzy grzeją puchę”
-
News2 dni temuFokus o konflikcie z Paluchem: „Faceci lubią sobie dać po mordzie”
-
Singiel2 dni temuZ Compton do Polski. The Game w numerze Bęsia
-
News17 godzin temuPamiętacie „Mercbezel S600”? Po ponad 20 latach Tede znów wydał „Notes”
-
News3 dni temuYoung Leosia i Kacper Błoński się rozstali. „Nie było zdrady”