Sprawdź nas też tutaj

Felieton

15-lecie polskiego freestyle’u – co zapoczątkowała legendarna Bitwa w Płocku? |FELIETON

Opublikowany

 

Parę dni temu obchodziliśmy skromny jubileusz: polski freestyle ma już dziś aż 15 lat! Pełnych diametralnych przemian, zaskakujących zwrotów akcji, ale i stanowiących jedną bardzo okazałą historię. Czasem smuci, czy może nawet wkurwia mnie fakt, że większość z jego aktualnych fanów wyodrębnia i kojarzy jedynie ostatnich parę bitewnych wiosen. Dziś więc, korzystając z okazji, chciałbym choć w najmniejszym stopniu coś w tym temacie zmienić…

Zabiorę was w podróż w daleką freestyle’ową przeszłość. Wystartujemy w roku 2001 podczas legendarnej Bitwy w Płocku, wspomnimy czasy prawdziwych początków budowy sceny battle’owej w Polsce, następnie przyjrzymy się bliżej okresowi „złotej ery”, by na koniec przejść do tego, jak wolny styl prezentuje się dziś i jakie mogą być jego rokowania na przyszłość…

 

Czy będzie nudno? Wątpię, a zadbam o to nie tylko ja, ale i sami prekursorzy rodzimego freestyle’u, których to przy różnych okazjach dane mi było wypytywać o jego historię i aktualną kondycję.

 

Jednak nim o nich, wypada nam poświęcić choć parę zdań mającym miejsce w Płocku oficjalnym „narodzinom polskiego wolnego stylu”. Mający miejsce przed piętnastoma laty konflikt Gib Gibon Składu i Obrońców Tytułu miał charakter nawet i nieco ideologiczny i świetną sprawą było to, że mógł on zostać zwieńczony pierwszą i jedną z większych w historii bitwą freestyle’ową w Polsce. Podczas pojedynku Tede z Eldoką oraz Pezetem (w battle’u sporadycznie brali też udział Dizkret, CNE i WSZ) po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć, jak widowiskowe może być wymienianie się spontanicznymi punchline’ami na koncertowej scenie, jak mało praktyki i umiejętności potrzeba by w tej konwencji zagrzewać do czerwoności zgromadzoną publikę…

 

Jednak nie bez kozery wziąłem wyrażenie „narodziny polskiego freestyle’u” w cudzysłów. Otóż, mimo, że to właśnie Bitwę w Płocku utarło się określać tym mianem, to musimy pamiętać, że korzenie naszego rodzimego wolnego stylu sięgają znacznie dalej, a słynny pojedynek Tedego i Eldoki wcale nie miał kluczowego wpływu na jego rozwój w kraju nad Wisłą.

 

Zaczęło się bowiem przede wszystkim od…freestyle’owych zwrotek Wujka Samo Zło na „jasnej” stronie pierwszej składanki DJ’a Volta wydanej w 1998 roku, czyli na trzy lata przed imprezą w Płocku. WSZ był absolutnie pierwszym polskim MC, który wyniósł wolny styl na światło dzienne- owszem niektórzy freestyle’owcy (jak chociażby pierwszy mistrz WBW Rufin MC) przekonują, że rymowali w tej konwencji wraz ze znajomymi już dobrych parę lat wcześniej, jednak to dopiero Wujkowi udało się ukazać ją szerszemu gronu odbiorców.

A wśród nich zaczęli powoli pojawiać się inni, późniejsi prekursorzy wolnego stylu w Polsce. Początkowo musieli się oni zadowalać freestyle’owaniem nad poranną jajecznicą, ze względu na nikłą dostępność instrumentali w rytm rapowych kawałków zza Oceanu lub acapella, by po jakimś czasie zacząć kultywować swą zajawkę w mniejszym lub większym gronie znajomych. Jednak wówczas, pod koniec XXI wieku do organizacji jakichkolwiek freestyle’owych battle’i było jeszcze nadzwyczaj daleko…

 

A rozegrana na początku kolejnego stulecia Bitwa w Płocku pokazała jedynie, że można, że warto. Była pierwsza, ale z pewnością nie najważniejsza. Już po niej, w latach 2001-2003 odbyło się prawdopodobnie około dziesięciu wolnostylowych bitew, do których mogło dojść tylko i wyłącznie ze względu na olbrzymie zaangażowanie i ambicję pierwszych polskich, bitewnych freestyle’owców.

 

To oni w gruncie rzeczy sami zajmowali się najczęściej ich organizacją. Wyruszali w podróż przez pół Polski, by móc wziąć udział w jakimś małym gównie, które odbywało się późną nocą po zakończeniu rapowych koncertów, a przy obecności często nawet i ledwie kilkunastu „najwytrwalszych” widzów. Jeden z nich zasypiał najebany na jedynym działającym głośniku, inny puszczał pawia pod sceną, a freestyle’owcom i tak chciało się wówczas- przede wszystkim dla samych siebie- toczyć na niej pierwsze wolno stylowe boje.

 

I zostali za to wynagrodzeni. Już w roku 2003 odbyła się premierowa edycja legendarnej Wielkiej Bitwy Warszawskiej, którą po raz pierwsz poprzedziły liczne imprezy eliminacyjne i która to na koniec- choć w stosunkowo profesjonalnej atmosferze- mogła wyłonić najlepszego freestyle’owca ze stolicy i okolic. W jej finale wzięli wówczas udział między innymi Rufin MC (triumfator bitwy) oraz Proceente (zdobywca trzeciego miejsca), którzy to obok takich postaci jak mistrz drugiej edycji Pan Duże Pe czy też śląski wolnostylowiec Majkel mieli największy udział w początkach budowy battle’owej sceny w naszym kraju.

Premierowa odsłona Wielkiej Bitwy Warszawskiej, która odbywała się w czasie, gdy w polskich kinach po raz pierwszy puszczano „Ósmą Milę”, prawdziwie zapoczątkowała coś wielkiego. Kolejne edycje tej imprezy, począwszy od roku 2004 robiły już za nieoficjalne mistrzostwa Polski, a ich uczestnicy mogli liczyć na to, że sukcesy na bitewnej scenie przełożą się w przyszłości na owocną karierę w studyjnym rapie.

 

Rok 2004 kojarzymy przede wszystkim z fantastycznym finałem WBW rozegranym pomiędzy dwiema ikonami rodzimego wolnego stylu, Te-trisem oraz Dużym Pe. Następne lata to z kolei legendarne imprezy w wypełnionym po brzegi klubie Ground Zero, transmisje w Limtv, sponsoring redbulla i przekozackie walki odbywające się między linami bokserskiego ringu.

 

Chciałoby się rzecz, że to prawdziwi freestyle’owy raj…

Jednak to właśnie w tych czasach (finał WBW odbywał się w klubie Ground Zero w latach 2005-2006) zaczęło dochodzić w polskim freestyle’u do nie lada rewolucji. Zapoczątkowało ja bowiem pojawienie się na bitewnej scenie chłopaków ze stołecznej ekipy Freestyle Palace (między innymi Muflona, Flinta, Gołego, Theodora czy Puocia), którzy dzięki regularnym treningom, odrobinę bardziej schematycznemu i agresywnemu podejściu do freestyle’owej rywalizacji obsadzili w finale WBW 2006 aż sześć spośród wszystkich ośmiu miejsc.

 

Niemal od samego początku najbardziej błyszczał wśród nich rzecz jasna Muflon, zwycięzca wspomnianej imprezy, zdobywca pasa z roku 2008 oraz triumfator niezliczonej liczby bitew w całym kraju. Warszawski freestyle’owiec był wówczas niczym czarna owca- w otoczeniu stylowych i często naprawdę świetnych technicznie MC’s, wyróżniał się nie tylko zdecydowanie najbardziej błyskotliwymi punchline’ami… ale i wyjątkowo kulawym warsztatem.

 

Sęk w tym, że o dziwo w niczym mu to nie przeszkadzało. Muflon uwydatnił wówczas, jaką siłę mają nawet i koślawo kładzione na bicie mocne linijki, przy których to – być może niestety- także i najwspanialsze popisy techniczne zdecydowanie bledły, by nie powiedzieć, że w oczach publiki pozostawały zupełnie niezauważane.

 

Wkrótce potem w ślad warszawskiego mistrza poszli inni zawodnicy, którzy postanowili odnaleźć istotę wolnego stylu w nieustannym i jak najbardziej agresywnym atakowaniu oponenta. Dziś, po latach to rozegrana w 2008 roku w ramach półfinału Bitwy o Mokotów spektakularna walka pomiędzy Trzy Sześciem a Ensonem jest uznawana za swoisty symbol prawdziwych początków dominacji punchline’ów na battle’owej scenie w Polsce.

Z kolei już następne dwanaście miesięcy w wolnym stylu stało pod znakiem odejścia na zasłużoną bitewną emeryturę Muflona oraz domniemanej walki o przejęcie po nim mistrzowskiej schedy. Na WBW 2009 według niemal wszystkich obserwatorów miał uczynić to dysponujący nie mniej błyskotliwymi pociskami Trzy Sześć, jednak po najwspanialszej w historii imprezie finałowej, grupowym triumfie nad głównym faworytem, półfinałowej victorii nad Białasem oraz decydującym zwycięstwie z Ensonem pas zgarnął Flint. No a potem…

 

Wszystko się posypało. Miał się ledwo rozpocząć wolny od dominacji Muflona złoty okres polskiego freestyle’u, a z dnia na dzień, po konfliktach zawodników z organizatorami i kolejnych szokujących decyzjach o zawieszeniu battle’owych rękawic na kołku przyszedł czas na najchudsze lata w historii polskiego wolnego stylu.

 

WBW świeciło pustkami, wygrywali je zawodnicy nie mający przed laty na to najmniejszych szans, a także i inne bitwy w kraju zdecydowanie straciły na poziomie i popularności. Kto jednak myślał, że to koniec był w nie lada błędzie…

 

O to, po latach oczekiwań na wolno stylową scenę wkroczyło wreszcie nowe, młode pokolenie. Grupa ludzi posiadająca  nie tylko nie mniejszą zaciekłość i ambicję niż ich poprzednicy, ale i dysponująca swym własnym choć trochę innowacyjnym pomysłem na freestyle.

 

Rok 2012 to okres, powiedzmy że, przejściowy. Na scenie finału WBW zobaczyliśmy wówczas prawdziwy mezalians osobistości- od starego wyjadacza Czeskiego, przez świetnie radzących sobie w ostatnich latach na scenie Boneza, Kota czy Tymina aż po reprezentantów nowej szkoły freestyle’u Edzia czy Filozofa. Wtedy triumfowała jeszcze stara gwardia (dokładniej Czeski), lecz już następne lata zostały w pełni zawładnięte przez młode pokolenie…

 

A wraz z nim przez zapoczątkowany przez bitwę Ensona i Trzy Sześcia styl walki, w którym to poza mocnymi punchline’ami nie liczy się absolutnie nic. Nie liczy się technika, flow ani fakt, że niektórzy MC’s równie często co agresywnymi linijkami decydują się nas raczyć dwuwersowymi przerywnikami…czyli rzeczą, która stanowi przecież najoczywistsze przeciwieństwo freestyle’u.

 

Wraz z wypełniaczami pojawiła się też spora ilość gotowych schematów typu: „on myślał, że…”, „prędzej niż ze mną wygrasz…”, „twoja panna jest jak…”, dzięki, którym składaniu puchline’ów zrobiło się zdecydowanie prostsze… a ich obraz tysiąc razy bardziej przewidywalny. Do tego doszły też rzucane bez wstydu preemade’y, nie znające granic obelgi oraz miliony co raz to bardziej wulgarnych linijek o dziewczynach oponentów…Krótko mówiąc, wszystko to, co nowa, przybyła wraz z młodym pokoleniem publiczność wolnego stylu kocha najbardziej…

Freestyle zaczął tracić to, co w nim najważniejsze, czyli element spontaniczności i zaskoczenia. Bez wątpienia nabierał też profesjonalizacji, lecz często przemycane w nim treści nie tylko przestawały zadziwiać, ale też nijak miały się do obowiązującego przed laty obustronnego szacunku na scenie.

 

Dla jednych była to po prostu naturalna kolej rzeczy. Według wieloletniego jurora WBW, hip hopowego publicysty oraz członka składu Wielkie Joł, Jakuzy wolny styl jedynie dostosował się do zmieniającego się świata, a co za tym idzie także hip hopu oraz wymagań młodszej publiczności. I nie mamy co narzekać- tak widocznie musiało być, a freestyle wciąż ma w sobie potencjał i siłę, by dalej bawić i cieszyć ucho odbiorcy…

 

Jednak według innych doszliśmy do krytycznego momentu, w którym to wolny styl zaczął zatracać swoją istotę. Zdaniem pierwszego mistrza WBW oraz jednego z absolutnych pionierów battle’owej sceny w Polsce, Rufina MC bezsprzecznie istnieje pewien freestyle’owy kanon, z ram którego bitewna scena zaczęła się w ostatnim czasie zdecydowanie wymykać. Daleko poza tym kanonem są rzecz jasna pisanki, przerywniki oraz schematy, poza nim jest brak szacunku i przymykanie oka na fatalny warsztat techniczny najbardziej cenionych freestyle’owców…Czyli w gruncie rzeczy naprawdę niemal wszystko, co działo się na wolnostylowej scenie w ostatnich paru latach.

 

Gdy pytałem się nadmienionych wyżej panów o to, czy jest szansa na jakąkolwiek zmianę i powrót do korzeni, obaj zgodnie odpowiadali, że jak najbardziej tak. Musi to jednak wypłynąć z wnętrza, muszą pojawić się nowi, oryginalni i nietuzinkowi gracze, którzy wniosą na zalaną pisankami, schematami oraz punchilene’ami o pannach bitewną scenę powiew oldschool’owej świeżości…

 

I tak też, dzięki Bogu, się stało. Już rok temu na WBW 2015 kapitalne show zrobił stawiany przez wszystkich w roli stylowego chłopca do bicia, Babinci. Jego triumf w pamiętnej dogrywce nad Filipkiem był przez 90% młodszych stażem fanów uznany za nie lada skandal, ale mimo to był cholernie potrzebny. Ba, ja mam nawet nadzieję, że za jakiś czas będziemy mogli powiedzieć o nim, iż stał się swoistym początkiem kolejnej, nowej ery w polskim freestyle’u…

 

Ery, w której to wciąż każdy bardziej popularny zawodnik bitewny musi być przygotowany na to, że jadąc do obcego miasta, po raz setny usłyszy ten sam przygotowany punchline i z niewiadomych przyczyn polegnie. Okresu, w którym z pewnością nie uda się wyzbyć preemade’ów, oklepanych schematów, punchline’ów o pannach oraz wygrywających bitwy MC’s, o których można powiedzieć wszystko tylko nie to, że umieją rapować.

 

Mam jednak głęboką nadzieję, że dzięki takim świadomym i stylowym graczom jak wspomniany już Babinci (choć on akurat deklarował niedawno chęć odejścia na emeryturę), Kaz, Toczek, Bober czy Pueblos będzie to też era, w której choć w pewnym stopniu nawiąże się do filozofii freestyle’u wyznawanej przez jego starszych przedstawicieli.

 

Do filozofii, wedle której w wolnym stylu ponad wszystko liczy się kreatywność, oryginalność i spontaniczność. Według której freestyle oparty jest na wzajemnym szacunku, przerywniki i pisanki uchodzą za dyshonor, a freestyle’owcy, którzy nie potrafią jakkolwiek rapować…nie są prawdziwymi freestyle’owcami.

 

By tak się stało potrzeba nie tylko starań samych zawodników, ale i działań mających niemały wpływ na obraz sceny fanów. Ci, którzy spowodowali, że wolny styl mógł stać się kolebką obrzydliwych obelg, schematów i pisanek muszą dziś posypać głowę popiołem i robić wszystko, by obrał on inny, właściwy kierunek. A czy tak się stanie? Nie wiem, ale wiary mi nie brakuje…

 

Ba, jestem chyba w tym temacie wręcz niepoprawnym optymistą. Pomaga mi wrażenie, że wśród młodych stażem fanów freestyle’u już nie tylko ja zacząłem sięgać po rozum do głowy…

 

A myślę, że przyszedł czas, by sięgnąć i do korzeni.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: