Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Najszybszy, ale czy to oznacza, że najlepszy? |FELIETON

Opublikowany

 

W sobotę znalazłem się w Krakowie na wyczekiwanym przeze mnie koncercie Busta Rhymesa! Z największych raperów był on jednym z ostatnich, których jeszcze nie widziałem i koniecznie chciałem zobaczyć zanim umrę. Byłbym w stanie zapłacić nawet krocie za taką możliwość, więc jak tylko internet mi oznajmił, że w Tauron Arenie będę mógł tego doświadczyć bezpłatnie, natychmiast oniemiałem.

Sam występ niestety w żaden sposób mnie nie porwał. Być może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, pamiętając jeszcze jak kilkanaście lat temu – według relacji świadków – rozbił on warszawską Stodołę w drobny mak. Na moje niezadowolenie wpłynęło wiele czynników. Frekwencja dopisała, ale tylko podczas show O.S.T.R.'a, który mógłby być – gdyby tylko to decydowało – headlinerem tej imprezy. Na hali panował leniwy klimat, a że byłem częścią publiczności, również poczułem się ospały oraz zniechęcony. Lider Flipmode Squad nie jest już tym zwariowanym gościem z trzema dreadami na głowie i dawno opuścił boisko kosmicznego meczu, trafiając do ligi oldbojów. W dodatku wraz z upływem lat uleciał z niego ten polot. Umiejętności na szczęście pozostały klasowe, co zaprezentował, wykonując słynne, znane nawet przez ludzi nieznających Busty, Break Ya Neck. Ostateczny odbiór koncertu utrudniała akustyka obiektu, ponieważ z trudnością wyłapałem utwory, wybrzmiewające ze sceny. Na pewno poleciało moje ulubione It's A Party oraz Pass The Courvoisier Part 2, ale czy Iz They Wildin Wit Us? Nie mam pewności. Nawijek przypominających odgłos Thompsona podczas egzekucji jednak nie brakowało. Trevor Smith sprawiał wrażenie najszybszego rapera świata. Dzięki temu zyskałem idealną okazję, żeby poruszyć temat, który od wielu lat zamierzałem rozważyć. Czy najszybszy raper świata jest jednocześnie najlepszym raperem na świecie?

Każdy fan hip-hopu powinien znać Scenario. Kultowe nagranie, zrealizowane przez dwie zaprzyjaźnione, wówczas topowe, a dziś zaiste legendarne ekipy na scenie. Mowa o A Tribe Called Quest i Leaders Of The New School. Nie każdy fan hip-hopu natomiast musi wiedzieć, że na pierwszym albumie LOTNS niejaki Busta Rhymes był zwyczajnym chłopkiem na beatach. Dopiero przy powstawaniu wspomnianego utworu promującego The Low End Theory, w studio, niby dla hecy, eksperymentalnie, postanowił on nawinąć trochę szybciej. Ten pozornie wariacki zabieg był przyczynkiem do powstania petard pokroju Break Ya Neck czy 60 Second Assassins. Kiedy pierwszy z tych utworów co chwilę zapowiadali wszyscy prezenterzy każdej stacji radiowej w kraju, pewnie nikt nie zastanawiał się, czy Busta – w wolnej chwili od pojedynków z bizonami – jest najszybciej rapującym człowiekiem na ziemi, czy nie. Utwór się udał, więc przyjął się niesamowicie i był grany, ot co. Dopiero kilka lat później podobny pomysł przyszedł do głowy pewnemu Polakowi. MC Silk niejako zadecydował i spopularyzował opinię, że to właśnie Nowojorczyk jest najszybszym MC świata, ponieważ postanowił udowodnić, że jest od niego szybszy, wykorzystując do tego podkład z jego sztandarowego hitu. Jak myślicie, udało mu się? Mnie to na przykład pierdoli, nigdy się nad tym nie zastanawiałem! Świat jednak zachwycił się Polakiem, ale niestety jego kariera była jak fejerwerk – wystrzelił, trochę błyszczał i zniknął. Zainteresowanie jego osobą nijak nie przypominało typowego dla najlepszych MC's. Był nie lada sensacją, owszem, ale częściej gościł na stronach typu Kwejk niż na hip-hopowych portalach, a młode siksy, które z zasady gardziły rapem, nagle, sepleniąc, próbowały swoich sił w pobiciu rekordu. Po mojemu MC Silk był bardziej sezonową ciekawostką, youtuberem. I tak już zostanie, nawet jak na nowym albumie napisze błyskotliwsze wersy niż Łona, czy utworzy ze Steezem jakiś spin-off i nazwą się KU0P0T. Tak więc, czy warto być tym najszybszym raperem?

Ludzie lubią jak im się podaje wszystko na tacy, więc nikt nie chciał sięgnąć głębiej niż popisy polskiego rapera i zgodnie z jego sugestią to Busta Rhymes miał opinię najszybszego rapera na świecie, a czasami nawet odnosiłem wrażenie, że rap Busty uważano za jedyny w tej konwencji. Zupełnie jakby świat zapomniał o dokonaniach Twisty albo o tym, jak we wczesnych latach 90' rapował Jay-Z czy Jaz-O. Zresztą wtedy szybkie rapowanie było normą na nowojorskich ulicach, a każdy, kto rapował najszybciej, zyskiwał większy szacunek na dzielnicy. Nawet MC's, którzy przywiązanie do ulicy zamienili później na kontrakty z wytwórnią. Dla przykładu taki Notorious B.I.G. – czy kiedykolwiek był brany pod uwagę jako najszybszy raper świata? No właśnie. Doskonale zobrazowano to w biografii Shawna Cartera. Autor świetnie przybliżył ówczesne realia. W tej samej książce możemy zarówno przeczytać, dlaczego Jay-Z, a w domyśle pewnie i reszta, spowolnili swój rap, uszczuplając swoje teksty o kilka sylab. Jak zatem najszybszy raper świata może być również najlepszym raperem na świecie, skoro w pewnym rozdziale historii były to pojęcia zwyczajne i powszednie?

 

"Dochodziło nawet do sytuacji, w których i tak nagrany dość szybko wokal przyspieszano podczas miksu. Brzmiało to nienaturalnie i pozbawiało ten rap zabawy – jego fundamentalnej wartości"

 

Jay-Z spowolnił, ponieważ chciał dać więcej przestrzeni swoim tekstom, a co za tym idzie, zarabiać na muzyce większe pieniądze. Są większe szanse na kupno płyty przez słuchacza, gdy będzie się on utożsamiał z treścią nagrań, które zaś mogą wpłynąć w jakimś stopniu na jego życie. W ulicznych pojedynkach chodziło o coś zgoła innego. O podziw, nie forsę. Mimo wszystko w pewnym momencie każdy z mainstreamowych raperów chciał być tym najszybszym. Pamiętam jak kilka lat wstecz zostaliśmy zasypani nagraniami, w których każdy rapował niemal z prędkością światła. Tak jakby stało się to jakimś wyznacznikiem? Dochodziło nawet do sytuacji, w których i tak nagrany dość szybko wokal przyspieszano podczas miksu. Brzmiało to nienaturalnie i pozbawiało ten rap zabawy – jego fundamentalnej wartości. Najważniejsze jednak, że części słuchaczy coś udowodniono. Przepraszam bardzo, ale tak się nie robi panie Eminem. Masz pan szczęście, że chociaż Bad Meets Evil było udane pod tym kątem.

Uporczywe dążenie do tego, żeby za wszelką cenę nawijać jak najszybciej, po mojemu trochę zabija styl i oryginalność. A nawet i osobowość, charyzmę i inne tego typu strony rapera, które wynikają z jego tekstów. Kiedy głównym celem jest wyplucie z ust jak największej ilości słów w jak najkrótszym czasie, finalnie robi się to identyczne, czyż nie? No dobra, jako kontrargument mojej teorii można włączyć sobie którąś z płyt Bone Thugs-n-Harmony i oddać się jej dźwiękom. Przy swoim jednak zostanę. Moim zdaniem nie ma szans na idealnie rozłożone słowa i nadanie flow melodyjności, gdy całość przypomina odgłos karabinu. Teksty stają się niezrozumiałe, a flow – jak już wspomniałem – łudząco podobne do innego, startującego w tym konkursie.

Pociągają mnie kobiety o skomplikowanej i złożonej osobowości. Z muzyką jest jak z kobietą. Gustuję w muzyce z lat 60' i 70', która właśnie tym się charakteryzuje. Strasznie rozbudowanymi i nieprzewidywalnymi aranżacjami. Dla takich potrzeba miejsca na płycie, dlatego kupując płytę w ciemno, nigdy nie zaintryguje mnie taka, która nie zawiera choćby jednego utworu, przekraczającego pięć minut. Idealnie by było, jakby zawierała wyłącznie takie nagrania. Na okładce ponadto jest mile widziany minimum jeden gościu z wąsem – to gwarancja jakości tych płyt. Podobnie powinno być w rapie, choć gwarancją nie powinien być żaden wąs czy łańcuch. Raper, który swoją twórczość opiera wyłącznie na poczwórnych rymach, może imponować, ale z pewnością nie urzeknie mnie na dłuższą metę. Zresztą niedawno jeszcze twierdziłem, że Big L wcale nie zapoczątkował nowego nurtu, a każdy go jedynie powiela, idąc na łatwiznę zamiast zadbać o swoją unikatową technikę. Zdecydowanie bardziej wolę typów, którzy w jednym miejscu wyskoczą z jakimś banałem, niezauważalnie przejdą do treści trochę bardziej interesujących, lecz podanych za pomocą czasownikowych rymów, by za chwilę zauroczyć mnie taką grą słów, że aż z przyjemnością sięgnę po słownik w momencie, gdy oni swoją kanonadę zakończą jakąś pauzą lub zwyczajową kurwą. Identycznie powinno być w sposobie rapowania. Raz szybciej, raz wolniej, a najlepiej odbiec od reguły i celowo pominąć z dwa wersy. Dryblować głosem jak Zlatan piłką i być w tym nieprzewidywalnym jak również zaskakującym niczym filmy Denisa Villeneuve. Zastanawiając się nad tym już słyszę gdzieś w oddali takich artystów jak Z-Ro, Yelawolf, Andre 3000, Hopsin, Oxon lub Ten Typ Mes. A najlepiej obrazuje to Termanology, który uwielbia swój głos traktować jako instrument. W jednym z numerów nadał swojemu flow takiej melodyjności i płynności, że gdyby tak zastąpić jego głos dźwiękiem gitary, ktoś mógłby pomyśleć, że reaktywował się Led Zeppelin. Dlatego apeluję, bądźcie przede wszystkim pomysłowi i jeśli wymaga to czasu, nigdzie się nie spieszcie!

 

Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.

 

Felieton

Kurtyna opadła. W „Rhythm & Flow France” rap przestał być najważniejszy – felieton

Miało chodzić o rap, chodzi o sprzedaż.

Opublikowany

 

Przez

Rhythm and Flow France 5

Miało być o rapie, talencie i znalezieniu nowej gwiazdy. Tymczasem coraz bardziej wygląda to na casting do roli produktu, który po prostu dobrze się sprzeda. Nowy francuski sezon pokazał coś, czego wcześniej nie było widać tak wyraźnie: nie zawsze wygrywa ten, kto najlepiej rapuje czyli liczy się to, czy da się go sprzedać.

Minęło już trochę czasu, więc wydaje mi się, że większość z Was miała już okazję obejrzeć nowe wydanie Rhythm & Flow France 5. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, dlatego zapraszam Was do dyskusji w komentarzach. A na początek pozwolę sobie przedstawić swoje spostrzeżenia.

Kolejna odsłona, ale z inną energią

Rhythm & Flow France to kolejna odsłona bardzo popularnego formatu Netflixa, który doczekał się swoich wersji w wielu krajach. W Polsce również mieliśmy już okazję zobaczyć wersję tego programu. Francja była jednym z pionierów tego formatu. Tym razem w jury zasiedli SDM, Oli i Theodora Boss Lady – trzy osoby reprezentujące dość różne podejścia do rapu. Oli to przede wszystkim liryczna strona rapu: słowo, warsztat, przekaz i umiejętność pisania. Theodora to z kolei znana francuska wokalistka, która przebiła się dzięki kilku hitom i viralowemu sukcesowi. To trochę ten dobrze znany schemat: artystka działająca wcześniej w undergroundzie nagle trafia na listy przebojów i zdobywa ogromną popularność dzięki jednemu dużemu singlowi. SDM to natomiast klasyka francuskiego rapu i jeden z najpopularniejszych artystów we Francji. Wydaje się więc, że skład jury został skonstruowany tak, aby pokazać różne strony współczesnego rapu: liryzm i warsztat, doświadczenie w bardziej mainstreamowej produkcji oraz melodyjność i ten nowoczesny, viralowy element.

Gdzie się podział „represent”?

Od zawsze ten program opierał się na jednej bardzo starej zasadzie rapu: represent. Reprezentujesz swój rejon, swoją dzielnicę, swoich ludzi, swoje miasto, swój fyrtel. „I’m gonna put my city on a map” – również na rapowej mapie. Przynależność do konkretnego miejsca jest przecież jednym z fundamentów rapowej kultury. Szczególnie mocno widać to w Stanach, ale nie jest to wyłącznie amerykańska historia. Ten element był obecny również we Francji i w innych krajach. I właśnie dlatego w tym sezonie trochę mi tego zabrakło. Oczywiście między wierszami pojawiają się Paryż, Tuluza, Marsylia i inne miejsca. Nie mam jednak poczucia, żeby represent było tutaj mocnym motywem przewodnim. Co ciekawe, inne elementy, które wcześniej próbowały się przebić, ale były trochę przykrywane przez tę nadrzędną ideę „struggle”, tym razem wychodzą niestety na pierwszy plan. 

Liczy się tylko „full package”

W poprzednich sezonach bardzo mocno podkreślana była prezencja sceniczna. Mieliśmy też uczestników, przy których można było odnieść wrażenie, że wygląd, atrakcyjność i sposób prezentowania się miały nadzwyczajne znaczenie. I dotyczyło to nie tylko kobiet – mężczyźni również byli oceniani pod kątem tego, jak wyglądają i jaki mają outfit. W tym sezonie jeszcze mocniej widzę, jak ważne stało się to, jak łatwo się sprzedasz i czy da się na Tobie zbić masową pengę. Potencjał tzw. „full package” zawsze był w tym programie ważny. I got it, bo wiem, jak działa biznes muzyczny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uniwersalność i sprzedażowość stają się ważniejsze niż to, co właściwie masz do powiedzenia lub kim jesteś. Kiedy zaczynam słuchać tekstów kolejnych uczestników, mam momentami wrażenie, że słyszę w kółko to samo (każdy z nich miał przynajmniej raz słowo Benz między wierszami, nie wiem czy to jakiś product placement narzucony od Netflixa?). Nudno.

Do tego dochodzą te same melodie, podobne rozwiązania hooks, adliby i autotune. Kolejne numery, które mają być chwytliwe, łatwe do zapamiętania i dobrze funkcjonować w streamingu, ale smakują jak zakalec. Francuski rap zawsze był bardzo melodyjny. Nie jest to dla mnie żadnym problemem. Tylko gdzie tutaj jest coś innowacyjnego? To jak ryby z taniej smażalni nad Bałtykiem niby świeże, ale smażone na starym oleju. Słucham francuskiego rapu od bardzo dawna. Jestem millenialsem, więc przeszłam przez naprawdę wiele jego etapów i nurtów. I absolutnie nie jestem osobą, która uważa, że wszystko, co stare, było lepsze. Wręcz przeciwnie – zawsze byłam bardzo otwarta na nowoczesną muzykę. Ale nawet przy całej tej otwartości mam czasami ochotę powiedzieć: ile można wałkować ciągle to samo? Zwłaszcza kiedy w niemal każdej piosence pojawia się jakieś „aha”, „eee”, „uuu” i podobne melodyjne wstawki. Mam to nucić następnego dnia? Co właściwie ma sprawić, że zapamiętam akurat tę osobę, skoro pięć innych brzmi bardzo podobnie? Oczywiście zdarzają się momenty, w których tekst naprawdę daje do myślenia. Szczególnie Mischa, który reprezentuje tę bardziej klasyczną, oldschoolową stronę rapu. On zresztą wielokrotnie podkreślał, że nie chce się sprzedawać, bronił się rękami i nogami.

I paradoksalnie właśnie on wydawał mi się lirycznie o poziom wyżej od wielu pozostałych uczestników. Jego ostatni występ naprawdę mi się podobał.

W tej edycji przetestowano też nowe, ciekawe zadanie, w którym artyści oraz uczestnicy wcześniejszych sezonów słuchali utworów i wybierali ten, który najbardziej do nich trafia. Wygrał numer, który był po prostu klubowym bangerem. Taki kawałek, który łatwo zanucić, przy którym można tańczyć przez cztery minuty i który od razu wpada w ucho. Tylko czy następnego dnia ktoś jeszcze będzie o nim pamiętał? I właśnie tutaj mam największy problem z tym sezonem. Nie mam wrażenia, że oglądam program o talencie. Mam raczej wrażenie, że oglądam poszukiwanie osoby, którą można najlepiej sprzedać. 

A gdzie są sami uczestnicy?

Od samego początku ten sezon nie potrafił mnie tak naprawdę wciągnąć.

Zaczęłam zauważać, że podczas oglądania sięgam po telefon i zaczynam scrollować. A to jest dla mnie dość nietypowe, bo jeżeli coś mnie naprawdę interesuje, potrafię się mocno skupić. Tutaj po prostu nie czułam więzi z uczestnikami. W poprzednich sezonach bardzo mocno eksponowano historie ich życia. Ktoś pochodził z biedy, ktoś wychowywał się w trudnych warunkach, ktoś stracił rodzica albo musiał utrzymywać rodzinę czy pomagać babci. I oczywiście – struggle od zawsze był częścią hip-hopu. Rap wyrósł z trudnych doświadczeń i z potrzeby opowiadania o rzeczywistości. Tylko że czasami miałam wrażenie, że ten struggle był wręcz dowodem na to, że ktoś „jest ziomem”, „jest represent” i „jest rapowy”. Hip- Hop to też są przecież duże pozory. Niestety.

W tym sezonie sytuacja jest dla mnie niemal odwrotna. Nie wiedziałam, kim są ci ludzie. Nie znałam ich story, ich motywacji, tego, skąd pochodzą i jaki jest ich ulubiony kolor.

Jedna z uczestniczek opowiedziała bardzo mocną historię – mówiła o tym, że wcześniej była prostytutką. I nagle pojawił się jakiś konkretny punkt zaczepienia, coś, co pozwoliło mi ją zapamiętać. O innych osobach dostawaliśmy pojedyncze informacje, czasami gdzieś między wierszami. Ale nadal brakowało mi tej więzi z nimi. I tutaj pojawia się paradoks. W poprzednich sezonach było tego momentami za dużo: „ja też mam struggle, ten ma struggle, ta jest niezrozumiana, i on też”. Tutaj mamy niemal odwrotnie – brak backgroundu. I żaden z tych skrajnych modeli nie działa na mnie do końca.

Czy to jeszcze jest program o rapie?

Mam wrażenie, że w tym sezonie opadła pewna fałszywa kurtyna. Taka lekka zasłona hipokryzji dotycząca tego, o czym to show tak naprawdę jest. Oficjalnie mamy program o rapie. O znalezieniu rapstara, najlepszej osoby, która ma największy potencjał, aby być artystą. Tylko że z sezonu na sezon coraz mniej jest w tym Hip-Hopu. Kiedyś mieliśmy bitwy rapowe, więcej improwizacji, więcej sytuacji, w których trzeba było rzeczywiście pokazać, co potrafisz. Teraz wiele rzeczy wydaje się wcześniej przygotowanych. Mamy napisane teksty, przygotowane występy, mentorów i konkretne zadania. Sami trenerzy to zresztą bardzo liryczni millenialsi. I teraz pojawia się pytanie: czy nowe pokolenie rzeczywiście umie rapować i rozumie w ogóle ideę tego nurtu? Mischa potrafił. Był znany z open miców, potrafił pisać, miał warsztat. Tylko może właśnie to już nie wystarcza. Bo jeśli nie potrafisz się sprzedać, to czy masz jeszcze szansę wygrać taki program?

Francja kontra Włochy

Niedawno oglądałam również włoską wersję programu i tutaj miałam zupełnie inne odczucia. Włosi nadal mają w sobie rap. Cały czas czuję tam ogromne przywiązanie do liryzmu, do słowa i do tego, czym rap był u swoich podstaw. Za tymi wartościami stoi juror Fabri Fibra oraz Geolier. I właśnie dlatego kontrast z francuskim sezonem jest dla mnie tak interesujący. Nie chodzi mi o to, że oldschool jest z definicji lepszy. Absolutnie nie. Lubię nowoczesne rzeczy. Jaram się kiedy muzyka się zmienia i idzie do przodu. Tylko chciałabym, żeby wraz z tą nowoczesnością szła w parze jakaś własna tożsamość.

I co dalej?

I chyba właśnie z tym pytaniem zostałam po tym sezonie. Czy mam się cieszyć, że ta kurtyna w końcu opadła i możemy zobaczyć, o co w tym programie naprawdę chodzi? Czy raczej martwić się, że z każdym kolejnym sezonem jest w nim coraz mniej Hip-Hopu? Jestem bardzo ciekawa, jak Wy to odebraliście. Piszcie w komentarzach. 

Amanda aka @goldiethebossy

Czytaj dalej

Felieton

Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton

Tak się monetyzuje upadek Fagaty.

Opublikowany

 

trueman fagata

Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.

Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.

Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.

Trueman zobaczył kryzys. I liczby

I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.

Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.

Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.

Fagata potrzebuje koła ratunkowego

Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.

I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.

Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.

TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.

Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami

Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.

Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.

Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.

Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.

Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.

To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.

Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator

I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.

Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.

Czytaj dalej

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: