Felieton
Najszybszy, ale czy to oznacza, że najlepszy? |FELIETON
W sobotę znalazłem się w Krakowie na wyczekiwanym przeze mnie koncercie Busta Rhymesa! Z największych raperów był on jednym z ostatnich, których jeszcze nie widziałem i koniecznie chciałem zobaczyć zanim umrę. Byłbym w stanie zapłacić nawet krocie za taką możliwość, więc jak tylko internet mi oznajmił, że w Tauron Arenie będę mógł tego doświadczyć bezpłatnie, natychmiast oniemiałem.
Sam występ niestety w żaden sposób mnie nie porwał. Być może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, pamiętając jeszcze jak kilkanaście lat temu – według relacji świadków – rozbił on warszawską Stodołę w drobny mak. Na moje niezadowolenie wpłynęło wiele czynników. Frekwencja dopisała, ale tylko podczas show O.S.T.R.'a, który mógłby być – gdyby tylko to decydowało – headlinerem tej imprezy. Na hali panował leniwy klimat, a że byłem częścią publiczności, również poczułem się ospały oraz zniechęcony. Lider Flipmode Squad nie jest już tym zwariowanym gościem z trzema dreadami na głowie i dawno opuścił boisko kosmicznego meczu, trafiając do ligi oldbojów. W dodatku wraz z upływem lat uleciał z niego ten polot. Umiejętności na szczęście pozostały klasowe, co zaprezentował, wykonując słynne, znane nawet przez ludzi nieznających Busty, Break Ya Neck. Ostateczny odbiór koncertu utrudniała akustyka obiektu, ponieważ z trudnością wyłapałem utwory, wybrzmiewające ze sceny. Na pewno poleciało moje ulubione It's A Party oraz Pass The Courvoisier Part 2, ale czy Iz They Wildin Wit Us? Nie mam pewności. Nawijek przypominających odgłos Thompsona podczas egzekucji jednak nie brakowało. Trevor Smith sprawiał wrażenie najszybszego rapera świata. Dzięki temu zyskałem idealną okazję, żeby poruszyć temat, który od wielu lat zamierzałem rozważyć. Czy najszybszy raper świata jest jednocześnie najlepszym raperem na świecie?
Każdy fan hip-hopu powinien znać Scenario. Kultowe nagranie, zrealizowane przez dwie zaprzyjaźnione, wówczas topowe, a dziś zaiste legendarne ekipy na scenie. Mowa o A Tribe Called Quest i Leaders Of The New School. Nie każdy fan hip-hopu natomiast musi wiedzieć, że na pierwszym albumie LOTNS niejaki Busta Rhymes był zwyczajnym chłopkiem na beatach. Dopiero przy powstawaniu wspomnianego utworu promującego The Low End Theory, w studio, niby dla hecy, eksperymentalnie, postanowił on nawinąć trochę szybciej. Ten pozornie wariacki zabieg był przyczynkiem do powstania petard pokroju Break Ya Neck czy 60 Second Assassins. Kiedy pierwszy z tych utworów co chwilę zapowiadali wszyscy prezenterzy każdej stacji radiowej w kraju, pewnie nikt nie zastanawiał się, czy Busta – w wolnej chwili od pojedynków z bizonami – jest najszybciej rapującym człowiekiem na ziemi, czy nie. Utwór się udał, więc przyjął się niesamowicie i był grany, ot co. Dopiero kilka lat później podobny pomysł przyszedł do głowy pewnemu Polakowi. MC Silk niejako zadecydował i spopularyzował opinię, że to właśnie Nowojorczyk jest najszybszym MC świata, ponieważ postanowił udowodnić, że jest od niego szybszy, wykorzystując do tego podkład z jego sztandarowego hitu. Jak myślicie, udało mu się? Mnie to na przykład pierdoli, nigdy się nad tym nie zastanawiałem! Świat jednak zachwycił się Polakiem, ale niestety jego kariera była jak fejerwerk – wystrzelił, trochę błyszczał i zniknął. Zainteresowanie jego osobą nijak nie przypominało typowego dla najlepszych MC's. Był nie lada sensacją, owszem, ale częściej gościł na stronach typu Kwejk niż na hip-hopowych portalach, a młode siksy, które z zasady gardziły rapem, nagle, sepleniąc, próbowały swoich sił w pobiciu rekordu. Po mojemu MC Silk był bardziej sezonową ciekawostką, youtuberem. I tak już zostanie, nawet jak na nowym albumie napisze błyskotliwsze wersy niż Łona, czy utworzy ze Steezem jakiś spin-off i nazwą się KU0P0T. Tak więc, czy warto być tym najszybszym raperem?
Ludzie lubią jak im się podaje wszystko na tacy, więc nikt nie chciał sięgnąć głębiej niż popisy polskiego rapera i zgodnie z jego sugestią to Busta Rhymes miał opinię najszybszego rapera na świecie, a czasami nawet odnosiłem wrażenie, że rap Busty uważano za jedyny w tej konwencji. Zupełnie jakby świat zapomniał o dokonaniach Twisty albo o tym, jak we wczesnych latach 90' rapował Jay-Z czy Jaz-O. Zresztą wtedy szybkie rapowanie było normą na nowojorskich ulicach, a każdy, kto rapował najszybciej, zyskiwał większy szacunek na dzielnicy. Nawet MC's, którzy przywiązanie do ulicy zamienili później na kontrakty z wytwórnią. Dla przykładu taki Notorious B.I.G. – czy kiedykolwiek był brany pod uwagę jako najszybszy raper świata? No właśnie. Doskonale zobrazowano to w biografii Shawna Cartera. Autor świetnie przybliżył ówczesne realia. W tej samej książce możemy zarówno przeczytać, dlaczego Jay-Z, a w domyśle pewnie i reszta, spowolnili swój rap, uszczuplając swoje teksty o kilka sylab. Jak zatem najszybszy raper świata może być również najlepszym raperem na świecie, skoro w pewnym rozdziale historii były to pojęcia zwyczajne i powszednie?

"Dochodziło nawet do sytuacji, w których i tak nagrany dość szybko wokal przyspieszano podczas miksu. Brzmiało to nienaturalnie i pozbawiało ten rap zabawy – jego fundamentalnej wartości"
Jay-Z spowolnił, ponieważ chciał dać więcej przestrzeni swoim tekstom, a co za tym idzie, zarabiać na muzyce większe pieniądze. Są większe szanse na kupno płyty przez słuchacza, gdy będzie się on utożsamiał z treścią nagrań, które zaś mogą wpłynąć w jakimś stopniu na jego życie. W ulicznych pojedynkach chodziło o coś zgoła innego. O podziw, nie forsę. Mimo wszystko w pewnym momencie każdy z mainstreamowych raperów chciał być tym najszybszym. Pamiętam jak kilka lat wstecz zostaliśmy zasypani nagraniami, w których każdy rapował niemal z prędkością światła. Tak jakby stało się to jakimś wyznacznikiem? Dochodziło nawet do sytuacji, w których i tak nagrany dość szybko wokal przyspieszano podczas miksu. Brzmiało to nienaturalnie i pozbawiało ten rap zabawy – jego fundamentalnej wartości. Najważniejsze jednak, że części słuchaczy coś udowodniono. Przepraszam bardzo, ale tak się nie robi panie Eminem. Masz pan szczęście, że chociaż Bad Meets Evil było udane pod tym kątem.
Uporczywe dążenie do tego, żeby za wszelką cenę nawijać jak najszybciej, po mojemu trochę zabija styl i oryginalność. A nawet i osobowość, charyzmę i inne tego typu strony rapera, które wynikają z jego tekstów. Kiedy głównym celem jest wyplucie z ust jak największej ilości słów w jak najkrótszym czasie, finalnie robi się to identyczne, czyż nie? No dobra, jako kontrargument mojej teorii można włączyć sobie którąś z płyt Bone Thugs-n-Harmony i oddać się jej dźwiękom. Przy swoim jednak zostanę. Moim zdaniem nie ma szans na idealnie rozłożone słowa i nadanie flow melodyjności, gdy całość przypomina odgłos karabinu. Teksty stają się niezrozumiałe, a flow – jak już wspomniałem – łudząco podobne do innego, startującego w tym konkursie.
Pociągają mnie kobiety o skomplikowanej i złożonej osobowości. Z muzyką jest jak z kobietą. Gustuję w muzyce z lat 60' i 70', która właśnie tym się charakteryzuje. Strasznie rozbudowanymi i nieprzewidywalnymi aranżacjami. Dla takich potrzeba miejsca na płycie, dlatego kupując płytę w ciemno, nigdy nie zaintryguje mnie taka, która nie zawiera choćby jednego utworu, przekraczającego pięć minut. Idealnie by było, jakby zawierała wyłącznie takie nagrania. Na okładce ponadto jest mile widziany minimum jeden gościu z wąsem – to gwarancja jakości tych płyt. Podobnie powinno być w rapie, choć gwarancją nie powinien być żaden wąs czy łańcuch. Raper, który swoją twórczość opiera wyłącznie na poczwórnych rymach, może imponować, ale z pewnością nie urzeknie mnie na dłuższą metę. Zresztą niedawno jeszcze twierdziłem, że Big L wcale nie zapoczątkował nowego nurtu, a każdy go jedynie powiela, idąc na łatwiznę zamiast zadbać o swoją unikatową technikę. Zdecydowanie bardziej wolę typów, którzy w jednym miejscu wyskoczą z jakimś banałem, niezauważalnie przejdą do treści trochę bardziej interesujących, lecz podanych za pomocą czasownikowych rymów, by za chwilę zauroczyć mnie taką grą słów, że aż z przyjemnością sięgnę po słownik w momencie, gdy oni swoją kanonadę zakończą jakąś pauzą lub zwyczajową kurwą. Identycznie powinno być w sposobie rapowania. Raz szybciej, raz wolniej, a najlepiej odbiec od reguły i celowo pominąć z dwa wersy. Dryblować głosem jak Zlatan piłką i być w tym nieprzewidywalnym jak również zaskakującym niczym filmy Denisa Villeneuve. Zastanawiając się nad tym już słyszę gdzieś w oddali takich artystów jak Z-Ro, Yelawolf, Andre 3000, Hopsin, Oxon lub Ten Typ Mes. A najlepiej obrazuje to Termanology, który uwielbia swój głos traktować jako instrument. W jednym z numerów nadał swojemu flow takiej melodyjności i płynności, że gdyby tak zastąpić jego głos dźwiękiem gitary, ktoś mógłby pomyśleć, że reaktywował się Led Zeppelin. Dlatego apeluję, bądźcie przede wszystkim pomysłowi i jeśli wymaga to czasu, nigdzie się nie spieszcie!
Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję
Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.
Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.
Teksty ponad bitem – wniosek naukowców
Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.
Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.
58 tysięcy kawałków
Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.
W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.
Smutniejsze numery, wyższe wyniki?
Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.
Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.
Studio > koncert? Też ma znaczenie
Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.
Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki
Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.
Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza
Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.
Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.
Co to oznacza dla rapu
Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.
Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton
Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.
Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.
„Kutas Records” – o co w tym chodzi?
Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.
Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.
Oto kilka przykładów:
- Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
- Gejtos – Bóg Morza
- Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
- Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
- Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.
Spotify podbite przez „Kutas Records”
Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem
Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.
To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem
„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.
Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.
Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema
Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).
Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Przodkowie rapera – „Ger Polish”
Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.
Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.
– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

W Eminemie płynie polska krew?
Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.
– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.
Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.
Fakty kontra plotki
W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Schwesta Ewa i Loredana – jedna z najbardziej wyczekiwanych kolaboracji od lat! – felieton
Polsko-niemiecko-albański mix, który może podbić rynek naszych zachodnich sąsiadów.
Fani komentują nieustannie sociale, upominając się o wyczekiwaną kolaborację dwóch kluczowych artystek w Niemczech. Kilka miesięcy temu pojawiły się filmiki jak Loredana czekała na Schwesta Ewę, przetrzymywaną dłużej przez celników na lotnisku. Wtedy pojawiły się pierwsze plotki na temat ich współpracy.
Takiego koktajlu nikt się jednak nie spodziewał. Można powiedzieć, że to muzyczne kamikadze przyprawiające o skoki ciśnienia. Jak mówi mój znajomy z Albanii: „Nie ma nic niebezpieczniejszego niż polsko-albański mix”. I chyba coś w tym jest.
Schwesta Ewa od dłuższego nie wypuściła żadnego nowego projektu i mocno ucichła w social mediach, zwłaszcza po tragicznej śmierci Xatar’a. Dużo osób oczekiwało od niej publicznego statementu, jednak ona przeżywała żałobę prywatnie.
Naturalnie, każdy z nas miał ochotę na nowe projekty jednej z najbardziej kontrowersyjnych raperek w Niemczech. W połowie października ukazała się świetna, nowa płyta rapera SSIO, wypromowana z resztą z wielkim sarkazmem, komizmem, rozmachem oraz zabawnymi i politycznymi reels, które viralowo latały w socialach. Niemiecki rynek nie widział jeszcze czegoś takiego, współtwórcą wizuali był jeden z najbardziej utalentowanych video makerów Mac Duke, który jest w połowie Polakiem. Raper zaprosił naszą rodaczkę m.in. na „Bitte keine Anzeige machen”, gdzie Ewa nawija do bardzo chilloutowego beatu:
Prześlizgam się przez system sprawiedliwości w szpilkach Versace
Wyślij laskę – Sandy do inspektora
Nancy do sędziego, gdzie uprawia seks na pieska
Albo duplikat Rolexa jako
akt wdzięczności za utracone dokumenty.
Fakt, że Ewa nie przebiera w słowach czyni ją jedną z najbardziej autentycznych postaci na niemieckiej scenie muzycznej. Do tematu bycia real odniosła się ostatnio Albanka, która w “Privileg” mocno krytykowała inne raperki i ich wizerunek, zarzucając im poniekąd kopiowanie jej osoby oraz wiele sztuczności. Loredana ma od wielu lat status gwiazdy, wybijając się typowymi chartowymi hitami. Już na początku kariery zyskała szybko popularność i uznanie. Niemcy potrzebowali nowej ikony damskiego rapu, kogoś kto nie tylko dobrze wygląda, ale potrafi faktycznie nawijać.
Jej burzliwy związek z raperem Mozzim, turbulentne sytuację życiowe, przeobraziły Albankę w artystkę, która odcięła się od starego brzmienia. King Lori mówi wprost, że ma dosyć robienia muzyki typowo pod label. Jej ostatni projekt jest osobisty, dlatego tak dobry. Prawda jest taka, że mimo komercyjnych początków Loredana jako jedna z nielicznych, autentycznie odzwierciedla wizerunek i definicję Hip-Hopu. Co ciekawe, nie pokazuje się w głębokich dekoltach czy kusych sukienkach, nie twerkuje na klipach, co jest w obecnych czasach dość unikalne.
Dwie silne kobiety – połączenie albańskiego i polskiego temperamentu to jedna z najbardziej ekscytujących kolaboracji od lat na niemieckim rynku muzycznym! Loredana i Schwesta Ewa w „Ihr möchtegern”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Felieton
Koniec kariery Quebonafide to farsa. Jego fani to „Psikutasy”, ale bez „s” – felieton
Opluj, zdepcz, ale na koniec przeproś.
Każdy element końca rapowej kariery Quebonafide miał wtopę i jest szeroko krytykowany nawet przez jego fanów. Od wydarzenia online, przez koncert na Narodowym, po wysyłkę płyt.
Z polskimi raperami jest dokładnie tak, jak z polskimi politykami. Mogą odpi*rdolić największą kaszanę, a i tak za chwilę wszyscy o tym zapomną. Tak jest teraz chociażby z Popkiem, który po kilku miesiącach od afery z psem wrócił do mainstreamowych mediów, a Kuba Wojewódzki przywitał go jak króla. To samo dzieje się z Januszem Palikotem, który jest w trakcie ocieplania swojego wizerunku w mediach. Komentatorzy zastanawiają się np. ile kosztuje wybielenie się u Żurnalisty, u którego był ostatnio pseudo biznesmen z Biłgoraja.
Jeszcze inaczej jest z Quebonafide, bo fani rapu są jeszcze bardziej podatni na dymanie i można to robić długofalowo – spokojnie – oni wybaczą wszystko, bo mają wyjątkowo silną psychikę. Takie Psikutasy, ale bez „s” na końcu.
Zakończenie rapowej kariery Quebonafide poszło jak krew z nosa – wyjątkowo dużego nosa. Większość pewnie już nie pamięta, ale budowanie napięcia przed ostatnim koncertem trwało naprawdę długo, a balonik był napuchnięty jak konserwa po surstrommingu. Media i fani robili „ochy i achy” na każde pierdnięcie rapera, a Krętacz z Ciechanowa to sprytnie wykorzystywał. Kiedy jednak przyszedł moment, żeby powiedzieć „sprawdzam”. Po stronie artysty tego nie udźwignięto.
Wydarzenie online reklamowane jako coś ekskluzywnego, i żeby to obejrzeć wiele osób musiało się zwalniać z pracy – ma być za chwilę dostępne online w każdej chwili dla każdego – kiedy tylko będziesz miał na to czas. Awesome! To tak się da? Da, no chyba, że chciało się włączyć tryb dymania, to się nie dało, ale teraz już się będzie dało, bo Canal+ rzucił kilka monet.
Koncert na Narodowym był pokazem chciwości i braku szacunku dla fanów. Kupiłeś bilet na ostatni koncert, a tu bach! Dzień wcześniej 60 tys. osób zobaczy ten sam koncert – szybciej niż ty – wierny fan, który kupując bilet był przekonany o wyjątkowości ostatniego koncertu. Znów zwolniłeś się z roboty, żeby klikać F5 na stronie, próbując załapać się na wejściówkę. Jakby tego było mało, piątkowi koncertowicze zleakują go w sieci – tysiące TikToków i artykułów prasowych i brak efektu pierwszeństwa – znów zostałeś przegrywem, ale mimo wszystko dalej czujesz się kimś elitarnym. No tak, elitarnym przegrywem też można być.
To oczywiście nie wszystko, bo z boxem „Północ/Południe” jest jeszcze większa wtopa. Preorderowicze mieli dostać zakupione boxy pod koniec sierpnia. Mamy tydzień do listopada… i oświadczenie Dawida Szynola, że na boxy jeszcze…. poczekacie. Kilka tygodni.
Koniec, bo szkoda strzępić ryja. Ha tfu!

Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
News3 dni temuPeja strzela w Pezeta. Za to, że ten nagrał z Bedoesem?
-
News4 dni temuPopek szuka sponsorów wśród fanów. Wszyscy jednym chórem: „Nie”
-
News3 dni temuŚliwa, którego wspólnicy mają dość, „tęskni za ziomami, którzy grzeją puchę”
-
News2 dni temuFokus o konflikcie z Paluchem: „Faceci lubią sobie dać po mordzie”
-
News1 dzień temuPamiętacie „Mercbezel S600”? Po ponad 20 latach Tede znów wydał „Notes”
-
News1 dzień temuKsiążę Kapota poluje na Tomasza Chica. „Trafisz się na pewno”
-
News1 dzień temuJWP ujawnili tracklistę płyty „Krew”. Featuringi mocno okrojone
-
Singiel2 dni temuZ Compton do Polski. The Game w numerze Bęsia