Felieton
CZEGO OCZEKUJEMY PO PŁYCIE ABLA?
Najczęściej pojawiający się i w zasadzie chyba jedyny zarzut stawiany Tedemu jako wydawcy jest fakt, że jego Wielkie Joł nie przykłada się do promocji albumów swoich podopiecznych. Krytykowanie Jacka pod tym względem straciło jednak swoją moc w momencie gdy dotarło w końcu do ludzi, że raper zupełnie nia ma potrzeby, by swój label rozwijać i aspirować tym samym do stawiania go w czołówce wytwórni w kraju. Nie ukrywał, że marka Wielkie Joł była założona jedynie po to, by wydawać siebie, swoją muzykę i swoje własne projekty, a gdy już doszło do tego, że logo WJ miałoby być wydrukowane na okładce innego artysty, to ewentualne zarobione pieniądze w większości i tak nie trafiały na konto wydawcy, a prosto do kieszeni twórcy danego krążka.
Fakt, Tede może i nie ma zacięcia wydawniczego, nie czuje też pasji do obmyślania skomplikowanych strategii promocyjnych kolegów, zajmowania się klipami czy okładkami innych artystów, ale żyłkę do wyławiania artystów o sporym potencjale posiada jako jeden z niewielu raperów w Polsce. Nie mylcie jednak dostrzegania nierozwiniętego jeszcze wachlarza sporych umiejętności, których posiadacze dzięki swojej ciężkiej pracy stawali się szeroko doceniani z wyciąganiem z czeluści podziemia na mainstreamową powierzchnię zwyczajnych, nie posiadających charyzmy i choćby pierwiastka charakterystycznego tylko dla siebie stylu pierdołowatych grajków, których albumy znajdywały nabywców w głównej mierze dzięki dużo bardziej znanym kolegom na tracklistach i agresywnym działaniom promocyjnym wytwórni muzycznych stojących za plecami takiej postaci.
Na przestrzeni lat w Wielkim Joł przewinęło się sporo osobowości, stających się później sporymi gwiazdami lub co najmniej szeroko rozpoznawalnymi i kojarzonymi przez określone środowiska artystami. Część młodszych słuchaczy, których geneza przygody z rapem rozpoczyna się raptem od kilku wydanych płyt wstecz, może przeżyć chwilowy szok, gdy dowiedzą się, że siostry Paulina i Natalia Przybysz, niegdyś działające jako zespół Sistars, rozpoczynały swoje kariery pod skrzydłami właśnie Tedego, albo, że Gural – chwilę przed tym jak postanowił otworzyć własną muzyczną twierdzę – "Drewnianej Małpy Rock" wydał pod patronatem Wielkie Joł. Będący obecnie w trakcie prac nad drugą częścią "Ulice Tego Słuchają" skład PTP na swoim legalnym debiucie także posiadał wydrukowany znaczek WJ i chociaż w przypadku chłopaków z Torunia ciężko powiedzieć, że odnieśli w karierze znaczący sukces, to sama próba zawojowania rynku w 2008 roku rapem wyróżniającm się crunkowym brzmieniem zasługuje na odnotowanie. Z ekipą wytwórnią Tedego byli związani też zdobywający złote wyróżnienia za sprzedaż B.R.O, czy też będący na progu międzynarodowej kariery na scenie elektronicznej P.A.F.F. (tudzież Paff Bangerski), a jeszcze wcześniej nagrywający z Fabolousem producent L-Pro, czy wciąż uważany za najlepszego bitmejkera w kraju, wyłowiony w konkursie zorganizowanym przed wydaniem pierwszego "Notesu", Matheo.
Gdzieś wśród tych postaci, odbijających się szerokim echem projektów, czy głośnych i ciągnących się okoliczności rozstania Tedego z poszczególnymi osobami, znalazło też miejsce dla pewnego rapowego składu z małego, graniczącego z Niemcami miasteczka, którzy swoimi umiejętnościami imponowali już po 2007 roku, a jednak wciąż nie potrafili zdobyć proporcjonalnego rozgłosu. Ekipa Smagalaz ze Słubic – bo o nich mowa – w ekipie TDF-a są już 9 lat, a powiedzmy sobie szczerze, ich pozycja na scenie nie uległa od tamtego czasu przesadnej poprawie. Można się zastanawiać co było tego głównym czynnikiem – mała ilość wydanych projektów (zaledwie mixtape Abla i DJ-a Pete'a, album "Czillen Am Grillen" i wspólny mixtape "Dorzucamy Do Grilla"), czy też niezbyt efektywne działania promocyjne Wielkie Joł, a może kompletne niezrozumienie ich muzyki przez słuchaczy? No cóż, nie udało sie wzbudzić szumu w składzie, ale małe sukcesy odnosi przynajmniej jeden z trójki członków Smagalaz, czyli Abel, którego wydany krążek "Ostatni Sarmata" zyskał masę przychylnych recenzji i pozytywnego odbioru ze strony słuchaczy, więc logicznym posunięciem było wykorzystanie nadarzającej się okazji i popchnięcie kariery do kolejnego etapu nowym solowym krążkiem. Poznaliśmy już sporo szczegółów dotyczących nadchodzącego wielkimi krokami "Hannibala", więc sprawdźmy czego możemy spodziewać się po krążku, który trafi na półki sklepowe już 18 marca.
***
Wydaje się, że jednym z kluczowych elementów, który przyczynił się do takiego, a nie innego odbioru "Ostatniego Sarmaty", było zgrabne łączenie różnych klimatów i zabiegów muzycznych. No bo tak naprawdę ile rapowych płyt mieliście okazję usłyszeć, na której w ciągu 60 minut znalazło się jednocześnie miejsce na…
– umieszczenie w intro uznanego aktora Arkadiusza Jakubika (a i nie tylko aktora, bo Pan Arek także m.in. zajmuje się muzyką będąc liderem zespołu Dr Misio)
– refren śpiewaka operowego – zdolny mieszkaniec Słubic Bartosz Borula zdobywający wyróżnienia w różnych konkursach,
– chór Konosans, także ze Słubic (Starsze kobiety. Babcie. Chór starszych pań. Na płycie hiphopowej. Na płycie. Hiphopowej),
– nowoczesne elementy trapowe,
– folkowe dźwięki rodem z wiejskiego jarmarku,
– wersy z szesnastym dnem – infantylność i proste teksty dla mas to nie wizytówka Abla,
– a wszystko to okraszone nienagannym flow członka Smagalaz,
– ponadto ciekawy był także pomysł na tytuł krążka, który wziął się od… wódki "Sarmata", której Abel szczerze nienawidzi.
…a po wszystkim ani razu nie obrywa za brak spójności materiału. Podczas gdy grom raperów opowiada o tym, że ich płyta będzie "powrotem do korzeni" albo "nowoczesna", w tym samym czasie Abel łączy wszystko co mu akurat wpadnie do głowy bez straty na jakości finalnego produktu. Kontynuacji upatrywałbym także na "Hannibalu". Do tej pory dostaliśmy trzy single: wydana po cichu jeszcze w zeszłym roku "Agresja", najświeższy "Hannibal Lante Portas" i "Kasa", czyli główny singiel promujący płytę.
Swoją drogą nie wypada nie spropsować Abla za teledysk do tego ostatniego z wymienionych utworów, gdzie faktycznie ekipa bardzo się do obrazka przyłożyła. Często też wracam do numeru chyba bardziej dla samego teledysku niż muzyki. Zdecydowanie jeden z najlepszych klipów dostępnych na "Tedewizji".
Pamiętajmy, że za produkcję płyty odpowiada Brat Jordah, czyli połowa duetu Małe Miasta, a to z czego obaj Mateuszowie są znani, to niepopularne, "niepolskie" czy po prostu hipsterkie podejście do rapu i samej muzyki. Oczywiście nie wieszczę przedłużenia klimatów z płyty "Koń", ale drobnych akcentów już jak najbardziej – w końcu mamy do czynienia z krążkiem rapowym, a nie okołorapowym jak w przypadku Małych Miast, a z drugiej pomysł na przemycenie hipsterskiego pierwiastka muzycznego chłopaków z Alkopoligamii jest bardzo logiczny – zwłaszcza, że oprócz Jordaha na płycie gościnnie pojawi się także Holak.
Kto oprócz Małych Miast i Tedego?
Abel ogłosił, że możemy spodziewać się występów Dioxa, Sety, Króla Świata z Flaszek i Szlugów, Rosalie czy R.A.U. Czyli wygląda na to, że będzie rapująco, śpiewająco, pewnie nieco elektronicznie – a już na pewno nie będzie jednostajnie.
Jak określić to co działo się wokół "Ostatniego Sarmaty"?
Można mówić o sukcesie Abla i jego albumu czy jest to określenie nieco na wyrost? Fakt, z jednej strony członek Smagalaz świetnie trafił w gust (a może ten gust poszerzył?) recenzentów i słuchaczy, którzy ciepło odebrali materiał, a negatywne opinie, jeśli już się takowe pojawiły, ciężko było traktować na poważnie, mając tak dopracowany krążek. Niestety druga strona medalu jest nieco inna, bo pozytywny szum wokół Abla nie przełożył się na równie atrakcyjną sprzedaż nośników, zatrzymując się na liczbie 3 000. No cóż, powiedzmy sobie szczerze – liczba dupy nie urywa. A jeśli postawimy obok Abla innych debiutanów – bądź co bądź, "Ostatni Sarmata" to z której strony byśmy nie spojrzeli, jest legalnym solowym debiutem na scenie, to po raz kolejny można podnieść lament dlaczego Zbuku i Kaen mają złote płyty, a Abel sprzedał tylko 3 000 płyt. Koncertów od premiery albumu także zbyt wielu niestety Ablowi się nie przytrafiło, a to jakby nie patrzeć również jest czynnikiem branym pod uwagę przy rozliczaniu sukcesu i popularności danego albumu. W każdym razie, jeżeli "Ostatni Sarmata", to płyta, która rzeczywiście odniosła sukces, to życzę członkowi NWJ jeszcze głośniejszego odbioru, chociaż ja skłaniałbym się ku określeniu, że wszystko do tej pory było preludium i bardzo obiecującym początkiem przed prawdziwymi sukcesami. Takimi przez duże "S". A w jaki sposób można ten ewentualny sukces pociągnąć jeszcze dalej? Ano poprzez nowe Smagalaz.
Jaki jest tak naprawdę status grupy Abla, Mopsa i DJ-a Pete'a?
Panowie nigdy nie ogłosili, że kończą czy zawieszają wspólną działalność, beefu też żadnego nie mają, a jednak ostatni materiał "Dorzucamy Do Grilla" w swoim składzie wypuścili dawno temu, bo w 2011 roku. Niedługo po premierze "Ostatniego Sarmaty", w jednym z wywiadów Abel wspominał, że nagrywa z chłopakami numery na nowy projekt Smagalaz, więc wydawało się, że wypuszczenie efektów na światło dzienne jest w zasadzie kwestią czasu. Tak się jednak nie stało, Panowie nadal zajmują się swoimi solowymi projektami, a Mops dodatkowo postanowił pobawić się w dziennikarza muzycznego, przeprowadzając luźne wywiady ze swoimi rapowymi kolegami. Za każdym razem pytany o swoich podopiecznych Tede powtarzał, że Smagalaz wyprzedzali swoje czasy rapowym przelotem, więc może warto przypomnieć o sobie słuchaczom? Cóż, bardzo prawdopodobne jest to, że "Hannibal" Abla będzie odebrany przynajmniej tak samo wśród słuchaczy jak "Ostatni Sarmata", więc warto kuć żelazo póki gorące i od razu rozpocząć pracę nad kolejnym projektem – najlepiej projektem Smagalaz.
Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
Felieton
Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję
Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.
Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.
Teksty ponad bitem – wniosek naukowców
Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.
Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.
58 tysięcy kawałków
Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.
W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.
Smutniejsze numery, wyższe wyniki?
Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.
Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.
Studio > koncert? Też ma znaczenie
Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.
Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki
Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.
Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza
Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.
Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.
Co to oznacza dla rapu
Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.
Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.
Felieton
„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton
Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.
Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.
„Kutas Records” – o co w tym chodzi?
Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.
Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.
Oto kilka przykładów:
- Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
- Gejtos – Bóg Morza
- Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
- Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
- Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.
Spotify podbite przez „Kutas Records”
Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem
Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.
To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.
Felieton
Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem
„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.
Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.
Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema
Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).
Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Przodkowie rapera – „Ger Polish”
Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.
Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.
– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

W Eminemie płynie polska krew?
Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.
– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.
Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.
Fakty kontra plotki
W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.
-
News3 dni temuSzczotka do włosów, do której rapował Szpaku – Cancer Figters ruszyło z aukcjami
-
News2 dni temuMata to nie Quebonafide. Wyprzedał Narodowy czy nie? (tylko u nas)
-
News2 dni temuSentino złożył gratulacje kibicom Wisły, chwilę po nietypowej manifestacji na stadionie
-
News3 dni temuStudenci z Częstochowy protestują przeciwko koncertowi Fagaty. „Wstyd na całą Polskę”
-
News3 dni temuJosef Bratan wygwizdany na Fame 31. Wygrał z Bojanem, bo miał dużo szczęścia
-
News2 dni temuJosef Bratan przegrał finałową walkę o BMW M5 warte ponad pół miliona zł
-
News2 dni temuKoziołek jak Popek – wygrał z Murańskim, ale jedną ręką
-
News4 dni temuJosef Bratan pobił się z Taazym