Felieton
Czym jest „grind time” i czy rzeczywiście potrzebujemy go w Polsce? |FELIETON
Wczoraj wystartowało WBW. Wiecie- freestyle, pisanki, rapowe kalectwo- te sprawy…Na scenie staje dwóch gości, nieumiejętnie pluje do źle trzymanych mikrofonów, wyzywa swoje dziewczyny od kurew i zbiera za to gromkie brawa od publiki. Zdecydowaną większość z nich sztuki rapowania mógłby nauczać Bonus BGC, lecz w momencie, gdy w głośnikach słychać „Boom” DJ’a Premiera, a na majka spluwane są dziesiątki skrzętnie wymyślanych przed bitwą punchline’ów przestaje mieć to jakiekolwiek znaczenie. Ale czy nadal ma to sens?
Skłamałbym, pisząc, iż zupełnie nie. Zresztą z tym polskim freestyle’em wcale nie jest tak źle, jak zwykło się mawiać i jak ja nieraz zgryźliwie to opisuje. Ale o tym później. Jestem natomiast więcej niż przekonany, że każdy jego obserwator ma czasem wrażenie, że dla wolnostylowych bitew błogosławieństwem byłoby wyłączenie na nich podkładu muzycznego. I nie tylko. Każdemu musiało też kiedyś przejść przez myśl, że może warto wreszcie przestać się oszukiwać i oficjalnie oprzeć battle’ową rywalizację na wersach przygotowanych na długo przed imprezą…
No właśnie i tu cały na biało wjeżdża „grind time".
Powstała w Stanach forma battle’owych zmagań, w której nie usłyszymy ani bitów ani wejść na temat- czyli innymi słowy dwóch rzeczy, których przeciętny polski freestyle’owiec obawia się najbardziej. Nad samą formą takich bitew nie ma co się długo rozpisywać- obaj toczący walkę zawodnicy przy akompaniamencie błogiej ciszy dostają parę minut na to, by naprzemiennie atakować się przygotowywanymi przed bitwą wejściami, w które ewentualnie wplatać mogą wymyślane na poczekaniu riposty do linijek rywala.
Proste jak drut. A od „prawdziwego freestyle’u” na pierwszy rzut oka/ucha efektowniejsze od dziesięciu… do miliona razy.
Zacząć należy od tego, iż za Oceanem „prawdziwy freestyle” (rozumiany jako nawijka w pełni tworzona na spontanie) tak naprawdę nigdy nie istniał. W Stanach wolnym stylem nazywa się raczej przeplatanie wymyślanych na biegu wersów z wcześniej przygotowanymi tekstami czy nawet zwrotki pisane na kolanie. I nikogo to nie boli, bo wszyscy rozumieją istotę rzeczy.
A w dodatku szybko pojęli również i to, że „prawdziwie freestyle’owa” formuła bitewnej rywalizacji ma swoje nieodzowne ograniczenia. W niej bowiem targany emocjami raper, stojąc na bitewnej scenie, ma ledwie parę sekund na to, by przemyśleć swoje kolejne linijki. A w parę sekund nikt cudów nie spłodzi, nie oszukujmy się… Czemu by więc nie dać temu biednemu raperowi kilku dni czy nawet tygodni na przemyślenie swoich wersów w domowym zaciszu? Czemu by nie pozwolić mu wziąć do ręki papierosa, usiąść przy stole z kawą i w spokoju zastanowić się nad tym, jak upokorzyć rywala? To chyba oczywiste, że wówczas efekty będą po stokroć bardziej imponujące…
I z takiego właśnie założenia wyszli Amerykanie. „Grind time” to nic innego jak najpopularniejsza federacja bitewnych potyczek na rymy w Stanach Zjednoczonych. Organizuje ona corocznie odbywające się za oceanem imprezy, które niczym w Polsce WBW (choć konwencja jest nieco inna) na koniec wyłaniają oficjalnego mistrza tamtejszej sceny bitewnej.
I niby wszystko pięknie, tyle że za wielką wodą o ile „prawdziwy freestyle” nie istnieje niemal w ogóle, o tyle zainteresowanie „grind time’em” jest prawdziwie nikłe. Specem od amerykańskiej sceny battle’owej nie jestem, więc przyczyny tego zjawiska niestety Wam nie wyjawię. Natomiast już sam ten fakt każe mi się zastanowić, czy rzeczywiście taka formuła bitewnej rywalizacji może bardziej przyciągać i emocjonować odbiorców od wyśmiewanego w Polsce i zapomnianego w Stanach wolnego stylu?
W kraju nad Wisłą zafascynować fanów rapu „grind time’em” próbowano już nie raz. I za każdym razem kończyło się to klęską…Próbował Trzy sześć, będący legendą polskiej sceny freestyle’owej raper, który to przed laty decydował się organizować eventy pod nazwą „Burza Mózgów”, na których samemu pokazywał, jak spektakularne potrafią być pisane wejścia na bitwach. A wspomagali go w tym…no właśnie prócz niego wszyscy pozostali raperzy (raczej ze względu na lenistwo a nie brak piątej klepki) wypadali w tej konwencji gorzej niż słabo.
Były też Bitwa o Koziołki czy mające parę odsłon organizowane przez Theodora Rapbattle League. I tam również, lekko mówiąc, szału nie było. A przede wszystkim od początku nie było zainteresowania, czegoś, co niemal nieprzerwanie od kilkunastu lat jest domeną kulawych potyczek freestyle’owych. Jak to jest, że po ledwie paru bitwach z cyklu Rapbattle League Theodor musiał zrezygnować z tej- skądinąd świetnej- inicjatywy a zrodzone przez niego WLW (Warszawska Liga Freestyle’owa) spotyka się regularnie od ponad dwóch lat i do dziś ma się zupełnie dobrze?
Ktoś, komu temat freestyle’u jest zupełnie obcy, po obejrzeniu walk zarówno RbL, jak i WLW z dużą dozą prawdopodobieństwa nie mógłby wyjść ze zdziwienia, że to właśnie druga z tych inicjatyw przetrwała próbę czasu. W końcu na pierwszej z nich, jeśli chodzi o poziom może i nie było nigdy szału, ale już na tej drugiej zdarzało się, iż było gorzej…niż bardzo słabo.
Sęk w tym, że to właśnie chujowe wejścia, kulawe flow i nie rymujące się linijki należą do jednych z głównych istot polskiego freestyle’u. Kolejną z jego podstaw jest duża ilość wypitej wódki, a wszystko dopełnia luźna i pozytywna atmosfera, która gromadzi na bitwach sporą rzeszę ludzi. I wierzcie lub nie, ale ma to swój urok. Nieprzerwanie od dobrych piętnastu lat.
Gdy freestyle (w dużej mierze za sprawą „Ósmej mili”) na dobre zawitał na polskiej ziemi nikt nie traktował go tak jak za Oceanem. Pierwsze bitwy na rymy w naszym kraju opierały się w stu procentach na improwizacji, a wszystko, co się ich tyczyło robione byłoby gorzej, mniej umiejętnie i profesjonalnie, lecz zawsze w pełni szczerze.
Do dnia dzisiejszego wolny styl przebył już w naszym kraju bardzo długo drogę, o której „grind time” może jedynie pomarzyć. Freestyle’owa formuła rywalizacji sprawdza się pomimo tego, że jej przedstawicielom puszczane bity najczęściej przeszkadzają (w lepszych wypadkach ich akompaniament nie robi dla nich większej różnicy), a niemal każdy z nich- bez względu na to jak bardzo by się zarzekał, że tak nie jest- ma w kieszeni więcej niż ledwie kilka przygotowanych przed bitwą punchline’ów.
Jednak zdaje mi się, że to właśnie to fani/hejterzy (często to jedno i to samo) wolnego stylu kochają najbardziej. Dźwięk „Still dre” w głośnikach ich komputerów i możliwość napisania komentarza na Youtube’ie w stylu „jak można spierdolić brzmienie tak wspaniałego bitu”. Ale to nie wszystko. Przecież to czysta frajda móc zastanawiać się, który z zawodników przygotowuje przed bitwą najwięcej pisanek, obrażać go, samemu wymyślając w głowie podobne linijki i zza monitora wróżąc sobie wielką karierę na freestyle’owych bitwach.
Jak widzicie wolnostylowa rywalizacja na naszym rodzimym gruncie zawiera w sobie specyficzny urok i zalety, których „grind time” nigdy nie posiądzie. Ale w pierwszej kolejności ma ona też swoją długą historię i tradycję oraz- jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało- wybitnych przedstawicieli. Gości, którzy w grind time’owej formule bitewnej przy odrobinie wysiłku sprawdziliby się pewnie nie gorzej niż we freestyle’u, lecz jakoś zawsze woleli się ze swymi pisankami skrzętnie ukrywać.
Mimo to jestem więcej niż przekonany, że pojedyncze, dobrze obsadzone i rozreklamowane na szeroką skalę bitwy grindtime’owe mogłyby się sprawdzić w naszym kraju naprawdę wyjątkowo dobrze. I wcale nie potrzeba zapraszać na nie Tomba czy innych mainstreamowych raperów, a wystarczyłoby zapłacić choć w miarę przyzwoitą gażę najlepszym rodzimym freestyle’owcom. By zwyczajnie zmusić ich większego do wysiłku.
Z drugiej jednak strony „grind time” nigdy nie wyprze w Polsce freestyle’u, a myślę nawet, że przez parę najbliższych lat nie zdoła postawić większego kroku, by to uczynić. Wolny styl przyjął się w naszym kraju zaskakująco świetnie i do dziś- pomimo wielu obaw- przynajmniej, jeśli chodzi o zainteresowanie, ma się naprawdę zupełnie przyzwoicie.
Obce są mi więc, obawy, którymi to przed laty dzielił się Muflon w jednym z artykułów cyklu „Pisanek freestyle’owca”, mówiące o tym, że freestyle może już nie złapać drugiego oddechu, wyczerpać się i odejść w niepamięć. Szybko się to nie stanie. A póki wciąż nic tego specjalnie nie zapowiada, „grindtime” nie jest dla polskiej sceny bitewnej konieczny, a jedynie… potrzebny.
I to nie jakoś strasznie. Potrzebują go bowiem ci, którzy freestyle’em interesują się dłużej niż dwa/trzy lata, a wśród dzisiejszych obserwatorów wolnego stylu takich osób jest zaskakująco mało. Większość jego fanów to ludzie młodzi, często oglądający bitwy jedynie zza ekranu laptopa, którym to „grind time’owa” formuła rywalizacji bardzo ograniczyłaby pole do popisu w wirtualnym świecie…
Nie ma z czego się śmiać, czego się uczepić i nad czym zgryźliwie się rozwodzić. Po cholerę więc jest nam ten „grind time”?
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
-
News18 godzin temuTede wszedł między bloki i pokazał, czym jest rap. Bez promptera i telefonu
-
News3 dni temuTede pocisnął z Sokołem. Beef weteranów wisi w powietrzu?
-
News3 dni temuWiz Khalifa odwołał trasę, bo chcą go aresztować w Europie
-
News22 godziny temuPopek sprzedał swoje konto na Instagramie patoinfluencerowi
-
News2 dni temuTede składa przeprosiny w sprawie Sokoła i promptera
-
News4 dni temuJaś Kapela ocenił kontrowersyjny występ Sokoła w Gdańsku
-
News4 dni temuOjciec Maty o Trzaskowskim: „Nieosiągalny dla innych ludzi”
-
News1 dzień temuFokus i Rahim: „Dziś bardzo ważny dzień w naszej karierze”