Felieton
Czym jest „grind time” i czy rzeczywiście potrzebujemy go w Polsce? |FELIETON
Wczoraj wystartowało WBW. Wiecie- freestyle, pisanki, rapowe kalectwo- te sprawy…Na scenie staje dwóch gości, nieumiejętnie pluje do źle trzymanych mikrofonów, wyzywa swoje dziewczyny od kurew i zbiera za to gromkie brawa od publiki. Zdecydowaną większość z nich sztuki rapowania mógłby nauczać Bonus BGC, lecz w momencie, gdy w głośnikach słychać „Boom” DJ’a Premiera, a na majka spluwane są dziesiątki skrzętnie wymyślanych przed bitwą punchline’ów przestaje mieć to jakiekolwiek znaczenie. Ale czy nadal ma to sens?
Skłamałbym, pisząc, iż zupełnie nie. Zresztą z tym polskim freestyle’em wcale nie jest tak źle, jak zwykło się mawiać i jak ja nieraz zgryźliwie to opisuje. Ale o tym później. Jestem natomiast więcej niż przekonany, że każdy jego obserwator ma czasem wrażenie, że dla wolnostylowych bitew błogosławieństwem byłoby wyłączenie na nich podkładu muzycznego. I nie tylko. Każdemu musiało też kiedyś przejść przez myśl, że może warto wreszcie przestać się oszukiwać i oficjalnie oprzeć battle’ową rywalizację na wersach przygotowanych na długo przed imprezą…
No właśnie i tu cały na biało wjeżdża „grind time".
Powstała w Stanach forma battle’owych zmagań, w której nie usłyszymy ani bitów ani wejść na temat- czyli innymi słowy dwóch rzeczy, których przeciętny polski freestyle’owiec obawia się najbardziej. Nad samą formą takich bitew nie ma co się długo rozpisywać- obaj toczący walkę zawodnicy przy akompaniamencie błogiej ciszy dostają parę minut na to, by naprzemiennie atakować się przygotowywanymi przed bitwą wejściami, w które ewentualnie wplatać mogą wymyślane na poczekaniu riposty do linijek rywala.
Proste jak drut. A od „prawdziwego freestyle’u” na pierwszy rzut oka/ucha efektowniejsze od dziesięciu… do miliona razy.
Zacząć należy od tego, iż za Oceanem „prawdziwy freestyle” (rozumiany jako nawijka w pełni tworzona na spontanie) tak naprawdę nigdy nie istniał. W Stanach wolnym stylem nazywa się raczej przeplatanie wymyślanych na biegu wersów z wcześniej przygotowanymi tekstami czy nawet zwrotki pisane na kolanie. I nikogo to nie boli, bo wszyscy rozumieją istotę rzeczy.
A w dodatku szybko pojęli również i to, że „prawdziwie freestyle’owa” formuła bitewnej rywalizacji ma swoje nieodzowne ograniczenia. W niej bowiem targany emocjami raper, stojąc na bitewnej scenie, ma ledwie parę sekund na to, by przemyśleć swoje kolejne linijki. A w parę sekund nikt cudów nie spłodzi, nie oszukujmy się… Czemu by więc nie dać temu biednemu raperowi kilku dni czy nawet tygodni na przemyślenie swoich wersów w domowym zaciszu? Czemu by nie pozwolić mu wziąć do ręki papierosa, usiąść przy stole z kawą i w spokoju zastanowić się nad tym, jak upokorzyć rywala? To chyba oczywiste, że wówczas efekty będą po stokroć bardziej imponujące…
I z takiego właśnie założenia wyszli Amerykanie. „Grind time” to nic innego jak najpopularniejsza federacja bitewnych potyczek na rymy w Stanach Zjednoczonych. Organizuje ona corocznie odbywające się za oceanem imprezy, które niczym w Polsce WBW (choć konwencja jest nieco inna) na koniec wyłaniają oficjalnego mistrza tamtejszej sceny bitewnej.
I niby wszystko pięknie, tyle że za wielką wodą o ile „prawdziwy freestyle” nie istnieje niemal w ogóle, o tyle zainteresowanie „grind time’em” jest prawdziwie nikłe. Specem od amerykańskiej sceny battle’owej nie jestem, więc przyczyny tego zjawiska niestety Wam nie wyjawię. Natomiast już sam ten fakt każe mi się zastanowić, czy rzeczywiście taka formuła bitewnej rywalizacji może bardziej przyciągać i emocjonować odbiorców od wyśmiewanego w Polsce i zapomnianego w Stanach wolnego stylu?
W kraju nad Wisłą zafascynować fanów rapu „grind time’em” próbowano już nie raz. I za każdym razem kończyło się to klęską…Próbował Trzy sześć, będący legendą polskiej sceny freestyle’owej raper, który to przed laty decydował się organizować eventy pod nazwą „Burza Mózgów”, na których samemu pokazywał, jak spektakularne potrafią być pisane wejścia na bitwach. A wspomagali go w tym…no właśnie prócz niego wszyscy pozostali raperzy (raczej ze względu na lenistwo a nie brak piątej klepki) wypadali w tej konwencji gorzej niż słabo.
Były też Bitwa o Koziołki czy mające parę odsłon organizowane przez Theodora Rapbattle League. I tam również, lekko mówiąc, szału nie było. A przede wszystkim od początku nie było zainteresowania, czegoś, co niemal nieprzerwanie od kilkunastu lat jest domeną kulawych potyczek freestyle’owych. Jak to jest, że po ledwie paru bitwach z cyklu Rapbattle League Theodor musiał zrezygnować z tej- skądinąd świetnej- inicjatywy a zrodzone przez niego WLW (Warszawska Liga Freestyle’owa) spotyka się regularnie od ponad dwóch lat i do dziś ma się zupełnie dobrze?
Ktoś, komu temat freestyle’u jest zupełnie obcy, po obejrzeniu walk zarówno RbL, jak i WLW z dużą dozą prawdopodobieństwa nie mógłby wyjść ze zdziwienia, że to właśnie druga z tych inicjatyw przetrwała próbę czasu. W końcu na pierwszej z nich, jeśli chodzi o poziom może i nie było nigdy szału, ale już na tej drugiej zdarzało się, iż było gorzej…niż bardzo słabo.
Sęk w tym, że to właśnie chujowe wejścia, kulawe flow i nie rymujące się linijki należą do jednych z głównych istot polskiego freestyle’u. Kolejną z jego podstaw jest duża ilość wypitej wódki, a wszystko dopełnia luźna i pozytywna atmosfera, która gromadzi na bitwach sporą rzeszę ludzi. I wierzcie lub nie, ale ma to swój urok. Nieprzerwanie od dobrych piętnastu lat.
Gdy freestyle (w dużej mierze za sprawą „Ósmej mili”) na dobre zawitał na polskiej ziemi nikt nie traktował go tak jak za Oceanem. Pierwsze bitwy na rymy w naszym kraju opierały się w stu procentach na improwizacji, a wszystko, co się ich tyczyło robione byłoby gorzej, mniej umiejętnie i profesjonalnie, lecz zawsze w pełni szczerze.
Do dnia dzisiejszego wolny styl przebył już w naszym kraju bardzo długo drogę, o której „grind time” może jedynie pomarzyć. Freestyle’owa formuła rywalizacji sprawdza się pomimo tego, że jej przedstawicielom puszczane bity najczęściej przeszkadzają (w lepszych wypadkach ich akompaniament nie robi dla nich większej różnicy), a niemal każdy z nich- bez względu na to jak bardzo by się zarzekał, że tak nie jest- ma w kieszeni więcej niż ledwie kilka przygotowanych przed bitwą punchline’ów.
Jednak zdaje mi się, że to właśnie to fani/hejterzy (często to jedno i to samo) wolnego stylu kochają najbardziej. Dźwięk „Still dre” w głośnikach ich komputerów i możliwość napisania komentarza na Youtube’ie w stylu „jak można spierdolić brzmienie tak wspaniałego bitu”. Ale to nie wszystko. Przecież to czysta frajda móc zastanawiać się, który z zawodników przygotowuje przed bitwą najwięcej pisanek, obrażać go, samemu wymyślając w głowie podobne linijki i zza monitora wróżąc sobie wielką karierę na freestyle’owych bitwach.
Jak widzicie wolnostylowa rywalizacja na naszym rodzimym gruncie zawiera w sobie specyficzny urok i zalety, których „grind time” nigdy nie posiądzie. Ale w pierwszej kolejności ma ona też swoją długą historię i tradycję oraz- jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało- wybitnych przedstawicieli. Gości, którzy w grind time’owej formule bitewnej przy odrobinie wysiłku sprawdziliby się pewnie nie gorzej niż we freestyle’u, lecz jakoś zawsze woleli się ze swymi pisankami skrzętnie ukrywać.
Mimo to jestem więcej niż przekonany, że pojedyncze, dobrze obsadzone i rozreklamowane na szeroką skalę bitwy grindtime’owe mogłyby się sprawdzić w naszym kraju naprawdę wyjątkowo dobrze. I wcale nie potrzeba zapraszać na nie Tomba czy innych mainstreamowych raperów, a wystarczyłoby zapłacić choć w miarę przyzwoitą gażę najlepszym rodzimym freestyle’owcom. By zwyczajnie zmusić ich większego do wysiłku.
Z drugiej jednak strony „grind time” nigdy nie wyprze w Polsce freestyle’u, a myślę nawet, że przez parę najbliższych lat nie zdoła postawić większego kroku, by to uczynić. Wolny styl przyjął się w naszym kraju zaskakująco świetnie i do dziś- pomimo wielu obaw- przynajmniej, jeśli chodzi o zainteresowanie, ma się naprawdę zupełnie przyzwoicie.
Obce są mi więc, obawy, którymi to przed laty dzielił się Muflon w jednym z artykułów cyklu „Pisanek freestyle’owca”, mówiące o tym, że freestyle może już nie złapać drugiego oddechu, wyczerpać się i odejść w niepamięć. Szybko się to nie stanie. A póki wciąż nic tego specjalnie nie zapowiada, „grindtime” nie jest dla polskiej sceny bitewnej konieczny, a jedynie… potrzebny.
I to nie jakoś strasznie. Potrzebują go bowiem ci, którzy freestyle’em interesują się dłużej niż dwa/trzy lata, a wśród dzisiejszych obserwatorów wolnego stylu takich osób jest zaskakująco mało. Większość jego fanów to ludzie młodzi, często oglądający bitwy jedynie zza ekranu laptopa, którym to „grind time’owa” formuła rywalizacji bardzo ograniczyłaby pole do popisu w wirtualnym świecie…
Nie ma z czego się śmiać, czego się uczepić i nad czym zgryźliwie się rozwodzić. Po cholerę więc jest nam ten „grind time”?
Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
Felieton
Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję
Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.
Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.
Teksty ponad bitem – wniosek naukowców
Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.
Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.
58 tysięcy kawałków
Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.
W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.
Smutniejsze numery, wyższe wyniki?
Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.
Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.
Studio > koncert? Też ma znaczenie
Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.
Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki
Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.
Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza
Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.
Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.
Co to oznacza dla rapu
Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.
Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.
Felieton
„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton
Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.
Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.
„Kutas Records” – o co w tym chodzi?
Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.
Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.
Oto kilka przykładów:
- Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
- Gejtos – Bóg Morza
- Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
- Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
- Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.
Spotify podbite przez „Kutas Records”
Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem
Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.
To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.
Felieton
Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem
„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.
Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.
Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema
Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).
Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Przodkowie rapera – „Ger Polish”
Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.
Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.
– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

W Eminemie płynie polska krew?
Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.
– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.
Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.
Fakty kontra plotki
W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.
-
News3 dni temuMata to nie Quebonafide. Wyprzedał Narodowy czy nie? (tylko u nas)
-
News4 dni temuSentino złożył gratulacje kibicom Wisły, chwilę po nietypowej manifestacji na stadionie
-
News1 dzień temuDzigi wrzucił zdjęcie Enzo bez kominiarki
-
News3 dni temuHukos miał założony podsłuch. „Ziobro nazwał mnie członkiem mafii pruszkowskiej”
-
News2 dni temuLeśny myśli o skończeniu z muzyką. Kafar, Bonus RPK i Onar reagują
-
News3 dni temuChada wyszedł po mleko i wrócił po dwóch tygodniach – Hukos opowiedział, jak mieszkał z raperem
-
News12 godzin temuDawid Obserwator powtarza ruchy Soboty. Znalazł nowego wybawiciela?
-
News2 dni temuŻabson i jego sportowa przemiana w 25 dni. „Dla mnie efekt poj*bany”