Felieton
Jak starzeją się polscy raperzy #3 |FELIETON
W tym cyklu porównywałem już rapowe dorastanie na nowo czerpiącego radość z życia Ostrego z odrobinę poddenerwowanym na stare lata Łoną. Zestawiłem również podejście do hip hopowej kultury stale podliczającego banknoty Borixona z nastawieniem bazującego na ciągłym szacunku i miłości do muzyki, Włodiego. Teraz przyszedł więc czas na jeszcze innych, bardzo sobie podobnych, ale i za razem diametralnie od siebie różnych pionierów polskiego rapu…
Te-tris i Duże Pe…Co łączy tych dwóch panów? 35 lat na karku oraz, rzecz jasna, bitewny freestyle. A co ich dzieli? Absolutnie wszystko, co działo się w ich artystycznych karierach już po zejściu z battle’owej sceny. Naszą opowieść zaczniemy więc w momencie, kiedy to drogi obu panów po raz pierwszy się skrzyżowały, czyli podczas finału Wielkiej Bitwy Warszawskiej 2004.
„To balety kradną pamięć, ale łapię flashback i znów nagle jestem w tamtej kolejce przed Graffenbergiem”- nawijał w tytułowym kawałku swojego najnowszego albumu Te-tris. Takich momentów po prostu się nie zapomina. Jesienią 2004 roku w Przestrzeni Graffenberga zebrało się ośmiu najlepszych polskich freestyle’owców, lecz tych wybitnych mogliśmy wówczas oglądać jedynie dwóch…
Pan Duże Pe jechał na finał WBW 2004 może nie w roli gwiazdy, lecz z pewnością jako zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny z uczestników oraz główny faworyt imprezy. Warszawskiego freestyle’owca kojarzono wówczas nie tylko z triumfów na licznych wolnostylowych bitwach, ale i ze współpracy z Mezo oraz wydania świetnie przyjętego i nie gorzej sprzedającego się krążka pod tytułem „Sinus”. Można powiedzieć, że podczas rywalizacji z siedmioma MC’s z podziemia, dla Dużego Pe już wtedy drzwi do rapowego mainstreamu stały otworem.
A Te- tris? Jego przed finałem WBW 2004 kojarzyli tylko najwięksi hip hopowi koneserzy. Jednak, kto tylko miał okazję usłyszeć wydany tuż przed imprezą w Przestrzeni Graffenberga nielegal pod tytułem „Naturalnie EP” ten wiedział, był kurwa w 100% pewny, że Tet to przesiąknięty hip hopem, cholernie utalentowany artysta. Dla mnie do dziś pierwszy krązek rapera z Siemiatycz pozostaje jego najwybitniejszym… -jak na 2004 rok to był prawdziwy kosmos. I choć album ten zakupiło ponoć jedynie ok. 800 fanów rodzimego rapu, to już niemal drugie tyle z nich miało okazję obejrzeć i posłuchać popisów Teta na finale WBW 2004…
A naprawdę, cholera, było czemu się przypatrywać. Pan Duże Pe i Te- tris spotkali się w Przestrzeni Graffenberga dwukrotnie- najpierw w rywalizacji grupowej, a później, na koniec imprezy w wielkim finale. W pierwszym pojedynku bezsprzecznie górował Te-tris, a w drugim po kapitalnej walce, niezapomnianych linijkach i bardzo dyskusyjnym werdykcie zwyciężył Pan Duże Pe. Po latach decyzję sędziów możemy odłożyć już na dalszy plan – najważniejsze, że ze względu na swój wyśmienity poziom i niepodrabialny klimat finał WBW 2004 na dobre otworzył drogę obu swym uczestnikom do bardzo okazałych muzycznych karier…
Ale za nim o nich, to jeśli jeszcze tego nie robiliście, koniecznie sprawdźcie samą bitwę;)
Ale dość już tego przydługiego wstępu… Zaczynamy od oficjalnie przegranego moralnego zwycięzcy powyższego finału. Po pokazaniu swoich skillsów światu w Przestrzeni Graffenberga Te-tris szybko poszedł za ciosem. Zachwycał na freestyle’owych eventach w całym kraju, a dominował także i na kolejne edycji WBW w roku 2005. Wówczas po raz kolejny został „okradziony” z triumfu, dał sobie spokój z bitewnym freestyle’em i mógł na dobre kontynuować karierę studyjną. Jednak na jego kolejny solowy album musieliśmy czekać aż cztery lata…
Premiera pierwszego legalnego krążka Te-trisa przeciągała się z miesiąca na miesiąc. Wypatrywać jej jednak nie przestaliśmy choćby na chwilę- był to jeden ze zdecydowanie najbardziej oczekiwanych, a jak się później okazało także i najdojrzalszych debiutów w historii polskiego rapu. Klimatycznie album przypominał wydaną pięć lat wcześniej epkę, lecz tekstowo był już dużo dojrzalszy i bardziej urozmaicony. Na krążku roiło się od mistrzowskich gierek słownych, zabawnych narracji, ale i na wskroś szczerych opowieści o osobistym świecie Teta. A wszystko to było urozmaicone o niezłe przyśpieszenia, stylowe flow i podane nam w dużej mierze na jego autorskich bitach. Murowany sukces? Nie do końca…
Pierwszy legalny album rapera z Siemiatycz wcale nie otworzył mu bram do wielkiej kariery w rapowym mainstreamie. Na pewno po części przez nie najlepszy dobór wytwórni, lecz także być może ze względu na cechującą jego rap zbytnią „grzeczność” oraz brak należytej charyzmy, która przyciągnęłaby randomowego słuchacza. „Dwuznacznie”, choć pokazało niesamowity kunszt rapowy Teta, nie zachwyciło, nie porwało, a być może nawet trochę zawiodło. Na szczęście później było już tylko lepiej…
A zaczęło się od „Lotu 2011”, kolejnego solowego materiału rapera z Siemiatycz wydanego nakładem wytwórni Aptaun Records. Wypuszczony do sprzedaży dwa lata po premierze „Dwuznacznie” krążek to bardzo wnikliwy opis codzienności z tak zwanego lotu ptaka, dokonywany z ogromnym dystansem, z dozą wspomnień, refleksji oraz rozliczeń . Płyta ta jest dużo bardziej przyziemna niż jej poprzedniczka- próżno szukać na niej gierek słownych, braggowych popisów, a jedyne co znajdziemy to codzienne życie w jego najczystszej postaci, pojawiające się w nim problemy i dokonywane wybory.
„Na płytach aż roi się od fałszu, ale nie na tej, bo muzyka to mój przyjaciel, co zgarnął mnie z brudnych klatek”- słyszymy w jednym z kawałków i trzeba przyznać, że rzeczywiście prawdziwości w opisie swej codzienności oraz rodzących się z niej życiowych doświadczeń Tetowi nigdy nie można było odmówić…
Wszystko to w połączeniu z faktem, iż wspomniany album jest dużo bardziej żywiołowy i różnorodny niż poprzednie krążki, a znajdziemy na nim także i chwytliwe refreny, sprawiło, że wreszcie, po latach oczekiwań siematycki raper wyszedł z cienia. Swoją historię, refleksje i skillsy pokazał już nie tylko hip hopowym koneserom, ale i całkiem sporemu gronu odbiorców, którzy nigdy wcześniej o istnieniu tak świetnego rapera jak Te-tris nie zdołali nawet usłyszeć.
Nie był to może jakiś mega szał, ale z pewnością miejsce w pierwszej dziesiątce Olisu to coś, co raperowi z Siemiatycz należało się już dawno temu (dokładniej w 2004 roku…). Na szczęście, co się odwlecze, to nie uciecze i po swoim pierwszym, większym komercyjnym sukcesie w branży Te-tris na dobre zagościł w rapowym mainstreamie.
Po „Locie 2011” przyszedł czas na nagrany wspólnie z Pogzem album pod tytułem „Teraz”, a już dwa lata później mogliśmy znaleźć na sklepowych półkach kolejny solowy projekt Te-trisa. „Definitywnie” to świetny krążek, podsumowujący całą jego dotychczasową drogę muzyczną, wydany w wieku 34 lat. Ale czy jest on dowodem na to, w jaki sposób Te-tris rapowo się zestarzał? Otóż, i tak i nie…
Z jednej strony, słuchając „Definitywnie” poznajemy zupełnie innego rapera z Siemiatycz- po stokroć bardziej charyzmatycznego niż na pierwszych albumach i stawiającego dziś już nie tylko na prawdziwość i miłość do muzyki, ale i na sukces w branży. Nie bez kozery Te-tris w pierwszym z z singli z tego krążka nawija: „Ten rok będzie mój i wie to każdy na mieście. Spytasz: po co jestem tu? Po te hajsy i respekt”. Raperem z Siemiatycz wreszcie zainteresowała się wytwórnia z prawdziwego zdarzenia (Step Records), dzięki temu Tet mógł zrealizować fajne, a przy tym bardzo komercyjne klipy i wreszcie, po latach oczekiwań spróbować zgarnąć z rapu coś znacznie więcej niż tylko szacunek…
Z drugiej jednak strony, jeśli chodzi o pisanie tekstów, podejście do życia i muzyki mam wrażenie, że Te-tris nie zmienił się niemal w ogóle od czasu wydania swojej pierwszej epki. Już na niej pełno było rozliczeń z przeszłością, wspomnień i refleksji nad tym, jaką życiową drogę sam autor powinien wybrać. Z kolei na kolejnych albumach raper z Siemiatycz zwyczajnie zdaje się już podążać najlepszą z rozważanych ścieżek, a w swych rozliczeniach z przeszłością zdaje się według mnie jedynie nabierać jeszcze większego dystansu do minionych wydarzeń.Najpierw zdecydował się opisać je nam z lotu ptaka, a następnie z perspektywy znacznie bliższej, ale i wymagającej niezwykłej dojrzałości do opisu nawet i najbardziej traumatycznych historii sprzed lat…
Przez całą karierę Teta wszystko zdawało się przebiegać na wskroś naturalnie. Jego hip hopowa droga należy do tych najbardziej klasycznych- od freestyle’owych bitew, przez legendarny dziś nielegal, kozackie mixtape’y, aż po dobrze sprzedające się albumy wydawane nakładem największych rapowych wytwórni. Była to ścieżka niełatwa, ale jakże imponująca…
Jeśli ktoś w polskim rapie rzeczywiście zasługuje na znacznie większe hajsy i respekt, to tym kimś jest właśnie Te-tris. Przesiąknięty hip hopem raper z krwi i kości, gość, który dzięki muzyce uciekł z ławki przed blokiem, lecz nigdy nie zapomniał o swych korzeniach. Dziś potrafi nam o nich opowiadać, zgrabnie wprowadzając nas do swojego prywatnego światka niczym starszy ziomek z osiedla, gość , któremu najzwyczajniej w świecie udało się osiągnąć sukces i który, nie zapominając o swej przeszłości i korzeniach, zamierza zbierać z niego jak największe żniwa .
I zajebiście, mocno trzymam kciuki, by Tet wyciągnął z rapu choćby połowę tego, ile samemu zdołał w niego włożyć…
Ale dość już o nim, bo, jak pewnie zauważyliście, mógłbym tak gadać bez końca. Czas na Pana Duże Pe, gościa…, o którym również mógłbym opowiadać Wam do usranej śmierci. A czemu? Bo jestem wiernym fanem freestyle’u, dziedziny rapu, która Dużemu Pe zawdzięcza cholernie dużo…
No ale po kolei…Po zwycięstwie na WBW 2004 warszawski raper z sukcesami kontynuował bitewną karierę. Pojawił się także na kolejnej edycji warszawskiej imprezy, lecz kończąc swoje zmagania na półfinale, na dłuższy czas zdecydował się odłożyć na kołek battle’owe rękawice. A co robił w najbliższych latach, pewnie sami doskonale pamiętacie…
Do dziś warszawski raper szkalowany jest za długoletnią współpracę z Mezo, raperem określanym mianem farbowanego lisa, który według wielu nie miał pojęcie o hip hopowej kulturze i jej korzeniach, a wykorzystywał jedynie konwencje rapowej muzyki do zarabiania pieniędzy. Cóż, w obronie Dużego Pe mogę postawić w tym miejscu dwa duże „ale”. Po pierwsze wielu zapomina, że za czasów współpracy obu panów Mezo był naprawdę bardzo solidnym warsztatowo i nagrywającym sporo niezłych kawałków raperem, kimś, z kim nawiązanie kooperacji nie powinno być uznane za specjalny blamaż. A po drugie, jak się niebawem przekonamy, również sam Pe zdecydowanie nie był nigdy hip hopowcem z krwi i kości, a jedynie dużej klasy muzykiem i artystą, szukającym spełnienia na wielu bardzo różnych ścieżkach.
Już w czasach początków swojej kariery bitewnej warszawski raper, stale pokazywał się zarówno na imprezach rapowych, jak i reggae. W niedawno udzielonym wywiadzie dla portalu Gig24.pl mówił wręcz, że energia, którą dostawał od publiki na imprezach rodem z Jamajki, robiła na nim znacznie większe wrażenie, od tej, którą obserwował na imprezach hip hopowych. I to chyba właśnie ten fakt sprawił, że jeden z pionierów warszawskiego rapu, bardziej niż hip hopowcem po latach stał się muzykiem reggae.
I to wcale nie najgorszym. Duże Pe przez lata występował w jednym zespole z bardzo cenionym zawodnikiem o ksywce Mista Pita, a wraz ze swym drugim kolektywem nagrywającym muzykę z pogranicza reggae i dancehallu wydał aż sześć, różnego rodzaju krążków.
A co oprócz tego? Cóż, przez lata Duże Pe był prawdziwym człowiekiem orkiestrą…, a właściwie ciągle nim jest. Już w roku 2004 warszawski raper rozpoczął współprowadzenie audycji muzycznych w radiu i nie zaprzestał robić tego aż do dziś. Jeśli jesteście ciekawi efektów, to wraz z Filipem Rudanacją Pe co tydzień ma zarezerwowaną godzinę na antenie radiowej „Czwórki”.
Ale to nie wszystko. Ogromu bitew freestyle’owych zorganizowanych przez warszawskiego rapera od 2006 roku nawet nie ma sensu zliczać. Były klasyki takie jak puszczana w telewizji Bitwa o Mokotów, mniejsze imprezy jak chociażby Bitwa o Index czy też o Chwilę, a teraz mamy słynny Pitos. Nie bez kozery w światku freestyle’owym mówi się, że jak Pe coś zorganizuje to kolokwialnie mówiąc, nie ma chuja…Wszystkie kreowane przez tego pana eventy, na których nie raz robił on zarówno za prowadzącego, DJ’a, jak i jurora, stały na absolutnie najwyższym poziomie nie tylko wolnostylowym, ale i organizacyjnym.
A po pierwsze i najważniejsze panowała na nich kozacka atmosfera tworzona przez samego zainteresowanego;)
Rzecz jasna Duże Pe od lat ima się prowadzenia dużo bardziej rozmaitych imprez niż bitwy freestyle’owe, lecz to chyba właśnie dla ich rozwoju uczynił on zdecydowanie najwięcej. Nie bez przyczyny pierwszy tekst, jaki napisałem w życiu o tematyce hip hopowej, robił za swego rodzaju skromny tribute dla wkładu tego pana w budowę i rozwój battle’owej sceny w Polsce.
W przypadku Dużego Pe zdecydowanie wolałbym skupiać się na rzeczach pozytywnych, dlatego też zdecydowałem się pominąć (w mojej opinii przegrany przez niego) beef z Pihem. Stwierdziłem też, że nie będę też skupiał się na dalszych działaniach rapowych warszawskiego rapera, by móc w pierwszej kolejności w pełni pokazać Wam, jak na „stare lata” stał się on prawdziwym, muzycznym człowiekiem orkiestrą.
W każdym razie teraz widzimy już bardzo dobitnie, że Pe wybrał sobie na dalsze lata swojej muzycznej kariery drogę diametralnie inną od tej, którą poszedł jego rywal z finału WBW 2004. Najważniejsze jest jednak, to że w przypadku obu panów wybór dalszej artystycznej ścieżki zdawał się być na wskroś naturalny. Hip hopowiec z krwi i kości poszedł szukać szczęścia i sukcesu w rapowej branży, a muzyczny (i nie tylko) człowiek orkiestra do dziś spełnia się na najróżniejszych artystycznych polach. Obaj, parafrazując wersy Teta z „Lotu 2011”, olali i modę i wybrali to, co prawdziwie chwyta ich za gardło…
A że przy okazji mogą dawać rozsławianym kulturom mnóstwo od siebie samych, to jedynie świadczy o ich wielkości. Uczestnicy bezsprzecznie najlepszego w historii finału Wielkiej Bitwy Warszawskiej dziś – gdyby tylko chcieli- mogliby się licytować na to, który z nich zrobił dla muzyki więcej dobrego.
A także pewnie i na to, który w swojej artystycznej karierze doszedł do większego spełnienia. To właśnie znaczy „zestarzeć się” z klasą…
Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
Felieton
Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję
Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.
Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.
Teksty ponad bitem – wniosek naukowców
Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.
Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.
58 tysięcy kawałków
Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.
W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.
Smutniejsze numery, wyższe wyniki?
Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.
Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.
Studio > koncert? Też ma znaczenie
Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.
Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki
Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.
Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza
Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.
Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.
Co to oznacza dla rapu
Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.
Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.
Felieton
„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton
Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.
Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.
„Kutas Records” – o co w tym chodzi?
Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.
Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.
Oto kilka przykładów:
- Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
- Gejtos – Bóg Morza
- Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
- Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
- Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.
Spotify podbite przez „Kutas Records”
Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem
Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.
To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.
Felieton
Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem
„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.
Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.
Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema
Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).
Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Przodkowie rapera – „Ger Polish”
Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.
Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.
– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

W Eminemie płynie polska krew?
Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.
– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.
Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.
Fakty kontra plotki
W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.
-
News3 dni temuMata to nie Quebonafide. Wyprzedał Narodowy czy nie? (tylko u nas)
-
News4 dni temuSentino złożył gratulacje kibicom Wisły, chwilę po nietypowej manifestacji na stadionie
-
News1 dzień temuDzigi wrzucił zdjęcie Enzo bez kominiarki
-
News3 dni temuHukos miał założony podsłuch. „Ziobro nazwał mnie członkiem mafii pruszkowskiej”
-
News2 dni temuLeśny myśli o skończeniu z muzyką. Kafar, Bonus RPK i Onar reagują
-
News3 dni temuChada wyszedł po mleko i wrócił po dwóch tygodniach – Hukos opowiedział, jak mieszkał z raperem
-
News12 godzin temuDawid Obserwator powtarza ruchy Soboty. Znalazł nowego wybawiciela?
-
News2 dni temuŻabson i jego sportowa przemiana w 25 dni. „Dla mnie efekt poj*bany”