Felieton
Jeden Osiem L wraca i nagrywa sequel – “Jak (nie) zapomnieć”!? |FELIETON
Wydźwięk jest zawsze identyczny – rap ze złotej ery jest najlepszy i niedościgniony.
Powrócił A Tribe Called Quest. Na dodatek powrócił w niezaprzeczalnie wielkim stylu! Pomyśleć tylko, że ten kolektyw, będący bożyszczem sympatyków hip-hopu, zadebiutował w tym samym roku, w którym ukazała się ostatnia część trylogii Ojca Chrzestnego. Szmat czasu. Tak się akurat złożyło, że obie produkcje są rówieśnikami, ale nie jest to jedyna rzecz, która łączy ATCQ z Francisem Coppolą. Twórczość zespołu – podobnie jak mafijna saga reżysera – okazała się niebywale wpływowa w kontekście późniejszego rozwoju gatunku oraz doczekała się niezliczonej ilości spadkobierców. Na swoje ostatnie wielkie dzieła artyści kazali czekać mniej więcej tyle samo lat – niejeden ojciec w tym czasie doczekał się pełnoletności potomka. Oba dzieła wzbudziły kolosalne poruszenie i zainteresowanie – większe niż przyjęcie urodzinowe wspomnianego jubilata. Obu dziełom towarzyszyły również obawy, że zbezczeszczą one mit, dobytek i tradycję – czyż ojcom nie towarzyszy podobny strach przed późniejszymi wyborami młokosa, wchodzącego właśnie w dorosłość? Na szczęście – czy to z pomocą wyrachowania twórców, czy to jakiejś boskiej ręki – We Got It from Here… Thank You 4 Your Service i Ojciec Chrzestny III to dzieła kompletne, które miały nie powstać. Dopracowane. Bardziej współczesne od poprzedników, acz spójne z ich konwencją. Stworzone w duchu wypracowanych wcześniej rozwiązań, ale i w bólach, zawirowaniach czy podczas przykrych zrządzeń losu. Powiedziano już o nich niemal wszystko. Jednak ostatni album ATCQ to skondensowane w godzinę muzyki właściwie całe lata 90' i – przede wszystkim – przypomina on młodym, jak i po czym się wówczas latało (mowa o beatach osiołku – już myślałeś, że po LSD, ale to nie rockmani). Wszystko fajnie, ale prekursorem w przypominaniu to on niestety nie jest.
Jakie Hollywood, taki Banderas. W myśl tej zasady, złoty Pas Polsatu w przypominaniu, hołdowaniu tradycji i podkreślaniu swojej świadomości wznosimy do góry w geście zwycięstwa my, Polacy. Zastanawiam się jedynie w jakim celu tak lubimy przypominać? Po co? Przecież słuchacze, częściej wyglądający na przygłupich niźli roztargnionych, i tak wolą sięgnąć po najnowszego Bruno Marsa niż po Bootsy'ego Collinsa czy Ricka Jamesa. Z drugiej strony nie dziwota – łatwiej jest złapać coś, co wyskakuje z lodówki niż poszukać czegoś wartościowego i włożyć do jakiegoś Whirpoola. Całe szczęście, że w tym całym szaleństwie – chociaż pozornie – ciągnie ich do funku. Po popularności The Get Down natomiast tego powiedzieć nie można! Co więcej – młodzi mają gdzieś te edukacyjne manifesty. Musiałby przemówić do nich A$AP Rocky, Quebonafie lub ktoś o podobnej sile rażenia, ponieważ całą resztę traktują jako roszczeniowych dinozaurów, którzy nie mają prawa decydować, czego słuchać, a czego kurwa nie. A nawet jak już niewielki odsetek sprawdzi, to nie zostanie ani porwany, ani poruszony. Chciałbym się mylić, naprawdę. Kiedyś sam napisałem tekst pełen porównań i nawiązań do złotej ery, ale nie chciałem nikogo nim dokształcać, a podlizać się starszyźnie na scenie, która uważała, że Illmatic już nikogo nie pociąga. Tak, wiem, młody byłem. Kiedyś Małpa spróbował rozgrzeszyć kilka dusz, nagrywając dwa świetne utwory – Pamiętaj Kto oraz 5 Element. Potraktowałem to jako zwykłą ciekawostkę, o której – gdyby nie gigantyczny rozgłos albumu – szybko bym zapomniał. Po prostu kilka lat wcześniej sobie uświadomiłem, że rapu nie wymyślono w Katowicach i zaciekawiony zacząłem szukać dalej, szperać głębiej. Wtedy, słuchając Małpy, czułem się jak Zbigniew Religa, oglądający Na dobre i na złe. Większość słuchaczy z kolei równie dobrze mogłaby podsłuchać geeka, opowiadającego o dwójkowym systemie binarnym i zrozumiałaby tyle samo, czyli niewiele. Winszuję więc tym, którzy z tego powodu poczuli dyskomfort i rozpoczęli poszukiwania na własną rękę. Może zaprowadzi ich to w nieznane dotąd rewiry, których nie zna nawet Druh Sławek? Oby. Niezależnie od tego, jakie efekty miały dać nagrania Małpy lub inne, typu Inspiracji Vienia, można je spróbować uzyskać w całkiem inny sposób. Nie tylko rymując o Slick Ricku, ale przedstawić to dodatkowo za pomocą wideoklipu.
Nie ukrywam, że uwielbiam teledyski. Potrafią być one uzupełnieniem zaprezentowanej w utworze historii lub stanowić jej odrębny epizod. W moim ulubionym rodzaju klipów, który jednocześnie mnie najbardziej rozśmiesza, raperzy eksponują swoje kolekcje płyt. Oddają w ten sposób hołd złotej erze, a nagrania najczęściej opowiadają o tym, jak rap ich zmienił, jak uratował od patologii, jak przywołuje wspomnienia o pierwszym dupczeniu. Wydźwięk jest zawsze identyczny – rap ze złotej ery jest najlepszy i niedościgniony. A skoro w ówczesnych klipach DJ jeszcze nie był tak pomijany jak dzisiaj i był należycie eksponowany wraz ze swoim gramofonem; Tupac w Juice kradł winyle ze sklepu; rap jako jedyny pomógł przetrwać czarnej płycie, przebywającej na wygnaniu; a kompaktów jeszcze nie było (no dobra, były, ale czy ktoś kurwa widzi przed oczami CD, myśląc o złotej erze?), raperzy eksponują swoje woski. I właśnie to mnie śmieszy najbardziej.

"Ciągle natomiast pokazują w tych swoich teledyskach "The Chronic", "Ready To Die", "The Sun Rises In The East" i przemiennie kilka innych albumów, sugerując tym samym, że złotą erę hip-hopu stworzyło tak naprawdę kilka płyt"
Czy teledysk może o czymś opowiadać? Może, zupełnie jak piosenka. Muzyka przyniosła na świat wiele cudownych piosenek. Ponadto są takie, napisane na temat, który wykorzystuje się raz w życiu. Po pierwsze, są tak unikatowe, że napisać drugi raz na ten temat byłoby po prostu nie w smak, a po drugie twórcy przy takich piosenkach starają się bardziej niż zwykle – jakbym spotkał Monicę Bellucci raz w życiu, to skończyłbym gdzie indziej niż na rozmowie, więc wiecie o czym mówię! Wyobrażacie więc sobie, że jakiś podziemny grajek postanawia rozszerzyć dylogię Łony i nagrywa utwór o tym, że Bóg do niego zadzwonił najsampierw, ale ten nie mógł odebrać, bo był w pracy? Albo, że nowy nabytek Bozon Records tworzy sequel I Gave You Power Nasa, tylko że ucieka w retrospekcje i opisuje dzieciństwo z perspektywy kulki do pistoletu? No właśnie. Dotyczy to również teledysków, w których za wszelką cenę raperzy chcą się pochwalić swoimi płytami. Mam głęboko australijską scenę hip-hopową, ale w życiu przeczytałem dwie książki… Znaczy się, widziałem tylko jeden teledysk stamtąd – Put It On Wax Oziego Batla. Ubóstwiam z kolei soul w każdej odmianie, kocham Erykę Badu, a klip Honey znam na pamięć. Wymienione przeze mnie dzieła są właściwie świadectwem tego jak bezbłędnie wykorzystać ekspozycję płyt i nakładają na pozostałe klipy embargo. Dlaczego więc Polacy dalej machają płytami przed kamerą z tą samą gracją, co hajsem?
Przychodzi mi do głowy wartość sentymentalna i jest to jak najbardziej zasadne, ale panowie – nie da się tego zrobić w duchu tej legendarnej oryginalności, na której przecież zbudowano hip-hop? Uwierzcie, że nawet Bytom ma większe szanse na konkurowanie z Armanim niż wy z tym cherlawym Australijczykiem! I rozumiem, że skoro pisząc emocjonalne teksty nie możecie opowiadać o czyichś emocjach, ani podpierać się czyimś doświadczeniem, to i w klipach też nie możecie pokazywać cudzych lub nieprzesłuchanych płyt, ale gdyby w ten sposób podchodzić do rzeczy, to wszystkie dyskografie wszystkich raperów byłyby identyczne, a różniłyby się jedynie tytułami, okładkami, podkładami lub flow. Można jednak inaczej, nie patrząc na resztę. W klipie muszą być dziewczyny? A proszę! Zróbcie pewną mistyfikację: przebierzcie którąś z modelek za Kleopatrę, włóżcie do wanny swoje ulubione LP i niech się w nich kąpie. Technologia tak poszła do przodu, że mnóstwo albumów wychodzi teraz na białym winylu, więc możecie ustylizować to na pozorną kąpiel w mleku. Albo zróbcie wideo, w którym wystąpi Gołota z Michalczewskim, a modelki zamiast latać z numerkiem nadchodzącej rundy, trzymałyby w ręku okładkę. Wymyśliłem to naprędce, a zdaje się, że jest to lepsze niż kolejny kadr, przypominający zwykłą fotografię.
A może to pokazywanie płyt wynika wyłącznie z czysto szpanerskich pobudek? Wszak kto nie lubi się dowartościować? Tylko mam wrażenie, że raperzy wkręcili się w temat winyli dość niedostatecznie i nie zdają sobie sprawy, że machają reedycjami. Pierwsze wydania hip-hopowych winyli potrafią osiągać niebotyczne sumy na aukcjach i przede wszystkim idzie je z łatwością rozpoznać, a także wychwycić różnicę między nimi, a reedycjami. Zatem czym tutaj szpanować? Płytą, kupioną za 50 złotych? Niezły kabaret. Widzę reedycję w ich ręku, a także ich zuchwałe miny, jakby za pierwsze amerykańskie tłoczenie wydali przed chwilą krocie na eBay. I co mam sobie o tych nieszczęsnych raperach pomyśleć? Są naiwni, a sprzedawca z pobliskiego sklepu muzycznego miał z nich niezły ubaw? Brakuje im autentyczności? Przecież rymują o zamierzchłych czasach, w których słuchali winyli jak najęci, a ewidentnie widać, że kupili płytę na potrzeby klipu. A może i nawet ją wypożyczyli z pobliskiego komisu? Chcą – niczym nowy album Tribe'ów – poinstruować młodzież? To dlaczego w każdym klipie pojawiają się wiecznie te same pozycje? Nie wymagam żeby od razu prezentowali woski Chucka Mangione'a, George'a Clintona czy Jerzego Miliana, bo poza ten swój rap i tak rzadko kiedy wychodzą, a jedyną płytą spoza gatunku, z którą obcowali, to Doo-Bop Milesa Davisa. Ciągle natomiast pokazują w tych swoich teledyskach The Chronic, Ready To Die, The Sun Rises In The East i przemiennie kilka innych albumów, sugerując tym samym, że złotą erę hip-hopu stworzyło tak naprawdę kilka płyt. Każdy żółtodziób może podobnie pomyśleć, gdy będzie oglądał wasze – nazwijmy to – prelekcje. A powiedzcie mi teraz, dlaczego pośród tych płyt jeszcze nigdy nie znalazłem czegoś od takich twórców jak Kool G Rap & DJ Polo, Special Ed, Red Hot Lover Tone lub Dream Warriors? Nie pokazano ich w A Pamiętasz Jak czy tam w Bez Granic, więc naturalnym jest, że też nie musicie? A może 300 zł za album to zdecydowanie za dużo przy waszych zarobkach? No cóż, czekając na premierę winyli ATCQ i Childisha Gambino, wracam do mojego Stantona i odpalam The Undisputed Truth (taki zespół chłopcy, nie mylić ze – skądinąd świetną – płytą Brothera Ali). Dokształcę się znowu na własną rękę.
Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.
Felieton
Kurtyna opadła. W „Rhythm & Flow France” rap przestał być najważniejszy – felieton
Miało chodzić o rap, chodzi o sprzedaż.
Miało być o rapie, talencie i znalezieniu nowej gwiazdy. Tymczasem coraz bardziej wygląda to na casting do roli produktu, który po prostu dobrze się sprzeda. Nowy francuski sezon pokazał coś, czego wcześniej nie było widać tak wyraźnie: nie zawsze wygrywa ten, kto najlepiej rapuje czyli liczy się to, czy da się go sprzedać.
Minęło już trochę czasu, więc wydaje mi się, że większość z Was miała już okazję obejrzeć nowe wydanie Rhythm & Flow France 5. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, dlatego zapraszam Was do dyskusji w komentarzach. A na początek pozwolę sobie przedstawić swoje spostrzeżenia.
Kolejna odsłona, ale z inną energią
Rhythm & Flow France to kolejna odsłona bardzo popularnego formatu Netflixa, który doczekał się swoich wersji w wielu krajach. W Polsce również mieliśmy już okazję zobaczyć wersję tego programu. Francja była jednym z pionierów tego formatu. Tym razem w jury zasiedli SDM, Oli i Theodora Boss Lady – trzy osoby reprezentujące dość różne podejścia do rapu. Oli to przede wszystkim liryczna strona rapu: słowo, warsztat, przekaz i umiejętność pisania. Theodora to z kolei znana francuska wokalistka, która przebiła się dzięki kilku hitom i viralowemu sukcesowi. To trochę ten dobrze znany schemat: artystka działająca wcześniej w undergroundzie nagle trafia na listy przebojów i zdobywa ogromną popularność dzięki jednemu dużemu singlowi. SDM to natomiast klasyka francuskiego rapu i jeden z najpopularniejszych artystów we Francji. Wydaje się więc, że skład jury został skonstruowany tak, aby pokazać różne strony współczesnego rapu: liryzm i warsztat, doświadczenie w bardziej mainstreamowej produkcji oraz melodyjność i ten nowoczesny, viralowy element.
Gdzie się podział „represent”?
Od zawsze ten program opierał się na jednej bardzo starej zasadzie rapu: represent. Reprezentujesz swój rejon, swoją dzielnicę, swoich ludzi, swoje miasto, swój fyrtel. „I’m gonna put my city on a map” – również na rapowej mapie. Przynależność do konkretnego miejsca jest przecież jednym z fundamentów rapowej kultury. Szczególnie mocno widać to w Stanach, ale nie jest to wyłącznie amerykańska historia. Ten element był obecny również we Francji i w innych krajach. I właśnie dlatego w tym sezonie trochę mi tego zabrakło. Oczywiście między wierszami pojawiają się Paryż, Tuluza, Marsylia i inne miejsca. Nie mam jednak poczucia, żeby represent było tutaj mocnym motywem przewodnim. Co ciekawe, inne elementy, które wcześniej próbowały się przebić, ale były trochę przykrywane przez tę nadrzędną ideę „struggle”, tym razem wychodzą niestety na pierwszy plan.
Liczy się tylko „full package”
W poprzednich sezonach bardzo mocno podkreślana była prezencja sceniczna. Mieliśmy też uczestników, przy których można było odnieść wrażenie, że wygląd, atrakcyjność i sposób prezentowania się miały nadzwyczajne znaczenie. I dotyczyło to nie tylko kobiet – mężczyźni również byli oceniani pod kątem tego, jak wyglądają i jaki mają outfit. W tym sezonie jeszcze mocniej widzę, jak ważne stało się to, jak łatwo się sprzedasz i czy da się na Tobie zbić masową pengę. Potencjał tzw. „full package” zawsze był w tym programie ważny. I got it, bo wiem, jak działa biznes muzyczny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uniwersalność i sprzedażowość stają się ważniejsze niż to, co właściwie masz do powiedzenia lub kim jesteś. Kiedy zaczynam słuchać tekstów kolejnych uczestników, mam momentami wrażenie, że słyszę w kółko to samo (każdy z nich miał przynajmniej raz słowo Benz między wierszami, nie wiem czy to jakiś product placement narzucony od Netflixa?). Nudno.
Do tego dochodzą te same melodie, podobne rozwiązania hooks, adliby i autotune. Kolejne numery, które mają być chwytliwe, łatwe do zapamiętania i dobrze funkcjonować w streamingu, ale smakują jak zakalec. Francuski rap zawsze był bardzo melodyjny. Nie jest to dla mnie żadnym problemem. Tylko gdzie tutaj jest coś innowacyjnego? To jak ryby z taniej smażalni nad Bałtykiem niby świeże, ale smażone na starym oleju. Słucham francuskiego rapu od bardzo dawna. Jestem millenialsem, więc przeszłam przez naprawdę wiele jego etapów i nurtów. I absolutnie nie jestem osobą, która uważa, że wszystko, co stare, było lepsze. Wręcz przeciwnie – zawsze byłam bardzo otwarta na nowoczesną muzykę. Ale nawet przy całej tej otwartości mam czasami ochotę powiedzieć: ile można wałkować ciągle to samo? Zwłaszcza kiedy w niemal każdej piosence pojawia się jakieś „aha”, „eee”, „uuu” i podobne melodyjne wstawki. Mam to nucić następnego dnia? Co właściwie ma sprawić, że zapamiętam akurat tę osobę, skoro pięć innych brzmi bardzo podobnie? Oczywiście zdarzają się momenty, w których tekst naprawdę daje do myślenia. Szczególnie Mischa, który reprezentuje tę bardziej klasyczną, oldschoolową stronę rapu. On zresztą wielokrotnie podkreślał, że nie chce się sprzedawać, bronił się rękami i nogami.
I paradoksalnie właśnie on wydawał mi się lirycznie o poziom wyżej od wielu pozostałych uczestników. Jego ostatni występ naprawdę mi się podobał.
W tej edycji przetestowano też nowe, ciekawe zadanie, w którym artyści oraz uczestnicy wcześniejszych sezonów słuchali utworów i wybierali ten, który najbardziej do nich trafia. Wygrał numer, który był po prostu klubowym bangerem. Taki kawałek, który łatwo zanucić, przy którym można tańczyć przez cztery minuty i który od razu wpada w ucho. Tylko czy następnego dnia ktoś jeszcze będzie o nim pamiętał? I właśnie tutaj mam największy problem z tym sezonem. Nie mam wrażenia, że oglądam program o talencie. Mam raczej wrażenie, że oglądam poszukiwanie osoby, którą można najlepiej sprzedać.
A gdzie są sami uczestnicy?
Od samego początku ten sezon nie potrafił mnie tak naprawdę wciągnąć.
Zaczęłam zauważać, że podczas oglądania sięgam po telefon i zaczynam scrollować. A to jest dla mnie dość nietypowe, bo jeżeli coś mnie naprawdę interesuje, potrafię się mocno skupić. Tutaj po prostu nie czułam więzi z uczestnikami. W poprzednich sezonach bardzo mocno eksponowano historie ich życia. Ktoś pochodził z biedy, ktoś wychowywał się w trudnych warunkach, ktoś stracił rodzica albo musiał utrzymywać rodzinę czy pomagać babci. I oczywiście – struggle od zawsze był częścią hip-hopu. Rap wyrósł z trudnych doświadczeń i z potrzeby opowiadania o rzeczywistości. Tylko że czasami miałam wrażenie, że ten struggle był wręcz dowodem na to, że ktoś „jest ziomem”, „jest represent” i „jest rapowy”. Hip- Hop to też są przecież duże pozory. Niestety.
W tym sezonie sytuacja jest dla mnie niemal odwrotna. Nie wiedziałam, kim są ci ludzie. Nie znałam ich story, ich motywacji, tego, skąd pochodzą i jaki jest ich ulubiony kolor.
Jedna z uczestniczek opowiedziała bardzo mocną historię – mówiła o tym, że wcześniej była prostytutką. I nagle pojawił się jakiś konkretny punkt zaczepienia, coś, co pozwoliło mi ją zapamiętać. O innych osobach dostawaliśmy pojedyncze informacje, czasami gdzieś między wierszami. Ale nadal brakowało mi tej więzi z nimi. I tutaj pojawia się paradoks. W poprzednich sezonach było tego momentami za dużo: „ja też mam struggle, ten ma struggle, ta jest niezrozumiana, i on też”. Tutaj mamy niemal odwrotnie – brak backgroundu. I żaden z tych skrajnych modeli nie działa na mnie do końca.
Czy to jeszcze jest program o rapie?
Mam wrażenie, że w tym sezonie opadła pewna fałszywa kurtyna. Taka lekka zasłona hipokryzji dotycząca tego, o czym to show tak naprawdę jest. Oficjalnie mamy program o rapie. O znalezieniu rapstara, najlepszej osoby, która ma największy potencjał, aby być artystą. Tylko że z sezonu na sezon coraz mniej jest w tym Hip-Hopu. Kiedyś mieliśmy bitwy rapowe, więcej improwizacji, więcej sytuacji, w których trzeba było rzeczywiście pokazać, co potrafisz. Teraz wiele rzeczy wydaje się wcześniej przygotowanych. Mamy napisane teksty, przygotowane występy, mentorów i konkretne zadania. Sami trenerzy to zresztą bardzo liryczni millenialsi. I teraz pojawia się pytanie: czy nowe pokolenie rzeczywiście umie rapować i rozumie w ogóle ideę tego nurtu? Mischa potrafił. Był znany z open miców, potrafił pisać, miał warsztat. Tylko może właśnie to już nie wystarcza. Bo jeśli nie potrafisz się sprzedać, to czy masz jeszcze szansę wygrać taki program?
Francja kontra Włochy
Niedawno oglądałam również włoską wersję programu i tutaj miałam zupełnie inne odczucia. Włosi nadal mają w sobie rap. Cały czas czuję tam ogromne przywiązanie do liryzmu, do słowa i do tego, czym rap był u swoich podstaw. Za tymi wartościami stoi juror Fabri Fibra oraz Geolier. I właśnie dlatego kontrast z francuskim sezonem jest dla mnie tak interesujący. Nie chodzi mi o to, że oldschool jest z definicji lepszy. Absolutnie nie. Lubię nowoczesne rzeczy. Jaram się kiedy muzyka się zmienia i idzie do przodu. Tylko chciałabym, żeby wraz z tą nowoczesnością szła w parze jakaś własna tożsamość.
I co dalej?
I chyba właśnie z tym pytaniem zostałam po tym sezonie. Czy mam się cieszyć, że ta kurtyna w końcu opadła i możemy zobaczyć, o co w tym programie naprawdę chodzi? Czy raczej martwić się, że z każdym kolejnym sezonem jest w nim coraz mniej Hip-Hopu? Jestem bardzo ciekawa, jak Wy to odebraliście. Piszcie w komentarzach.
Amanda aka @goldiethebossy
Felieton
Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton
Tak się monetyzuje upadek Fagaty.
Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.
Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.
Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.
Trueman zobaczył kryzys. I liczby
I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.
Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.
Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.
Fagata potrzebuje koła ratunkowego
Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.
I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.
Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.
TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.
Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami
Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.
Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.
Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.
Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.
Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.
To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.
Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator
I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.
Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?
Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.
Felieton
Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton
Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.
Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.
Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.
Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę
Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.
To była potężna pieczątka.
Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.
Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.
Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.
Wszyscy uciekają. U Maty cisza
Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.
Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.
Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.
Wystarczy kilka zdań:
„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.
Albo odwrotnie:
„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.
Tyle.
Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie
I tutaj robi się naprawdę zabawnie.
Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.
Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.
Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.
Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.
Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.
Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?
Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.
– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.
Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Sprytne PR-owo.
I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.
Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
-
News3 dni temuDramat Karramby. 53-letni weteran rapu z Krakowa nie potrafi samodzielnie się poruszać
-
Felieton4 dni temuTrueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton
-
News2 dni temuKarramba zmienił cel maksymalny zbiórki. Błyskawiczne tempo pomocy
-
News3 dni temuTrueman wypuścił EP-kę Fagaty & Sentino. „Zostały zainwestowane duże środki”
-
News1 dzień temuOtsochodzi zarapował, że „walił gruchę pod Annę Muchę”. Nietypowa reakcja aktorki
-
News3 dni temuJan-Rapowanie zagra w barwach Wisły Kraków. Raper wyjdzie na murawę
-
News3 dni temuWspólnik Bonusa RPK zabrał głos po horrorze w Jarosławiu
-
News2 dni temuPawbeats i Patec nazwali dziewiczy szczyt „RL9” – na cześć Roberta Lewandowskiego