Felieton
Jeszcze supporty? To chodźmy na szluga! |FELIETON
Zlecieli się dopiero na dźwięk Bruno Marsa, który wraz z Markiem Ronsonem zablokował liczniki na YouTube.
Ostatnio porozmawiałem sobie przez chwilę z przyjaciółmi. Zasugerowali oni, że aspiruję do roli doskonałego obserwatora. Zakwestionowałem to najpierw, ale po namyśle im jednak uwierzyłem. Ponadto mam tendencję do – często niepotrzebnego – natychmiastowego analizowania poszczególnych zachowań czy wydarzeń. Skoro już tak jest, to wnioski, wysnute z moich obserwacji, można chyba uznać za najprawdziwsze i najbardziej wiarygodne w zderzeniu z rzeczywistością. A przynajmniej akurat to sobie dopowiedziałem. Tak czy inaczej, zauważyłem ostatnio dziwne zjawisko. Ludzie w pierwszej kolejności nie podążają za jakością, a za rozpoznawalnością. I nie mam na myśli dążenia do celu lub pogoni za marzeniami, a jedynie percepcję. Priorytetowo wolą doświadczać rzeczy znane, a potem dopiero dobre.
Głupi przykład. W któryś z minionych weekendów wybrałem się do klubu. Rzecz o tyle dziwna, że do klubów niezwykle rzadko uczęszczam, choć od imprezowania generalnie nie stronię. Grali zaprzyjaźnieni DJ's. Grali muzykę, która niespecjalnie mnie porywała, bo też nie każdy imprezowy utwór rapowy lubię. Zresztą moje gusta muzyczne wędrują już po zupełnie innych orbitach. Nie mówię, że ten rodzaj ekspresji jest beznadziejny, ale po prostu mnie nie poruszył, więc skupiłem się na podpieraniu parapetu zamiast na proszeniu do tańca. Dzięki temu mogłem sobie nieźle pofolgować w moich rozmyślaniach. Pomiędzy Snoop Doggiem, a Malikiem Montaną, poleciało trochę żywiołowego funku. Spostrzegłem wówczas, że ludzie wykorzystali tę przerwę na powrót do stolików i dopicie drinków. Zlecieli się dopiero na dźwięk Bruno Marsa, który wraz z Markiem Ronsonem zablokował liczniki na YouTube! Utworów w tej stylistyce słyszało się już mnóstwo i często o wiele lepszych. Dlaczego więc traktowane są one jako ciekawostkę z Wikipedii, a taki Bruno Mars potrafi poruszyć tłumy? Winna temu rozpoznawalność, stworzona przez radiostacje, które najwyraźniej są głodne dawnych brzmień. Tymczasem to płyty Bootsego Collinsa stoją zakurzone w antykwariatach.
Właściwie tego typu przykładów można odnotować niezliczoną ilość. Dlaczego kupujemy obuwie marki Nike, a nie rozejrzymy się za butami jakiegoś rzemieślnika z Podhala, który po ojcu odziedziczył swój fach? Dlaczego w telewizji wolą transmitować mecze Realu lub Manchesteru zamiast Crveny zvezdy Belgrad, której potyczki mogą częściej obfitować w piękne gole, ale o tym się nigdy nie przekonamy? Dlaczego wolimy spędzać wczasy w Chorwacji, a nie w Wenezueli? Podziwiać Puyola, a Pazdana tylko z przymrużeniem oka? Słuchać Cream, choć Breakout również słynie z bogatej dyskografii? A skoro już jesteśmy przy muzyce, obecność na koncercie hip-hopowym jest niemal podręcznikowym przykładem tego, o czym mówię.
Święty nie jestem, za żadne skarby. Na koncerty z kolei nie chodzę samemu, więc jestem w tym aspekcie przeważnie uzależniony od kumpli. Wybieramy się na występ ulubionego artysty, lecz przed nim sześciu wykonawców ma za zadanie rozgrzać publiczność. Co robimy? Kiedy pierwszy artysta występuje, większość z nas bierze jeszcze prysznic. Podczas gdy drugi z nich usiłuje zaskarbić sobie zaufanie publiki, nasze koleżanki zastanawiają się nad wyborem wieczornej kreacji. Trzeci w kolejności zespół odpuszczamy, ponieważ w tym momencie zmierzamy do celu autobusem. Na gapę! Czwarty może napiłby się z moimi przyjaciółmi rozgrzewkowego piwka pod klubem, ale właśnie rządzi na scenie. Piąty raper również gra w momencie, w którym dostajemy się przez bramkę do klubu i zmierzamy prosto do palarni. Kończymy wyczerpujące rozmowy i któregoś z rzędu szluga, po czym udajemy się pod scenę i – jakby na siłę – słuchamy ostatni support, wyczekując niecierpliwie na danie główne, a zamiast wsłuchiwać się doszczętnie, myślimy już o deserze w postaci kebaba. Kiedy niesamowity aplauz ustaje, a protagonista wchodzi na scenę, ostatnim o czym możemy pomyśleć w tej chwili jest nasze niesprawiedliwe zachowanie względem tych biednych supportujących. A raczej zachowanie większości, którą także tworzymy. Często zespoły te wśród lokalnej społeczności są niemal bożyszczami i zapewne zasłużonymi bardziej niż Wojciech Skupień dla polskiego sportu! Nadal nie zaznali jednak smaku mainstreamu, bo niby gdzie by mogli przy takiej konkurencji – na jedno osiedle przypada co najmniej kilku raperów na przyzwoitym poziomie. Myślę, że zaprezentowanie się na deskach jako sceniczna bestia mogłoby być jedną z furtek!

"Na samym początku zagraliśmy jeden koncert w tym składzie, lecz jeszcze nie eksplorując naszej nazwy"
Tak się szczęśliwie w moim życiu złożyło, że wykonuję – dobra, bardziej na miejscu będzie: wykonywałem – rap. Nie chcę gdybać ani podejmować się prac nad scenariuszem kolejnej części Efektu Motyla odpowiadając na pytanie "dlaczego rap"? Tak się szczęśliwie w moim życiu złożyło i tyle. Koncerty hip-hopowe stanowią idealny punkt odniesienia, bo w zasadzie to o nich mam najwięcej do powiedzenia. Niestety szybko mnie one znudziły. Większość z nich ze względu na swoje ograniczenia polega wyłącznie na tym, że DJ gra kanonadę beatów, a dany wykonawca stoi, recytuje, w przerwie coś powie i czasem pomacha ręką na znak znajomości terminu "ruchów scenicznych". Naiwnym jest ten, kto liczył na wyuzdane gitarowe improwizacje, na dziesięciominutowe aranżacje i na obecność Roberta Planta w refrenie. Oczywiście ma to swój undergroundowy urok, ale jeśli artysta nie ma swoim dorobku chwytliwych numerów, szczerze polecam pójście na konkurs recytatorski w podstawówce, bo teoretycznie to żadna różnica, a co bardziej łebski maluch przynajmniej zabłyśnie jakimś niewinnym żarcikiem. Mówię o artystach, znanych z czołówki OLiS, a gdzie tam o gwiazdach podziemia! Oni zaś, często grając za zwroty lub za nielimitowaną ilość piwa, nie zawsze przykładają się do swojego show w sposób należyty. Ich koncert przeważnie jest urozmaiceniem weekendu, a czasami przybiera taki przebieg, że lepiej by było, jakby ten piątek spędzali w Pomarańczy. Naprawdę. Pomijam już, że często tacy raperzy całkowicie olewają próby lub podchodzą do nich zbyt olewczo, a koncert grają niejako z przymusu, rutynowo, z przyzwyczajenia, bo właściciele lokalu – o ile uda im się dorwać ich trzeźwych – i tak zadzwonią.
Mówienie o koncercie przychodzi mi z łatwością, bo przecież sam grałem. Tylko jak wspomniałem wcześniej, formuła wydawała mnie się wyczerpana jak rosyjscy medaliści przed wywęszeniem afery. I od zawsze marzyłem o czymś innym na tej scenie, zanim się na nią dostałem. O wyciągnięciu z hip-hopu tego, co niemożliwe. O przeniesieniu rapowego występu na dotąd niespotykany poziom. O czerpaniu z koncertów przedstawicieli innych gatunków, udowadniając tym samym, że da się w jakiś sposób przełożyć improwizacje Ritchiego Blackmore'a na "styl, flow i oryginalność". O zrobieniu pierdolonego show jak Michael Jackson, Beyonce i Eminem razem wzięci! W dodatku wspomniane chęci zostały podsycone przez pamiętne lata, podczas których w każdy weekend stąpałem po innym rejonie Polski. Oczywiście w poszukiwaniu koncertów. Dzięki temu widziałem chyba wszystko. Blues, jazz, funk, Piknik Moto-Country w Dąbrowie Górniczej, Eric Clapton, Big Fat Mama czy Terence Blanchard. Jestem perfekcjonistą, więc do wszystkiego podchodzę tak, jakbym miał to zrobić pierwszy i ostatni raz w życiu. Na szczęście los sam zadecydował i połączył moje poczynania z trzema bliźniaczo myślącymi homo sapiens, czego efektem jest elQuatro. Projekt był trzymany w tajemnicy na długie lata przed debiutem, logo spoczywało na dysku, a cała koncepcja z biegiem lat się powoli zarysowywała. Dołożyliśmy wszelkich starań i zrobiliśmy wszystko, żeby się tylko wyróżnić. Byliśmy tak zmotywowani, że nasze umysły były zaślepione typową braggą, a myśli ukierunkowane na jedno: support musi zjeść headlinera! Przygotowanie mentalne jak w Brzydkich Kaczorach – pokonamy każdego! Zaplanowaliśmy wszystko, od A do Z! Czerpaliśmy ze wszystkich przeżyć, jakie zapamiętaliśmy z koncertów. Skorzystaliśmy z najlepszych niuansów, które zanotowaliśmy jako widzowie na koncertach różnych wirtuozów. Inspiracje były na wskroś widoczne! Momentami nawet Justin Timberlake mógłby spoglądać z zazdrością! Wynagrodzenie otrzymaliśmy niewielkie, nawet nie pokryło ono kosztów prób. Tych wykonaliśmy niezliczoną ilość. Sami, z DJ, z ludźmi. Efekt? Tu jeden zginął w egzekucji na scenie; tutaj stoczyła się walka z bboys, niby przypadkiem pojawiającymi się w cypherze; tu zatrzymaliśmy czas pilotem, wyprzedzając tym samym Mannequin Challenge o kilka lat! Słowem – przygotowaliśmy się wzorowo. Ludzie, którzy – jak zwykle – niechętnie przyszli na support, widząc co się odpierdala, chętnie zostali i słuchali dalej zamiast zwyczajowo przypominać sobie teksty headlinera. Po cichu liczyliśmy, że info dotrze do środowiska organizatorów i będziemy często gdzieś zapraszani. Niestety nie poszło, telefon milczał, nie graliśmy zbyt wiele. Kierujemy się przynajmniej takimi wartościami w życiu i w twórczości, że działając zgodnie z nimi, wykonaliśmy kawał solidnej roboty. A najważniejsze, że tym pamiętnym wykonaniem moglibyśmy zawstydzić wielu artystów, dla których koncerty są już głównym źródłem utrzymania. Mogliby oni nawet czegoś się poduczyć zamiast stać na scenie i recytować swoje poematy do podkładów! Ale jak to tak? Od kolejnego, nikomu nieznanego zespołu, który znowu z zasady należy olać?
Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.
Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
Felieton
Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję
Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.
Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.
Teksty ponad bitem – wniosek naukowców
Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.
Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.
58 tysięcy kawałków
Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.
W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.
Smutniejsze numery, wyższe wyniki?
Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.
Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.
Studio > koncert? Też ma znaczenie
Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.
Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki
Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.
Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza
Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.
Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.
Co to oznacza dla rapu
Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.
Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.
Felieton
„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton
Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.
Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.
„Kutas Records” – o co w tym chodzi?
Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.
Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.
Oto kilka przykładów:
- Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
- Gejtos – Bóg Morza
- Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
- Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
- Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.
Spotify podbite przez „Kutas Records”
Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem
Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.
To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.
Felieton
Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem
„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.
Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.
Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema
Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).
Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Przodkowie rapera – „Ger Polish”
Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.
Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.
– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

W Eminemie płynie polska krew?
Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.
– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.
Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.
Fakty kontra plotki
W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.
-
News3 dni temuMata to nie Quebonafide. Wyprzedał Narodowy czy nie? (tylko u nas)
-
News4 dni temuSentino złożył gratulacje kibicom Wisły, chwilę po nietypowej manifestacji na stadionie
-
News1 dzień temuDzigi wrzucił zdjęcie Enzo bez kominiarki
-
News3 dni temuHukos miał założony podsłuch. „Ziobro nazwał mnie członkiem mafii pruszkowskiej”
-
News2 dni temuLeśny myśli o skończeniu z muzyką. Kafar, Bonus RPK i Onar reagują
-
News3 dni temuChada wyszedł po mleko i wrócił po dwóch tygodniach – Hukos opowiedział, jak mieszkał z raperem
-
News12 godzin temuDawid Obserwator powtarza ruchy Soboty. Znalazł nowego wybawiciela?
-
News2 dni temuŻabson i jego sportowa przemiana w 25 dni. „Dla mnie efekt poj*bany”