Sprawdź nas też tutaj

ranking

Przegląd rapowych płyt z USA 2017 – ranking (miejsca 12-9)

Opublikowany

 

Trzecia część podsumowania amerykańskiej sceny w 2017 roku i omówienie poszczególnych albumów.

Kolejne dwanaście miesięcy już za nami, a dla namiętnych słuchaczy wszelakiej muzyki oznacza to kolejne dziesiątki czy też może i nawet setki wydanych krążków. Teraz wypadałoby zebrać do kupy to, co się przesłuchało, albo jak się czegoś względnie ciekawego nie przesłuchało, to przesłuchać i nadrobić te całkiem przyjemne zaległości. Tylko pytanie, czy to się tak w ogóle da wszystko podsumować? I w jaki sposób to zrobić, skoro mamy tyle różnych gustów muzycznych? Dużo łatwiejsze podsumowania mają do zrobienia dziennikarze sportowi – wystarczy policzyć bramki, asysty, kluczowe podania, odbiory, parady i może kartki jeszcze i proszę bardzo – można szybko wybrać najlepszego napastnika i pomocnika. W muzyce liczby mogą co najwyżej pomóc w ocenie popularności i komercyjnego potencjału, bo wartość artystyczna to już kwestia dyskusyjna niemożliwa do zmierzenia żadną liczbową skalą. Odnoszę wrażenie, że w obecnych czasach takie podsumowanie to raczej prezentacja gustu oceniającego, bo i sam z tego topu odrzuciłem niemałą liczbę albumów, które ktoś inny mógłby spokojnie w tej dwudziestce umieścić.

 

No, ale cóż – skoro koniec roku, to wypada jakieś podsumowanie zrobić, tak więc już nie przedłużając – zapraszam do czytania i oczywiście mniej lub bardziej wyrafinowanego wyrażania swojego zdania.

 

12. Yelawolf – „Trial By Fire”

Kapitalne „Love Story” pokazało, że Yelawolf w końcu znalazł swoją niszę i klimat muzyczny, który po prostu mu leży i wiadome było, że następca będzie kontynuatorem tych brzmień. Brzmień, które od razu przywodzą na myśl klimat jakiegoś osiedlowego, obskurnego pubu w Alabamie, wystrojem niemal wyrwanego z planu zdjęciowego „Siedmiu Wspaniałych”. Na „Trial By Fire” nie ma szybkich samochodów, wymienianych regularnie nazw ekskluzywnych marek odzieżowych, a na szyjach nie świecą się zwisające w dużych ilościach złote łańcuchy. Nie ma też zbyt wielkiej popularności, bo i ciężko w obecnych czasach żeby miało, ale jest za to jakość i oryginalny styl ubrany w brzmienie country. No cóż, gdyby żył jeszcze Johnny Cash, to niewykluczone, że jego ulubionym raperem byłby właśnie Yelawolf.

 

11. Rick Ross – „Rather You Than Me”

Rozay to już prawdziwie uznana marka. Kiedy zapowiada nowy album, to doskonale wiadomo czego się można po nim spodziewać – będzie solidnie, dobrze, albo nawet i bardzo dobrze, ale poniżej pewnego już poziomu szef Maybach Music po prostu nie schodzi. Nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego dziecka, gdzie wyrobiony styl został naturalnie zachowany – mamy mieszankę typowych bangerów („Trap Trap Trap”, „Dead Presidents”), mamy stylowe, przepełnionego bogactwem stonowane tracki, za których produkcję zwykle odpowiadali Panowie z J.U.S.T.I.C.E. League i mimo że na „Rather You Than Me” ich zabrakło, to klasyczne numery zostały („Lamborghini Doors”, „Triple Platinum”) no i na koniec nie można pominąć oczywiście „Idols Become Rivals”, który skierowany został w stronę wieloletniego kompana i przyjaciela, czyli oczywiście Birdmana – wyjątkowo gorzki, szczery i dość ostry w argumenty numer.

 

10. Lil Uzi Vert – „Luv Is Rage 2”

Z tymi nowymi twarzami co roku jest identyczny problem – pojawią się w zasadzie znikąd z jakimś cholernie nośnym singlem i nie wiadomo co o nich tak naprawdę myśleć i jak ich traktować? W przeważającej większości kończą jako one-hit- wonderzy nie potrafiący nagrać albumu, którego można określić mianem chociażby solidnego i po kilku, kilkunastu miesiącach na ich miejsce wskakuje ktoś nowy. Lil Uzi Verta można było stawiać w identycznych kategoriach, z tym, że poza singlowym hitem jego album stoi na naprawdę wysokim poziomie. Album, który niektórymi numerami potrafi chwycić momentalnie, a kolejnymi może nie wciąga od razu, ale jeżeli da mu się szansę, to z każdym kolejnym odsłuchem będzie angażował coraz bardziej, aż w końcu powinien stać się jednym z Waszych ulubionych krążków 2017 roku.

 

9. Drake – „More Life”

Sporo skrajnych emocji wzbudził tegoroczny krążek, a żeby być bardziej precyzyjnym to playlista Drizzy’ego. Z jednej strony jak zwykle gorące propsy chwalące rapera za trochę powiewu świeżości, za gościnne występy i ogólny koncept „More Life”, a z drugiej dostało się mu po głowie za zbyt długą, rozwleczoną tracklistę i miejscamy niezbyt spójny klimat. Mówiąc inaczej – Pan Graham w żaden sposób nie zawiódł, ale też i nie porwał połowy świata jak to miewało miejsce przy okazji premiery wcześniejszych albumów. Playlistę można pewnie traktować jako odskocznię od pełnoprawnych, legalnych krążków mającą nieco luźniejszy, letni klimat i możliwą zapowiedź tego, czego możemy spodziewać się po albumie, który powinien trafić do nas w przyszłym roku. Tak przynajmniej ujawnia sam zainteresowany w kończącym „More Life” numerze z Young Thugiem. „Fajny” projekt zaserwował nam Drake.

 

Kolejna część na dniach…

 
8 komentarzy

8
Dodaj komentarz

1500
najnowszy najstarszy oceniany
cydży

JAK JA SIĘ CIESZĘ ZE ODNALAZŁEM SIĘ W KLASYCZNYM RAPIE. SPRAWDZAŁEM SOBIE DZIŚ PŁYTY, SINGLE TAKICH WYKONAWCÓW JAK LL COOL J, MC LYTE, BIZ MARKIE, HIGH & MIGHTY, DOUG E FRESH, CHILL ROB G, PEJA, PLOMIEN 81, OSTR, UMC’S, ONYX, DIGABLE PLANETS, NON PHIXION I KURWA JAKIE TO SĄ PIĘKNE RAPSY. JEBAĆ TRAP I JECZYDLA NA AUTOTUNIE. NO I TYLKO HETERO. ILE JA ZYCIA ZMARNOWALEM NA TEN PIERDOLONY TRAP.

XXX

ale pierdolicie zostańcie lepiej juz sobie przy polskich raperkach

cydży

A CÓŻ TO ZA BIEDNA KURWA SIE PODSZYWA. TO STEK BZDUR. TRUSK – NIGDY W ŻYCIU. Z LISTY TYLKO DRAKE I LIL UZI VERT PRZESZTOSY. U ROSSA ZA DUŻO TRUSKOWYCH BITOW I TO GO DEKLASUJE. YELAWOLF TO PIEROLONY BRUDAS I KOMBOJ PRZYDUPAS DZIADA I TRUSKAWY EMINEMA.

SirMix-a-Lot

[img]https://78.media.tumblr.com/a9f3a24b6e73167eee8e2a31479fa413/tumblr_ot10v5cu5n1t1ikz9o1_400.gif[/img]

gfasdgdfgdf

no nie wiem glamrap co do tego uzi verta, przed swoim najwiekszym blow upem po xo tour life, juz byl na niego hype, wydal luv i rage i ten drgui(nie pameitam nazwy) ktore staly na owiele wyzszym poziomie niz luv is rage 2, ktore swoja droga jest strasznym gniotem

GiBoNNN

Sory ale Luv Is Rage 2 to był kupsztal jakich mało. Co za dałn robił ten gowniany ranking

obserwatorkomentator

Trial By Fire najlepsza płyta roku, reszta tych klaunów może się gonić po tych swoich hoodach, nikt jak Yela. Kropka.

Czekanko na Trunk Muzik 3 – tak, tak, ma to zrobić, będzie bardziej rapowa odskocznia i i tak pozjada dupą 3/4 amerykańskiej gry. Yela dożywotni props, jaram się ogromnie.

lucky patcher

If any page has quality posts like yours then I will search for information very quickly. Please donate again
https://luckypatcher-apks.com

Popularne