Sprawdź nas też tutaj

Felieton

ROZKMINA: Dr. Dre wraca z długiej podróży, a Drake wygrywa „przegrany” beef z Meek Mill’em

Opublikowany

 

alt

Hold on. Ile razy to już przechodziliśmy? „Detox” był w swojej historii przekładany częściej niż jakikolwiek inny album. Były już obietnice i kilkakrotne ich odwołania, wreszcie w 2011 zrobiło się poważnie i była okładka XXL’a z hasłem „Tak, Detox nadchodzi”. Do tego były nawet dwa single, które banglały w klubach i kręciły wybitne liczby odtworzeń i sprzedaży. I co powiedział następnie dziadek z Compton? „Muszę odpocząć od muzyki, teraz nic nie wyjdzie, znikam, ogólnie to się odp%$@*lcie”.

I tyle w temacie jeśli chodzi o „Detox”. Wszyscy zrozumieli, że trzecia płyta Dr. Dre to fikcja i jego perfekcjonizm zapewne nigdy nie pozwoli mu wydać kolejnego albumu. W międzyczasie West Coast doczekał się nowej legendy – Kendricka Lamara, a także fali raperów dobrych technicznie, których kawałki bujały kluby od Los Angeles przez Warszawę po Tokio (Tyga, Kid Ink, Schoolboy Q). West Coast odżył, a młody Andrzej (Dr Dre = Andre Young, przyp. red.) zniknął. W międzyczasie rozkręcił swój biznes słuchawkowy na tyle, że Apple wykupiło brand, a doktorek uderzył w ostry melanż, jak na pierwszego „miliardera”  w rapgrze przystało (tu różne źródła mówią o ogólnej kwocie operacji i przychodzie Dr. Dre z tego tytułu, niemniej obecne liczby nie przedstawiają go jako miliardera. Jakkolwiek by nie było, hajsu ma w C&$j). Do czasu aż…

 

Do czasu aż pojawiła się koncepcja wydania filmu pod tym samym tytułem co pierwszy album NWA, czyli „Straight Outta Compton”. Pojawił się pomysł, truski odżyły na forach, a gimby zaczęły wpisywać w google bliżej im nieznany trzyliterowy skrót, dowiadując się, że rap istniał także przed ASAP’em Rocky i Kendrick’iem. Wraz z pomysłem Doktorowi przypomniało się, że kiedyś był raperem. Czarnym, zbuntowanym i bezkompromisowym. Kimś kto jest legendą dzięki temu, co wtedy się stało, a nie dzięki temu, że wspomniani wyżej wielbiciele sukienek i rurek bujają się w jego słuchawkach z fajnym logo. I z tego co mówi, po prostu wszedł do studia i zaczął nagrywać.

 

Jak to się przełożyło na rzeczywistość? A no tak, że „Detox”, który powstawał milion lat koniec końców nie wyjdzie, za to wyjdzie nagrany w kilka miesięcy „Compton: The Soundtrack”. Nie jest ważne to, czy to ten sam album pod inną nazwą. Ważne jest to, że Dr. Dre wydaje pierwszą od 16 lat płytę, to jest już nieuniknione. 7 Sierpnia, Panie i Panowie, czyli już jutro. Preorder w Stanach już ruszył. Goście? Snoop, Eminem, Kendrick, Xzibit etc. Crème de la crème. Producencko nie ma co się obawiać, w końcu to płyta gościa, który wyprodukował „In Da Club”, „Nuthin’ But A G Thang”  czy „California Love”. Do tego na produkcji  dołączył się także DJ Premier. No klasyk to mało powiedziane. A słuchacze Rich Homie Quan’a (w tym ja) będą mogli odetchnąć trochę od cykaczy i auto-tune’a, słuchając czegoś naprawdę konkretnego.

 

Osobiście mógłbym robić za marketingowego Nostradamusa. Dwa dni przed oficjalną informacją o wyjściu tej płyty powiedziałem, że gdybym był teraz Dr’em Dre, wydałbym „Surprise-Release”, bo w kolejną zapowiadaną premierę nikt już nie uwierzy. I proszę, co robi Dr Dre? Wydaje album-niespodziankę. 1 na billboardzie pewna. „Album roku” zdobyty za sam fakt jego wyjścia, to czy muzycznie się obroni to inna kwestia, ale o tym już niebawem w recenzji.

 

Zadanie pytania „kto czeka?” mija się z celem. Każdy kto choć trochę ogarnia wielkość zaistniałej sytuacji zamknie japę, przestanie stukać w klawiaturę i sprawdzi płytę. Zwłaszcza, że to ostatnia w jego karierze. A drugiego Dr. Dre nie będzie.

 

Meek Mill przegrywa „wygrany” beef z Drake’iem.

Nienawidzę gdy zadaje się mi pytanie „Jak mogłeś?!/No ale jak tak można?!”. Jest to jedno z tych pytań, które do niczego nie prowadzą i są zadawane w afekcie/akcie desperacji, ukazując chęć skupienia się na problemie, a nie na jego rozwiązaniu. Jeśli coś się stało, to jak widać k***a można, i teraz trzeba działać a nie płakać. W tym przypadku jednak sam sobie zadaje pytanie. „Jak, do k***y nędzy, można tak sromotnie przegrać wygraną sprawę?”. Oto co się wydarzyło w „beef’ie” między Meek Mill’em a Drake’iem i dlaczego ten pierwszy miał wszelkie argumenty by go wygrać.

 

Oto jaka była sytuacja przed beef’em. Meek Mill miał świeżo wydany album, który był na ustach wszystkich w Stanach. Bardzo wysoka sprzedaż, single w airplay’u, propsy od środowiska. Swoje umiejętności po raz kolejny potwierdził we freestyle’u w „Sway In The Morning”, który jest 10-minutowym majstersztykiem, nie pierwszym w jego karierze. Nicki Minaj chodzi wpatrzona w niego jak w obrazek. Gość generalnie ma wszystko.

 

Z drugiej strony Drake. Od albumu minęło już trochę czasu, pojawiły się kontrowersje odnośnie kradzieży numerów (m.in. 6 God), które miały pierwotnie należeć do Jace’a z Two-9. No i Nicki. Wszyscy wiedzą, że ślinił się do niej całą swoją karierę, a ona najwyraźniej kręciła go wokół palca i traktowała z przymrużeniem oka (zainteresowanych odsyłam do tekstu kawałka „Only” z ostatniej płyty Nicki). Gość jest supergwiazdą, ale nie ma tego co ma Meek – autentyczności i Nicki.

alt

Ci dwaj panowie wdali się w najbardziej medialny konflikt w rapie w 2015 so far. Ze swoim street credit’em i umiejętnościami Meek musiał to wygrać. Jak to się stało, że mimo to przegrywa/już przegrał?

Zaczęło się od Twittera, jak zwykle. Meek zamieścił info o rzekomym używaniu przez Drake’a ghostwriter’ów. Stwierdził też, że na ich wspólny kawałek z jego ostatniej płyty, „R.I.C.O.”  Drizzy również nawinął zwrotkę, której nie pisał. Do tego dołącza się Funkmaster Flex, potwierdzając słowa Meek’a i dorzucając swoje trzy grosze. Płaczek stwierdził, że miarka się przebrała i odpowiedział, nagrywając „Charged Up”. Zaczepił Meek’a kilkakrotnie o czym już wielokrotnie pisaliśmy. Numer był spokojny, ale stanowczo pokazał, że Drake nie ma zamiaru tak po prostu tego puszczać. Wszyscy fani oczekiwali odpowiedzi Meek’a. Odpowiedzi w formie kawałka, rzecz jasna. Co dostali? Klip do „All Eyes On You”. Serio? Nie da się chyba bardziej pokazać powodów, dla których Meek wywołał całą tę gównoburzę. Sprzedaż musi się trzymać na dobrym poziomie, hajs się musi zgadzać. A beef to wszystko nakręca.

 

Ok. to fani byli jeszcze w stanie wybaczyć, ale już przy tej akcji Meek stracił sporo punktów. A jak wpędził się bagno? Odpowiedzią, która przyszła po kilku dniach. W jakiej formie? 15 sekundowego skitu, w którym ktoś drze się w niebogłosy. I tyle. SERIO? Gość może nagrać numer naprędce, może na freestyle’u pojechać i go zje w dwie minuty, może wziąć Nicki  na feat, by jeszcze bardziej mu dograć, bo nie sądzę by za nim nie poszła. A robi co? Wydaje skit z darciem ryja?! NO ALE JAK TAK MOŻNA?!!!!

 

Po tym fani nie wytrzymali i zaczęli masowo przechodzić na stronę Drake’a. Ten dorzucił jeszcze drugi mocny diss „Back To Back” i Meek był na łopatkach. Tak oto bananowy raper zjadł ulicznika z topu Billboardu. Meek próbował się odgryźć w numerze „Wanna Know”, gdzie zaprosił na feat rzekomego ghostwritera Drake’a, Quentina Millera. Numer jest czerstwy jak chleb po trzech dniach na słońcu, a słuchacze nie pozostawiają suchej nitki na Meek’u w komentarzach. Numer nie broni się nawet mimo produkcji od Swizz Beatz’a i Jahlil Beats’a.

 

Meek jest w czarnej d…ie, i to dosłownie (#GraSłów) i musi jakoś z tego wyjść. /Edit: dalsza część beefu: Drake szydzi z Meek Milla, ten mu odpowiada

 

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Felieton

Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję

Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.

Opublikowany

 

raper

Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.

Teksty ponad bitem – wniosek naukowców

Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.

Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.

58 tysięcy kawałków

Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.

W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.

Smutniejsze numery, wyższe wyniki?

Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.

Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.

Studio > koncert? Też ma znaczenie

Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.

Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki

Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.

Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza

Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.

Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.

Co to oznacza dla rapu

Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.

Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.

Czytaj dalej

Felieton

„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton

Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.

Opublikowany

 

kutas records

Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.

„Kutas Records” – o co w tym chodzi?

Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.

Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.

Oto kilka przykładów:

  • Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
  • Gejtos – Bóg Morza
  • Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
  • Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
  • Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.

Spotify podbite przez „Kutas Records”

Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem

Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.

To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.

Czytaj dalej

Felieton

Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem

„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.

Opublikowany

 

eminem polskie korzenie

Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.

Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema

Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).

Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Nagrobki Józefa i Evy Scheinertów w Nebrasce

Przodkowie rapera – „Ger Polish”

Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.

Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.

– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

Spis mieszkańców USA z 1910 (córka Georga)

W Eminemie płynie polska krew?

Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.

– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.

Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.

Fakty kontra plotki

W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: