Felieton
Streaming zgarnia wszystko i „Vanillahajs” po raz piąty |FELIETON
Patrzcie gałgany jak Vanilliowy Jaco promuje i sprzedaje płytę.
Tede po raz kolejny zaśmiał się wszystkim prosto w twarz, a chyba inaczej tego nazwać nie można, jeżeli raper wydaje swoją "Vanillahajs" chyba po raz… piąty.
"Vanillahajs" po raz piąty.
Jeżeli podliczymy sobie wszystkie numery, jakie przewinęły się na krążkach "Vanillahajs", to wychodzi, że Tede zażartował sobie także drugi raz. W jaki sposób? Przy większości płyt TDF-a głównym i największym zarzutem było to, że krążki są zbyt obszerne, rozwlekłe, niespójne, a dobre numery przeplatane są nijakimi lub po prostu słabymi, co niby miało ulec zmianie przy 19-trackowej "Vanilli". No, ale jak sobie policzymy 19 numerów z podstawowej wersji, 3 z preorderu, 13 z Premium i jeszcze kolejne 3, które pojawiły się po dotłoczeniu "EP" ("100k Na Insta", "Ostatnia Noc Remix" i "Patologia Deluxe"), to wychodzi łącznie 38 kawałków. Mając prawie 40 tracków nagranych na album w bardziej skrajnych przypadkach można byłoby rozłożyć na 4 albumy i wydawać co 2 lata. W tych trochę mniej skrajnych wyszłyby pewnie 3 płyty i to już brzmi całkiem sensownie dla niektórych.
– "Vanillahajs" podstawowa – 19 kawałków,
– "Vanillahajs" z preorderu – 19 + 3 kawałki,
– "Vanillahajs" Edycja Premium – 19 + 13 kawałków,
– druga wersja "Vanillahajs" Edycja Premium – 19 + 13 + 3 kawałki,
– "Vinyllahajs".
Tak sobie myślę, że Tede to chyba jedyny Polak, który promuje swoje albumy w jakiś bardziej oryginalny sposób niż kilkoma nic nie wnoszącymi klipami, pięcioma newsami na stronach, logiem portalu nadrukowanym z tyłu pudełka i wywiadami z tysiącem oglądających, w których prowadzący pyta o to samo, co wcześniejszy. To taka delikatna wskazówka i sugestia dla tych, co narzekają na słabe odbiory płyt.
Streaming zgarnia wszystko.
Jeżeli Waszym hobby było kolekcjonowanie płyt, a do orgazmu doprowadzał Was proces składający się z pójścia do galerii handlowej, odwiedzenia Empiku, zakupienia fizycznego nośnika, a potem podziwianie tego artefaktu na półce w pokoju, to przygotujcie się, że już niedługo zaczniecie być masowo nazywani "oldskulowcami". Tak, tak, powiedzmy to sobie po raz kolejny – płyta CD stanie się niebawem historią, tak jak spotkało to inne nośniki muzyczne, czyli winyl i kasetę. Oczywiście można krzyczeć i protestować, że nie ma się czym przejmować, że CD to jednak z nami zostanie, ale niestety fakty są zupełnie inne i trwający rok dobitnie nas o tym uświadamia.
Kanye West po premierze swojego "The Life Of Pablo" ogłosił, że album będzie dostępny tylko i wyłącznie w streamingu. Nie będzie żadnego fizyka, żadnego winyla, żadnej płyty dla kolekcjonerów, nic z tych rzeczy. W zasadzie to w ogóle tej płyty nie kupicie. Oczywiście, Pana Westa można uznać za oszołoma, przygłupa i tak dalej, ale jak się po kilku kolejnych miesiącach okazało, trend przemawia raczej na jego korzyść, a i sam krążek trafił przecież na pierwsze miejsce na liście Billboardu nie sprzedając się w gruncie rzeczy w ani jednym egzemplarzu. Można?
100 milionów 300 tysięcy sprzedanych albumów w ciągu pół roku wygląda całkiem imponująco, prawda? Na pierwszy rzut oka tak właśnie jest, ale jeżeli porównamy to tylko z rokiem wcześniejszym, to okazuje się, że wówczas sprzedaż w analogicznym okresie była aż o prawie 14% wyższa! Mimo tego, znacznego i wyraźnego przecież, spadku sam rynek i tak zyskał sporo dzięki streamingowi prawie 2 miliardy dolarów, co stanowi około 9%. Przemysł muzyczny zyskuje, zyskują także użytkownicy serwisów udostępniających muzykę, bo za kilka – kilkanaście złotych mają niemal nieograniczony dostęp do przeogromnej ilości kawałków z każdego miejsca, w którym się aktualnie znajdują.
Powyższe liczby mogą raczej wywołać lekki strach na twarzach wielu artystów. Nie wszystkich oczywiście, bo Ci żyjący głównie z koncertów i pobocznych biznesów, najczęściej odzieżowych, powinni raczej w miarę płynnie przemknąć przez te spore zmiany w biznesie, ale Ci, dla których sprzedaż fizycznych nośników ma znaczenie opierające się na zasadzie "być albo nie być", mogą niebawem obudzić się z ręką w nocniku.
Ale jeżeli spojrzymy na to z drugiej strony, to można się zastanawiać, czy streaming nie przyszedł czasem na pomoc artystom, którym pieniądze uciekały przez ogromną skalę piractwa. Zauważyłem to sam wśród swojego otoczenia – wielu znajomych mających przez długi czas głęboko w poważaniu kupno całych albumów, zainteresowało się ofertą Spotify bądź TIDAL i obecnie regularnie z nich korzystają, płacąc przy tym bez problemu abonament. A skąd pieniądze dla artystów? Oczywiście z abonamentu.
Powiedzmy sobie jednak szczerze – kwoty, które trafiają do twórców z tytułu ilości odtworzeń ich numerów to jest jakiś dramat. Jakiś czas temu, screen otrzymanej faktury, na swojego facebooka udostępnił muzyk Tomasz Lipiński, która wyraźnie pokazuje, że za dokładnie 15 673 odsłony otrzymał on porażającą kwotę 2,25 złotych, natomiast artystka Zoe Keating za 72 tysiące odtworzeń zgarnęła 282 dolary. Kompozytor Armen Chakmakian, nominowany niegdyś do Grammy za 14 tysięcy odtworzeń otrzymał 4 dolary 20 centów i tak się chłop wkurwił, że machnął ręką na te bycie artystą i zajął się robieniem muzyki do reklam.
Najwięcej pieniędzy z odtworzeń, zgarniają oczywiście wytwórnie. Zaskoczenie to żadne, w końcu tak samo jest w przypadku płyt leżących na Empikowych półkach. Artyści niechętnie przyznają się jaki procent z naklejonej na opakowaniu ceny kilkudziesięciu złotych trafia na ich konta, jednak jeśli już się komuś zbierze na szczerość, to stawki można zamknąć w widełkach od kilkudziesięciu groszy do maksymalnie kilku złotych. Spotify z kolei za jedno odtworzenie płaci od 0,0005 do 0,0084 dolara (w przybliżeniu), co dzielone jest następnie pomiędzy labele i twórców, a wygląda to mniej więcej w ten sposób:
– 46% zgarnia wytwórnia,
– 10% przypada autorom tekstów i wydawcom,
– 7% może sobie wziąc dany artysta,
– a z pozostałej kwoty opłacane są podatki i obsługa serwisów.
Bardziej przedsiębiorczy osobnik piszący swoje teksty, produkujący swoją muzykę i do tego wydający się sam zgarnie oczywiście najwięcej, ale i tak wysokość stawek nadal pozostawia wiele do życzenia. Czy będzie się to w jakiś sposób zmieniać? Najprawdopodobniej tak, w końcu serwisy streamingowe to raczej świeża sprawa, a i liczba ich użytkowników stale rośnie. A skoro rośnie, to oznacza więcej pieniędzy z abonamentu i wpływów z reklam. Najbardziej znane Spotify jak na razie zostawia konkurencję w tyle mając 30 milionów subskrybentów, natomiast drugie miejsce z 11 milionami korzystających zajmuje Apple Music. "Zaledwie" 3 miliony użytkowników udało się zgromadzić TIDAL-owi, ale warto przy tym wziąć pod uwagę fakt, że ponad połowę przyciągnął w tym roku sam Kanye West, który nastraszył wszystkich dookoła, że poza platformę Jaya-Z, jego nowy album nigdzie się nie pojawi.
Wzbraniający się przed naliczaniem zebranych wyświetleń polscy raperzy niedługo powinni już zmienić zdanie, jeśli dotrze do nich, że płyty za jakiś czas kompletnie przestaną się sprzedawać. Protestować oczywiście można, ale tłumaczenie w wywiadach swojej dezaprobaty dla cyfryzacji zaczyna brzmieć kuriozalnie, bo wynika to chyba z błogiej nieświadomości delikwenta co się wokół niego w biznesie muzycznym dzieje. Heroiczne i chwalebne niewliczanie do ilości sprzedanych płyt wyświetleń i odtworzeń powinno zniknąć gdzieś maksymalnie dwie płyty później. Półki w sklepach muzycznych zaczną się niebezpiecznie kurczyć, co już zaobserowować można w Stanach, gdzie sieć sklepów Walmart zmniejszyła ilość stoisk z płytami aż o 40%! Ilość prezentowanych pozycji z 3500 spadła do 2100. A o tym, że Walmart nie jest byle popierdółką niech świadczy fakt, że w 2013 roku poprzez tę sieć sprzedane zostały płyty o wartości 600 milionów dolarów, a ogólny ich udział w rynku wyniósł około 10%.
W Polsce nadal sporą siłę stanowią nośniki fizyczne, które stanowią prawie 77% rynku muzycznego, jednak już w tej chwili można zaobserować spadek w porównaniu z ubiegłymi latami, co oczywiście przekałada się na nic innego, jak na wzrost poziomu sprzedaży cyfrowej i udziału streamingu. I rósł będzie nadal. W bardzo szybkim tempie.
fot. Cyfrowastolica.pl
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
-
News2 dni temuTede pocisnął z Sokołem. Beef weteranów wisi w powietrzu?
-
News4 dni temuDJ Buhh znów chce pieniędzy i chyba je dostanie
-
News2 dni temuWiz Khalifa odwołał trasę, bo chcą go aresztować w Europie
-
News3 dni temuJaś Kapela ocenił kontrowersyjny występ Sokoła w Gdańsku
-
News19 godzin temuTede składa przeprosiny w sprawie Sokoła i promptera
-
News3 dni temuOjciec Maty o Trzaskowskim: „Nieosiągalny dla innych ludzi”
-
News3 dni temuMalik Montana pochwalił się 3 swoich dzieci. „Chcę przynajmniej siódemkę”
-
News1 dzień temuSokół i Jędker zaskoczeni. WWO dostało wyróżnienie po 26 latach