Sprawdź nas też tutaj

Felieton

To jest (prawdziwy) hip-hop! Redefinicja |FELIETON

Opublikowany

 

W ciągu ostatnich osiemdziesięciu godzin spałem może z dziesięć. Powiedzmy, że wziąłem sobie do serca słowa moich nadopiekuńczych przyjaciół, którzy powtarzają, abym w końcu zaczął odbębniać te regulaminowe osiem godzin. Tyle słowem wstępu. Nie chciałem umieszczać żadnego – z natury nie lubię się podporządkowywać zastanym regułom, ale prawdziwy hip-hop to bazowanie na fundamentach! Wstęp zatem pozostanie.

Podczas łóżkowej absencji wziąłem udział w ostatecznie cudownym festiwalu HIP HOP Elements Częstochowa, przeprowadziłem mnóstwo inspirujących i wyczerpujących rozmów, pośmiałem ze współtowarzyszami tych zdarzeń (jednocześnie trochę się na nich złoszcząc), a także przesłuchałem swoje ulubione nagrania ostatnich tygodni. W międzyczasie przeczytałem aktualny numer Magazyn VAIB, w którym najmocniej zaabsorbował mnie wywiad z Ryfa Ri. Nic dziwnego – od kilku miesięcy na każdą jej kolejną zwrotkę czekam z utęsknieniem, a gdy zostaje opublikowana, bezzwłocznie ją włączam (choćby w pracy, narażając się). Po skończonej lekturze jak zwykle byłem pełen podziwu jej erudycji i wszechstronności, która sprawia, że Warszawianka jawi się przede mną jako pełnokrwisty wzór do naśladowania. Pokochałbym i wziął za żonę kobietę, która przypominałaby ją choćby w ułamku procenta. To wszystko spowodowało, że postanowiłem zmierzyć się z redefinicją prawdziwego hip-hopu, którego tak wielu strudzonych wędrowców wciąż poszukuje. Jeśli ktoś poprosiłby mnie o jego zobrazowanie, bez wahania odrzekłbym: Ryfa.

 

Noszę najpopularniejsze imię mojego rocznika – Kamil. W gimnazjum ciągle było nas czterech w klasie. Kiedy jeden z imienników nie otrzymał promocji, zgadnijcie kim okazał się spadochroniarz? Dokładnie! A nazywam się Świech. Kiedyś TEDEgo można było szukać tam, gdzie czuć palącą się gandzię. Czasy są jednak inne, więc od teraz możesz mnie znaleźć w katalogu Zuckerberga. Zwłaszcza w okresie, gdy znalazłeś się w marazmie i dopadła Cię chandra, a jedynym wyjściem z tej sytuacji według Ciebie jest kulka w łeb. Bądź spokojny, ponieważ miewam podobnie. Jestem zdegustowany rzeczywistością, ponieważ jako gnojek inaczej sobie ją wyobrażałem. Tak więc ustaliliśmy już, że w tej sytuacji możesz mieć wiele predyspozycji, ale na pewno nie do roli Rambo. Wpisz więc moje nazwisko w wyszukiwarkę zamiast szukać po Allegro gnatów lub jakiejś kuszy. Zawsze pomogę, doradzę, wysłucham, odwiodę od ostateczności, wesprę. Zresztą spośród moich znajomych najwięcej razy usłyszałem zostańmy przyjaciółmi! Zawsze jestem skory do rozmów. Wszelakich. Jakichkolwiek. Niech zaświadczą o tym niezliczone poranne dysputy pod windą. Nie żebym był rannym ptaszkiem (o zgrozo!). Po prostu lubię się zasiedzieć, trwonić mój cenny czas i marnować swój potencjał, będąc w zamian Donem Corleone dla przyjaciół z okolicznych bloków. Albo Dalajlamą. W końcu prawdziwy hip-hop to wiarygodność, autentyzm.

Dlaczego ot tak rzuciłem swoim imieniem i nazwiskiem jakby miały dla mnie mniejszą wartość niż łupinka słonecznika na sektorach rodzinnych? Zazwyczaj przecież śmieszyły mnie biogramy nieznanych twórców, którzy niby to posługiwali się pseudonimami, a swoją historię rozpoczynali od zaprezentowania swoich personaliów. Złośliwie dodawałem, że mogliby jeszcze skan swojego dowodu umieszczać i wspierać pośrednio tym samym polskie lichwiarstwo. Z tym nastawieniem sam starałem się być w żaden sposób nienamierzony i nieinwigilowany. Uciekałem przed aparatem na każdej imprezie. Niezależnie od tego czy był to koncert, czy szesnaste urodziny kumpla gdzieś w piwnicznym klubie. Kiedy trzeba było gdzieś się podpisać, puszczałem wodzę fantazji, a szlaczki, które zostawiał mój długopis, bardziej przypominały Juventus Turyn niż Kamil Świech. Pewnego razu natomiast zobojętniałem. Moje nazwisko na dzielni uchodzi prędzej za zszargane niż sławetne. Nie chciałem być z nim kojarzony w żaden możliwy sposób, notorycznie się go wypierając. I o ile kiedyś odcinałem się od niego za wszelką cenę, tak tego razu uświadomiłem sobie, że przecież wszystkie moje poczynania i postawy nie są wcale najgorsze; nie powodują, że mogę odczuwać poczucie wstydu; nie sprawiają, że mogę poruszać się po okolicy z poniżająco spuszczoną głową. Czemu więc jako pierwszy z rodziny nie spróbować i nie przywrócić mu godności? Prawdziwy hip-hop to poczucie własnej wartości.

"(…) kiedyś robiliśmy rap, aby za wszelką cenę wyrwać się z naszego getta. Dziś pragniemy się utrzymywać z rapu, żeby wyrwać się z korporacji"

 

Abstynencja. Zjawisko podświadomie wyśmiewane przez 99.99% polskiego społeczeństwa. Dla mnie jednak jest ona czymś, co pomogło mi oszukać przeznaczenie. Wielu z moich znajomych nie chciało się z nią ani na chwilę zaprzyjaźnić, a jedyny kontakt, jaki ze sobą obecnie utrzymujemy, to kopsnięcie szluga pod sklepem, gdy mijam ich w drodze do pracy. Stronienie od niej zaszkodziło również wielu osobom w mojej rodzinie. Napatrzyłem się właściwie jako młokos na wiele przykrych i drastycznych scen i nie mam na myśli oglądanego z uwielbieniem Braveheart. Spowodowało to, że obiecałem sobie nigdy w życiu nie tknąć alkoholu i nie doprowadzić się niemal do agonii przez tę używkę. Ku niedowierzaniu każdego, dotychczas udaje mi się to bez szwanku. Pragnąłem, żeby ta postawa pomagała mi w moich działaniach i sprawiała, że będę coraz lepszy we wszystkim. Nigdy tak naprawdę nie skorzystałem z niej w pełni. Zaliczyłem jednak mnóstwo imprez, na których mimo wszystko bawiłem się pierwszorzędnie. Dzięki temu zauważyłem, że są alternatywy i sięganie po alkohol może być ostatecznością. W tym samym czasie zakochałem się w kulturze hip-hop, której jednocześnie nienawidzę, ponieważ serce mi się kraje jak słyszę, gdy bezwstydnie się mówi o wciąganiu prochu na każdym kroku. Pal licho, gdyby mówiło się tylko w kuluarach. Najpopularniejsze i kultowe utwory, znane z list przebojów i mające miliony wyświetleń, zawierają treści, w których chwalebnie gloryfikuje się kokainę. Dodatkowo w sposób spłycony i ogólnikowy. Balety wraz z upływem lat przeistoczyły się nie do poznania, a co najbardziej żenujące w tym wszystkim, najwierniejszymi słuchaczami tychże orędowników są ich własne dzieci. Uznałem, że najwyższy czas pójść na materace. Nie zamierzam jednak używać przemocy lub broni, a zostać częściowym hipokrytą. Uważam, że oryginalność i niepowtarzalność jest największą bronią hip-hopu, lecz banda idiotów zmusiła mnie do nagięcia tych wartości podkreślaniem mojej abstynencji na każdym kroku. Będę to uskuteczniał i proponował młodym alternatywy. Bo jak można dbać o młodych, leżąc gdzieś naćpanym między kurwami? Prawdziwy hip-hop to przecież zdrowa rywalizacja.

Przyjęło się w bramach i klatkach, że na podwórku przetrwają wyłącznie ludzie, którzy najlepiej napierdalają po gębie, a wychudzonych okularników będą skalpować. Socjologiczny bełkot, powtarzany przez niedokształconych profesorów. Gdzieś w tej ich teorii zagubił się etos braterstwa i równości, dobrze znany z pierwszych nagrań Molesta Ewenement. Osobiście dorzuciłbym do tego jeszcze spryt. Na bazie tych wartości latami zapracowywałem sobie na – mniejszą bądź większą – reputację na osiedlu, a przy okazji nauczyłem się dogadywania z ludźmi. Dbam o nich, ot co. O bliskich bardziej, o znajomych odpowiednio. Postępuję według zasad. Tak czy inaczej, nie można powiedzieć, że na projektach jest perspektywicznie. Dlatego więc konsekwentnie tworzymy rap, szpikując go do granic wytrzymałości kreatywnością, której również używamy z braku laku w biurze. Taka symbioza, która jest dowodem na to, że rap ten przyniósł owoce, których tak wyczekiwaliśmy latami. Pamiętajmy, że prawdziwy hip-hop to kreatywność.

W przytaczanym wywiadzie Ryfa Ri powiedziała, że można być hip-hopowym, tańcząc nie tylko breaking, a redaktor Adrian Bartoszewicz zaaprobował, dodając, że zna popperów, którzy są bardziej hip-hopowi niż niejeden bboy. Jakże trafili oni w punkt! Jeszcze jakieś pięć lat temu, nigdy w życiu nie tańcząc, wiedzą mogłem zawstydzić niejednego z bboys. Nieustannie pragnąc rozwoju, skierowałem ją z upływem lat na inne obszary. Kiedyś byłem zatwardziałym słuchaczem rapu, niedoścignionym w liczbie przesłuchanych płyt i wymądrzającym się stale przed ignorantami, dzisiaj jestem zagorzałym fanem psychodelicznego rocka, a także chicagowskiego soulu. Na mojej liście najlepszych koncertów, na których byłem, już nie widnieje Masta Ace, De La Soul i Lordz Of The Underground tylko Janelle Monáe, Maceo Parker i Bilal. W mojej winylowej kolekcji nie dominują płyty wydane przez Cold Chillin' Records czy Wild Pitch, a przez Motown Records czy Stax Records. Prędzej spotkamy się na jakimś jam session niż na Hip Hop Kemp – PL. Od pierwszych tekstów o butelkach pisanych na siódmym piętrze do teraz przebyłem długą drogę i najchętniej widziałbym się na scenie w towarzystwie gitarzystów, drąc mordę. Zaobserwowałem u siebie jednak coś intrygującego. Przesłuchałem setki płyt z pogranicza przeróżnych gatunków, ale czegokolwiek bym nie słuchał, zawsze w ostateczności odpalę swoją ulubioną płytę Organized Konfusion lub Naughty By Nature, bujając się przy niej bardziej niż przy najbardziej przebojowych utworach William "Bootsy" Collins. Na wielu koncertach zachwycałem się klawiszowymi improwizacjami, trwającymi bez końca, ale to Sensi, Matis – CentrumStrona czy BlabberMouf w Częstochowie sprawili, że moje ruchy przypominałyby Skip B, gdyby nie astma. Kiedy spotykam się z Cokiem, najczęściej rozmawiamy o polskim rapie, choć jego ostatnie dokonania zwiodłyby domorosłego Sherlocka Holmesa, gdyby go o to podejrzewał. Inspiracje KAEESa naprawdę są trudne do odgadnięcia nawet dla mnie, ale bez problemu mogę się od niego nauczyć genezy i znaczenia dla historii wszystkich solowych albumów członków Wu-Tang Clanu. Z Furmanem najbardziej uwielbiam rozmowy o życiu, a jakoś regularnie kończymy na wspominaniu największych polskich klasyków. A zwłaszcza tych, o których większość słuchaczy nawet nie słyszała. Prawdziwy hip-hop to hołdowanie tradycji i świadomość swoich korzeni. Prawdziwy hip-hop to ElQuatro Nagrania.

Zdarzało się niejednokrotnie, że zaimponowałem komuś swoim gustem muzycznym, zachęciłem kogoś do przesłuchania jakiegoś genialnego tytułu, czy porozmawiałem z kimś o The Doors lub o The Impressions. Jawiłem się ludziom jako gość o wszechstronnych zainteresowaniach muzycznych. Być może nawet podniecało to jakieś super sztuki – osobiście nie miałem okazji się o tym przekonać, ponieważ akurat byłem zasłuchany w riffach The Dark Side Of The Moon. Jednak jak mniej intensywne byłoby czerpanie radości z muzyki, gdyby odbywało się ono wyłącznie w samotności? Na szczęście jest ze mną grono ludzi, którzy nigdy – nawet przebudzeni o 3:00 w nocy – nie zdenerwują się, gdy zadzwonię pochwalić się, że właśnie odkryłem szalenie hipnotyzujący utwór. Z jednym z nich przemieliłem już tysiące godzin o muzyce. Głównie o rocku. Za każdym razem przemilczając temat hip-hopu, ponieważ go nienawidzi. Jakie zauważyłem na jego twarzy zdziwienie, gdy nakrył mnie kiedyś z GhettoMusick na słuchawkach, obłędnie machającego głową do każdego z cykaczy. A może to był Lil Jon? Chciałbym jedynie zaapelować, że najmniej istotne, czy spotkamy się w pociągu, jadącego do Łodzi na koncert Eric Claptona, czy na widowni podczas koncertu Maestro Ennio Morricone w Filharmonii Śląskiej, zapamiętaj jedno: zawsze reprezentuję kurwa hip-hop! Prawdziwy hip-hop! Zawsze!

 

Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.

 

Felieton

Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton

Tak się monetyzuje upadek Fagaty.

Opublikowany

 

trueman fagata

Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.

Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.

Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.

Trueman zobaczył kryzys. I liczby

I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.

Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.

Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.

Fagata potrzebuje koła ratunkowego

Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.

I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.

Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.

TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.

Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami

Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.

Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.

Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.

Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.

Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.

To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.

Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator

I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.

Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.

Czytaj dalej

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: