Sprawdź nas też tutaj

Recenzja

RECENZJA: Wojtas – „23”

Opublikowany

 

Pod koniec Września wytwórnia Step Records wydała długo zapowiadany album „23”, ex-członka grupy Wzgórza Ya Pa 3– Wojtasa. Całej sylwetki rapera nie trzeba chyba tutaj nikomu przedstawiać, szczególnie jeśli zaczynaliście słuchać polskiego hip hopu na początku XXI wieku, to Wojtasa musicie kojarzyć.
Na początek krótkie wprowadzenie dotyczącego tego co robił przez ostatnie lata autor omawianej dzisiaj przeze mnie płyty. Po rozpadzie WYP3, Wojciech postanowił rozpocząć karierę solową i w 2005 roku nakładem CK Records wyszedł album zatytułowany „Moja Gra” (na którym gościli między innymi: Peja, AbraDab czy Borixon). Niestety mimo dobrego przyjęcia i częstej emisji promujących teledysków na Vivie, koniunktura na muzykę rap w Polsce zaczęła podupadać i sprzedaż takich „CeDeków” jak „Moja Gra” były na granicy minimalnego błędu, czytaj zakupienie 1-2 tysiące przez fanów było sukcesem. Taki stan faktów sprawił, że aby mieć za co żyć Wojtas musiał porzucić swoją pasję i wyjechać jak wielu rodaków do Wielkiej Brytanii. Przez około 4 lata słuch o nim zaginął, aż do momentu gdy w 2010 roku wszedł w skład grupy Hurragun i razem z chłopakami stworzył album „Hurrap”, utrzymany w stylistyce boom bapu. Dwa lata później wstąpił w szeregi prężnie rozwijającej się wytwórni Step Records.

Tyle tytułem miłego i kulturalnego wstępu, teraz przejdźmy do właściwej recenzji płyty „23”. Już po pierwszych wypuszczonych singlach czy zapowiedziach samego Wojtasa, mogliśmy się domyślić, że album będzie utrzymany w old-scholowej tematyce, na bitach jakby wyjętych z późnych lat 90s. Zresztą sama okładka (bardzo dobra, zdecydowanie lepsza od tej, którą omawiałem przy okazji płyty Buczera) utrzymana jest mocno w stylu znanym z dyskografii Grandmastera Flasha i innych mu podobnych pionierów tego gatunku. Czy faktycznie jest tu klimat jak u WYP3? Czy może Kielczanin czymś nowym nas zaskoczył? Jeśli jesteście tego ciekawi, zapraszam do dalszej lektury.

Już pierwsze dwa numery pokazują co dane będzie nam tutaj usłyszeć. W „Kaledojskopie” Wojtas w pierwszych dwóch zwrotkach wymienia raperów zarówno krajowych jak i tych ze Stanów Zjednoczonych, którzy mieli jakiś wpływ na obraną przez niego stylistykę, natomiast w trzeciej relacjonuje nam czasy, gdy on zaczynał swoja karierę u boku między innymi Liroya. Kolejny utwór to „Ooo tak” co ciekawe klip został umieszczony na kanale Stepu już pod koniec 2011 roku, co było wzięte jako pierwsze oznaki możliwości dołączenia rapera do tej wytwórni. Podobnie jak w pierwszym tracku, nic nowego tu nie usłyszymy, ponad 3 minuty wspominek. „To nie tak miało być”, jedyne czym może zaskoczyć słuchacza to Liroy na produkcji i właśnie Piotrek zasłużył tu na największy plus, niestety bit jest tylko średni, ale i tak wygląda lepiej, niż nawijki gospodarza i gościa, czyli w tym przypadku Fu. Lepiej od razu przejdźmy do kolejnego tracku zatytułowanego „Co się opłaca”. Bardzo przyjemny podkład Fabstera w odróżnieniu od poważnej tematyki kawałka, Wojtas nawija o swoich dylematach na emigracji „Wracać nie wracać” i ogólnej złej według niego sytuacji w kraju, w którym się wychował. Średni numer, choć na pewno lepszy od dwóch poprzednich. Kolejny utwór podtrzymuje klimat z „Co się opłaca” i też za główny cel wersów obiera państwową władzę, tym razem oprócz Wojtasa rapują jego ziomki: Norek (z Miodowych Lat of course), Enero Faust NS (cóż za pomysłowa ksywka), Makary, Glon (ten z Poznania od Głuchej Nocy, chyba….). Gospodarz jakby bardziej się postarał i nawinął lepiej, niż zwykle, niestety tym razem goście zaniżyli poziom, o ile Norek i ewentualnie Enero Faust NS nawinęli przyzwoicie, to dwaj ostatni panowie wszystko psują, szczególne Makary toczy bitwę z bitem jak Najman z przeciwnikiem.


„Uspokaja mnie to” jak można się domyśleć jedzie według schematu „sadzić, palić, zalegalizować”. Bit Mżawskiego jakby wyjęty z pierwszej płyty Wzgórza Ya Pa 3 i to jedyne co sprawiło, że dosłuchałem tej kawaliny („ooo tak” to dobra na to nazwa) do końca. W ogóle dlaczego polskie kawałki o jaraniu są napisane w stylu 13-letniego Jarka co spalił pierwszego jointa i się tym zajarał i zarapowane przez jego starszego o rok kolegę, który po raz pierwszy staję przed mikrofonem?
„Czego Chcesz?” jak u B.R.O., ale tym razem to żaden smutny lovesong tylko anty-policyjny numer (choć na szczęście nie na poziomie HG i innych uliczników), no w końcu jak nawinęliśmy o chujowym rządzie, kradnących politykach, istocie jaranka to trzeba dopierdolić się jeszcze do policji # Polskie Prawiliniaki. Naprawdę jest tyle ciekawych tematów o które Wojtas mógł po latach nieobecności zahaczyć, a on wziął na warsztat teksty jak pierwszy lepszy Leszek DVD….
Szkoda czasu na „Czego Chcesz?”, więc lecimy dalej, a tutaj numer ósmy i chyba najlepszy z tego całego albumu, czyli „Ol dirty Dancing”, bit zrobił DNA więc możliwe że gdzieś jeszcze dla porównania go u kogoś innego usłyszymy (hehehe #Wojtek Sokół). Niestety dobry poziom tracka spowodowany jest głównie 16-stkami gości, Liroy ok, choć bez „spuszczanka” jakie można było wyczytać na różnych forach, Dj Hans największe, a zarazem najmilsze tutejsze zaskoczenie, jestem w stanie założyć się o dobry trunek, że jakby to on ze starego WYP3 nagrał solo, to byłoby to zdecydowanie ciekawsze, niż „23”. No i na koniec Kajman, widać kto tutaj jest raperem nie na „pół etatu”, nawijką zdecydowanie przewyższa starszych kolegów. Wojtas przyzwoicie co i tak stawia go na końcu tego rankingu.

 

Tyle na temat tańcowania starszych panów, dalej mamy „Ponad tym” z gościnnymi zwrotkami Franka (kojarzycie go z pierwszych Voltów?) i Daba. Nigdy nie słuchałem zbytnio członka Stereofonii, ale tutaj nie mam mu niczego do zarzucenia, nie oczekiwałem od niego niczego ponad średnia krajową związku emerytów polskiego rapu i mnie nie zawiódł. Abradab jak to Abradab, rapuje w swoim pokręconym stylu, jego fanom na pewno to się spodoba, dla mnie nic ciekawego. Gospodarz zostawił tutaj jedną z trzech swoich najlepszych zwrotek na płycie, dodając do tego najlepszy (?) podkład z „23” dostajemy jeden z wyróżniających się tutaj numerów. „Fankuemigracja” – wreszcie luźny funkowy kawałek, przy którym można się wyluzować czymś, o czym nawijał Wojtas w numerze szóstym. Co oczywiste Sensi pokazał się tutaj najlepiej, ale koledzy z grupy Hurragun również spisali się całkiem dobrze i warto do tego utworu później jeszcze wrócić. Przedostatni track to „Nie martw się” z nieszczęsnym udziałem idoli gimbusów, a mowa tu o Grubsonie. Płyta ma różne złe momenty, ale po tym jak ten śpiewak wszedł na bit to po 12 sekundach zmuszony byłem przełączyć na ostatni numer. Ja rozumiem, że Wojtas chciał zdobyć trochę fejmu dzięki Ślązakowi, ale jego głos mógłby posłużyć jako soundtrack najstraszniejszych scen z „Innego Świata” Grudzińskiego. Zresztą z tego co dane było mi usłyszeć przez ponad minutę i tak nic ciekawego bym się tu nie dowiedział. I kończymy ostatnim singlem promującym „23”, oldschoolowa tematyka, oldschoolowy bit trwające na szczęście tylko niecałe 3 minuty.

Tym razem opisałem każdy kawałek po kolei, więc swobodnie mogę iść w kierunku podsumowania. Przemowa końcowa czyli plusy, minusy i ocena.

 

Plusy:

– bity. Jest kilka bitów szczególnie od Fspólnego, których naprawdę przyjemnie się słucha, dzięki czemu łatwiej dotrzeć do końca numeru,
– zwrotki Kajmana i Dj Hansa, Sensiego,
– okładka,
– gospodarz nie kaleczy bitów,
– mało numerów. 11 tracków (kabaretu z Grubsonem nie liczymy) sprawia że łatwiej przesłuchać to na raz bez szybkiego skipowania,
– klimat/coś dla fanów rapu z lat 90s. To już taki naciągany plus bo innych nie znalazłem.

 

Minusy:

– nawijka Wojtasa. Ok może jak powyżej wspominałem bitów nie kaleczy, ale oprócz kilku krótkich momentów nie stara się nawinąć w inny sposób, niż przez cały pozostały album. I tak przez 12 kawałków ciągnie się za nim to monotonne flow. „Mam styl którym jadę 20 lat” – niestety
– brak ciekawych pomysłów. Sorry, ale jeśli raper po tak długiej przerwie wydaję swoje solo, to mógłby na album pisanym pewnie przez 3 lata, na którym znajduję się tylko 11 tracków (kabaretu z Grubsonem nie liczymy) to miło by było nawinąć choćby w dwóch kawałkach coś, co zaskoczyło by nowych słuchaczy i przyciągnęło ich do dalszego słuchania.
– bity. Fani oldskulu będą na pewno wniebowzięci, ale chyba tylko oni, oprócz 3-4 podkładów reszta się zlewa mocno.
– zwrotki gości. Gospodarz to jedno, ale większość gości nic nie wnosi, a nawet obniża poziom (Fu, Makary, Glon)
– Grubson

 

Ocena:

6 – Na pewno tyle Wojtas dostanie za ten album u członków rodziny
5 – tyle dadzą mu za to ziomki i goście
4 – ocena, którą zapewne dostanie od jego starych fanów i miłośników rapu z tzw. „golden ery”
3 – płyta Buczera jest lepsza od tej, a jej dałem tylko 3 więc byłoby to nieuczciwe posunięcie w stosunku do toruńskiego rapera.
2 – trudno, 4 dobre gościnne zwrotki, tyle samo dobrych zwrotek gospodarza, tyle samo dobrych bitów producentów to dla mnie za mało.

 

Utwory warte sprawdzenia:

Ol’ dirty dancing
O co biega?
Fankuemigracja

 

Fani starego dobrego Wojtasa powinni być zadowoleni z tego co tutaj dostali, dla tych których irytuje nastała moda na trap, dubstep i syntetyki, to również może być miła odskocznia. Inni raczej poczują się zawiedzeni i nie znajdą na płycie nic ciekawego. 2+/6.


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Recenzja

Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja

„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.

Opublikowany

 

Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.

Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”

„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.

Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi

Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.

Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny

Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.

Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii

7.8 Ocena redakcji
7.8 Ocena słuchaczy (1 głosy)
Teksty8.5
Bity9
Flow6
  Zaloguj się, żeby ocenić
Sort by:

 

Verified

Show more
{{ pageNumber+1 }}


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca

28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.

Opublikowany

 

Przez

rico nasty

Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom. 

Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.

My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW!  28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.

Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:

„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.

Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”

Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!

W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.

Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.

Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.

“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”

W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:

„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.

W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.

“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.

„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.

@goldiethebossy


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Zabezpieczone: ASAP Rocky „Don´t be Dumb”: raper nie chce przeciętnego odbiorcy

Brak zajawki, ponieważ wpis jest zabezpieczony hasłem.

Opublikowany

 

Przez

asap rocky

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja

Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?

Opublikowany

 

fazi mei delirium

Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.

“To już nie muzyka, którą pokochałem 
Nieziemskie geny i do tego talent 
Jestem poetą z milionem wad 
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”

Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.

I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać

Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.

Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat

„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii. 


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja

„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.

Opublikowany

 

sentino biografia recenzja

Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem. 

Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.

Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.

Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.

Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.

Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.

”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: