Felieton
ROZKMINA: Może gdyby żyli dzisiaj… (cz.2)
Przeczytaj też część 1.
Jedną z najciekawszych postaci dla literatury, mogących potencjalnie wnieść w świat muzyki rap coś zgoła innego niż większość sceny, byłby Markiz de Sade, Francuski pisarz żyjący w latach 1740-1814. De Sade był libertynem – wyznawcą filozofii życiowej, według której wolność człowieka do zaspokajania własnych, najdzikszych nawet potrzeb stała wysoko ponad prawem oraz moralnością. Pisarz uważał, że dopiero podążanie za swoimi pragnieniami wiedzie do życia w zgodzie z naturą, a tłumienie ich stanowi jej wypaczenie. ”Nie ma powodu, by uważać, że fantazje łoża są bardziej dziwaczne od kulinarnych” – napisał. Markiz de Sade na wskutek życia w zgodzie z wyznawanymi przez siebie poglądami spędził połowę życia w zakładach karnych i dla obłąkanych, oraz dwukrotnie był skazany na karę śmierci, której ledwie udało mu się uniknąć. Udział w licznych orgiach seksualnych stał się dla niego inspiracją do napisania kilku skrajnie pornograficznych powieści, za sprawą których stał się jednym z najpoczytniejszych francuskich autorów w latach 1795-1800; po tym czasie społeczeństwo chcąc zatrzeć wszelkie ślady jego istnienia oraz inspiracji do wiedzenia zbrodniczego trybu życia jakie po sobie pozostawił w formie książek – niszczyło je. Kwintesencją konsekwencji poglądów filozoficznych pisarza stanowi dzieło zatytułowane ”120 Dni Sodomy, Czyli Szkoła Libertynizmu”. Akcja powieści rozgrywa się w umiejscowionym z dala od skupiska ludzi zamku Silling. Czwórka zamożnych libertynów wraz z 42 wybranymi przez siebie wcześniej towarzyszami i towarzyszkami, przez 4 miesiące pogrąża się w odbywaniu wyuzdanych orgii. W zamku obecne sa także cztery prostytutki, z których każda ma obowiązek podzielenia się z libertynami w ciągu miesiąca 150 opowiastkami ze swego fachu. Kiedy któraś z historii wznieca w mężczyznach płomień pożądania – realizują ją oni. Powieść przepełniona jest całą masą makabrycznych, gorszących maksymalnie opisów tortur, podczas których część z uczestników bachanalii umiera w męczarniach. W jednym momencie Sade relacjonuje: ”[Mężczyzna] pierdoli chłopca w dupę hostią, każe się pierdolić w dupę hostią. Na karku chłopca, którego rżnie, znajduje się inna hostia, na którą sra trzeci chłopiec. I tak to trwa, aż on się spuści, wypowiadając straszliwe bluźnierstwa.”. W innym miejscu: ”On prostytuuje swą żonę, córkę i siostrę, chcąc, by zostały wypierdolone w dupę, i ogląda, jak to się odbywa.”. Jeszcze dalej: ”Lubił pierdolić bardzo młode dziewczęta w usta i w dupę. Doskonali to, żywcem wyrywając serce dziewczynie; robi w nim otwór, pierdoli, wkłada serce z powrotem wraz ze swą spermą w środku”. Książka zawiera równie potworne opisy niemalże wszystkich najbardziej perwersyjnych zboczeń – pedofilii, nekrosadyzmu, sadyzmu, masochizmu, nekrofilii, zoofilii, koprofilii (jedzenia odchodów), itd. Sade pisał dzieło przebywając w Bastylii; ukończył je w formie jaka przeszła do historii w listopadzie 1785 roku. Co ciekawe, zostało mu ono odebrane przez jednego z ludzi którzy splądrowali więzienie w lipcu 1789 roku, i pisarz do końca życia przekonany był o tym, że zostało zniszczone. ”120 Dni Sodomy, Czyli Szkoła Libertynizmu” przetrwało jednak, przekazywane z rąk do rąk aż do 1900 roku, kiedy to jego ówczesny posiadacz, seksuolog Iwan Bloch, udostępnił je do przebadania swoim kolegom po fachu. Do dnia dzisiejszego ”120 Dni Sodomy…” nie doczekało się fizycznego wydania bez jakichkolwiek ingerencji cenzury, i pozostaje najbardziej bluźnierczym książkowym dziełem w historii.
Pierwszą z napisanych książek, które de Sade spłodził żeby jak sam mawiał ”odzyskać swoją ideę” po domniemanej stracie ”120 Dni Sodomy…”’, była ”Justyna, Czyli Nieszczęścia Cnoty”. Bohaterka powieści była młoda, cnotliwa dziewczyna imieniem Justyna, która po śmierci swego ojca błąka się po świecie pełnym ludzi pozbawionych zahamowań, padając ich ofiarą, ale do samego końca pozostaje ona wierna ideałowi człowieczeństwa i Bogu. W opowieści przeplatają się ze sobą filozoficzne wywody gloryfikujące zło oraz pornograficzne opisy wstrząsającego, patologicznego seksu z jakim pośrednio bądź bezpośrednio styka się dziewczę. Książka uzupełnia się z innym dziełem autora – ”Julietta, Czyli Powodzenie Występku”, w której przedstawił on losy siostry bohaterki poprzedniej powieści, która to siostra w przeciwieństwie do Justyny, zeszła na drogę występku. De Sade przemawia do psychiki odbiorcy w sposób niezwykle przejmujący; opowiada bowiem o sprawach naszej rzeczywistej natury, seksualności, stawia odważne tezy co do naszego przeznaczenia, negując istnienie Boga i redukując człowieka do zwierzęcego tworu natury, którego nie może czekać nic lepszego od zaspokojenia cielesnych przyjemności. Ciekawostką jest, że seksuolodzy przejęci do głębi opisywanymi przez niego, motywowanymi chucią zbrodniami, określili pochodzącym od jego nazwiska słowem Sadyzm dewiację seksualną, objawiającą się osiąganiem podniecenia seksualnego poprzez zadawanie bólu partnerowi.
Markiz De Sade ma w kulturze hip-hopowej swój częściowy odpowiednik; jest nim Amerykański raper Necro, którego twórczość obfituje w skrajnie hedonistyczne, szowinistyczne teksty, w jakich kobieta redukowana jest do kilku otworów w swoim ciele. Można zaryzykować jednak stwierdzenie, że najbardziej hardcore’owe fragmenty liryki rapera nie są nawet w połowie tak bluźniercze i szokujące, jak pierwsze lepsze passusy z ”120 Dni Sodomy, Czyli Szkoła Libertynizmu” de Sade’go. Aż dziw bierze, że dotychczas za działalność w rapowym podziemiu nie wzięli się podobnej maści zboczeńcy, gloryfikując swoją patologiczną seksualność.
Duński pisarz i poeta, Hans Christian Andersen, zasłynął z licznych bajek dla dzieci, chociaż pisał je niejako przy okazji, większość swojej uwagi poświęcając poezji oraz prozie adresowanym do starszych czytelników. Prawdopodobnie inspirację do rozpoczęcia działalności bajkopisarskiej stanowiły baśniowe opowieści jego babci, którą opiekował się podczas jej przedśmiertnego pobytu w przytułku. Pisarz wydawał swe opowiastki w tomach, których ukazało się kilka; wszystkie cieszyły się dużym powodzeniem. W ciągu kilkudziesięciu lat od publikacji zostały przetłumaczone na 80 języków, na stałe zapisując się do klasyki światowej literatury. Powstało nawet wyróżnienie jego imienia, przysługiwane co roku najwartościowszym twórcom literatury dla dzieci – Medal im. Hansa Christiana Andersena, nazywany pieszczotliwie Małym Noblem. Innym talentem Andersena była gra na pianinie, ale stracił możliwość robienia tego, kiedy przecięto mu błony pomiędzy palcami żeby zwiększyć sztucznie rozstaw palców i umożliwić mu grę na wyższym poziomie. Życie autora naznaczone było cierpieniem – borykał się on z wieloma przeciwnościami losu natury materialnej, chorował na depresje. Wielu problemów przysparzała mu również jego skomplikowana seksualność – był biseksualny. Kto wie, jaką popularność Andersen mógłby zyskać, pisząc bajki w swej ulubionej, rymowanej formie, a potem tworząc z nich piosenki?
Uznany za jednego z najbardziej wartościowych pisarzy XX wieku Irlandczyk Joyce, wydał w 1939 roku – na 2 lata przed śmiercią – dzieło zatytułowane ”Finnegans Wake”, nad którym pracował w pocie czoła przez całych 17 lat. Książka została przez niego napisana niezwykłym językiem – Joyce posłużył się bowiem słowami zaczerpniętymi z wielu języków (w tym Polskiego), oraz neologizmami, tworząc jeden gigantyczny kalambur, którego interpretacja stała się życiowym hobby co poniektórych jego czytelników. Zrozumienie tego arcydzieła literatury, na pierwszy rzut oka wydającego się zaledwie bełkotem szaleńca, plątaniną zdań bez składu i ładu, wymaga olbrzymiej znajomości innych języków oraz bystrości intelektu. Joyce pisze na przykład: ”Czy wyszedł za przykład zgodnie z deognozą tych co psieczuli go spoza muru morza gdzie Rurie, Thoath i Cleaver, trójca silnych swenoharców Orion Orgiastów, Meereschal MacMuhun tenże, Ipse dadden, ile razy ile czynionych ekstremów na poczet naszego co średniego, co każdemu mogłoby się przydarzyć, najbrutniejszy wasz leoman i princenniejszy wojownik naszej archidiakonii, czy może sklepiony z krawków Klio, którym kronikarz kwietności rycerstwa nie się wierzy chybaby mógł sulpić już na nich samoócz, anteżytnych lep z przytomnością, hol człowieczej egzystencji, którzy łączyli się, łączą i odnowy złączą jako Jan, jako Polikarp, oko ja, oko-w-oto świadkowie jaoczni i Paddy Palmer, w czas gdy mnisi sprzedają cis łucznikom albo woda istnienia lawą płynie rybią drogą życia, od dragrody Sary w most swar siebie pod przedbuttstatni śmiech Izaaka, z minnetrwogą jej seplętrza na jęko monolot wewstrętny? Czy to Perrichon i Bastienne czy ciężki Humph i lekka Nan Ricqueracqbrimbillyjicqueyjocqjolicass? Siej mówisz, dullcisamica? A i aa ab ad abu abiad. Babbel man dub na rów łez.”.
”Finnegans Wake” doczekała się Polskiego tłumaczenia dopiero w 2012 roku – 73 lata po pojawieniu się na rynku! Tak duża rozpiętość czasowa może szokować, ale warto odnotować, że dzieło doczekało się dotychczas pełnego przekładu tylko na 8 innych języków. Jego autorem był Krzysztof Bartnicki, któremu wykonanie tej pracy zajęło całą dekadę. Dzieło w Polsce ukazało się pod tytułem ”Finnegranów Tren”. Bartnicki tak wspomina pracę nad tłumaczeniem książki napisanej tak skomplikowanym językiem: „Postęp prac oceniałem nie w stronach, ale w liniach – pięć, sześć na godzinę; znane mi były frustracje, kiedy coś zatrzymywało w linii, jakiś wyjątkowo wredny wynalazek Joyce’a, którego nie mogłem ominąć. Potem musiałem nadrabiać czas, nie jeść obiadu albo nie widzieć się z dziećmi przez cały dzień.”. MC’s – również nasi rodzimi – czasami posuwają się do zabawy słowem – homonimami, łamańcami językowymi, dowcipem słownym – ale żaden z nich nie zbliżył się w swoich poczynaniach w tej materii do poziomu Joyce’a nawet o milimetr. Rapowy numer z tekstem ”Finnegranów Tren’’ przełożonym na rymowany język brzmiałby mocno kontrowersyjnie i dla większości asłuchalnie, jednak niekoniecznie byłby trudniejszy w odbiorze od swojej książkowej wersji. Znalazłby z całą pewnością swoich pasjonatów.
Wszystkich wyżej wymienionych autorów cechuje zupełnie odmienne podejście do literatury, jednak przy zachowaniu skrajnej uczciwości artystycznej i olbrzymiego szacunku dla słowa pisanego, niemalże niespotykanego wśród MC’s. Projekt duetu producenckiego WhiteHouse pt. ”Poeci”, na którym udzieliło się wielu z najlepszych polskich mistrzów ceremonii rapując wiersze, stanowi koronny dowód na to, że w tego typu utworach drzemie olbrzymi muzyczny potencjał który – gdyby wspomniani autorzy żyli w naszych czasach – kto wie, mogliby dostrzec i zechcieć spożytkować. Cóż, możemy sobie tylko wyobrażać, jak prezentowałby się utwór Mickiewicza nagrany we współpracy z Goethe na bicie Mozarta albo Chopina.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
-
News2 dni temuDziwne zachowanie Sokoła na koncercie w Gdańsku wywołało falę spekulacji
-
News24 godziny temuPolak, który trafił na europejskie listy
-
News4 dni temuVNM po życiowym przełomie. „1,5 miesiąca temu było ze mną bardzo źle”
-
News3 dni temuMiasto Gdańsk na oficjalnej stronie informuje, że Edziowi grożą gangsterzy z Chicago
-
News16 godzin temuDJ Buhh znów chce pieniędzy i chyba je dostanie
-
News4 dni temuBobby Shmurda czekał na to całe życie. Jego ojciec wyszedł z więzienia po 30 latach
-
News3 dni temuWspólnik Bonusa RPK ostrzega, kto może stracić na odebraniu orderu Zełeńskiemu
-
teledysk2 dni temuNowy Polak jara jak Snoop Dogg