Felieton
ROZKMINA: Dr. Dre wraca z długiej podróży, a Drake wygrywa „przegrany” beef z Meek Mill’em
Hold on. Ile razy to już przechodziliśmy? „Detox” był w swojej historii przekładany częściej niż jakikolwiek inny album. Były już obietnice i kilkakrotne ich odwołania, wreszcie w 2011 zrobiło się poważnie i była okładka XXL’a z hasłem „Tak, Detox nadchodzi”. Do tego były nawet dwa single, które banglały w klubach i kręciły wybitne liczby odtworzeń i sprzedaży. I co powiedział następnie dziadek z Compton? „Muszę odpocząć od muzyki, teraz nic nie wyjdzie, znikam, ogólnie to się odp%$@*lcie”.
I tyle w temacie jeśli chodzi o „Detox”. Wszyscy zrozumieli, że trzecia płyta Dr. Dre to fikcja i jego perfekcjonizm zapewne nigdy nie pozwoli mu wydać kolejnego albumu. W międzyczasie West Coast doczekał się nowej legendy – Kendricka Lamara, a także fali raperów dobrych technicznie, których kawałki bujały kluby od Los Angeles przez Warszawę po Tokio (Tyga, Kid Ink, Schoolboy Q). West Coast odżył, a młody Andrzej (Dr Dre = Andre Young, przyp. red.) zniknął. W międzyczasie rozkręcił swój biznes słuchawkowy na tyle, że Apple wykupiło brand, a doktorek uderzył w ostry melanż, jak na pierwszego „miliardera” w rapgrze przystało (tu różne źródła mówią o ogólnej kwocie operacji i przychodzie Dr. Dre z tego tytułu, niemniej obecne liczby nie przedstawiają go jako miliardera. Jakkolwiek by nie było, hajsu ma w C&$j). Do czasu aż…
Do czasu aż pojawiła się koncepcja wydania filmu pod tym samym tytułem co pierwszy album NWA, czyli „Straight Outta Compton”. Pojawił się pomysł, truski odżyły na forach, a gimby zaczęły wpisywać w google bliżej im nieznany trzyliterowy skrót, dowiadując się, że rap istniał także przed ASAP’em Rocky i Kendrick’iem. Wraz z pomysłem Doktorowi przypomniało się, że kiedyś był raperem. Czarnym, zbuntowanym i bezkompromisowym. Kimś kto jest legendą dzięki temu, co wtedy się stało, a nie dzięki temu, że wspomniani wyżej wielbiciele sukienek i rurek bujają się w jego słuchawkach z fajnym logo. I z tego co mówi, po prostu wszedł do studia i zaczął nagrywać.
Jak to się przełożyło na rzeczywistość? A no tak, że „Detox”, który powstawał milion lat koniec końców nie wyjdzie, za to wyjdzie nagrany w kilka miesięcy „Compton: The Soundtrack”. Nie jest ważne to, czy to ten sam album pod inną nazwą. Ważne jest to, że Dr. Dre wydaje pierwszą od 16 lat płytę, to jest już nieuniknione. 7 Sierpnia, Panie i Panowie, czyli już jutro. Preorder w Stanach już ruszył. Goście? Snoop, Eminem, Kendrick, Xzibit etc. Crème de la crème. Producencko nie ma co się obawiać, w końcu to płyta gościa, który wyprodukował „In Da Club”, „Nuthin’ But A G Thang” czy „California Love”. Do tego na produkcji dołączył się także DJ Premier. No klasyk to mało powiedziane. A słuchacze Rich Homie Quan’a (w tym ja) będą mogli odetchnąć trochę od cykaczy i auto-tune’a, słuchając czegoś naprawdę konkretnego.
Osobiście mógłbym robić za marketingowego Nostradamusa. Dwa dni przed oficjalną informacją o wyjściu tej płyty powiedziałem, że gdybym był teraz Dr’em Dre, wydałbym „Surprise-Release”, bo w kolejną zapowiadaną premierę nikt już nie uwierzy. I proszę, co robi Dr Dre? Wydaje album-niespodziankę. 1 na billboardzie pewna. „Album roku” zdobyty za sam fakt jego wyjścia, to czy muzycznie się obroni to inna kwestia, ale o tym już niebawem w recenzji.
Zadanie pytania „kto czeka?” mija się z celem. Każdy kto choć trochę ogarnia wielkość zaistniałej sytuacji zamknie japę, przestanie stukać w klawiaturę i sprawdzi płytę. Zwłaszcza, że to ostatnia w jego karierze. A drugiego Dr. Dre nie będzie.
Meek Mill przegrywa „wygrany” beef z Drake’iem.
Nienawidzę gdy zadaje się mi pytanie „Jak mogłeś?!/No ale jak tak można?!”. Jest to jedno z tych pytań, które do niczego nie prowadzą i są zadawane w afekcie/akcie desperacji, ukazując chęć skupienia się na problemie, a nie na jego rozwiązaniu. Jeśli coś się stało, to jak widać k***a można, i teraz trzeba działać a nie płakać. W tym przypadku jednak sam sobie zadaje pytanie. „Jak, do k***y nędzy, można tak sromotnie przegrać wygraną sprawę?”. Oto co się wydarzyło w „beef’ie” między Meek Mill’em a Drake’iem i dlaczego ten pierwszy miał wszelkie argumenty by go wygrać.
Oto jaka była sytuacja przed beef’em. Meek Mill miał świeżo wydany album, który był na ustach wszystkich w Stanach. Bardzo wysoka sprzedaż, single w airplay’u, propsy od środowiska. Swoje umiejętności po raz kolejny potwierdził we freestyle’u w „Sway In The Morning”, który jest 10-minutowym majstersztykiem, nie pierwszym w jego karierze. Nicki Minaj chodzi wpatrzona w niego jak w obrazek. Gość generalnie ma wszystko.
Z drugiej strony Drake. Od albumu minęło już trochę czasu, pojawiły się kontrowersje odnośnie kradzieży numerów (m.in. 6 God), które miały pierwotnie należeć do Jace’a z Two-9. No i Nicki. Wszyscy wiedzą, że ślinił się do niej całą swoją karierę, a ona najwyraźniej kręciła go wokół palca i traktowała z przymrużeniem oka (zainteresowanych odsyłam do tekstu kawałka „Only” z ostatniej płyty Nicki). Gość jest supergwiazdą, ale nie ma tego co ma Meek – autentyczności i Nicki.

Ci dwaj panowie wdali się w najbardziej medialny konflikt w rapie w 2015 so far. Ze swoim street credit’em i umiejętnościami Meek musiał to wygrać. Jak to się stało, że mimo to przegrywa/już przegrał?
Zaczęło się od Twittera, jak zwykle. Meek zamieścił info o rzekomym używaniu przez Drake’a ghostwriter’ów. Stwierdził też, że na ich wspólny kawałek z jego ostatniej płyty, „R.I.C.O.” Drizzy również nawinął zwrotkę, której nie pisał. Do tego dołącza się Funkmaster Flex, potwierdzając słowa Meek’a i dorzucając swoje trzy grosze. Płaczek stwierdził, że miarka się przebrała i odpowiedział, nagrywając „Charged Up”. Zaczepił Meek’a kilkakrotnie o czym już wielokrotnie pisaliśmy. Numer był spokojny, ale stanowczo pokazał, że Drake nie ma zamiaru tak po prostu tego puszczać. Wszyscy fani oczekiwali odpowiedzi Meek’a. Odpowiedzi w formie kawałka, rzecz jasna. Co dostali? Klip do „All Eyes On You”. Serio? Nie da się chyba bardziej pokazać powodów, dla których Meek wywołał całą tę gównoburzę. Sprzedaż musi się trzymać na dobrym poziomie, hajs się musi zgadzać. A beef to wszystko nakręca.
Ok. to fani byli jeszcze w stanie wybaczyć, ale już przy tej akcji Meek stracił sporo punktów. A jak wpędził się bagno? Odpowiedzią, która przyszła po kilku dniach. W jakiej formie? 15 sekundowego skitu, w którym ktoś drze się w niebogłosy. I tyle. SERIO? Gość może nagrać numer naprędce, może na freestyle’u pojechać i go zje w dwie minuty, może wziąć Nicki na feat, by jeszcze bardziej mu dograć, bo nie sądzę by za nim nie poszła. A robi co? Wydaje skit z darciem ryja?! NO ALE JAK TAK MOŻNA?!!!!
Po tym fani nie wytrzymali i zaczęli masowo przechodzić na stronę Drake’a. Ten dorzucił jeszcze drugi mocny diss „Back To Back” i Meek był na łopatkach. Tak oto bananowy raper zjadł ulicznika z topu Billboardu. Meek próbował się odgryźć w numerze „Wanna Know”, gdzie zaprosił na feat rzekomego ghostwritera Drake’a, Quentina Millera. Numer jest czerstwy jak chleb po trzech dniach na słońcu, a słuchacze nie pozostawiają suchej nitki na Meek’u w komentarzach. Numer nie broni się nawet mimo produkcji od Swizz Beatz’a i Jahlil Beats’a.
Meek jest w czarnej d…ie, i to dosłownie (#GraSłów) i musi jakoś z tego wyjść. /Edit: dalsza część beefu: Drake szydzi z Meek Milla, ten mu odpowiada
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
-
News22 godziny temuDziwne zachowanie Sokoła na koncercie w Gdańsku wywołało falę spekulacji
-
News3 dni temuPih skomentował odebranie orderu Zełeńskiemu
-
News3 dni temuVNM po życiowym przełomie. „1,5 miesiąca temu było ze mną bardzo źle”
-
News2 dni temuMiasto Gdańsk na oficjalnej stronie informuje, że Edziowi grożą gangsterzy z Chicago
-
News3 dni temuBobby Shmurda czekał na to całe życie. Jego ojciec wyszedł z więzienia po 30 latach
-
News4 dni temuKaz Bałagane z poczuciem humoru – preorder i singiel „Fish & Tits”
-
News2 dni temuWspólnik Bonusa RPK ostrzega, kto może stracić na odebraniu orderu Zełeńskiemu
-
teledysk1 dzień temuNowy Polak jara jak Snoop Dogg