Felieton
Taśmy RRX. Co na nich jest i komu mogą zaszkodzić? |FELIETON
– Kiedyś potrafiłem z Tede wąchać przez osiem miesięcy codziennie koks, palić jointy i pić wódkę za płytę "Nastukafszy".
Dyskusja na temat szalonych czasów RRX'u powraca co kilka lat jak bumerang, tym razem jednak jest to powrót w kontekście realnej możliwości publikacji archiwalnych nagrań z czasów, kiedy dzisiejsza czołówka polskich raperów przesiadywała razem w kultowym studiu Schron. Czy takie materiały mają jednak realną szansę komuś zaszkodzić, a jak tak, to komu?
Okrzyknięte terminem "szalonych czasów RRX'u" – tak o tamtych latach wypowiada się m.in. Krzysztof Kozak nie miały nic wspólnego z tym, co obserwujemy dzisiaj. Mało kto myślał na początku lat 90-tych o podpisywaniu umów, choć i to się czasem zdarzało. Wszystko raczej było dogadywane na tzw. gębę, mimo, że w grę wchodziły duże pieniądze, które często były głównym powodem do konfliktów.
Początkiem końca wielkiej rodziny Kozanostry – tak często o Krzysztofie Kozaku wypowiadali się jego podopieczeni, którzy swojego wydawcę traktowali bardziej jako kumpla niż szefa, był początek lat dwutysięcznych. Z Desantu zaczęło odchodzić coraz więcej artystów. Warto też przypomnieć kto tworzył tę rodzinę, a byli to: Born Juices, Slums Attack, Tede, Pih, Wzgórze Ya-Pa 3, V.E.T.O. czy DJ 600V. Tak tamte wydarzenia relacjonuje sam Krzysztof Kozak w rozmowie z magazynem Klan w 2003 roku. – Tamtego roku zapłaciłem wykonawcom łącznie dwa i pól miliarda złotych, oczywiście na stare (250 tys. nowych zł – przyp. red.). Znajdź kogoś, kto zapłacil tyle wykonawcom. Tede dostał osiemset baniek za płytę, Volt dostal pięćset. Człowieku, były takie pieniądze wypłacone w zeszłym roku, że sie w głowie nie miesci. A Tede odchodzi ode mnie, zachował się tak, jak się zachował. Wszystko to skupilo się wtedy, kiedy miałem ten wypadek. Z wielu kolesi, którzy byli przy mnie, kiedy miałem hajs i stawiałem dragi i wódkę, wyklarowała się mała grupka, która jest ze mną do tej pory. Wiesz, są tacy, co tylko na hajs patrzą, a przyjaciół poznaje się w biedzie. Reszta to jakieś pogłoski, zawsze są różne ploty. Gdyby nie było plotek, to ludzie by nie mieli o czym gadać. Jak największe kurwy, którzy łapią jednym uchem, a puszczają dalej. Kiedyś powiedziałem, jak chcesz sprawdzić, jak trzymają wszyscy język za zębami, to puść w obieg wkrętkę i zobaczysz, co się będzie działo.
Jeszcze wtedy Kozanostra nie wiedział, że to jest już koniec i za rok jego legendarna wytwórnia zakończy działalność. Po odejściu Tedego, Kozak miał jednak jeszcze w rękawie Piha, jednak okres zapaści na rynku muzycznym nie pozwolił mu się już podnieść z kolan. – To jest ostry hardcore, on jest moim czarnym koniem, terrorystą, który zawsze będzie miał i osiągał to co chce, po prostu niszczy wszystko – mówił Kozak w tym samym wywiadzie. – Ja sobie poradzę, mam paru takich typów, którzy mogą być tak samo dobrzy. Mam dobrą rękę do takich rzeczy. Za co się łapię to jest sukces, może oprócz Gana, ale zawsze się zdarza jakiś niewypał. Ale jak widzę jakiś potencjal u kogoś, to potrafię go rozwinąć. Zawsze, mimo że moje nośniki mają gorszą promocję. Teraz jest gorszy okres, przyszedł krach gospodarczy i nie ma już tyle szmalu, to wszystko. Kiedyś potrafiłem z Tede wąchać przez osiem miesięcy codziennie koks, palić jointy i pić wódkę za płytę "Nastukafszy". Przepierdolilem wtedy sume porównywalną do wartosci kawalerki w Warszawie. Teraz szanuję każdą złotówkę.

Uderz w stół…
Historie związane z wytwórnią RRX urosły już do rangi legendy, ale często mówi się o nich jako o "szalonych czasach RRX'u", czego dowodem są niektóre przecieki archiwalnych materiałów do sieci na przestrzeni ostatnich lat. Temat tym razem powrócił jednak za sprawą Tedego, byłego podopiecznego Kozaka, który w Desancie wydał album "Nastukafszy…" i "S.P.O.R.T.". Warszawiak karmi nas od kilku dni zdjęciami i fragmentami nagrań sprzed dwóch dekad, jednak okazuje się, że tego typu materiały posiadają także inni artyści.
Tede pochwalił się w mediach społecznościowych, że posiada "taśmy prawdy RRX'u". – Wiele wskazuje na to, że to ja mam te sławne taśmy RRX'u. Pozdrawiam zainteresowanych – poinformował raper i opublikował kilka fragmentów ze swojej kolekcji.
Kozanostra, który miał okazję kilka tygodni wcześniej spotkać się z TDF'em na jednym z koncertów w bardzo przyjaznej atmosferze, od razu skomentował te rewelacje i bez żadnego przejęcia ujawnił, że podobne materiały są również w rękach Wojtasa ze Wzgórza Yapa 3. Gdyby tego było mało, do dyskusji dołączył Maupa Praga Północ ogłaszając, że również i on jest w posiadaniu starych nagrań, na których możemy zobaczyć podobno bawiących się razem Tedego, Borixona i Kozaka w sylwestra. Póki co opublikował on jedynie fragment, w którym KNT stwierdza, że wydaje płytę WSP na złość Sokołowi i Vieniowi.

Co jest na taśmach?
Sypiący się koks, hektolitry wódki, trawka i akcje, których nie powstydziłby się Popek ze swoim Gangiem. W 2013 roku, szef RRX'u rozpoczął publikację swoich archiwalnych materiałów pod cyklem "Z Archiwum RRX". W kilkudziesięciu minutowych odcinkach mogliśmy zobaczyć jak w RRX'ie rodzą się rapowe diamenty m.in. Pih, Chada i Borixon. W sumie opublikowano cztery odcinki "kolumbijskiej sagi" i chociaż były to materiały mocno ciekawe, próżno było na nich szukać odjazdowych i szalonych akcji, o których tak wiele się mówiło.
Mówił o nich m.in. Pih w poniższym nagraniu, popijający wódkę z gwinta. – Może powiemy nasz epizod jak w sześciu zapinaliśmy kurwę – mówi do Kozaka białostocki gracz. Te słowa Piha cytowane są do dzisiaj, zresztą jak pokazują późniejsze wydarzenia, dorobił się on jeszcze wielu podobnych kultowych wypowiedzi.
Co zatem może znajdować się na taśmach RRX'u? Głos ponownie oddajemy Kozakowi. – Nie biorąc narkotyków przez sześć miesięcy mam w ogóle inną jazdę na wszystko. Czasem patrzę na ludzi dookoła i myślę, co wy kurwa robicie? Ale nie żałuję tego, co było, bo przeżylem tyle historii, że niejeden film o tym będzie. Wszystkie te hardcore'owe akcje, z policją, z dziwkami, z innymi rzeczami. Borixon śpiewał o takiej akcji w "Białym gońcu" z Wkurwionych bitów, wyciągaliśmy ich wtedy z aresztu z Krakowa, rozbili wtedy samochód, przyjebali w stację gazową. Po pijaku było tyle wycieczek samochodowych, że to się musiało źle skończyc. Teraz zabieram kluczyki Zajce, jak wypije za dużo. Nie żałuje nic, co w życiu robiłem, ale teraz mogę na to patrzeć z innej perspektywy, robić to lepiej.
Nie zaszkodzą nikomu.
Odgrzebany przed kilkoma laty nieudolny freestyle Eldoki, oprócz tego, że wzbogacił sieć o liczne-bekowe przeróbki, w żadnym stopniu nie przysporzył raperowi kłopotów, załamania kariery itp. Może poza głupimi pytaniami w wywiadach. Z perspektywy czasu możemy nawet powiedzieć, że przyniosło mu to popularność. W 2014 roku Eldo ze złotym albumem "Chi" znalazł się na szczycie listy OLiS, co pewnie zrobiłby także bez wszechobecnej w tym czasie beki ze starego freestyle'u. Podobnie może być ze starymi nagraniami RRX'u, które nie dorobią się niczego innego, niż serii cytatów czy memów, które kolejne pokolenie słuchaczy będzie namiętnie powtarzać na forach i w mediach społecznościowych.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
-
News2 dni temuTede pocisnął z Sokołem. Beef weteranów wisi w powietrzu?
-
News2 dni temuWiz Khalifa odwołał trasę, bo chcą go aresztować w Europie
-
News4 dni temuDJ Buhh znów chce pieniędzy i chyba je dostanie
-
News3 dni temuJaś Kapela ocenił kontrowersyjny występ Sokoła w Gdańsku
-
News21 godzin temuTede składa przeprosiny w sprawie Sokoła i promptera
-
News5 godzin temuPopek sprzedał swoje konto na Instagramie patoinfluencerowi
-
News3 dni temuOjciec Maty o Trzaskowskim: „Nieosiągalny dla innych ludzi”
-
News3 dni temuMalik Montana pochwalił się 3 swoich dzieci. „Chcę przynajmniej siódemkę”