Sprawdź nas też tutaj

Felieton

CZEGO OCZEKUJEMY PO PŁYCIE ABLA?

Opublikowany

 

Najczęściej pojawiający się i w zasadzie chyba jedyny zarzut stawiany Tedemu jako wydawcy jest fakt, że jego Wielkie Joł nie przykłada się do promocji albumów swoich podopiecznych. Krytykowanie Jacka pod tym względem straciło jednak swoją moc w momencie gdy dotarło w końcu do ludzi, że raper zupełnie nia ma potrzeby, by swój label rozwijać i aspirować tym samym do stawiania go w czołówce wytwórni w kraju. Nie ukrywał, że marka Wielkie Joł była założona jedynie po to, by wydawać siebie, swoją muzykę i swoje własne projekty, a gdy już doszło do tego, że logo WJ miałoby być wydrukowane na okładce innego artysty, to ewentualne zarobione pieniądze w większości i tak nie trafiały na konto wydawcy, a prosto do kieszeni twórcy danego krążka.

Fakt, Tede może i nie ma zacięcia wydawniczego, nie czuje też pasji do obmyślania skomplikowanych strategii promocyjnych kolegów, zajmowania się klipami czy okładkami innych artystów, ale żyłkę do wyławiania artystów o sporym potencjale posiada jako jeden z niewielu raperów w Polsce. Nie mylcie jednak dostrzegania nierozwiniętego jeszcze wachlarza sporych umiejętności, których posiadacze dzięki swojej ciężkiej pracy stawali się szeroko doceniani z wyciąganiem z czeluści podziemia na mainstreamową powierzchnię zwyczajnych, nie posiadających charyzmy i choćby pierwiastka charakterystycznego tylko dla siebie stylu pierdołowatych grajków, których albumy znajdywały nabywców w głównej mierze dzięki dużo bardziej znanym kolegom na tracklistach i agresywnym działaniom promocyjnym wytwórni muzycznych stojących za plecami takiej postaci.

 

Na przestrzeni lat w Wielkim Joł przewinęło się sporo osobowości, stających się później sporymi gwiazdami lub co najmniej szeroko rozpoznawalnymi i kojarzonymi przez określone środowiska artystami. Część młodszych słuchaczy, których geneza przygody z rapem rozpoczyna się raptem od kilku wydanych płyt wstecz, może przeżyć chwilowy szok, gdy dowiedzą się, że siostry Paulina i Natalia Przybysz, niegdyś działające jako zespół Sistars, rozpoczynały swoje kariery pod skrzydłami właśnie Tedego, albo, że Gural – chwilę przed tym jak postanowił otworzyć własną muzyczną twierdzę – "Drewnianej Małpy Rock" wydał pod patronatem Wielkie Joł. Będący obecnie w trakcie prac nad drugą częścią "Ulice Tego Słuchają" skład PTP na swoim legalnym debiucie także posiadał wydrukowany znaczek WJ i chociaż w przypadku chłopaków z Torunia ciężko powiedzieć, że odnieśli w karierze znaczący sukces, to sama próba zawojowania rynku w 2008 roku rapem wyróżniającm się crunkowym brzmieniem zasługuje na odnotowanie. Z ekipą wytwórnią Tedego byli związani też zdobywający złote wyróżnienia za sprzedaż B.R.O, czy też będący na progu międzynarodowej kariery na scenie elektronicznej P.A.F.F. (tudzież Paff Bangerski), a jeszcze wcześniej nagrywający z Fabolousem producent L-Pro, czy wciąż uważany za najlepszego bitmejkera w kraju, wyłowiony w konkursie zorganizowanym przed wydaniem pierwszego "Notesu", Matheo.

 

Gdzieś wśród tych postaci, odbijających się szerokim echem projektów, czy głośnych i ciągnących się okoliczności rozstania Tedego z poszczególnymi osobami, znalazło też miejsce dla pewnego rapowego składu z małego, graniczącego z Niemcami miasteczka, którzy swoimi umiejętnościami imponowali już po 2007 roku, a jednak wciąż nie potrafili zdobyć proporcjonalnego rozgłosu. Ekipa Smagalaz ze Słubic – bo o nich mowa – w ekipie TDF-a są już 9 lat, a powiedzmy sobie szczerze, ich pozycja na scenie nie uległa od tamtego czasu przesadnej poprawie. Można się zastanawiać co było tego głównym czynnikiem – mała ilość wydanych projektów (zaledwie mixtape Abla i DJ-a Pete'a, album "Czillen Am Grillen" i wspólny mixtape "Dorzucamy Do Grilla"), czy też niezbyt efektywne działania promocyjne Wielkie Joł, a może kompletne niezrozumienie ich muzyki przez słuchaczy? No cóż, nie udało sie wzbudzić szumu w składzie, ale małe sukcesy odnosi przynajmniej jeden z trójki członków Smagalaz, czyli Abel, którego wydany krążek "Ostatni Sarmata" zyskał masę przychylnych recenzji i pozytywnego odbioru ze strony słuchaczy, więc logicznym posunięciem było wykorzystanie nadarzającej się okazji i popchnięcie kariery do kolejnego etapu nowym solowym krążkiem. Poznaliśmy już sporo szczegółów dotyczących nadchodzącego wielkimi krokami "Hannibala", więc sprawdźmy czego możemy spodziewać się po krążku, który trafi na półki sklepowe już 18 marca.

***

Wydaje się, że jednym z kluczowych elementów, który przyczynił się do takiego, a nie innego odbioru "Ostatniego Sarmaty", było zgrabne łączenie różnych klimatów i zabiegów muzycznych. No bo tak naprawdę ile rapowych płyt mieliście okazję usłyszeć, na której w ciągu 60 minut znalazło się jednocześnie miejsce na…

–  umieszczenie w intro uznanego aktora Arkadiusza Jakubika (a i nie tylko aktora, bo Pan Arek także m.in. zajmuje się muzyką będąc liderem zespołu Dr Misio)
–  refren śpiewaka operowego – zdolny mieszkaniec Słubic Bartosz Borula zdobywający wyróżnienia w różnych konkursach,
–  chór Konosans, także ze Słubic (Starsze kobiety. Babcie. Chór starszych pań. Na płycie hiphopowej. Na płycie. Hiphopowej),
–  nowoczesne elementy trapowe,
–  folkowe dźwięki rodem z wiejskiego jarmarku,
–  wersy z szesnastym dnem – infantylność i proste teksty dla mas to nie wizytówka Abla,
–  a wszystko to okraszone nienagannym flow członka Smagalaz,
–  ponadto ciekawy był także pomysł na tytuł krążka, który wziął się od… wódki "Sarmata", której Abel szczerze nienawidzi.

 

…a po wszystkim ani razu nie obrywa za brak spójności materiału. Podczas gdy grom raperów opowiada o tym, że ich płyta będzie "powrotem do korzeni" albo "nowoczesna", w tym samym czasie Abel łączy wszystko co mu akurat wpadnie do głowy bez straty na jakości finalnego produktu. Kontynuacji upatrywałbym także na "Hannibalu". Do tej pory dostaliśmy trzy single: wydana po cichu jeszcze w zeszłym roku "Agresja", najświeższy "Hannibal Lante Portas" i "Kasa", czyli główny singiel promujący płytę.

 

Swoją drogą nie wypada nie spropsować Abla za teledysk do tego ostatniego z wymienionych utworów, gdzie faktycznie ekipa bardzo się do obrazka przyłożyła. Często też wracam do numeru chyba bardziej dla samego teledysku niż muzyki. Zdecydowanie jeden z najlepszych klipów dostępnych na "Tedewizji".

 

Pamiętajmy, że za produkcję płyty odpowiada Brat Jordah, czyli połowa duetu Małe Miasta, a to z czego obaj Mateuszowie są znani, to niepopularne, "niepolskie" czy po prostu hipsterkie podejście do rapu i samej muzyki. Oczywiście nie wieszczę przedłużenia klimatów z płyty "Koń", ale drobnych akcentów już jak najbardziej – w końcu mamy do czynienia z krążkiem rapowym, a nie okołorapowym jak w przypadku Małych Miast, a z drugiej pomysł na przemycenie hipsterskiego pierwiastka muzycznego chłopaków z Alkopoligamii jest bardzo logiczny – zwłaszcza, że oprócz Jordaha na płycie gościnnie pojawi się także Holak.

 

Kto oprócz Małych Miast i Tedego?

Abel ogłosił, że możemy spodziewać się występów Dioxa, Sety, Króla Świata z Flaszek i Szlugów, Rosalie czy R.A.U. Czyli wygląda na to, że będzie rapująco, śpiewająco, pewnie nieco elektronicznie – a już na pewno nie będzie jednostajnie.

 

Jak określić to co działo się wokół "Ostatniego Sarmaty"?

Można mówić o sukcesie Abla i jego albumu czy jest to określenie nieco na wyrost? Fakt, z jednej strony członek Smagalaz świetnie trafił w gust (a może ten gust poszerzył?) recenzentów i słuchaczy, którzy ciepło odebrali materiał, a negatywne opinie, jeśli już się takowe pojawiły, ciężko było traktować na poważnie, mając tak dopracowany krążek. Niestety druga strona medalu jest nieco inna, bo pozytywny szum wokół Abla nie przełożył się na równie atrakcyjną sprzedaż nośników, zatrzymując się na liczbie 3 000. No cóż, powiedzmy sobie szczerze – liczba dupy nie urywa. A jeśli postawimy obok Abla innych debiutanów – bądź co bądź, "Ostatni Sarmata" to z której strony byśmy nie spojrzeli, jest legalnym solowym debiutem na scenie, to po raz kolejny można podnieść lament dlaczego Zbuku i Kaen mają złote płyty, a Abel sprzedał tylko 3 000 płyt. Koncertów od premiery albumu także zbyt wielu niestety Ablowi się nie przytrafiło, a to jakby nie patrzeć również jest czynnikiem branym pod uwagę przy rozliczaniu sukcesu i popularności danego albumu. W każdym razie, jeżeli "Ostatni Sarmata", to płyta, która rzeczywiście odniosła sukces, to życzę członkowi NWJ jeszcze głośniejszego odbioru, chociaż ja skłaniałbym się ku określeniu, że wszystko do tej pory było preludium i bardzo obiecującym początkiem przed prawdziwymi sukcesami. Takimi przez duże "S". A w jaki sposób można ten ewentualny sukces pociągnąć jeszcze dalej? Ano poprzez nowe Smagalaz.

 

Jaki jest tak naprawdę status grupy Abla, Mopsa i DJ-a Pete'a?

Panowie nigdy nie ogłosili, że kończą czy zawieszają wspólną działalność, beefu też żadnego nie mają, a jednak ostatni materiał "Dorzucamy Do Grilla" w swoim składzie wypuścili dawno temu, bo w 2011 roku. Niedługo po premierze "Ostatniego Sarmaty", w jednym z wywiadów Abel wspominał, że nagrywa z chłopakami numery na nowy projekt Smagalaz, więc wydawało się, że wypuszczenie efektów na światło dzienne jest w zasadzie kwestią czasu. Tak się jednak nie stało, Panowie nadal zajmują się swoimi solowymi projektami, a Mops dodatkowo postanowił pobawić się w dziennikarza muzycznego, przeprowadzając luźne wywiady ze swoimi rapowymi kolegami. Za każdym razem pytany o swoich podopiecznych Tede powtarzał, że Smagalaz wyprzedzali swoje czasy rapowym przelotem, więc może warto przypomnieć o sobie słuchaczom? Cóż, bardzo prawdopodobne jest to, że "Hannibal" Abla będzie odebrany przynajmniej tak samo wśród słuchaczy jak "Ostatni Sarmata", więc warto kuć żelazo póki gorące i od razu rozpocząć pracę nad kolejnym projektem – najlepiej projektem Smagalaz.

 

Felieton

Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton

Tak się monetyzuje upadek Fagaty.

Opublikowany

 

trueman fagata

Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.

Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.

Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.

Trueman zobaczył kryzys. I liczby

I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.

Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.

Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.

Fagata potrzebuje koła ratunkowego

Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.

I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.

Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.

TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.

Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami

Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.

Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.

Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.

Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.

Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.

To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.

Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator

I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.

Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.

Czytaj dalej

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: