Sprawdź nas też tutaj

Felieton

CZEGO OCZEKUJEMY PO PŁYCIE GEDZA?

Opublikowany

 

Jeśli miałbym w kilku słowach streścić dotychczasową karierę urodzonego w Malborku Gedza, to powiedziałbym, że z młodego wilka o sporym potencjale zmienił się w poważnego rapera, który za jakiś będzie jednym z najmocniej świecących postaci na naszej scenie.

Dwa mocne solowe albumy – debiutanckie "Serce Bije W Rytm" pokazujące różne oblicza Kuby i "NNJL", które to wszystko zawężało do określonej stylówki, a teraz czas na trzeci album zatytułowany "Ameba". Przeanalizujmy więc czego możemy się po nim spodziewać.

 

Mniej (niepotrzebnych) hasztagów.

"NNJL" to świetny album, będący zapewne przez lata jednym z najjaśniejszych punktów w karierze Gedza, a którym podniósł też sobie poprzeczkę niebezpiecznie wysoko i kto wie, czy "Amebą" będzie w stanie ją przeskoczyć. Niepozbawiony wad – to jasne – ale świetny. Główną bolączką krążka, wytykaną w większości recenzji i dostrzegany często przez słuchaczy były naturalnie hasztagi. Powiedzmy sobie szczerze – sporą większość można byłoby wykreślić bez żadnego żalu i straty dla albumu, a dla kilku z nich taki zabieg byłby po prostu wskazany – zwłaszcza takim, które zastępowały słowo "jak". Po czterech singlach z "Ameby" słychać, że raper, pół żartem – pół serio, z hasztagów się chyba wypstrykał, bo w uszy rzucił mi się jedynie przewijający się w refrenie #Arystoteles z kawałka "Katharsis", a w pozostałych numerach już ich brakowało – no, chyba że coś przeoczyłem, to wtedy możecie połechtać swoje ego w komentarzach. W każdym razie numerów słucha się zdecydowanie przyjemniej, co pozytywnie nastraja przed premierą "Ameby".

 

Doświadczenie Palucha.

Jeśli Paluch stwierdziłby któregoś dnia, że rzuca rap w kąt, zamyka wytwórnię, firmę odzieżową, a Poznań zamienia na Sycylię czy inną Maderę, to na tej "emeryturze" mógłby postawić na karierę literacką i zająć się pisaniem serii poradników dla młodych raperów o tytule: "Jak właściwie poprowadzić swoją rapową karierę". Owszem, można za szefem BOR Records nie przepadać, nie być fanem jego muzyki, ale nie sposób mu odmówić pomysłu na siebie i konsekwencji w jego stopniowym realizowaniu. Raper łączy pozornie gryzące się ze sobą skrajności – uliczne korzenie i mainstreamowy sznyt. Fanów zebrał wokół siebie co niemiara, jest niewątpliwie topową postacią na rapowej scenie a do tego świetnym przykładem na to, że nie trzeba pajacować i odbijać w niezrozumiałe zakamarki muzyczne, by sprzedawać ogromne – jak na polskie warunki oczywiście – ilości płyt. Powiedzmy sobie szczerze – Paluch nie jest jakimś pozorantem, sezonową gwiazdką i nie znalazł się na swoim miejscu przypadkiem, tylko poświęcił na to sporo czasu i ciężkiej pracy. A skoro już doszedł do tego etapu, że może rozwijać własną wytwórnię i wydawać innych, młodych artystów to z pewnością warto byłoby chociaż część swojego doświadczenia i wiedzy przekazać także wspomnianym podopiecznym. Jak skutecznie promować album? Które numery wybrać na single? Jak wykorzystać swoje umiejętności i przekuć je w sukces? Z pozoru może wydawać się, że nie jest to zbyt trudne, ale umówmy się – by zrobić to wszystko poprawnie, to jest to jednak sporą sztuką. A powtarzanie tego cyklicznie przy każdym kolejnym albumie? Poziom trudności się zwiększa.

 

Same zabiegi okołomuzyczne i promocyjne to jedna sprawa, natomiast drugą jest sama warstwa muzyczna, która przecież musi stać na takim poziomie, by nie wstyd było jej wciskać na sklepowe półki. W Polsce panuje nieco zastanawiająca moda, że wytwórnia najczęściej w żaden sposób nie ingeruje w materiał, a chyba wszyscy się zgodzą, że niektórym kasztanowym raperom mającym się za wielkich artystów zdecydowanie by się to przydało. Akurat Gedza do tej grupy nie zaliczam, jednak mimo wszystko doświadczenie Palucha zupełnie nie powinno zaszkodzić, gdyby został on zaangażowany mocniej w prace nad krążkiem. W Polsce zdecydowanie brakuje kogoś takiego jak producent wykonawczy, a do takiej roli nowy wydawca Gedziuli nadaje się doskonale.

 

"Serce Bije W Rytm" czy (i) "NNJL"?

Dwa legalne albumy Gedza, z których oba są niewątpliwie bardzo dobre. Oba będące różnymi od siebie produkcjami ze swoimi jaśniejszymi i nieco ciemniejszymi stronami. I teraz pytanie – w jaką stronę skierowana będzie "Ameba"? Czy w stronę miszmaszu, jaki został zaserwowany na debiucie, czy może raper postawi na dużo bardziej spójny klimat, którym imponował przy okazji "NNJL"? W praktyce dowiemy się tego dopiero po premierze nadchodzącego albumu, ale skoro dostaliśmy aż cztery single to co nieco w tej kwestii się nam rozjaśnia. Wyraźnie więc wyczuwalna jest kontynuacja drogi, którą Gedz obrał na swoim wcześniejszym krążku – "Szerokie Wody", "Katharsis" i "Dach" wpasowałyby się idealnie na trackliście "Nieba…", co zdecydowanie cieszy. Gedziula złapał wiatr w żagle, znalazł "swoje" brzmienie w którym – jak słychać – odnajduje się doskonale, a do tego ma za sobą ekipę producentów, która także podziela jego zajawkę. Oj, ogromne szczęście ma Kuba, że zebrał wokół siebie takie postaci jak Robert Dziedowicz, Henson, Sherlock, Deemz i spinający to wszystko spójną klamrą Grrracz, a jest przecież także Forest, z którym Gedziula dłubie przy projekcie WiFi Boys (swoją drogą moglibyście już ten materiał wypuścić Panowie!). Nie jeden kolega po fachu mógłby podopiecznemu Palucha szczerze pozazdrościć usług takich fachowców i chemii pomiędzy chłopakami jaka została do tej pory zbudowana. Ciekaw jestem jak zostanie zrealizowany temat gości na albumie, których poznaliśmy do tej pory trzech. Trójka raperów i cztery tracki to jak na razie sporo, a obstawić można też spokojnie, że jakieś ksywki jeszcze się pojawią – bardzo możliwy i logiczny moim zdaniem jest występ chociażby Palucha. Nie wiem czy był to ruch celowy, czy też nie, ale bardzo dobrym posunięciem było umieszczenie tracków z gośćmi na "NNJL" na samym końcu tracklisty, jako dwa, zamykające krążek numery. W ciągu 11 utworów spójność została niezachwiana, a słuchacz mógł chłonąć klimat albumu bez obaw o jakiegoś koleżkę, który wyskoczy nie wiadomo skąd i spieprzy jeden z numerów wątpliwej jakości zwrotką, by później bez skipowania zdecydować, czy słucha dalej.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: