Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Streaming zgarnia wszystko i „Vanillahajs” po raz piąty |FELIETON

Opublikowany

 

Patrzcie gałgany jak Vanilliowy Jaco promuje i sprzedaje płytę.

Tede po raz kolejny zaśmiał się wszystkim prosto w twarz, a chyba inaczej tego nazwać nie można, jeżeli raper wydaje swoją "Vanillahajs" chyba po raz… piąty.

 

"Vanillahajs" po raz piąty.

Jeżeli podliczymy sobie wszystkie numery, jakie przewinęły się na krążkach "Vanillahajs", to wychodzi, że Tede zażartował sobie także drugi raz. W jaki sposób? Przy większości płyt TDF-a głównym i największym zarzutem było to, że krążki są zbyt obszerne, rozwlekłe, niespójne, a dobre numery przeplatane są nijakimi lub po prostu słabymi, co niby miało ulec zmianie przy 19-trackowej "Vanilli". No, ale jak sobie policzymy 19 numerów z podstawowej wersji, 3 z preorderu, 13 z Premium i jeszcze kolejne 3, które pojawiły się po dotłoczeniu "EP" ("100k Na Insta", "Ostatnia Noc Remix" i "Patologia Deluxe"), to wychodzi łącznie 38 kawałków. Mając prawie 40 tracków nagranych na album w bardziej skrajnych przypadkach można byłoby rozłożyć na 4 albumy i wydawać co 2 lata. W tych trochę mniej skrajnych wyszłyby pewnie 3 płyty i to już brzmi całkiem sensownie dla niektórych.

 

–  "Vanillahajs" podstawowa – 19 kawałków,
–  "Vanillahajs" z preorderu – 19 + 3 kawałki,
–  "Vanillahajs" Edycja Premium – 19 + 13 kawałków,
–  druga wersja "Vanillahajs" Edycja Premium – 19 + 13 + 3 kawałki,
–  "Vinyllahajs".

 

Tak sobie myślę, że Tede to chyba jedyny Polak, który promuje swoje albumy w jakiś bardziej oryginalny sposób niż kilkoma nic nie wnoszącymi klipami, pięcioma newsami na stronach, logiem portalu nadrukowanym z tyłu pudełka i wywiadami z tysiącem oglądających, w których prowadzący pyta o to samo, co wcześniejszy. To taka delikatna wskazówka i sugestia dla tych, co narzekają na słabe odbiory płyt.

 

Streaming zgarnia wszystko.

Jeżeli Waszym hobby było kolekcjonowanie płyt, a do orgazmu doprowadzał Was proces składający się z pójścia do galerii handlowej, odwiedzenia Empiku, zakupienia fizycznego nośnika, a potem podziwianie tego artefaktu na półce w pokoju, to przygotujcie się, że już niedługo zaczniecie być masowo nazywani "oldskulowcami". Tak, tak, powiedzmy to sobie po raz kolejny – płyta CD stanie się niebawem historią, tak jak spotkało to inne nośniki muzyczne, czyli winyl i kasetę. Oczywiście można krzyczeć i protestować, że nie ma się czym przejmować, że CD to jednak z nami zostanie, ale niestety fakty są zupełnie inne i trwający rok dobitnie nas o tym uświadamia.

 

Kanye West po premierze swojego "The Life Of Pablo" ogłosił, że album będzie dostępny tylko i wyłącznie w streamingu. Nie będzie żadnego fizyka, żadnego winyla, żadnej płyty dla kolekcjonerów, nic z tych rzeczy. W zasadzie to w ogóle tej płyty nie kupicie. Oczywiście, Pana Westa można uznać za oszołoma, przygłupa i tak dalej, ale jak się po kilku kolejnych miesiącach okazało, trend przemawia raczej na jego korzyść, a i sam krążek trafił przecież na pierwsze miejsce na liście Billboardu nie sprzedając się w gruncie rzeczy w ani jednym egzemplarzu. Można?

 

100 milionów 300 tysięcy sprzedanych albumów w ciągu pół roku wygląda całkiem imponująco, prawda? Na pierwszy rzut oka tak właśnie jest, ale jeżeli porównamy to tylko z rokiem wcześniejszym, to okazuje się, że wówczas sprzedaż w analogicznym okresie była aż o prawie 14% wyższa! Mimo tego, znacznego i wyraźnego przecież, spadku sam rynek i tak zyskał sporo dzięki streamingowi prawie 2 miliardy dolarów, co stanowi około 9%. Przemysł muzyczny zyskuje, zyskują także użytkownicy serwisów udostępniających muzykę, bo za kilka – kilkanaście złotych mają niemal nieograniczony dostęp do przeogromnej ilości kawałków z każdego miejsca, w którym się aktualnie znajdują.

 

Powyższe liczby mogą raczej wywołać lekki strach na twarzach wielu artystów. Nie wszystkich oczywiście, bo Ci żyjący głównie z koncertów i pobocznych biznesów, najczęściej odzieżowych, powinni raczej w miarę płynnie przemknąć przez te spore zmiany w biznesie, ale Ci, dla których sprzedaż fizycznych nośników ma znaczenie opierające się na zasadzie "być albo nie być", mogą niebawem obudzić się z ręką w nocniku.

 

Ale jeżeli spojrzymy na to z drugiej strony, to można się zastanawiać, czy streaming nie przyszedł czasem na pomoc artystom, którym pieniądze uciekały przez ogromną skalę piractwa. Zauważyłem to sam wśród swojego otoczenia – wielu znajomych mających przez długi czas głęboko w poważaniu kupno całych albumów, zainteresowało się ofertą Spotify bądź TIDAL i obecnie regularnie z nich korzystają, płacąc przy tym bez problemu abonament. A skąd pieniądze dla artystów? Oczywiście z abonamentu.

 

Powiedzmy sobie jednak szczerze – kwoty, które trafiają do twórców z tytułu ilości odtworzeń ich numerów to jest jakiś dramat. Jakiś czas temu, screen otrzymanej faktury, na swojego facebooka udostępnił muzyk Tomasz Lipiński, która wyraźnie pokazuje, że za dokładnie 15 673 odsłony otrzymał on porażającą kwotę 2,25 złotych, natomiast artystka Zoe Keating za 72 tysiące odtworzeń zgarnęła 282 dolary. Kompozytor Armen Chakmakian, nominowany niegdyś do Grammy za 14 tysięcy odtworzeń otrzymał 4 dolary 20 centów i tak się chłop wkurwił, że machnął ręką na te bycie artystą i zajął się robieniem muzyki do reklam.

 

Najwięcej pieniędzy z odtworzeń, zgarniają oczywiście wytwórnie. Zaskoczenie to żadne, w końcu tak samo jest w przypadku płyt leżących na Empikowych półkach. Artyści niechętnie przyznają się jaki procent z naklejonej na opakowaniu ceny kilkudziesięciu złotych trafia na ich konta, jednak jeśli już się komuś zbierze na szczerość, to stawki można zamknąć w widełkach od kilkudziesięciu groszy do maksymalnie kilku złotych. Spotify z kolei za jedno odtworzenie płaci od 0,0005 do 0,0084 dolara (w przybliżeniu), co dzielone jest następnie pomiędzy labele i twórców, a wygląda to mniej więcej w ten sposób:

 

– 46% zgarnia wytwórnia,
–  10% przypada autorom tekstów i wydawcom,
–  7% może sobie wziąc dany artysta,
–  a z pozostałej kwoty opłacane są podatki i obsługa serwisów.

 

Bardziej przedsiębiorczy osobnik piszący swoje teksty, produkujący swoją muzykę i do tego wydający się sam zgarnie oczywiście najwięcej, ale i tak wysokość stawek nadal pozostawia wiele do życzenia. Czy będzie się to w jakiś sposób zmieniać? Najprawdopodobniej tak, w końcu serwisy streamingowe to raczej świeża sprawa, a i liczba ich użytkowników stale rośnie. A skoro rośnie, to oznacza więcej pieniędzy z abonamentu i wpływów z reklam. Najbardziej znane Spotify jak na razie zostawia konkurencję w tyle mając 30 milionów subskrybentów, natomiast drugie miejsce z 11 milionami korzystających zajmuje Apple Music. "Zaledwie" 3 miliony użytkowników udało się zgromadzić TIDAL-owi, ale warto przy tym wziąć pod uwagę fakt, że ponad połowę przyciągnął w tym roku sam Kanye West, który nastraszył wszystkich dookoła, że poza platformę Jaya-Z, jego nowy album nigdzie się nie pojawi.

 

Wzbraniający się przed naliczaniem zebranych wyświetleń polscy raperzy niedługo powinni już zmienić zdanie, jeśli dotrze do nich, że płyty za jakiś czas kompletnie przestaną się sprzedawać. Protestować oczywiście można, ale tłumaczenie w wywiadach swojej dezaprobaty dla cyfryzacji zaczyna brzmieć kuriozalnie, bo wynika to chyba z błogiej nieświadomości delikwenta co się wokół niego w biznesie muzycznym dzieje. Heroiczne i chwalebne niewliczanie do ilości sprzedanych płyt wyświetleń i odtworzeń powinno zniknąć gdzieś maksymalnie dwie płyty później. Półki w sklepach muzycznych zaczną się niebezpiecznie kurczyć, co już zaobserowować można w Stanach, gdzie sieć sklepów Walmart zmniejszyła ilość stoisk z płytami aż o 40%! Ilość prezentowanych pozycji z 3500 spadła do 2100. A o tym, że Walmart nie jest byle popierdółką niech świadczy fakt, że w 2013 roku poprzez tę sieć sprzedane zostały płyty o wartości 600 milionów dolarów, a ogólny ich udział w rynku wyniósł około 10%.

 

W Polsce nadal sporą siłę stanowią nośniki fizyczne, które stanowią prawie 77% rynku muzycznego, jednak już w tej chwili można zaobserować spadek w porównaniu z ubiegłymi latami, co oczywiście przekałada się na nic innego, jak na wzrost poziomu sprzedaży cyfrowej i udziału streamingu. I rósł będzie nadal. W bardzo szybkim tempie.

fot. Cyfrowastolica.pl

 

Felieton

Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton

Tak się monetyzuje upadek Fagaty.

Opublikowany

 

trueman fagata

Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.

Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.

Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.

Trueman zobaczył kryzys. I liczby

I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.

Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.

Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.

Fagata potrzebuje koła ratunkowego

Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.

I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.

Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.

TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.

Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami

Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.

Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.

Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.

Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.

Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.

To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.

Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator

I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.

Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.

Czytaj dalej

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: