Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Jak starzeją się polscy raperzy #3 |FELIETON

Opublikowany

 

W tym cyklu porównywałem już rapowe dorastanie na nowo czerpiącego radość z życia Ostrego z odrobinę poddenerwowanym na stare lata Łoną. Zestawiłem również podejście do hip hopowej kultury stale podliczającego banknoty Borixona z nastawieniem bazującego na ciągłym szacunku i miłości do muzyki, Włodiego. Teraz przyszedł więc czas na jeszcze innych, bardzo sobie podobnych, ale i za razem diametralnie od siebie różnych pionierów polskiego rapu…

Te-tris i Duże Pe…Co łączy tych dwóch panów? 35 lat na karku oraz, rzecz jasna, bitewny freestyle. A co ich dzieli? Absolutnie wszystko, co działo się w ich artystycznych karierach już po zejściu z battle’owej sceny. Naszą opowieść zaczniemy więc w momencie, kiedy to drogi obu panów po raz pierwszy się skrzyżowały, czyli podczas finału Wielkiej Bitwy Warszawskiej 2004.

 

„To balety kradną pamięć, ale łapię flashback i znów nagle jestem w tamtej kolejce przed Graffenbergiem”- nawijał w tytułowym kawałku swojego najnowszego albumu Te-tris. Takich momentów po prostu się nie zapomina. Jesienią 2004 roku w Przestrzeni Graffenberga zebrało się ośmiu najlepszych polskich freestyle’owców, lecz tych wybitnych mogliśmy wówczas oglądać jedynie dwóch…

 

Pan Duże Pe jechał na finał WBW 2004 może nie w roli gwiazdy, lecz z pewnością jako zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny z uczestników oraz główny faworyt imprezy. Warszawskiego freestyle’owca kojarzono wówczas nie tylko z triumfów na licznych wolnostylowych bitwach, ale i ze współpracy z Mezo oraz wydania świetnie przyjętego i nie gorzej sprzedającego się krążka pod tytułem „Sinus”. Można powiedzieć, że podczas rywalizacji z siedmioma MC’s z podziemia, dla Dużego Pe już wtedy drzwi do rapowego mainstreamu stały otworem.

 

A Te- tris? Jego przed finałem WBW 2004 kojarzyli tylko najwięksi hip hopowi koneserzy. Jednak, kto tylko miał okazję usłyszeć wydany tuż przed imprezą w Przestrzeni Graffenberga nielegal pod tytułem „Naturalnie EP” ten wiedział, był kurwa w 100% pewny, że Tet to przesiąknięty hip hopem, cholernie utalentowany artysta. Dla mnie do dziś pierwszy krązek rapera z Siemiatycz pozostaje jego najwybitniejszym… -jak na 2004 rok to był prawdziwy kosmos. I choć album ten zakupiło ponoć jedynie ok. 800 fanów rodzimego rapu, to już niemal drugie tyle z nich miało okazję obejrzeć i posłuchać popisów Teta na finale WBW 2004…

 

A naprawdę, cholera, było czemu się przypatrywać. Pan Duże Pe i Te- tris spotkali się w Przestrzeni Graffenberga dwukrotnie- najpierw w rywalizacji grupowej, a później, na koniec imprezy w wielkim finale. W pierwszym pojedynku bezsprzecznie górował Te-tris, a w drugim po kapitalnej walce, niezapomnianych linijkach i bardzo dyskusyjnym werdykcie zwyciężył Pan Duże Pe. Po latach decyzję sędziów możemy odłożyć już na dalszy plan – najważniejsze, że ze względu na swój wyśmienity poziom i niepodrabialny klimat finał WBW 2004 na dobre otworzył drogę obu swym uczestnikom do bardzo okazałych muzycznych karier…

 

Ale za nim o nich, to jeśli jeszcze tego nie robiliście, koniecznie sprawdźcie samą bitwę;)

Ale dość już tego przydługiego wstępu… Zaczynamy od oficjalnie przegranego moralnego zwycięzcy powyższego finału. Po pokazaniu swoich skillsów światu w Przestrzeni Graffenberga Te-tris szybko poszedł za ciosem. Zachwycał na freestyle’owych eventach w całym kraju, a dominował także i na kolejne edycji WBW w roku 2005. Wówczas po raz kolejny został „okradziony” z triumfu, dał sobie spokój z bitewnym freestyle’em i mógł na dobre kontynuować karierę studyjną. Jednak na jego kolejny solowy album musieliśmy czekać aż cztery lata…

 

Premiera pierwszego legalnego krążka Te-trisa przeciągała się z miesiąca na miesiąc. Wypatrywać jej jednak nie przestaliśmy choćby na chwilę- był to jeden ze zdecydowanie najbardziej oczekiwanych, a jak się później okazało także i najdojrzalszych debiutów w historii polskiego rapu. Klimatycznie album przypominał wydaną pięć lat wcześniej epkę, lecz tekstowo był już dużo dojrzalszy i bardziej urozmaicony. Na krążku roiło się od mistrzowskich gierek słownych, zabawnych narracji, ale i na wskroś szczerych opowieści o osobistym świecie Teta. A wszystko to było urozmaicone o niezłe przyśpieszenia, stylowe flow i podane nam w dużej mierze na jego autorskich bitach. Murowany sukces? Nie do końca…

 

Pierwszy legalny album rapera z Siemiatycz wcale nie otworzył mu bram do wielkiej kariery w rapowym mainstreamie. Na pewno po części przez nie najlepszy dobór wytwórni, lecz także być może ze względu na cechującą jego rap zbytnią „grzeczność”  oraz brak należytej charyzmy, która przyciągnęłaby randomowego słuchacza. „Dwuznacznie”, choć pokazało niesamowity kunszt rapowy Teta, nie zachwyciło, nie porwało, a być może nawet trochę zawiodło. Na szczęście później było już tylko lepiej…

 

A zaczęło się od „Lotu 2011”, kolejnego solowego materiału rapera z Siemiatycz wydanego nakładem wytwórni Aptaun Records. Wypuszczony do sprzedaży dwa lata po premierze „Dwuznacznie” krążek to bardzo wnikliwy opis codzienności z tak zwanego lotu ptaka, dokonywany z ogromnym dystansem, z dozą wspomnień, refleksji oraz rozliczeń . Płyta ta jest dużo bardziej przyziemna niż jej poprzedniczka-  próżno szukać na niej gierek słownych, braggowych popisów, a  jedyne co  znajdziemy to codzienne życie w jego najczystszej postaci, pojawiające się w nim problemy i dokonywane wybory.

 

„Na płytach aż roi się od fałszu, ale nie na tej, bo muzyka to mój przyjaciel, co zgarnął mnie z brudnych klatek”- słyszymy w jednym z kawałków i trzeba przyznać, że rzeczywiście prawdziwości w opisie swej codzienności oraz rodzących się z niej życiowych doświadczeń Tetowi nigdy nie można było odmówić…

 

Wszystko to w połączeniu z faktem, iż wspomniany album jest dużo bardziej żywiołowy i różnorodny niż poprzednie krążki, a znajdziemy na nim także i chwytliwe refreny, sprawiło, że wreszcie, po latach oczekiwań siematycki raper wyszedł z cienia. Swoją historię, refleksje i skillsy pokazał już nie tylko hip hopowym koneserom, ale i całkiem sporemu gronu odbiorców, którzy nigdy wcześniej o istnieniu tak świetnego rapera jak Te-tris nie zdołali nawet usłyszeć.

 

Nie był to może jakiś mega szał, ale z pewnością miejsce w pierwszej dziesiątce Olisu to coś, co raperowi z Siemiatycz należało się już dawno temu (dokładniej w 2004 roku…). Na szczęście, co się odwlecze, to nie uciecze i po swoim pierwszym, większym komercyjnym sukcesie w branży Te-tris na dobre zagościł w rapowym mainstreamie.

Po „Locie 2011” przyszedł czas na nagrany wspólnie z Pogzem album pod tytułem „Teraz”, a już dwa lata później mogliśmy znaleźć na sklepowych półkach kolejny solowy projekt Te-trisa. „Definitywnie” to świetny krążek, podsumowujący całą jego dotychczasową drogę muzyczną, wydany w wieku 34 lat. Ale czy jest on dowodem na to, w jaki sposób Te-tris rapowo się zestarzał? Otóż, i tak i nie…

 

Z jednej strony, słuchając „Definitywnie” poznajemy zupełnie innego rapera z Siemiatycz- po stokroć bardziej charyzmatycznego  niż na pierwszych albumach i stawiającego dziś już nie tylko na prawdziwość i miłość do muzyki, ale i na  sukces w branży. Nie bez kozery Te-tris w pierwszym z z singli z tego krążka nawija: „Ten rok będzie mój i wie to każdy na mieście. Spytasz: po co jestem tu? Po te hajsy i respekt”. Raperem z Siemiatycz wreszcie zainteresowała się wytwórnia z prawdziwego zdarzenia (Step Records), dzięki temu Tet mógł zrealizować fajne, a przy tym bardzo komercyjne klipy i wreszcie, po latach oczekiwań spróbować zgarnąć z rapu coś znacznie więcej niż tylko szacunek…

 

Z drugiej jednak strony, jeśli chodzi o pisanie tekstów, podejście do życia i muzyki mam wrażenie, że Te-tris nie zmienił się niemal w ogóle od czasu wydania swojej pierwszej epki. Już na niej pełno było rozliczeń z przeszłością, wspomnień i refleksji nad tym, jaką życiową drogę sam autor powinien wybrać. Z kolei na kolejnych albumach raper z Siemiatycz zwyczajnie zdaje się już podążać najlepszą z rozważanych ścieżek, a w swych rozliczeniach z przeszłością zdaje się według mnie jedynie nabierać jeszcze większego dystansu do minionych wydarzeń.Najpierw zdecydował się opisać je nam z lotu ptaka, a następnie z perspektywy znacznie bliższej, ale i wymagającej niezwykłej dojrzałości do opisu nawet i najbardziej traumatycznych historii sprzed lat…

Przez całą karierę Teta wszystko zdawało się przebiegać na wskroś naturalnie. Jego hip hopowa droga należy do tych najbardziej klasycznych- od freestyle’owych bitew, przez legendarny dziś nielegal, kozackie mixtape’y, aż po dobrze sprzedające się albumy wydawane nakładem największych rapowych wytwórni. Była to ścieżka niełatwa, ale jakże imponująca…

 

Jeśli ktoś w polskim rapie rzeczywiście zasługuje na znacznie większe hajsy i respekt, to tym kimś jest właśnie Te-tris. Przesiąknięty hip hopem raper z krwi i kości, gość, który dzięki muzyce uciekł z ławki przed blokiem, lecz nigdy nie zapomniał o swych korzeniach. Dziś potrafi nam o nich opowiadać, zgrabnie wprowadzając nas do swojego prywatnego światka niczym starszy ziomek z osiedla, gość , któremu najzwyczajniej w świecie udało się osiągnąć sukces i który, nie zapominając o swej przeszłości i korzeniach, zamierza zbierać z niego jak największe żniwa .

 

I zajebiście, mocno trzymam kciuki, by Tet wyciągnął z rapu choćby połowę tego, ile samemu zdołał w niego włożyć…

 

Ale dość już o nim, bo, jak pewnie zauważyliście, mógłbym tak gadać bez końca. Czas na Pana Duże Pe, gościa…, o którym również mógłbym opowiadać Wam do usranej śmierci. A czemu? Bo jestem wiernym fanem freestyle’u, dziedziny rapu, która Dużemu Pe zawdzięcza cholernie dużo…

 

No ale po kolei…Po zwycięstwie na WBW 2004 warszawski raper z sukcesami kontynuował bitewną karierę. Pojawił się także na kolejnej edycji warszawskiej imprezy, lecz kończąc swoje zmagania na półfinale, na dłuższy czas zdecydował się odłożyć na kołek battle’owe rękawice. A co robił w najbliższych latach, pewnie sami doskonale pamiętacie…

 

Do dziś warszawski raper szkalowany jest za długoletnią współpracę z Mezo, raperem określanym mianem farbowanego lisa, który według wielu nie miał pojęcie o hip hopowej kulturze i jej korzeniach, a wykorzystywał jedynie konwencje rapowej muzyki do zarabiania pieniędzy. Cóż, w obronie Dużego Pe mogę postawić w tym miejscu dwa duże „ale”. Po pierwsze wielu zapomina, że za czasów współpracy obu panów Mezo był naprawdę bardzo solidnym warsztatowo i nagrywającym sporo niezłych kawałków raperem, kimś, z kim nawiązanie kooperacji nie powinno być uznane za specjalny blamaż. A po drugie, jak się niebawem przekonamy, również sam Pe zdecydowanie nie był nigdy hip hopowcem z krwi i kości, a jedynie dużej klasy muzykiem i artystą, szukającym spełnienia na wielu bardzo różnych ścieżkach.

 

Już w czasach początków swojej kariery bitewnej warszawski raper, stale pokazywał się zarówno na imprezach rapowych, jak i reggae. W niedawno udzielonym wywiadzie dla portalu Gig24.pl mówił wręcz, że energia, którą dostawał od publiki na imprezach rodem z Jamajki, robiła na nim znacznie większe wrażenie, od tej, którą obserwował na imprezach hip hopowych. I to chyba właśnie ten fakt sprawił, że jeden z pionierów warszawskiego rapu, bardziej niż hip hopowcem po latach stał się muzykiem reggae.

 

I to wcale nie najgorszym. Duże Pe przez lata występował w jednym zespole z bardzo cenionym zawodnikiem o ksywce Mista Pita, a wraz ze swym drugim kolektywem nagrywającym muzykę z pogranicza reggae i dancehallu wydał aż sześć, różnego rodzaju krążków.

A co oprócz tego? Cóż, przez lata Duże Pe był prawdziwym człowiekiem orkiestrą…, a właściwie ciągle nim jest. Już w roku 2004 warszawski raper rozpoczął współprowadzenie audycji muzycznych w radiu i nie zaprzestał robić tego aż do dziś. Jeśli jesteście ciekawi efektów, to wraz z Filipem Rudanacją Pe co tydzień ma zarezerwowaną godzinę na antenie radiowej  „Czwórki”.

 

Ale to nie wszystko. Ogromu bitew freestyle’owych zorganizowanych przez warszawskiego rapera od 2006 roku nawet nie ma sensu zliczać. Były klasyki takie jak puszczana w telewizji Bitwa o Mokotów, mniejsze imprezy jak chociażby Bitwa o Index czy też  o Chwilę, a teraz mamy słynny Pitos. Nie bez kozery w światku freestyle’owym mówi się, że jak Pe coś zorganizuje to kolokwialnie mówiąc, nie ma chuja…Wszystkie kreowane przez tego pana eventy, na których nie raz robił on zarówno za prowadzącego, DJ’a, jak i jurora, stały na absolutnie najwyższym poziomie nie tylko wolnostylowym, ale i organizacyjnym.

 

A po pierwsze i najważniejsze panowała na nich kozacka atmosfera tworzona przez samego zainteresowanego;)

Rzecz jasna Duże Pe od lat ima się prowadzenia dużo bardziej rozmaitych imprez niż bitwy freestyle’owe, lecz to chyba właśnie dla ich rozwoju uczynił on zdecydowanie najwięcej. Nie bez przyczyny pierwszy tekst, jaki napisałem w życiu o tematyce hip hopowej, robił za swego rodzaju skromny tribute dla wkładu tego pana w budowę i rozwój battle’owej sceny w Polsce.

 

W przypadku Dużego Pe zdecydowanie wolałbym skupiać się na rzeczach pozytywnych, dlatego też zdecydowałem się pominąć (w mojej opinii przegrany przez niego) beef z Pihem. Stwierdziłem też, że nie będę też skupiał się na dalszych działaniach rapowych warszawskiego rapera, by móc w pierwszej kolejności w pełni pokazać Wam, jak na „stare lata” stał się on prawdziwym, muzycznym człowiekiem orkiestrą.

 

W każdym razie teraz widzimy już bardzo dobitnie, że Pe wybrał sobie na dalsze lata swojej muzycznej kariery drogę diametralnie inną od tej, którą poszedł jego rywal z finału WBW 2004. Najważniejsze jest jednak, to że w przypadku obu panów wybór dalszej artystycznej ścieżki zdawał się być na wskroś naturalny. Hip hopowiec z krwi i kości poszedł szukać szczęścia i sukcesu w rapowej branży, a muzyczny (i nie tylko) człowiek orkiestra do dziś spełnia się na najróżniejszych artystycznych polach. Obaj, parafrazując wersy Teta z „Lotu 2011”, olali i modę i wybrali to, co prawdziwie chwyta ich za gardło…

 

A że przy okazji mogą dawać rozsławianym kulturom mnóstwo od siebie samych, to jedynie świadczy o ich wielkości. Uczestnicy bezsprzecznie najlepszego w historii finału Wielkiej Bitwy Warszawskiej dziś – gdyby tylko chcieli- mogliby się licytować na to, który z nich zrobił dla muzyki więcej dobrego.

 

A także pewnie i na to, który w swojej artystycznej karierze doszedł do większego spełnienia. To właśnie znaczy „zestarzeć się” z klasą…

 

Felieton

Kurtyna opadła. W „Rhythm & Flow France” rap przestał być najważniejszy – felieton

Miało chodzić o rap, chodzi o sprzedaż.

Opublikowany

 

Przez

Rhythm and Flow France 5

Miało być o rapie, talencie i znalezieniu nowej gwiazdy. Tymczasem coraz bardziej wygląda to na casting do roli produktu, który po prostu dobrze się sprzeda. Nowy francuski sezon pokazał coś, czego wcześniej nie było widać tak wyraźnie: nie zawsze wygrywa ten, kto najlepiej rapuje czyli liczy się to, czy da się go sprzedać.

Minęło już trochę czasu, więc wydaje mi się, że większość z Was miała już okazję obejrzeć nowe wydanie Rhythm & Flow France 5. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, dlatego zapraszam Was do dyskusji w komentarzach. A na początek pozwolę sobie przedstawić swoje spostrzeżenia.

Kolejna odsłona, ale z inną energią

Rhythm & Flow France to kolejna odsłona bardzo popularnego formatu Netflixa, który doczekał się swoich wersji w wielu krajach. W Polsce również mieliśmy już okazję zobaczyć wersję tego programu. Francja była jednym z pionierów tego formatu. Tym razem w jury zasiedli SDM, Oli i Theodora Boss Lady – trzy osoby reprezentujące dość różne podejścia do rapu. Oli to przede wszystkim liryczna strona rapu: słowo, warsztat, przekaz i umiejętność pisania. Theodora to z kolei znana francuska wokalistka, która przebiła się dzięki kilku hitom i viralowemu sukcesowi. To trochę ten dobrze znany schemat: artystka działająca wcześniej w undergroundzie nagle trafia na listy przebojów i zdobywa ogromną popularność dzięki jednemu dużemu singlowi. SDM to natomiast klasyka francuskiego rapu i jeden z najpopularniejszych artystów we Francji. Wydaje się więc, że skład jury został skonstruowany tak, aby pokazać różne strony współczesnego rapu: liryzm i warsztat, doświadczenie w bardziej mainstreamowej produkcji oraz melodyjność i ten nowoczesny, viralowy element.

Gdzie się podział „represent”?

Od zawsze ten program opierał się na jednej bardzo starej zasadzie rapu: represent. Reprezentujesz swój rejon, swoją dzielnicę, swoich ludzi, swoje miasto, swój fyrtel. „I’m gonna put my city on a map” – również na rapowej mapie. Przynależność do konkretnego miejsca jest przecież jednym z fundamentów rapowej kultury. Szczególnie mocno widać to w Stanach, ale nie jest to wyłącznie amerykańska historia. Ten element był obecny również we Francji i w innych krajach. I właśnie dlatego w tym sezonie trochę mi tego zabrakło. Oczywiście między wierszami pojawiają się Paryż, Tuluza, Marsylia i inne miejsca. Nie mam jednak poczucia, żeby represent było tutaj mocnym motywem przewodnim. Co ciekawe, inne elementy, które wcześniej próbowały się przebić, ale były trochę przykrywane przez tę nadrzędną ideę „struggle”, tym razem wychodzą niestety na pierwszy plan. 

Liczy się tylko „full package”

W poprzednich sezonach bardzo mocno podkreślana była prezencja sceniczna. Mieliśmy też uczestników, przy których można było odnieść wrażenie, że wygląd, atrakcyjność i sposób prezentowania się miały nadzwyczajne znaczenie. I dotyczyło to nie tylko kobiet – mężczyźni również byli oceniani pod kątem tego, jak wyglądają i jaki mają outfit. W tym sezonie jeszcze mocniej widzę, jak ważne stało się to, jak łatwo się sprzedasz i czy da się na Tobie zbić masową pengę. Potencjał tzw. „full package” zawsze był w tym programie ważny. I got it, bo wiem, jak działa biznes muzyczny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uniwersalność i sprzedażowość stają się ważniejsze niż to, co właściwie masz do powiedzenia lub kim jesteś. Kiedy zaczynam słuchać tekstów kolejnych uczestników, mam momentami wrażenie, że słyszę w kółko to samo (każdy z nich miał przynajmniej raz słowo Benz między wierszami, nie wiem czy to jakiś product placement narzucony od Netflixa?). Nudno.

Do tego dochodzą te same melodie, podobne rozwiązania hooks, adliby i autotune. Kolejne numery, które mają być chwytliwe, łatwe do zapamiętania i dobrze funkcjonować w streamingu, ale smakują jak zakalec. Francuski rap zawsze był bardzo melodyjny. Nie jest to dla mnie żadnym problemem. Tylko gdzie tutaj jest coś innowacyjnego? To jak ryby z taniej smażalni nad Bałtykiem niby świeże, ale smażone na starym oleju. Słucham francuskiego rapu od bardzo dawna. Jestem millenialsem, więc przeszłam przez naprawdę wiele jego etapów i nurtów. I absolutnie nie jestem osobą, która uważa, że wszystko, co stare, było lepsze. Wręcz przeciwnie – zawsze byłam bardzo otwarta na nowoczesną muzykę. Ale nawet przy całej tej otwartości mam czasami ochotę powiedzieć: ile można wałkować ciągle to samo? Zwłaszcza kiedy w niemal każdej piosence pojawia się jakieś „aha”, „eee”, „uuu” i podobne melodyjne wstawki. Mam to nucić następnego dnia? Co właściwie ma sprawić, że zapamiętam akurat tę osobę, skoro pięć innych brzmi bardzo podobnie? Oczywiście zdarzają się momenty, w których tekst naprawdę daje do myślenia. Szczególnie Mischa, który reprezentuje tę bardziej klasyczną, oldschoolową stronę rapu. On zresztą wielokrotnie podkreślał, że nie chce się sprzedawać, bronił się rękami i nogami.

I paradoksalnie właśnie on wydawał mi się lirycznie o poziom wyżej od wielu pozostałych uczestników. Jego ostatni występ naprawdę mi się podobał.

W tej edycji przetestowano też nowe, ciekawe zadanie, w którym artyści oraz uczestnicy wcześniejszych sezonów słuchali utworów i wybierali ten, który najbardziej do nich trafia. Wygrał numer, który był po prostu klubowym bangerem. Taki kawałek, który łatwo zanucić, przy którym można tańczyć przez cztery minuty i który od razu wpada w ucho. Tylko czy następnego dnia ktoś jeszcze będzie o nim pamiętał? I właśnie tutaj mam największy problem z tym sezonem. Nie mam wrażenia, że oglądam program o talencie. Mam raczej wrażenie, że oglądam poszukiwanie osoby, którą można najlepiej sprzedać. 

A gdzie są sami uczestnicy?

Od samego początku ten sezon nie potrafił mnie tak naprawdę wciągnąć.

Zaczęłam zauważać, że podczas oglądania sięgam po telefon i zaczynam scrollować. A to jest dla mnie dość nietypowe, bo jeżeli coś mnie naprawdę interesuje, potrafię się mocno skupić. Tutaj po prostu nie czułam więzi z uczestnikami. W poprzednich sezonach bardzo mocno eksponowano historie ich życia. Ktoś pochodził z biedy, ktoś wychowywał się w trudnych warunkach, ktoś stracił rodzica albo musiał utrzymywać rodzinę czy pomagać babci. I oczywiście – struggle od zawsze był częścią hip-hopu. Rap wyrósł z trudnych doświadczeń i z potrzeby opowiadania o rzeczywistości. Tylko że czasami miałam wrażenie, że ten struggle był wręcz dowodem na to, że ktoś „jest ziomem”, „jest represent” i „jest rapowy”. Hip- Hop to też są przecież duże pozory. Niestety.

W tym sezonie sytuacja jest dla mnie niemal odwrotna. Nie wiedziałam, kim są ci ludzie. Nie znałam ich story, ich motywacji, tego, skąd pochodzą i jaki jest ich ulubiony kolor.

Jedna z uczestniczek opowiedziała bardzo mocną historię – mówiła o tym, że wcześniej była prostytutką. I nagle pojawił się jakiś konkretny punkt zaczepienia, coś, co pozwoliło mi ją zapamiętać. O innych osobach dostawaliśmy pojedyncze informacje, czasami gdzieś między wierszami. Ale nadal brakowało mi tej więzi z nimi. I tutaj pojawia się paradoks. W poprzednich sezonach było tego momentami za dużo: „ja też mam struggle, ten ma struggle, ta jest niezrozumiana, i on też”. Tutaj mamy niemal odwrotnie – brak backgroundu. I żaden z tych skrajnych modeli nie działa na mnie do końca.

Czy to jeszcze jest program o rapie?

Mam wrażenie, że w tym sezonie opadła pewna fałszywa kurtyna. Taka lekka zasłona hipokryzji dotycząca tego, o czym to show tak naprawdę jest. Oficjalnie mamy program o rapie. O znalezieniu rapstara, najlepszej osoby, która ma największy potencjał, aby być artystą. Tylko że z sezonu na sezon coraz mniej jest w tym Hip-Hopu. Kiedyś mieliśmy bitwy rapowe, więcej improwizacji, więcej sytuacji, w których trzeba było rzeczywiście pokazać, co potrafisz. Teraz wiele rzeczy wydaje się wcześniej przygotowanych. Mamy napisane teksty, przygotowane występy, mentorów i konkretne zadania. Sami trenerzy to zresztą bardzo liryczni millenialsi. I teraz pojawia się pytanie: czy nowe pokolenie rzeczywiście umie rapować i rozumie w ogóle ideę tego nurtu? Mischa potrafił. Był znany z open miców, potrafił pisać, miał warsztat. Tylko może właśnie to już nie wystarcza. Bo jeśli nie potrafisz się sprzedać, to czy masz jeszcze szansę wygrać taki program?

Francja kontra Włochy

Niedawno oglądałam również włoską wersję programu i tutaj miałam zupełnie inne odczucia. Włosi nadal mają w sobie rap. Cały czas czuję tam ogromne przywiązanie do liryzmu, do słowa i do tego, czym rap był u swoich podstaw. Za tymi wartościami stoi juror Fabri Fibra oraz Geolier. I właśnie dlatego kontrast z francuskim sezonem jest dla mnie tak interesujący. Nie chodzi mi o to, że oldschool jest z definicji lepszy. Absolutnie nie. Lubię nowoczesne rzeczy. Jaram się kiedy muzyka się zmienia i idzie do przodu. Tylko chciałabym, żeby wraz z tą nowoczesnością szła w parze jakaś własna tożsamość.

I co dalej?

I chyba właśnie z tym pytaniem zostałam po tym sezonie. Czy mam się cieszyć, że ta kurtyna w końcu opadła i możemy zobaczyć, o co w tym programie naprawdę chodzi? Czy raczej martwić się, że z każdym kolejnym sezonem jest w nim coraz mniej Hip-Hopu? Jestem bardzo ciekawa, jak Wy to odebraliście. Piszcie w komentarzach. 

Amanda aka @goldiethebossy

Czytaj dalej

Felieton

Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton

Tak się monetyzuje upadek Fagaty.

Opublikowany

 

trueman fagata

Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.

Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.

Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.

Trueman zobaczył kryzys. I liczby

I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.

Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.

Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.

Fagata potrzebuje koła ratunkowego

Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.

I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.

Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.

TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.

Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami

Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.

Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.

Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.

Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.

Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.

To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.

Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator

I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.

Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.

Czytaj dalej

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: