Recenzja
RECENZJA: Kendrick Lamar – „Good Kid, M.A.A.D. City”
Rcenzenci na kolanach, internet oszalał, 240 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w pierwszym tygodniu. Nie jest łatwo komuś mniej orgazmicznie nastawionemu do Kendricka Lamara żyć na tym ziemskim padole. Szczęśliwie się złożyło jednak, że to ja, jako rewjułer, mam tu ostatnie słowo, nie wy. Szczęśliwie, że nie pozostałem na jednym odsłuchu tego materiału, który, pobieżny w swej istocie, nie dał mi prawidłowego poglądu na to, co się tu wyprawia.
Bez wątpienia „najbardziej wyczekiwany debiut od czasów „Illmatic”” zasłużył sobie na tak dobre wyniki sprzedaży, nie tylko samą ostateczną jakością „GKMC”, ale także faktem, że to w końcu jeszcze zupełny świeżak. Jak na owego przystało postanowił… zrezygnować z kawałka z Lady Gagą i jeszcze na złość trendom zrobić koncept album. Przyznacie, zwłaszcza po niektórych ostatnich debiutach (choćby Tygi, 2 Chainza czy Big Seana), że Lamar zrobił na przekór wszystkim szatanom, które mogłyby go namawiać do sprzedania duszy mainstreamowi. Zapewne on dalej wierzy w to, że hip hop należy robić z serduszka, nie dla pieniędzy. Ja, jako człowiek nawet nie małej, ale wręcz żadnej wiary, mogę tego nie zrozumieć, ale owa wiara pomogła mu zrobić z płyty wciągającą opowieść, jednocześnie pozwoliła uniknąć typowych dla dzisiejszych raperów zagrywek, którymi większość już rzyga.
Dodatkowym aspektem, zapewne dla wielu drażliwym, a dla twórców rozmaitych c.z.e.r.w.o.n.y.c.h. albumów może nawet i drażliwym bardzo, jest kwestia żywotności zachodniego wybrzeża, która wydaje się dzięki Kendrickowi i jego kolegom z TDE zyskiwać nowy wymiar. Z pacjenta w stanie wegetatywnym przemienia się w zdrowego i żądnego sławy młodzieńca. Jest tak, jak przewidywałem, receptą na wskrzeszenie Kalifornii nie są wtórne próby odświeżania trupa g-funku, ale pójście w bardziej ambitną, nieobecną, poza kilkoma wyjątkami, w mainstreamie stronę. Choć, przyznaję bez bicia, fenomen Lamara był dla mnie niezrozumiały, i to zarówno obecny, jak i ten z czasów „Section.80”. Zastanawiam się, ilu dobrych tekściarzy przewinęło się przez rynek muzyczny, nie odnosząc tego samego co K.Dot sukcesu? Dlaczego on, a nie na przykład Skyzoo? Co ma Kendrick, czego nie mieli inni? I czy jest miejsce dla dwóch ambitnych tekściarzy w świadomości odbiorców tej muzyki (no bo przecież jest jeszcze Lupe)? Temat na rozkminę szeroką jak halka Pierwszej Damy i głęboką jak gardziel Eve Angel. Wiem, że was to nie interesuje, ale skoro już tu dotarliście, to musicie czytać głąby dalej.
Nikt normalny dziś nie powie, że nie wie, kim jest Kendrick Lamar. Nie zaczynać od opisu liryki może być tu pewnego rodzaju grzechem, ale brnijmy, bowiem świetnie naoliwiona machina promocyjna rozkręcona przez Dr. Dre i słynnego Jimmy’ego Iovine’a to dość istotna część składowa sukcesu „GKMC”. Umiejętne skalowanie napięcia przed premierą, featuringi u wielkich nazwisk (Rick Ross, Game, przepotężny komercyjnie Drake), oszczędnie wydawane, remixowane single, enigmatyczna okładka, budowanie wizerunku Kendricka jak fana 2Paca, drugiego wcielenia Nasa i wielkiej nadziei zachodu, pamiętny cypher z legendami kalifornijskiego rapu– działo się dużo, pieniędzy nie brakowało, i wyniki sprzedaży mogą świadczyć o tym, że wydatki się opłaciły.

Lista producentów również nastraja optymistycznie – Scoop DeVille, król Midas czyli T-Minus, złote dziecko ostatnich miesięcy Hit Boy, świetny jak zawsze Just Blaze czy bohater niezliczonej ilości bujających hitów Terrace Martin, z takiego zestawienia nie mogło wyjść nic rozczarowującego. Wydają się te podkłady szyte na miarę Kendricka, ukłony dla Dr. Dre, wykonał naprawdę dobrą robotę. Mamy na „GKMC” zróżnicowaną, przyjemną dla ucha produkcję, zaledwie raz (chaotyczna pierwsza część „M.A.A.D. City”) schodzącą poniżej wysokiego poziomu, stanowiącą świetne tło dla opowieści rapera. „Swimming Pools” hipnotyzuje ciężkim klimatem podobnie jak alkohol, i mógłby być największym dokonaniem w historii twórczości Harry’ego Frauda, bo z nim mi się kojarzy. Bombą klimatyczną jes też „The Art Of Peer Pressure”, za to „Backseat Freestyle” z kolei brzmi jakby żywcem wycięty z „Carter IV”, zaskakuje żywiołowością i energią, chyba nawet samego rapera przy okazji. Fani Janet Jackson z radością przywitają delikatne, soulowe „Poetic Justice”, na którym to da się usłyszeć wycutowaną legendę muzyki rnb. Całość zamyka oczywiście „Compton”, czyli ukłon w stronę tych, którzy oczekiwali zachodniego pierdolnięcia… tyle, że od producenta ze wschodu.
Co jak co, ale start i background dla swoich artystycznych, tekstowych wojaży Kendrick miał wymarzony. Imbecylem jednak będzie ten, który rzuci tezę, iż to właśnie te pozamuzyczne aspekty stanowią o sile tej płyty. Nie dajcie się zwieść Chojnemu i jego zdecydowanie zbyt pustej soulowej misce, „GKMC” zasługuje na znacznie rzetelniejszą dysekcję niż sklecone naprędce 5 zdań.
Compton to nieciekawe miejsce. Rozsławione przez pamiętne „Straight Outta właśnie stamtąd” czy niepodrabialny styl MC Eihta, to na pewno nie jest podstawowy cel turystyczny poczciwych niemieckich emerytów. Będąca siedzibą bardzo młodej i bardzo pozbawionej perspektyw społeczności, mieścina owa była świadkiem wielu nieprzyjemnych wydarzeń. Rzeczy, które przeciętny mieszkaniec jakichś kurwa Tychów, czy innego Grudziądza, widział tylko w filmach, tam są na porządku dziennym. Gdyby „Hell On Earth” najbardziej zgodnego duetu w historii miało powstać gdzie indziej, to CPT byłoby wyborem ekwiwalentnym. Wszystkie te drajw-baje, powszedniość handlowania narkotykami na każdym rogu, konflikty między Bloodsami i Cripsami, nadwyżka samotnych, opłakujących mężulka/syna urwisa mateczek- to była codzienność dla dorastającego Kendricka. Tę codzienność postanowił przekazać tutaj w formie najbardziej chyba spójnej historii od „The Cool” wspomnianego Lupe Fiasco.
Przede wszystkim, fani polskiego rapu, jakichś Eunuchów (czy jak on tam się nazywał, ten co się z tym od Dody dissuje) mogą mieć problemy z odnalezieniem się na tej płycie. Przejście obok tekstów nie wchodzi w grę, bowiem należy tu kojarzyć pewne fakty, pamiętać bohaterów poprzednich opowieści, także z poprzednich projektów Kendricka, przywiązywać wagę do niuansów i nawiązań z kawałków, ba, nawet skitów, które skończyły się kilka minut wcześniej. Przykładem moze tu być „Sing About Me„, w którym to, obok niezwykle sugestywnego wywodu kolegi, któremu dane było potem zemrzeć bardzo szybko, można usłyszeć pretensje siostry Keishy, znanej z „Section.80”, niespecjalnie zadowolnej z wywleczenia na światło dzienne tamtej historii, zupełnie szczerze uzasadniającej bycie kurtyzaną:
„Just put her on blast and shit
Judging her past and shit
Well it’s completely my future
A nigga behind me right now asking for ass and shit
And I’mma need that 40 dollars even if I gotta
Fuck, suck and swallow in the parking lot”
A to, czy Kendrick wcielający się w rolę kobiety jest normalne, czy jednak powoduje uniesnie brwi, zostawiam do waszych rozważań. „Sherane A.K.A. Master Splinters Daughter„, zaczynające tracklistę, to nie tylko cwane nawiązanie tytułem do popularnych „hood rats”, to także przedstawienie jednej z czołowych bohaterów całej opowieści. Sherane otóż to, oczywiście, niewiasta, dotknięta pechowo pewną dozą promiskuityzmu, spełniającej niejako stereotyp typowego osiedlowego popychadła. Do owej białogłowy Kendrick na pewnym etapie swojego żywota po staropolsku smalił cholewki. Problem kobiet, ich podejście do życia, wyznawane wartości będą tutaj przedmiotem rozważań nie raz, nie dwa. W „Poetic Justice” jest to dość naiwne, typowe dla nastolatków (pamiętajcie o perspektywie czasu) pogodne wychwalanie jej zalet, ale już w „Real” mamy do czynienia ze spojrzeniem daleko bardziej, wybaczcie drogie panie, dogłębnym. Miłość do rzeczy materialnych pozbawia ludzi miłości do samych siebie, i wyłącznie wyższy stan świadomości Kendricka pozwala mu na to spojrzeć i odpowiednio opisać:
„You living in a world that come with plan B
Cause plan A never relay a guarantee
And plan C never could say just what it was
And your plans only can pan around love
You love him, you love them, you love her
You love so much, you love when love hurts
You love red-bottom and gold they say queen”
Jak na koncept przystało, wszystko ma tu swoje wyjaśnienie, mamy zarówno takie, jak powyżej powroty do przeszłości, jak i całkowicie teraźniejsze wydarzenia. Możemy tu prześledzić wiarygodną, realistyczną historię młodego chłopaka z trudnego miasta, zagubionego ale jednocześnie asymilującego się, przyjmującego brutalność świata z dobrodziejstwem inwentarza. W „Backseat Freestyle” usłyszymy Kendricka aroganckiego, beztroskiego, zainteresowanego wyłącznie doczesnymi radościami życia, bezrefleksyjnie korzystającego z wszelkich dostępnych rozrywek. Nie tylko złamani przez getto ludzie zaglądają do kieliszków, ale „Swimming Pools (Drank)” przewrotnie opisuje jego, i jego rodziny, relacje z napojami wysokoprocentowymi. W „Money Trees” przypomina, jak zaplanował rabunek pewnego domostwa, za to w klimatycznym „The Art Of Peer Pressure„, który pojedynczo, bez otoczki wydał mi się trywialny, akcentuje wpływ środowiska i znajomych na nawet najbardziej zacnego człowieka. Zacnego człowieka, którego getto i tak złamie. „Good Kid” udowodni, że nawet tradycyjne stanie z boku nie tylko nie pomoże przy okazji porachunków z ulicznymi urwisami, ale co gorsza nawet zaszkodzi przy ewentualnych kontatkach z bezdusznymi gliniarzami. Ani jedni, ani drudzy nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że Lamar nie chce się identyfikować ani z czerwonymi, ani niebieskimi, i kończy się to zazwyczaj czymś bardzo krwawym i mało przyjemnym, co możemy prześledzić z kolei na „M.A.A.D. City„, do którego dograł się, w jak zawsze stylowy sposób, MC Eiht. Wynika z tego prosty, fakt, że Compton nie jest mekką fanów World Of Warcraft.
„That was back when I was nine
Joey packed the nine
Pakistan on every porch is fine
We adapt to crime, pack a van with four guns at a time
With the sliding door, fuck is up?
Fuck you shootin for if you ain’t walkin up you fuckin punk?
Pickin up the fuckin pump
Pickin off you suckers, suck a dick or die or sucker punch
A wall of bullets comin from
AK’s, AR’s, „Aye y’all. Duck.”
Wszystko to obrazuje również los Dave’a, kumpla Kendricka, który dostaje niespecjalnie mile widziany ołowiany prezent, jak i jego brata, któremu pisany jest ten sam los w czasie szukania odwetu. Choć wymowę ma „GKMC”, jak widać, mocno pesymistyczną, to ewolucja poglądów i postępowania Lamara, przedstawiona chronologicznie w przekroju płyty, daje nadzieję, przedstawia dorastanie umysłowe młodego człowieka, a nawet prezentuje gotowe rozwiązania dla tych, którzy błądzą dalej. Sam fakt, że przebojowy, mocny „Compton” to, obok trochę niepasującego „Bitch Don’t Kill My Vibe”, najmniej emocjonujący utwór na trackliście, powinien wam dużo powiedzieć.
Chciałoby się napisać więcej, bo mam świadomość, że moje wywody nie oddają w pełni spójności, z jaką mamy tu do czynienia, ale już mamy 1500 znaków, kto to przeczyta? Możecie jednak być pewni, że dopisek „A Short Film” na okładce to nie przypadek. Ta płyta stawia narrację na poziomie niedostępnym dla większości dzisiejszych raperów. Nagrania na sekretarce od matki Kendricka, porady od ojca, wspominanie zastrzelonego wujka, bezmyślne zatracenie w brzmieniach pierwszego albumu Young Jeezy’ego i E-40, beztroskie jazdy vanem, gorzkie prawdy życiowe, rozczarowania sercowe, rozczarowanie światem i wielkim amerykańskim snem, to może być historia każdego nastolatka z Compton. Ku przestrodze.

Plusy:
– Świetna, koncepcyjna warstwa tekstowa
– Bardzo mocna, zróżnicowana muzyka
– Oszczędne, dobrze dobrane featuringi
– Klimat
– Najciekawsza zachodnia płyta mainstreamowa od 7 lat
Minusy:
– czasem Kendrick usypia
– znam raperów o dużo lepszym głosie
– niektóre refreny
Kto nie kocha konceptualnych albumów? Nikt normalny. „GKMC” to dorosła, refleksyjna i zaskakująco smutna rozprawa ze spuścizną gangsta rapu, nierówności dochodów i szans w społeczeństwie amerykańskim, mówiąca o tym, jak jest naprawdę, a nie o tym, jak każdy kolejny studyjny gangster z mikrofonem chciałby, żeby było. Płyta Lamara broni się praktycznie na wszystkich frontach i zajmuje wysokie miejsce w rankingu debiutów XXI wieku.
To plastyczny, przekazany w unikatowej formie, poważny hymn dla Compton, osławionego (na pewno wiecie, co to znaczy?) i kultowego miejsca praktycznie dla wszystkich ludzi jakoś tam zainteresowanych rapem. Teksty Kendricka są dużo doroślejsze niż pokrzykiwania chłopaków z N.W.A., kierowane są zatem do odrobinę innego targetu, ale nikt nie powinien mieć problemu z odnalezieniem się tu. Jasne, można tu znaleźć wady. Raz czy dwa można lekko przysnąć z powodu niespecjalnie żywiołowego głosu rapera, refren w „Real” czy „Bitch Don’t Kill My Vibe” aż proszą się o jakaś profesjonalną kobiecą wokalistę zamiast dziamgającego Kendricka, ale mimo wszystko to najważniejsza płyta z zachodu od czasów „The Documentary”, i jeśli tylko nie przeszkadza ci atakująca czasem z głośników senność, odkryjesz jeden z ambitniejszych projektów ostatnich lat, nieważne w jakim gatunku. 5/5
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja
„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.
Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.
Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”
„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.
Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi
Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.
Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny
Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.
Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca
28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.
Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom.
Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.
My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW! 28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.
Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:
„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.„
Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”
Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!
W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.
Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.
Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.
“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”
W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:
„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.
W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.
“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.
„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja
Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?
Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.
“To już nie muzyka, którą pokochałem
Nieziemskie geny i do tego talent
Jestem poetą z milionem wad
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”
Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.
I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać
Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.
Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat
„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja
„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem.
Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.
Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.
Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.
Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.
Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.
”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Sapi Tha King „Wado Loco”: Odklejenia korposzczura – recenzja
Próg wejścia do rap-gry to nieśmieszny żart.
Każda recenzja wymaga ode mnie przynajmniej kilkukrotnego przesłuchania ocenianego materiału. Nieraz kilkunastokrotnego. W międzyczasie sporządzam notatki i spisuję luźne myśli. Naturalnie rzecz biorąc, pierwszy odsłuch daje mi ich najwięcej. Chociaż najbardziej wnikliwe obserwacje przychodzą dopiero z kolejnymi godzinami. No i tak sobie spoglądam na moje notatki po czterech pierwszych numerach „Wado Loco”: Seplenienie, gubienie rytmu, udawanie, że potrafi śpiewać + problemy z tempem i tonacją. Wiem już, że to będzie uciążliwa recenzja. Przed wami debiutant. Sapi Tha King.
“Jebać stare baby, jebać stare baby, jebać stare baby.
U u a a po co dzwoniłaś na psy, kurwa?”
Może Sapi ma problemy z prawie każdym aspektem muzycznym, ale za to porywa głęboką liryką. Nie no, żartuję. Jest taki numer jak „Zamknij ryj”, w którym Sapi zapewnia, że żadne komentarze go nie bolą. Totalnie nie obchodzą. Żadne. Dlatego pełen emocji nagrywa numer, gdzie obraża osoby, którym nie podoba się jego muzyka. Rzuca przy tym pełną gamą obelg i wyzwisk. Skoro tak bardzo ma to w poważaniu to, z jakiego powodu tak sfrustrowany o tym nagrywa? Pytanie retoryczne, wszyscy znamy odpowiedź. Jednak najbardziej mnie zaintrygowały wspomnienia z pracy w korporacji IT. Na przykład w kawałku „Baba z HR” nasz bohater recenzji żali się, że chcieli go zwolnić za przychodzenie pijanym do pracy. Poważnie. Dziwi się on też temu, że na spotkaniach integracyjnych ludzie pozwalają sobie na zabawę, a w zakładzie pracy to już niezbyt. Innym razem pojawia się temat wyzysku i pracy na czarno. To akurat są tematy z kategorii poważnych. Jednak budowanie wokół siebie otoczki korposzczura z ilością odklejeń na poziomie Malika Montany, zupełnie rujnuje sens podejmowania takiej problematyki.
“I k*rwa teraz siedzisz taki sfrustrowany, że my mamy takie durne wersy.
K*rwa nie masz roboty, siedzisz u matki.
Jedyne co jej dorzucasz to k*rwa pranie do pralki.
Ty j*bana parówo, śmieciu. Jesteś nikim”
Techniką Sapi też nie grzeszy. Wiele rymów jest do przewidzenia, jeszcze zanim padną z ust rapera. Zupełna amatorszczyzna. A są jakieś plusy albumu „Wado Loco”? Znajdą się. Utwór „Królowa manipulacji” porusza arcy ważny temat współczesnych relacji w geocentrycznym świecie. Wiecie – mężczyzna zły, kobieta dobra. Nigdy na odwrót. Jakbyście czytali Onet i w jakimś kosmicznym otępieniu stwierdzili, że jego pseudoredaktorzy mogą mówić z sensem. To właśnie o takiej nowoczesnej patologii traktuje ten numer. Z kilometra też czuć od Sapiego mocne przywiązanie do miejsca wychowania. Wplątywanie swojego pochodzenia między wersami, zawsze jest mile widziane w rapie. Nie można też raperowi odmówić charyzmy, która to konsekwentnie buduje autentyczność wokół jego persony. O i jeszcze dwa słowa. Kubi Producent. Bo to on podjął się wyprodukowania wszystkich bitów na ten album. Świetna robota. Gościnne zwrotki położyli natomiast Fukaj i Kizo. No i tutaj chciałbym zwrócić uwagę na tego pierwszego pana. Chłopak, który jest moim zdaniem autorem najgorszego albumu wydanego nakładem SBM Label, nagrał zaskakująco porządną zwrotkę. Prawdopodobnie najlepszą w swojej dotychczasowej karierze. Jeszcze może coś z niego być. Kibicuję.
„Robiłem strony internetowe, configi portów i także grafiki
I cały czas darłeś mordę, straszyłeś brakiem pensji, zamiast zachęcić
Myślałeś, że mając monopol w tym mieście, możesz swoich podwładnych tępić
Chuj ci do mordy, ty stary chamie, jeśli teraz dziwko to słyszysz”
Poziom polskiego rapu leży. Rok 2023 jest wyjątkowo felerny pod tym kątem. Popularność takich person jak Sapi Tha King jest jedynie tego smutnym potwierdzeniem. Gdzie jest biuro ochrony rapu, kiedy jest naprawdę potrzebne? Próg wejścia do rap-gry to nieśmieszny żart. Szczerze, to z coraz większym zaniepokojeniem obserwuję takie ekscesy. Mam spore obawy przed tym, aby takie albumy miały być codziennością na scenie. To nie jest żaden performens wychodzący przed szereg. To wymizerowany produkt. Jednak nie skreślałbym jeszcze Sapiego. Tha King pomimo tego, że aktualnie kuleje w tworzeniu muzyki — przynajmniej próbuje iść własną drogą. W przyszłości mu to zapewne zaowocuje. Ale patrząc na “Wado Loco”… to zdecydowanie w tej dalszej przyszłości.
“Byłaś największą brudaską, jaką poznałem
Stawałem na końcu chuja, a w zamian chuja dostałem
Tyle razy myślałem, że sam odwiedzę Ostrawę
I pojadę na kurwy, jeszcze przed karnawałem”
Ps: A myślałem, że po „Kici Meow” Reto i Leosi już nic gorszego nie usłyszę.
Ocena płyty Sapi Tha King „Wado Loco”:
Tracklista
- Nawet jeśli nie wyjdzie mi z rapem
- Jestem młody
- To wszystko dała mi branża IT
- 10K20K
- 200km/h (Unreleased)
- Baba z HR (Unreleased)
- Terabajt
- Mimo że dzwonisz
- Zamknij ryj (Unreleased)
- Chcę mi się pić (Unreleased)
- Królowa Manipulacji
- Pytasz mnie czy zaufam? (Unreleased)
- Służbistka
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
teledysk3 dni temuBonus RPK przyjechał pod blok Grande Connection i nagrał klip
-
News3 dni temuBonus RPK i wycieczka do Grande Connection. „Chował się w Lublinie”
-
News2 dni temuBonus RPK odpowiada na zarzuty: naziści, monetyzowanie rodziny, nagrywki z Matą
-
News6 godzin temuOkna Grande Connection obrzucone jajkami. Obraźliwe graffiti zniknęło
-
News2 dni temuKęKę na samym szczycie w Ameryce – jako pierwszy polski raper
-
News14 godzin temuTrueman do Sentino: „Cała muzyka, jaką w życiu nagrałeś należy do mnie”
-
News2 dni temuSyn Biggiego i Diddy oskarżeni – ciężkie zarzuty seksualne
-
News16 godzin temuJak Grubson poznał Jokę? „Miałem 9 lat i przyszło 4 łysych typów”