Sprawdź nas też tutaj

Felieton

BARDZIEJ I MNIEJ ZNANE KOOPERACJE POLSKA – USA (CZ.2/2)

Opublikowany

 

Na YouTube można znaleźć bardzo wymowny filmik, w którym kilku przypadkowo spotkanych na ulicy Amerykanów odpowiada na pytania dotyczące Polski. Koleżka przeprowadzający sondę porusza tematy odnośnie wciąż obecnego problemu konieczności posiadania wiz przez Polaków, gdy chcą oni dostać się do Stanów, pyta też co o Polsce wiedzą,  z czym się im kojarzy i najważniejsze – gdzie ta Polska się w ogóle znajduje. Okazuje się, że żadna z przepytanych osób nie za bardzo miała pomysł którą część Europy wskazać, a co dopiero konkretne granice naszego kraju. Nie wiadomo oczywiście, czy Ci obywatele USA nie mieliby podobnego problemu z pokazaniem na mapie Czech czy Finlandii, ale widzimy, że w świadomości ludzi stanowiących o sile czołoweg państwa świata, Polacy nie są kojarzeni ani znani tak naprawdę z czegokolwiek. Potęgą gospodarczą nie jesteśmy, międzynarodowych przedsiębiorstw nie posiadamy (no chyba, że coś mi umknęło), a i muzycznie także nie jesteśmy raczej najlepszym rynkiem zbytu.

Artyści zza Oceanu cały czas nie do końca chyba mają świadomość, że można rapować w jakimś innym języku niż angielski, a z drugiej strony Polacy konsekwentnie twierdzą, że muzycznie jesteśmy dobrą dekadę za Stanami, a międzynarodowe kolaboracje – mimo, że obecnie jest ich coraz więcej – to ciągle nie są na porządku dziennym i wzbudzają masę emocji i dyskusji. W związku z tym postanowiłem prześledzić numery, które powstały pomiędzy artystami na linii PolskaUSA i które, jak sami zresztą zobaczycie, nie do końca wzbudziły odpowiednie zainteresowanie i uznanie słuchaczy, ale znajdą się też takie, które spora część z Was będzie znała. Sprawdźcie drugą pierwszą naszego zestawienia.

 

Familia HP i WC, Emilio Rojas.

W poprzedniej części skupiłem się na polskich producentach, więc w tym wypadałoby wspomnieć co nieco o raperach, bo nasi rodzimi liryczni wandale także mają na koncie parę mocnych kolaboracji z kolegami po fachu z USA. Na pierwszy ogień idzie łódzka grupa Familia HP, o której ciężko powiedzieć, że jest popularna, więc tym bardziej należy docenić featuringi, które udało się im ogarnąć. W 2009 roku Emilio Rojas był młodym, szerzej nieznanym artystą, chcącym przebić się do większego grona odbiorców raperem, jednak już wtedy trzymał poziom i wydawał się być obiecującym artystą. Dzisiaj ma już sporo fanów i wciąż czeka na swoją szansę i podpisanie kontraktu z dużą wytwórnią, jednak nie zmienia to faktu, że może pozwolić sobie na zaproszenie do numeru Joe Buddena czyStyles P. Kto wie, czy w takim wypadku w 2015 rokuEmilio zgodziłby się dograćchłopakom z Familii HP, jednak w 2009 było o to z pewnością łatwiej i sprawnie to wykorzystali, przez co powstał numer "Za Zamkniętymi Drzwiami". Co ciekawe nie jest to jedyna polska kolaboracja z Rojasem, ponieważ wspólny utwór mają z nim chociażbyRap Addix czyRaca, a o wspólnej nagrywcejakiś czas temu wspominał VNM. Dużo głośniejszą ksywką (przynajmniej dla mnie przez mój ogromny sentyment do dobrego rapu z zachodniego wybrzeża) z którą mieli przyjemność współpracować łódzcy raperzy jest jednak WC. Masa świetnych numerów, bardzo równa dyskografia, nagrywki ze Snoop Doggiem,The Game'em,Scarface'em płyty zIce Cube'em. Dla ludzi szanujących klasycznywest coast z pewnością jest to prawdziwa ikona tego rapowego nurtu, więc fakt, że raper ten nagrał z Polakami jest dość sporym wyróżnieniem. Szkoda, że nie było wokół tego wydarzenia zbyt dużegoszumu, bo niecałe 20 tysięcy wyświetleń numeru "To Właśnie Jest Rap" należy rozpatrywać raczej w kategorii rozczarowania.

 

Malik Montana i Fat Trel, Jadakiss, Capone.

Dla ludzi słyszących pierwszy raz ksywkę "Malik Montana" w pierwszej kolejności przed oczyma staje zapewne jakiś nowy raper ze Stanów, więc część pewnie będzie nieco zaskoczona, że mamy jednak do czynienia z… Polakiem. A konkretniej z raperem o polskich korzeniach, bowiem ojciec Malika pochodzi z Afganistanu, natomiast mama jest Polką, ale w jej żyłach płynie także grecka krew. Jak doszło do tego, że "nasz" człowiek dotarł do tak uznanych i szanowanych ludzi jak Capone, Jadakiss czy członek Maybach Music Group, Fat Trel? Pomocne okazało się doświadczenie nabyte przy organizacji koncertów i wydarzeń hiphopowych, a także nawiązanie współpracy z zagranicznymi producentami, co przełożyło się na zdobycie sporej ilości kontaktów. Malik sprawia wrażenie bardzo ambitnego, głodnego artysty i wydaje się, że dotychczasowe głośne kolaboracje wcale nie są dla niego szczytem, a jedynie przepustką do dalszych sukcesów. Wynikiem tego jest fakt, że rapuje często w języku angielskim, co tłumaczył chęcią docierania dużo szerzej niż tylko do polskich słuchaczy, co miałoby miejsce, gdyby postawił jednak na nasz ojczysty język.

 

Kaczor i Paul Wall.

Podczas gdy Gural nie ograniczył się do tworzenia jedynie pod szyldem Killaz Group i wydawał projekty czy to z Kastą, czy solowo, dzięki temu budując swoją markę, tak na materiał Kaczora czekać musieliśmy aż do 2010 roku, kiedy to raper zaprezentował nam "Przyjaźń, Dumę, Godność". Po tylu, bądź co bądź, nieco straconych latach wypadało promocyjnie zaakcentować premierę albumu. Oprócz dość oczywistego niepisanego sloganu "członek legendarnego składu Killaz Group wydaje pierwszą płytę", a także wykręcającego sporą oglądalność klipu"Ile Dni",Kaczorowiudało sięzaprosić na projekt naprawdę poważnego gościa z USA. Co tu dużo mówić – jedna z najważniejszych postaci rapowej sceny Houston, dla wielu nawet jej legenda. Na koncie platynowe "The Peoples Champ", wspólne krążki zChamillionaire, masa nagrywek ze światową, rapową czołówką (chybawystarczy wymienić Three 6 Mafię czy Kanye Westa) i gdzieś wśród tego wszystkiego pojawił się Kaczor.Dogranie sięPaula na"Przyjaźń, Duma, Godność" wyszło bardzo spontanicznie- Panowieprzecięli się podczas jednego koncertu organizowanego w Poznaniu, spotkali się na backstage'u, pogadali i jak się okazało raper z USA nie widział żadnych przeciwwskazań, by położyć zwrotkę na album kolegi po fachu zza Oceanu. Dzień po koncercie Panowie spotkali się w studio u DJ-a Decksa, napisali wersy, nagrali i w taki sposób powstało "H-Town To Poznań". Temat numeru raczej nie powalał kreatywnością, no ale poranny kac z pewnością nie sprzyjał wenie, co także sam Kaczor potwierdził. Co ciekawe, współpraca z Wallem nie była jednorazowym strzałem, ponieważ 4 lata później, "Most Na Rzece Odkupienia" także zawierał zwrotkę gościa ze Stanów.

 

Roach i Kokane, Knoc-Turn'al, King T.

Roach, czyli trójmiejski (były?) raper wziął sięw zasadzie nie wiadomo skąd i jużna debiutanckimalbumie nie bawił się w żadne półśrodki atakując numerami, w których udzielili się bynajmniej nie jacyś topowi gracze z Polski, a raperzy będący niemal fundamentem klasycznego, westcoastowego brzmienia. Ciężko nie przyznać, że okres największej popularności Kokane'a, Knoc-Turn'ala i King T minął wiele lat temu i być może dla młodszych słuchaczy, będą to niestety anonimowe ksywki, jednak ludzie śledzący od wielu lat nie tylko zachodnią część sceny USA, ale także i całe muzyczne Stany powinni pokiwać głową z uznaniem. Do współpracy doszło chyba w najbardziej prosty sposób na jaki można było wpaść, czyli przez… wysłanie maili do każdego z artystów. Zarówno Roach jak i producent "Trójmiejskiego Funku", znany wszem i wobec,Sherlock, doceniali profesjonalne podejście donagrywki z kompletnie nieznanym dla nich wcześniej raperem z Polski. Oczywiście zachodnie legendy nie dograły się do numerów "LA 2 Tricity" i "Gangsta Funk" z czystej zajawki, bo przecież studio i transport do niego trzeba w jakiś sposób opłacić. Roach po premierze płyty chwalił się w wywiadach, że nadal ma kontakt z Kokane i współpraca najprawdopodobniej się rozwinie, jednak po puszczeniu singla "Ogień" z drugiego albumu w Boże Narodzenie 2012 roku i chwilowym uaktywnieniu się na jedną z minionych akcji Młodych Wilków Popkillera, raper przepadł jak kamień w wodę.

 

Projekt W.E.S.T. i Dr. Dre.

Jeśli chodzi o zdobytą popularność to mamy tutaj dwa zupełnie przeciwległe bieguny. Nie wydaje mi się, żebym miał bliżej pochylać się nad postacią Dr. Dre. Wystarczy przypomnieć, że z jednej strony jest to człowiek rozpoznawalny prawdopodobnie niemal w każdym zakątku świata, mający ogromną ilość klasyków na koncie, odkrywca talentów takich jak Eminem, The Game, 50 Cent, Snoop Dogg, czy Kendrick Lamar, będący obrzydliwie bogaty. A z drugiej strony grupa rapowa z kraju, który Dre miałby problem wskazać na mapie, łącząca ludzi, którzy niby puścili swój album w legalnym obiegu, jednak mimo tego jest totalnie anonimowa. Jak więc doszło do tego, że muzyczny gigant użyczył swoich produkcji na płycie nieznanych gości z Projektu W.E.S.T.? Kluczową rolę odegrała tutaj postać Mietka, czyli Pawła Miedzielca – inicjatora całej koncepcji płyty, który od wielu lat jest pasjonatem iekspertem od brzmień z zachodniego wybrzeża. Jego znajomości, które nawiązał z ludźmi z zachodniego wybrzeża USA pozwoliły mu na zdobycie dwóch produkcji Dr. Dre, z czego na albumie pojawiła się jedna, w numerze "Jestem". Bity nie trafiły jednak do chłopaków z Poznania oficjalną drogą – Mietek otrzymał je od "osoby trzeciej". Muzyka pierwotnie brzmiała nieco inaczej niż na albumie – nieco ją zmodyfikowano, by uniknąć ewentualnych problemów, gdyby numer miał jakimś cudem zatoczyć koło i trafić z powrotem do Dre (jednak na klasyczne "what's up this is Dr. Dre" miejsce się znalazło). Ciekawostką jest też fakt, że na albumie miał udzielić się syn wielkiego producenta – Curtis Young – jednak do nagrywki finalnie nie doszło.

 

Szejku i V Don.

Jak się okazuje nie tylko nasi raperzy i producenci mogą pochwalić się współpracą ze znanymi w wielu miejscach na świecie artystami. Ilu z Was spojrzało usłyszało kiedyś zwrotkę nieznanego rapera i stwierdziło, że sprawdzi coś jeszcze z jego twórczości? Pewnie sporo, a tylu samo spojrzało na okładkę singla czy nawet albumu i zapytało kto za tym stoi i gdzie można znaleźć inne rzeczy tego gościa? Tu pewnie nie będzie zbyt wielu rąk w górze, a jak się okazuje zwykle marginalizowani i nie wymieniani w pierwszych rzędach razem z raperami i ich producentami graficy są szalenie ważnymi postaciami w muzycznym świecie. Nasi rodacy zajmujący się plastyczną stroną albumów doceniani są nie tylko przez rodzime "gwiazdy" rapu, ale także te zza wielkiej wody. Szejku, czyli Tomasz Mielec od jakiegoś czasu buduje swoją markę w Stanach i coraz wyraźniej akcentuje swoją obecność współpracą z takimi ludźmi jak Trae Tha Truth, Smoke DZA, czy A$AP Mob (natomiast w Polsce z jego usług korzystali chociażby Braddu, Żabson czy Kuban). A już wkrótce jego kariera może pójść naprzód, bowiem 6 listopada na rynku ukazać się ma producencki album V Dona, czyli człowieka, bez którego nie byłoby "Ghetto Symphony" A$AP-a Rocky'ego, "Live And Learn (It Will)" 2 Chainza, a także "Life Is But A Dream" The Game'a. Udział Szejka w pracach nad "The Opiate" nie ograniczył się do rzucenia jakiegoś coveru singla, a wręcz przeciwnie – Polak stanął przed wymagającym zadaniem dopełnienia całości projektu "The Opiate" pełną szatą graficzną. Poczynając od wspomnianych obrazków zdobiących single, wędrując przez wnętrze płyty, a na okładce albumu kończąc – za to wszystko odpowiada właśnie Tomasz. Okej, może nadchodzący materiał V Dona nie będzie miał takiego przebicia, jak wiele wydanych w tym roku krążków, może nie zalicza się do nawet pierwszej dziesiątki najbardziej oczekiwanych tytułów w ostatnich 12 miesiącach, jednak to w ogóle nie odbiera wyróżnienia jakie spotkało Szejka. A kto wie, czy właśnie to wyróżnienie nie otworzy Tomkowi jeszcze szerzej furtki do dalszego promowania swojej twórczości na wielkim, o globalnym zasięgu, amerykańskim rynku.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: