Sprawdź nas też tutaj

Felieton

FELIETON: Od freestyle’owca do rapera

Opublikowany

 

alt

Od podziemnego fightera do gwiazdy rapu, od stówki za wygraną bitwę do miliona ze sprzedaży płyt – to iście hip hopowa droga, o której marzy pewnie każdy młody freestyle’owiec wsiadający co weekend do pociągu na kolejną imprezę.

Jednak w Polsce stosunkowo niewielu udało się przekuć podróże po bitwach w prawdziwy sukces w branży. Zastanawiałem się, czy powinniśmy mówić o tych, którym się powiodło, czy raczej o tych, którzy najmocniej się starają. Na czele mainstreamu nie roi się od rdzennych freestyle’owców i może wynika to stąd, że nie każdy z nich chciał się tam wdrapywać. Jest jednak paru, którzy już dawno zdecydowali się, by rzucić bitwy i zacząć robić hajs. I o tych paru na pewno wszyscy słyszeliście.

 

Takiego Dioxa zna każdy i każdy, kto oglądał choć parę jego bitew wie, że freestyle’owcem był co najwyżej przeciętnym, i że raczej nie temu zawdzięcza swój sukces na scenie. W ogóle w kontekście drogi od freestyle’owca do rapera nie ma co o nim za dużo rozprawiać, choć wspomnieć wypada.

 

Ale każdy zna też Te-trisa. I każdy wie też, że był przechujem na bitwach, a w studio dawał radę już od pierwszej podziemnej epki. Tet przebył długą drogę – od kolejki przed Grafenbergiem przez kultowe do dziś nielegale aż do „Lotu 2011” i „Definitywnie”. Nie była to druga na skróty, a podróż prawdziwego hip hopowca. Jak myślę o polskim raperze z krwi i kości to chyba obok Ostrego w pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy właśnie Tet.

 

Z kolei Solar i Białas przebyli chyba jeszcze bardziej iście hip hopową drogę niż ich starszy kolega. Po bitwach w całej Polsce jeździli dobrych parę lat, potem przebijali się podziemnymi mixtepe’ami, by dziś zacząć powoli stanowić o sile mainstreamu. Konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja. Chłopaki nigdy nie byli na bitwach najlepsi, nie każdy ich album był dobrze odbierany,  a z paru beefów zdecydowanie nie wyszli bez szwanku. I gdzie są teraz? Tam, gdzie chcieli i myślę, że nie żałują żadnej złotówki wydanej na podróże po scenie battle’owej ani choćby jednej ze zwrotek nagranych w studio. 

 

Quebonafide dla wielu być może wziął się znikąd, lecz w rzeczywistości jeszcze trzy/cztery lata temu zapierdalał po bitwach. Już na nich zyskał hype, który potem w studio pomnożył chyba z tysiąckrotnie. Pod tym względem można by go porównywać, do Dioxa, jednak z tą różnicą, że Quebo, krótko bo krótko, ale był zajebistym freestyle’owcem. Już na WBW 2012 pokazywał niemałe umiejętności, a jego pojedynczy, zajawkowy występ na eliminacjach kolejnej edycji mógłby dla Piha i wielu innych służyć jako film instruktażowy pod tytułem „Czym jest hip hop”.

 

Ta piątka to chyba najbardziej znani i zasłużeni w branży freestyle’owcy, ci którym naprawdę się powiodło. Oprócz nich nie można zapominać o Dużym Pe, mistrzu WBW 2004, który oprócz nagrania paru rapowych albumów i udziału w beffie z Pihem, słynie z organizacji najróżniejszych imprez muzycznych i nagrań w konwencji ragga .

 

O swoje na scenie od dłuższego czasu walczą też Flint i Theodor i niestety wciąż muszą walczyć, bo są cholernie niedoceniani. Kto pamięta WBW 09 wie, że Flint to jeden z najlepszych freestyle’owców w Polsce, a progres jaki uczynił od tego czasu jest naprawdę ogromny, co zresztą w pełni potwierdza wydana rok temu „Zła Sława”. Theodor też nie odpuszcza i ma się dziś pewnie dużo lepiej niż za czasów, gdy na WBW zmagał się z eliminacjami, by parę lat poźniej po odejściu tuzów zdobyć tytuł wicemistrza. Jednak wiadomo, że obaj chcieliby pewnie od rapu znacznie więcej.

 

Ci ostatni możliwe, że do dziś zastanawiają się, czy rzeczywiście warto się tak starać. Przykłady ich bardziej rozpoznawalnych kolegów pokazują, że zdecydowanie warto, ale pytanie, które nasuwa mi się na myśl, to, czy  bitwy freestyle’owe miały jakikolwiek udział przy osiąganiu przez nich poźniejszego sukcesu w branży?

 

W praktyce pewnie niewielki (no chyba, że jest się Filipkiem), ale nikt mi nie powie, że tacy Solar i Białas nie ukształtowali się rapowo przez podróże po bitwach. Kto słyszał różnice w linijkach i flow Beezego na początku jego występów na wolno i w szczycie formy, dobrze wie o czym mówię. Także Te-tris od 2004 roku poczynił na bitwach niemałe postępy, a przykładowy Quebo zdobywał na nich pierwsze rapowe doświadczania, które niedługo potem przekuł w jeden z najbardziej niebanalnych styli w Polskiej rapgrze.

 

Jasne, to wszystko jest i do ukształtowania w studio, ale jak już pisałem dla mnie w drodze od freestyle’owca do mainstream’owego rapera jest coś kurewsko hip hopowego. Tego, czegoś nie widzę w Dioxie i w Quebie raczej też nie, ale w Te-trisie, Białasie, Solarze, Dużym Pe, Flincie czy innych mniej znanych freestyle’owcach starszego pokolenia już jak najbardziej.

 

To oczywiście gówno prawda, że bitwy dały im promo większe niż label’e, lecz może paradoksalnie dały im coś więcej. To coś można by nazwać „freestyle’owym pazurem”, choć i to określenie zdaje mi się zdecydowanie za mało obszerne. Cotygodniowe pojedynki na scenie ukształtowały w nich prawdziwą pewność siebie, instynkt fightera, charyzmę i nieustępliwość. Słychać to na albumach, w pojedynczych kawałkach, a chyba szczególnie w dissach czy braggowych singlach.

 

Bitwy musiały im też dać poczucie, że na szczyt idą drogą prawdziwego rapera. Wolny styl to nieodłączna część rapu, a często nawet ta najbardziej zajawkowa. Kto potrafił w tę zajawkę zainwestować czas i pasję, nie myśląc o zyskach, by potem pójść po prawdziwy sukces w branży musi czuć, iż zrobił to w najbardziej naturalny i hip hopowy sposób jak to tylko możliwe.

 

Dlatego też osobiście mam ogromny sentyment i szacunek do old school’owych freestyle’owców, którzy stopień po stopniu wdrapywali się na szczyt. Widzę w nich prawdziwych zajawkowiczów i ludzi hip hopu. Kibicuje im i mega się cieszę, że choć części z nich udało się przekuć podróże po bitwach w prawdziwy sukces na pełnej farbowanych lisów scenie rapowej.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: