Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Grime – głos brytyjskich ulic

Gatunek, który wyparł w Anglii klasyczny hip-hop.

Opublikowany

 

Koniec poprzedniego stulecia to okres rozkwitu UK garage, jungle, dancehall, drum and bass, ragga, house czy rapu. Style te cieszyły się ogromną popularnością i rządziły na większości brytyjskich podwórek. Wszystko zmieniło się na początku XXI wieku, kiedy to paru nastolatków ze wschodniego Londynu postanowiło połączyć wszystkie te gatunki muzyczne i stworzyć jeden niepowtarzalny i najbardziej oryginalny – grime, który dziś opanował brytyjski rynek muzyczny i praktycznie całkowicie wyparł z niego klasyczny hip-hop. To właśnie ze względu na grime początek poprzedniej dekady jest uznawany za najbardziej kreatywny czas dla współczesnej brytyjskiej muzyki.

Wszystko zaczęło się na londyńskich osiedlach komunalnych w Bow, niedaleko Stratford i Canary Wharf. To właśnie tam w 2002 roku paru uczniów na prymitywnych komputerach komponowało pierwsze grime’owe utwory, które na początku polegały głównie na pozbawionych wokali instrumentalach. Z czasem coraz częściej w numerach grime’owych zaczęli pojawiać się wokaliści, powszechnie nazywani MC. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych cech tego gatunku było szybkie tempo ok. 140 bpm, które stawiało przed wykonawcami wysoko zawieszoną poprzeczkę, ponieważ wymagało od nich dużych umiejętności i techniki . Dla porównania w oldschoolowym rapie jest to ok. 80 bpm.

Scena grime’owa promowała się w niszowych, pirackich stacjach radiowych. Artyści puszczali tam swoje utwory, starając się docierać do jak największej liczby odbiorców. Nieodłączną częścią ramówek stały się freestyle, podczas których MC szlifowali swoją technikę i podnosili umiejętności. Z biegiem czasu gatunek ten opanował większość klubów w stolicy Anglii, co stało się przede wszystkim za sprawą Dj-ów, którzy prowadząc imprezy, często rapowali pod muzykę imprezową. W ten sposób Grime zyskiwał coraz większą popularność wśród młodzieży z najbiedniejszych dzielnic Londynu, będącej na marginesie społeczeństwa.

Jednym z prekursorów grime’u jest Wiley, nazywany przez niektórych ojcem chrzestnym tego gatunku. Ostatnio zrobiło się o nim głośno przy okazji beefu ze Skeptą, w którym udowodnił, że mimo lat na karku nadal należy do czołowych MC na scenie. Jego debiutancki album „Trenddin’ on Thin ice” znalazł się w pierwszej 50 najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii, jednak największy sukces komercyjny zawdzięcza wydanej w 2008 roku płycie „See Clear Now”. Singiel „Wearing My Rolex” osiągnął status platyny i na długo zagościł na listach przebojów czołowych stacji takich jak BBC Radio 1 czy MTV. Warto zauważyć, że utwór ten jest typowym połączeniem mocnego, charakternego rapu z muzyką imprezową, stanowi więc kwintesencje grime’u. W 2017 roku Wiley wydał płytę „Godfather”, która znalazła się na 9 miejscu na liście sprzedażowej i tym samym została najwyżej notowanym albumem muzyka w karierze. Wraz z premierą Brytyjczyk zapowiedział powstanie trylogii o tym samym tytule i już rok później wypuścił „Godfathera II”, który jednak nie powtórzył sukcesu swojej poprzednika. Wiley należy do bardzo twórczych raperów, jak na razie wydał 12 longplay’ów, a w przyszłym roku możemy spodziewać się kolejnego, zwieńczającego trylogię.

Grime’em szybko zainteresowały się media, a stało się to za sprawą Dizzee Rascala, który w 2003 roku jako pierwszy reprezentant tego gatunku został odznaczony najbardziej prestiżową nagrodą muzyczną w kraju-Mercury Music Prize. Na uwagę zasługuje fakt, że miał wtedy zaledwie osiemnaście lat. Jego album „Boy in da corner” sprzedał się w liczbie 250 tysięcy egzemplarzy i wprowadził grime do ścisłego mainstreamu. Co najważniejsze młodemu raperowi udało się udowodnić, że istnieje coś takiego jak muzyka uliczna, wcześniej krytycy z przymrużeniem oka patrzyli na artystów z niższych klas społecznych. Rascal był też pierwszym brytyjskim raperem, który osiągnął status gwiazdy międzynarodowej. Do dziś gra koncerty zarówno na wyspach, jak i w USA, Australii czy w Niemczech. Przez długi czas żadnemu innemu muzykowi grime nie udało się powtórzyć jego sukcesu. Dopiero ponad dekadę później zrobił to Skepta swoim albumem „Konnichiwa”.

Grime nie zyskał jednak uznania wśród władz Londynu, które wypowiedziały wojnę artystom i fanom tego gatunku. Jednym z jej przejawów było wprowadzenie kontrowersyjnego prawa, pozwalającego policji kończyć imprezy w grime’owych klubach bez okazania konkretnych powodów. Co więcej, stacje radiowe dostały zakaz puszczania niektórych utworów na antenie ze względu na ich agresywne treści. Na zakazanej liście był między innymi „Bow” Lethal’a Bizzle, który nie mógł być grany w żadnej radiostacji ani klubie na terenie Wielkiej Brytanii. Dyskryminujące regulacje, dotyczące imprez grime’owych obowiązywały aż do 2009 roku, kiedy wreszcie udało się wpłynąć na władzę i wykreślić ten przepis. Do dziś jednak przytrafiają się przypadki policjantów, powołujących się na to prawo przy aresztowaniach muzyków.

Przełomowym momentem w historii muzyki grime był występ Kanye West’a podczas gali „Brit Awards” w lutym 2015 roku. Amerykanin zagrał utwór „All Day”, a razem z nim wystąpiła cała armia brytyjskich MC, wśród których byli między innymi Stormzy czy Skepta. Nie wiadomo, w jakim celu Kanye zaprosił ich na scenę, ale pewne jest, że wpłynęło to bardzo na popularność grime’u za granicą. Dla wielu było to największe święto tego gatunku muzycznego w historii. Sceptycy pisali, że Brytyjczycy byli w cieniu amerykańskiej gwiazdy i stanowili jedynie tło występu, jednak sam fakt wystąpienia reprezentantów tych dwóch pokrewnych gatunków, jakimi są grime i rap, na tak ważnej gali był czymś wyjątkowym i wcześniej niespotykanym.

Mimo że grime wywodzi się wielu gatunków muzycznych, dziś kojarzy się głównie z rapem. Obecnie granica między nimi jest bardzo rozmazana. W muzyce grime artyści bardziej dbają o technikę i budowanie tekstu, można też zaobserwować większy szacunek do producentów, którzy w klasycznym hip-hopie nadal są bagatelizowani. Tutaj beatmakerzy są stawiani na równi z MC, którzy często zaczynali swoje kariery, tworząc podkłady muzyczne.

Główną cechą wyróżniającą grime jest szybkie tempo, sprawiające, że mało który raper spoza Wielkiej Brytanii sobie z nim radzi. Wyjątkowe pozostaje też to, że gatunek ten istnieje praktycznie tylko w krajach anglosaskich. W Polsce mieliśmy paru jego samozwańczych reprezentantów takich jak Wuzet czy Starku, jednak nie podbili oni sceny ani nie wpłynęli za bardzo na promocję tego gatunku w naszej ojczyźnie.

Za ogromny skok popularności grime’u w ostatnim czasie odpowiedzialni są przede wszystkim Stormzy i Skepta, którzy regularnie grają koncerty na całym świecie. Ich płyty „Gangs Signs & Prayer” (Stormzy), „Konnichiwa” i „Ignorance is Bliss” (Skepta) zostały sprzedane w ogromnych nakładach w Stanach Zjednoczonych i w kontynetalnej Europie, w tym także w Polsce. Stormzy stał się jeszcze bardziej rozpoznawalny po tym, jak udzielił gościnnej zwrotki na płycie Ed’a Sheeran’a w utworze „Take me back to London”. W remiksie tego singla wystąpili inni grime’owi artyści – Aitch oraz Jaykae. Mniej znanym faktem jest to, że Sheeran już wcześniej współpracował z innym MC-Devlinem.

Devlin to białoskóry MC, udowadniający, że grime nie jest zarezerwowany tylko dla afrobrytyjczyków. W swoich utworach, tak jak inni reprezentanci tego gatunku, opowiada o życiu w najbiedniejszych dzielnicach Londynu, z których się wywodzi. Na uwagę zasługuje przede wszystkim utwór „Community Outcast” , mówiący o codzienności ludzi z najniższej warstwy społecznej. Devlina nie wyróżnia tylko kolor skóry, ale także niezwykła charyzma i szczerość.

W najbliższym czasie możemy się spodziewać jeszcze większego wzrostu zainteresowania grime’em. Na scenę wchodzą coraz młodsi muzycy jak na przykład AJ Tracey czy Aitch, mający potencjał na podbicie nie tylko rynku brytyjskiego, ale i światowego. Przed nami także nowy projekt od Stormzy’ego oraz trasa koncertowa, w ramach której pojawi się między innymi w Warszawie.

źródła: „The Guardian”, www.capitalxtra.com, kanał „Vox” na Youtube

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: