Felieton
GSP wyjaśnia: moda na rap i produkty wytwórni – felieton
„Słuchacze jak zaczarowani dają sobie wciskać sam kit”.

Dzisiejszy rap w dużej mierze został zasypany natłokiem komercji i nieszczerości. Wielu świetnych artystów starej sceny pokochało pieniądze zamiast hip-hopu. Jestem w stanie częściowo zrozumieć ich motywację i to, że wielu z nich widząc, co się dzieje na scenie, poddało się i nie chce już z tym walczyć. Natomiast nie rozumiem kompletnie słuchaczy, którzy jak zaczarowani dają sobie wciskać ten sam kit, a są nim produkty dużych wytwórni, raperzy bez oryginalności skrojeni pod potrzeby rynku.
Wystarczy spojrzeć choćby na podopiecznych wytwórni Step, takich jak Dawid Obserwator czy Intruz. Pierwszy z nich syn prominentnego działacza PiS, który dzięki układom z władzą dostaje intratną posadę na PKP oraz mieszkanie, które sfinansowano z krwawicy zwykłych obywateli. Drugi, pozbawiony nawet krztyny talentu chłopak z gminu przygarnięty zapewne spod sklepu przez Pawełka ze Stepów, nieumiejący składać wersów z choćby szczyptą własnego stylu. Obaj trzymają się starych wałkowanych przez dziesiątki lat linii melodycznych oraz schematów, które w świecie nowoczesnej muzyki są od dawna passé. Czemu więc to właśnie oni zostali wybrani na reprezentantów tak dużej wytwórni, a nie jeden z utalentowanych undergroundowych artystów z sercem do rapu? Odpowiedź jest prosta: Dlatego, że łatwo ich kontrolować! Dawid, bananowy chłopak, który chodząc na wiece partyjne PiS, zawsze marzył, by być ulicznikiem. Dostaje szansę, by zmienić swój wizerunek społecznika, wiecznie kopanego przez tych, co systemu nie popierają. Trzeba mu przyznać, że nauczył się przynajmniej podstaw składania wersów… w przeciwieństwie do kolegi, który dorastając (tak jak i ja) w biedzie i patologii najwidoczniej takiej umiejętności nie wyrobił. Dla Intruza wytwórnia była szansą, żeby się z tej biedy odbić i przestać leżeć pijanym na osiedlowej ławce. Śmiało więc można powiedzieć, że uratowało mu to życie, lecz oprócz ślepej lojalności do ludzi, którzy myślą tylko o kasie nie zdobył nic, bo talentu nie da się kupić, a wielu lat treningów zastąpić gadaniem o swojej smutnej historii.
Myślę, że warto by tu wymienić również jednego z zawodników wytwórni GM2L. Alberto, który całe życie latał po Sulejówku, patrząc co tu wynieść na złom i usilnie starając się zacząć być „kimś” w świecie metropolii, jaką jest Warszawa, do momentu, kiedy to ktoś postanowił władować w niego dużą kasę. Dlaczego on? Zapytacie. Odpowiedź jest równie prosta, co logiczna. Ponieważ na polskiej scenie były dwie nisze. Pierwszą było to, że dawno przewidziany, chociażby przez Alcomindz, Oyche Doniza czy Young Multiego drill zaczął zdobywać zagraniczne sceny, drugą natomiast, że na polskiej scenie rapowej brakowało naprawdę czarnego artysty. Alberto pasował idealnie, a że przy tym nie pochodził z bogatej rodziny i nie był za mądry, w łatwy sposób dał się kształtować w kierunku udawanego pseudo brytyjskiego gangsta drillu z odrobiną sztucznego luksusu i strzelania z broni na kapiszony.
Wszystkich ich łączy to, że gdy przychodzi co do czego i trzeba pokazać rapowy pazur, zasłaniając się swoją wielką sławą oraz wyższością nad innymi raperami – unikają wszelkiej konfrontacji, która mogłaby zepsuć w oczach fanów ich wyidealizowany obraz rodem z kina lat 90’tych. Brakuje im obycia wśród ludzi związanych z tą kulturą, które pozwala w niej przetrwać na dłużej. Na szczęście dla nas i nieszczęście dla nich, prawdziwy rap to prawdziwe historie oraz emocje. Nasze życie, wzloty upadki i błędy – nie produkt, który ma stać na półce jak figurki z Wojny Klonów, pozbawione oryginalności, smutno bezbarwnie jednakowe. Nie mówię tu oczywiście o tym, że rap ma być pozbawiony fikcji literackiej, bo to utopia, a jak wiemy z twórczości Orwella, nie jest to nic dobrego. Chodzi mi tutaj o postać, którą jest taki raper. O to, że nie powinna być to rola narzucona przez koniunkturę tylko prawdziwe odbicie duszy artysty i niezależnie od pochodzenia, koloru skóry czy religii, a nawet poglądów powinna być szczera.
Dlaczego, zapytacie? Po co być prawdziwym? Powiecie, że to się nie opłaca. A ja odpowiem wam w imieniu swoim i każdego, kto kocha rap. Dlatego że sława, choćby największa bardzo szybko może przerodzić się w niesławę. Czar może prysnąć, wytwórnie znaleźć nowych frontlinerów, a szacunek słuchaczy zniknąć jak kamfora.
Wszystko idzie do przodu, czasy się zmieniają, ale na scenie od początku do końca zostają tylko ci, którzy prawdziwie kochają rap i potrafią o to walczyć. Spójrzcie choćby na takiego Peję lub Tedego. Obaj są z innych środowisk, przez co niosą ze sobą całkowicie odwrotny przekaz, trafiający do zupełnie innych ludzi. Każdy z nich miał swoje wzloty i upadki, ale jednak na scenie pozostali i z niej nie znikną. Nawet mimo ostatniej nagonki na Peję, z resztą nie pierwszej – jest oczywistym fakt, że jest to ktoś, kto budował tę kulturę i wciąż zostanie z nim niemałe grono oddanych słuchaczy. Niezależnie od nagłówków w rapowych magazynach.
Wracając do wytworów koniunktury, jako kontrast do Tedego i Peji – odwiecznych adwersarzy, którzy są na scenie od 25 lat, postawię Filipa Fergusona, który pojawił się na scenie znikąd, zrobił kilka wątpliwych hitów, a zanim człowiek zdążył go jakkolwiek poznać, przehulał zaliczkę od wytwórni i szybko obrócił przeciw sobie słuchaczy oraz scenę.
Pamiętam jak dziś, festiwal w Czaplinku gdzie grał „koncert wieczoru”, a ja grałem tuż przed nim. Działo się to wtedy, kiedy jego czar już rozpływał w bezmiarze pogardy, a ja dawno poświęciłem się bardziej krucjacie przeciw światu niż graniu. Postanowiliśmy wraz z chłopakami z 81 dać z siebie wszystko. Przygotowaliśmy świetny materiał. Stroje w stylu żołnierzy z kartelu, kamizelki kuloodporne i maczety przywieszone na paskach. Na nasze show zebrało się wtedy grubo ponad 400 osób. Były bisy i dodatkowe numery. Czasu było sporo, ponieważ jak to często bywa, niektóre supporty nie dojechały. W momencie, gdy schodziliśmy ze sceny i dawałem mu mikrofon, publika była rozkręcona na maksa i bawiła się świetnie. Wystarczyło, że zagrał jeden kawałek, a 90 procent ludzi widząc różnice w jakości wykonania, zwyczajnie wyszła. Natomiast ci, którzy zostali, poszli do stoisk z alkoholem czy jedzeniem albo usiedli gdzieś na drugim krańcu pola, żeby nie słyszeć z bliska tego smutnego występu. Pamiętam, że zostałem tam z chłopakami posłuchać go do końca, kiedy już nikt nie został przy scenie, bo było mi go żal, bo widziałem, że on już zrozumiał, że przegrał, zanim naprawdę zaczął rozgrywkę. Organizatorzy po wszystkim przeprosili nas (z resztą niepotrzebnie), że to nasz występ nie był tym głównym i dorzucili trochę ekstra siana za dobrze wykonaną robotę. Ja wciąż pamiętam jednak Filipa, jak tam stoi na scenie ze swoim hypemanem, nawijając do pustej widowni. To jest też przykład, jak duże wytwórnie często traktują artystów, kiedy ktoś przestaje być opłacalny i modny – zostawiają na pastwę losu takie produkty, jednocześnie bardzo często wiążąc ich kontraktami. W sytuacji, w której nie mogą zarabiać bez nich i z nimi już też nie – zawieszają ich w próżni twórczej bez możliwości samodzielnej rehabilitacji.
Wiem, że mój felieton nie jest w stanie zatrzymać tego, co dzieje się z dzisiejszym rapem, raperami i słuchaczami, że nie da się nacisnąć przycisku replay, żeby cofnąć czas i zacząć wszystko od nowa. Jednak wiem też, że wciąż zostało wielu takich, którzy rozumieją, czym jest ta kultura, jej korzenie i pochodzenie, i że, co by się nie działo, zostaną przy niej, nawet gdy ulotna moda się skończy.
Jeśli moje słowa otworzą oczy choć jednemu z młodych, znaczy, że nie były one płonne.
Na zakończenie chcę wam dać małą pracę domową z klasyk. Mianowicie kawałek WWO z 2002 roku „Moda”, który znajdziecie na dole. Track ten już wiele lat temu poruszał zagadnienia, które dziś omawialiśmy, choć w trochę innym kontekście. Moim zdaniem pozostał aktualny mimo zmian, które przetasowały siły na naszej scenie już niejednokrotnie.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl


Od premiery najnowszej płyty Dwóch Sławów minęły już dwa miesiące. Zdążyłam się z nią solidnie osłuchać i dowiedzieć, co dobrze by było opisać. Opinie o projekcie – wprost mówiąc – nie są najlepsze, co duet wziął już na klatę. Moje zdanie jest jednak nieco inne więc zapraszam na łyżkę miodu w beczce dziegciu.
Kryzys wieku średniego?
Zacznę prosto z mostu – uwielbiam ten duet. Na ich wielowymiarowe metafory trzeba kupić drukarkę 3D. Zabawa słowem, luz i humor to cechy, które niewątpliwie muszę im przypisać i wcale nie muszą nikogo do tego przekonywać. Ale, co w sytuacji, gdy masz za sobą dziesięć lat punchline’ów, wszechobecnej beki i hashtagów, a fani czekają? Jasne, możesz zrobić kolejny taki sam album, który i tak nie ma podjazdu do debiutu. Stąd najnowszy projekt Astka i Rada jest totalnie zrozumiały – dajmy im działać i się rozwijać. Kryzys wieku średniego i te sprawy.
Zabawa formą
A tak serio – spodziewaliście się kiedyś, że łódzki duet mógłby zagrać swoje numery na imprezie Świętego Bassu albo zrobi manifest polityczny, który będziecie podśpiewywać pod prysznicem? Chcecie starych Sławów – włączcie „Ludzi Sztosów”, proste. I oczywiście – jak większość z Was – analizowałam ten album na Genusie, łapiąc się za głowę po wytłumaczeniu kolejnego wersu. Jednak… to było dekadę temu. Nikogo zatem nie powinno dziwić, że przyszedł u panów czas na zabawę formą, poniekąd wyniesioną z projektu club2020.
Najwyżej będzie stójka lub parter
Czy „Dobrze by było” jest krążkiem bez treści? Złośliwi powiedzieliby, że tak. Ale obiektywnie patrząc – numery „Myślałem, że będzie gorzej” czy wcześniej wspomniany bez nazwy „To nie jest kraj dla kabrioletów”, mają to, co tygryski lubią najbardziej. Jest więcej śpiewów, autotune’ów i wtyczek niż kiedykolwiek. I dobrze by było trochę odpuścić, wychillować i zaakceptować ten wytwór, spięty słuchaczu. A, że krążek buja i na żywo miałam okazję sama się przekonać na trasie – a jakże! – „Dobrze by było Tour”. Już 4 kwietnia w ich mothership (czytaj w Łodzi) zagrają finałowy koncert więc jeśli w domowym zaciszu denerwują Cię te chłopy, daj im szansę. Najwyżej będzie stójka lub parter.
Felieton
Drugi koncert Quebonafide na Narodowym. Czy to jawne oszustwo? – felieton
Na pewno zachowanie nie po koleżeńsku.

Organizacja pożegnalnego koncertu Quebonafide przypomina zabawę w kotka i myszkę. Na pewno jest brakiem poszanowania dla słuchaczy, którzy kupili bilet i właśnie się dowiedzieli, że ostatni koncert rapera będzie miał kilka dat.
Wyobraźmy sobie sytuację, że kupujemy limitowaną płytę artysty za 200 zł, który deklaruje, że nakład tysiąca sztuk nie będzie nigdy wznawiany. Tymczasem zamiast cieszyć się z „białego kruka” w domu dowiadujemy się jeszcze w dniu zakupu, że z powodu dużego zainteresowania płytą postanowiono dotłoczyć drugi tysiąc egzemplarzy. Podobne do tej sytuacje już się zdarzały, ale płyty były dotłaczane po kilku latach. Tym niemniej, mamy tu do czynienia ze złamaniem umowy między artystą a słuchaczem, czyli ze zwykłym oszustwem.
Pierwszy, drugi… i trzeci – „ostatni koncert” Quebonafide
Podobnie jest z koncertem Quebonafide. W przeciągu bardzo krótkiego czasu, słuchacze mogą czuć się oszukani i to aż dwukrotnie. Za pierwszym razem, kiedy „Ostatni koncert Quebonafide” miał się odbyć online. Po kilku tygodniach, kiedy wykupiono bilety na wydarzenie, dowiedzieliśmy się, że wcale nie będzie to ostatni koncert, bo ostatni odbędzie się dzień później na PGE Narodowym. Kombinacje alpejskie, przesuwanie startu sprzedaży zakupu biletu to temat na zupełnie oddzielny wątek, ale to co się dzisiaj wydarzyło i jak zostały potraktowane osoby, które kupiły bilety na wydarzenie online powinno skończyć się co najmniej bojkotem ze strony odbiorców.
To jednak nie koniec kpin ze słuchaczy.

Oszustwo na drugi koncert?
W czwartek, w zaledwie parę godzin bilety na ostatni koncert Quebonafide na Narodowym zostały wyprzedane. Jeżeli ktoś miał szczęście, to po kilku godzinach walki z systemem bileterii i zacinającej się stronie kupił bilety. To nic, że będzie siedział gdzieś za przysłowiowym filarem, w ósmym rzędzie z daleka od sceny. Miał świadomość i satysfakcję, że warto było się pomęczyć, bo miało to być jedyne takie wydarzenie – unikalne, tak przynajmniej go zapewniano. Więc zamiast wcisnąć „Esc” postanowił wziąć nawet to najsłabsze miejsce, bo będzie częścią historii. Nic bardziej mylnego.
Po kilku godzinach ogłoszono, że „ostatni koncert” Quebonafide będzie miał jeszcze jedną datę. Dzień wcześniej raper zagra jeszcze jeden koncert. Dzień wcześniej! Przecież to brzmi jak absurd. Tuż po zakupie biletu, zmieniane są zasady gry i umowy między raperem a słuchaczem. Wygląda to jak celowe działanie i wprowadzenie kupującego bilety w błąd. Który koncert więc będzie tym ostatnim. Ten 27 czy 28 czerwca?
Quebonafide z ostatniego koncertu robi sobie trasę koncertową, choć przy zakupie biletu z nikim się na to nie umawiał. Ba, sugerował unikalne i jedyne tego typu wydarzenie. Tymczasem osoby, które walczyły dzisiaj o bilety będą musiały pocieszyć się zmęczonym artystą po występie dzień wcześniej i zleakowanym koncertem na TikToku.



Felieton
Zaginiona córka Magika. Kamka z „Rap Generation” to przyszłość sceny? – felieton
Uczestniczka programu zdobyła uznanie jurorów i widzów.

Za nami dwa pierwsze odcinki programu „Rap Generation”, po którym sporo emocji budzi Kamka – skromna raperka z klasycznym sznytem.
Kamka „zaginiona córka Magika”
Kamka wykonała w programie utwór „To nie GTA”. Spodobał się on Pezetowi, Malikowi i Leosi. Pierwsze recenzje występu Kamki wśród widzów są bardzo, ale to bardzo pozytywne – mówi się już wprost o nowej świeżości na scenie. Nie tylko komentatorzy hip-hopowi są pełni optymizmu, ale także słuchacze. Pod nagraniami z Kamką pojawiają się prawie same propsy:
- Lepszego flow nie słyszałem w polskim rapie od lat.
- Vibe jak Paktofonika.
- Zaginiona córka Magika.
- Malik jest w szoku, że można tak rymować.
- Leosia w końcu usłyszała prawdziwy damski rap.
- Rzadko mam ciary od muzy, dzięki młoda za emocje.
Czy Kamka to przyszłość sceny?
Pojawienie się newschoolu i nowej fali raperów zrewolucjonizowało scenę, ale nie spowodowało, że weterani tworzący klasyczny odłam zaczęli zdychać z głodu. Po kilku latach tryumfu młodej fali, dinozaury sceny zaczynają brać coraz głębszy oddech. Młodzi wracają do oldschoolu, co widać chociażby po ilości koncertów starych wyjadaczy. To też bardzo dobra wiadomość dla Kamki, która dała się poznać z klasycznej strony.
Najpopularniejsze raperki w kraju to twórcy newschoolowi, balansujący na granicy rapu i popu. Kamka jest ich przeciwieństwem i z automatu zdobyła przychylność sporej części odbiorców, którzy – powiedzmy sobie szczerze – nie przepadają za rapem Bambi, Young Leosię czy Oliwki Brazil. Dobrze poprowadzona Kamka może stać się jedną z głównych sił na polskiej scenie rapowej. To idealny czas na kobiecy trueschool – słuchacze o to zabiegają jak nigdy dotąd, rzygając cukierkowością i zbyt przesadną wulgarnością.
Kim jest Kamka
Kamka, czyli Kamila Podziewska to 20-latka pochodząca z Suwałk, która obecnie mieszka w Warszawie. Swoje numery publikuje od 1.5 roku, chociaż pierwsze teksty zaczęła pisać już w szkole podstawowej. W ostatnim czasie publikuje coraz więcej muzyki i nie boi się eksperymentować z różnymi gatunkami. Raperka może liczyć na wsparcie mamy, siostry, ojczyma i babci. Z tatą nie utrzymuje kontaktu.
Łączy rap z wojskiem
Kamila od lat interesuje się wojskowością. To studentka Akademii Sztuk Wojennych. Przez ostatnie dwa lata służy w Wojskach Obrony Terytorialnej: wyjeżdża na granice, poligony i ćwiczenia.
Felieton
Sentino spadł Truemanowi jak z nieba. Uwiarygadnia scamy – felieton
„Udawany milioner, największy pozer i scamer”.

Trueman został menagerem Sentino, pomógł wydać mu książkę, wypuścili razem płytę i przy jego medialności promuje swoje biznesy. Co najważniejsze – Sentino uwiarygadnia je, a ten może docierać do nowej grupy docelowej, którą łatwo scamować.
Trueman to postać pozująca na milionera, która uchodzi za płynnie poruszającego się po biznesach internetowych i kryptowalutowych. Za każdą z jego działalności ciągnie się jednak potężny smród, a na największych forach o zarabianiu w sieci jest określany przez użytkowników jako scamer, czyli oszust.
Sprzedawca ebooków
Początkowo internetowa działalność Truemana opierała się na tworzeniu filmów na temat innych twórców. Szybko jednak przeszedł do sprzedaży własnych ebooków. W 2020 roku ukazał się „Milioner 2021”. W ebooku obiecywał jak zarabiać setki złotych dziennie na afiliacji kont bankowych. Osoby, które dały się namówić na zakup magicznej wiedzy Truemana, twierdzą, że poradniki finansowego influencera to same ogólniki i oczywistości. Wszystko, co znajduje się w jego książkach, znajdziemy na pierwszym lepszym kanale o finansach.
I tak np. promowany przez niego projekt kryptowalutowy ScanDeFi okazał się być pump and dumpem, czyli oszustwem finansowym, który polega na sztucznym podbijaniu cen aktywów (w przypadku Truemana, cenę podbijały jego kontakty z influencerami), żeby potem na górce szybko je sprzedać, zostawiając innych inwestorów z bezwartościowymi udziałami. Na kryptowalucie zarobił oczywiście tylko Trueman, a straciły osoby, które mu uwierzyły, że zarobią. Z przekazów medialnych wiemy, że wzbogacił się na tym o ok. 180 tys. zł.
Punktem zwrotnym w jego karierze było podjęcie współpracy z Amadeuszem Ferrarim, który był idealnym uwiarygodnieniem działalności Truemana w sieci. Dzięki niemu mógł docierać do nowej grupy odbiorców i pomnażać na niej swój majątek. Jak sam mówił, w wieku 20 lat miał na koncie podobno 4 mln zł. Prowadził też rzekomo 12 firm. Jego nazwiska próżno jednak było szukać w KRS czy CEIDG, a jedyną działalność jaką miał, była ta otworzona w 2022 roku.

„Oscamował tyle ludzi. Łapią się na to dzieciaki”
Wśród społeczności skupionej wokół zarabiania w Internecie Trueman jest spalony, mając opinię scamera, z którym nie warto wchodzić w żadną współpracę.
„Ten gość opiera się tylko na farmazonach. Łapią się na to dzieciaki, które myślą, że jak kupią ebooka to będą robić kasę jak ich idole z Internetu. Tu nie ma żadnej wartości.”
„Gościu przecież tyle ludzi oscamował, czy to na fake krypto, bukmacherka czy kij wie co jeszcze. Tak jak wszystko inne, zapewne jego aktualna działalność opiera się na wyłudzeniu jak największej kasy i rozpoczęcie kolejnego „biznesu”.”

Sentino – uwiarygadniacz
Co więc można zrobić w sytuacji, kiedy branża nie chce mieć z tobą nic wspólnego? Poszukać odbiorców w innej, robiąc biznes na tych, którzy cię jeszcze nie znają i próbować założyć własną społeczność. Pomóc w tym może ten, który ma już wierną grupę fanów, czyli w tym przypadku Sentino.
Obecnie Trueman działa jako menager Sentino. Pomógł wydać mu książkę, razem również wydali płytę „BNP”. Współpraca z raperem otworzyła mu nowe możliwości i dotarcie do całkiem innej grupy odbiorców i to liczonej w setkach tysięcy. Bazując na stałej grupie słuchaczy Sentino i jego muzyki, Trueman chce spieniężyć swoją współpracę z raperem kolejnym biznesem – BNP.Global. To społeczność, która ma zrzeszać „scammerów, finesserów oraz hustlerów”.

Sentino wydaje się być do tego idealną postacią, która od lat polaryzuje środowisko rapowe, ale ma też zaufane grono fanów. Panowie zaczęli właśnie promować nowy biznes, oczywiście pokazując jak bardzo są zarobieni, bo nic nie działa tak na wyobraźnię, jak kupno bransoletki za 20 tys. zł czy okularów za 5 tys. zł

– Idziemy jeszcze po najdroższą torbę, która jest w Louis Vuitton dostępna, która jest w cenie samochodu polskiego rapera – mówi Sentino w pierwszym vlogu reklamowym, którego zadaniem jest napędzić jak największą ilość osób do zakupu dostępu do nowej platformy Truemana.
Niestety, po komentarzach widać, że współpraca Treumana z Sentino jest strzałem w dziesiątkę. Tylko nieliczni dopatrują się w ich biznesie czegoś niepokojącego. Dodatkowo jakiś czas temu pojawiła się informacja o pogodzeniu się Sentino z Malikiem i ich spotkaniu w Paryżu, do czego miał doprowadzić sam Trueman. Czy szef GM2L będzie kolejną osobą, która ma uwiarygadniać szemrane biznesy, czas pokaże.

Felieton
Lacazette ratuje niemiecki rap – felieton
Młodego rapera propsują m.in. Capital Bra, Celo, Abdi, Loredana i Kolja Goldstein.

Niemiecki rap od pewnego czasu nie ma zbyt wiele do zaoferowania i to samo zdanie podziela raperka Loredana. Ciężko robi się na sercu słuchaczy, nie ma co ściemniać, że niemiecka scena była po francuskiej jedną z najmocniejszych w Europie, a tu ledwie kilku artystów nadaje się do konsumpcji. Obecnie albumy wpadają w jedno ucho i tak samo szybko wylatują drugim. Treści oraz teksty nie trenują mózgu, nie bawią, ani nie intrygują. Jadąc w Sbahnie grzebiesz coś na telefonie i nawet nie wiesz, czego słuchasz. Do czasu aż pojawił się Lacazette, który zmusza odbiorcę do poświęcenia mu inkluzywnej uwagi.
„LID” – album roku 2024
Nazywa siebie samego ratunkiem niemieckiego rapu i raczej nie będzie musiał składać od tego apelacji. Nikt nie zarzuci mu niekompetencji albo ghostwritingu. Jego album “LID” bardzo szybko po premierze usytuował się na 5 miejscu top albumów. Muzyk nie był żadną wielką figurą undergroundu. Zrobiło się o nim bardziej głośno, kiedy kawałek “H&K” puszczał w samochodzie Capital Bra, co w pewnym stopniu pomogło newcomerowi na uzyskanie pierwszego rozgłosu. Typ pojawił się tak naprawdę znikąd i nie wiemy o nim zbyt dużo. Od początku wspierają go Gringo i Kalazh44, którzy propsują ciężką pracę chłopaka związanego z Labelem Baklava Music. Celo i Abdi w jednym z wywiadów również przychylnie odnieśli się do berlińczyka. Ten duet obok Haftiego, to ojcowie Straßenrap w Niemczech.

Milion euro zysku
Pochodzący ze Steglitz- Zehlendorf raper nie postawił na typową ścieżkę kariery. Zazwyczaj jako newbie robisz drop dwóch kawałków i czekasz po dobrze przyjętej premierze na deal z Universal albo Sony. Lacazette natomiast, nagrał aż 13 klipów w bardzo podobnej, ulicznej, zimnej stylistyce mrocznego Berlina, które na YouTube przyniosły mu ok. 1 miliona euro zysku. Estetyka dość już znana, ale przedstawiona w innej, ciekawej perspektywie, owiana tajemnicą i zawadiackim spojrzeniem muzyka.
Inteligentny uliczny rap
Lucky sprawił, że niemiecki rap dostarcza słuchaczowi i szerokiej grupie wiekowej odbiorców, dużej przyjemności. Streetrap doczekał się w końcu chwytliwych i inteligentnych wersów, przeplatanych ironicznym humorem. Grek lubi czasem znikąd wypuścić zaskakujący, humorystyczny punchline jak: “Dostawca jest Niemcem, ale biega jak Hakimi” (“Läufer ist Deutscher doch rennt wie Hakimi”) czy “Przyjdę do Twojego akwarium Cię wyłowić” (“Ich komm’ in dein Aquarium, dich rausfischen”), “Bycie mądrym jest niebezpieczne, niebezpieczne nie jest mądre” ( “Schlau sein ist gefährlich, gefährlich ist nicht schlau”).
Trafnych fraz posiada on tak wiele, że musiałabym zrobić dla was jakąś best of listę. Dykcja Lacazette jest wybitnie on point, dlatego myślę, że ze spokojem zrozumiecie jego teksty, nawet jeśli Wasz niemiecki nie jest na wygórowanym poziomie.

Wyróżnia się na monotonnej scenie niemieckiego rapu
Wallah! Na albumie nie znajdziecie autotune, za to solidne beaty w klasycznej stylistyce, uwaga to nie jest codeinowy rap, afrobeat albo hiphopop. Fabuła traktuje o dealowaniu i używkach, zarabianiu hajsu, refleksjach oraz demonach. Mimo to raper ugryzł ten temat w inny, swój sposób, bez monotonnych adlibów o double cup czy fat ass. Lucky postawił na dobrze napisane teksty, przekaz i porządny warsztat, co słychać przez to jak buduje zdania czy zgrabnie łączy rymy. W kunsztowny sposób akcentuje słowa, wyróżniając go tym pośród monotonnej sceny niemieckiego rapu. Po pierwszym odsłuchu jego twórczości byłam pewna, że to jakiś streetowo doświadczony, grubo po 30-tce typ. Bity są bardzo klasyczne jak na obecne czasy i trendy. Obecnie wielu niemieckich artystów, takich jak Loredana wrzucają na Instagram jego utwory. Respekt oddał mu także sam wielki Kolja Goldstein, który koleguje się z managerem Lacazette.

210 mln streamów
Zawadiacki i charyzmatyczny raper, który nazywa swoich słuchaczy Matrosen ma w sobie pewną aurę, która spodobała się szerszemu gronu odbiorców, dając mu 210 milionów streamów albumu na Spotify. Przywraca to wiarę w to, że ludzie są głodni dobrej muzyki, a album Luckiego leci non stop on repeat!
Beaty wyprodukowali min: jroc, 808swerve, Sam4prod, yung.rox, jaydon6jam, goldfinger030, murdsdrum, maccrazy1.
Lacazette „LID” – odsłuch albumu
-
News5 dni temu
Kizo viralem za granicą. Fani zdruzgotani, a szkoły angielskiego chcą się wybić
-
News3 dni temu
Liroy pokazał środowy palec kibicom z Radomia
-
News3 dni temu
Kizo komentuje viral z zegarkiem
-
News3 dni temu
Fragment kłótni Brauna i Winiego rozbił bank interakcji w sieci
-
News3 dni temu
Koziołek za 100 zł zawiązał buty swojemu rywalowi
-
News5 dni temu
Ten Typ Mes wraca w koronie cierniowej. „Miło nie będzie”
-
teledysk2 dni temu
Fazi, Mei, Peja, Pih i ich „Plugawa retoryka”
-
News2 dni temu
Chris Carson, Gucci Mane, Juicy J i trzy butelki Bociana