Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Jak stworzyć album roku i zawstydzić Black Milka? |FELIETON

Opublikowany

 

Mógłbym przysiąc, że najczęściej odtwarzanym przeze mnie utworem w ciągu ostatniego roku był Trillmatic. Na niespełna czternaście milionów wyświetleń tego wideoklipu z całą pewnością przynajmniej jeden milion jest wygenerowany przeze mnie. Sądzę, że nigdy nie namówiłbym się do pierwszego odsłuchania, a co za tym idzie nie zakochałbym się w nim, gdyby nie gościnny udział Method Mana w nagraniu. W końcu stylistyka A$AP Mob jest daleka od mojej ulubionej, a A$AP Nast to nie A$AP Rocky, którego dopiero później polubiłem za sprawą (trochę doorsowego) L$D. Sam utwór jest genialny i zaskakujący, to niepodważalne! Trudno więc, żebym podczas tylu odtworzeń zapomniał o pewnej kwestii, która właśnie do mnie wróciła niczym Arturo z zaświatów, gdy jeszcze oglądałem Pierwszą miłość.

Zastanawiam się, jak stworzyć klasyczny album? Czy w czasach, całkowicie zdominowanych przez trap, cloud rap lub kolejną stylistykę, której nawet nie odróżniam od poprzedniej, jest szansa na klasyk? Na niezapomnianą płytę, utrwaloną w pamięci na długie lata lub będącą przedmiotem analiz w podręcznikach szkolnych? Pewnie, że jest taka szansa! Good Kid, M.A.A.D City albo My Beautiful Dark Twisted Fantasy stanowią tego wzorcowy przykład. Mam jednak na myśli album, którego warstwa muzyczna oparta jest w całości o sampling i surowe bębny z EMU SP1200, bez wzbogacania jej o melodie z zastosowaniem Mooga czy TR-808. Album, dzięki któremu w oczach zamiast źrenic natychmiast pojawia się plac zabaw, Fiat 125p i spodnie w lampasy. Taki, który nie przejdzie niezauważony jak – niestety – dwa ostatnie dzieła Large Professora. Uściślając, czy może dzisiaj powstać płyta, którą położylibyśmy na półce pomiędzy Illmatic, Reasonable Doubt, Ready To Die i nie przenieślibyśmy jej na inną, nawet gdybyśmy nagle postanowili posegregować płyty według roczników? Może, a jakże!

 

W moich rozważaniach chciałbym pominąć kilka oczywistości. Miks i mastering należy oddać w odpowiednie ręce, bezapelacyjnie. Realizacji okładki i poligrafii musi się podjąć uzdolniony grafik, ilustrator lub ewentualnie fotograf, nie inaczej. Wykluczam również flow i teksty. Rap ewidentnie nie może stać na niskim poziomie, a musi co najwyżej na przyzwoitym. Warstwa tekstowa z kolei jest na tyle osobistą i indywidualną sprawą, że niezależnie od tego, czy obieramy za jej pomocą bardziej zaangażowaną społecznie postawę, czy nawołujemy wygłodniałych samców do lizania cipek, szanse na klasyk są identyczne. Teksty muszą być naturalne, wiarygodne i nacechowane emocjami. Historia pokazała niejednokrotnie, że na klasyk składały się nagrania, zawierające teksty złożone kiepsko, ale przepełnione treścią, a także zakręcone niczym Boomer w okrągłym opakowaniu, lecz mówiące mniej niż reklama tejże gumy. Ograniczam się więc wyłącznie do warstwy muzycznej. Obok producenta nawet nie stałem (Cok i KAEES się do mnie nie przyznają), toteż zastanawiam się nad tym z pozycji… selekcjonera? Moim narzędziem jest ucho, nie sampler. Dopytam: da się?

 

Hip-hop świadomie uciekł od swojej tradycyjnej formuły, ponieważ ona już zdążyła się wyczerpać. Producenci prawdopodobnie poczuli się ograniczeni zastanym kanonem i zaczęli eksperymentować. Klasyczny proces tworzenia poszerzony został o fuzję z innymi gatunkami. Ewoluował. Używa się innego sprzętu lub preferuje się inne używki podczas pracy nad muzyką. Szuka się alternatywnych rozwiązań. Niestety w ostateczności te alternatywne stają się powszechnymi, a hip-hop muzycznie kuśtyka po bliżej nieokreślonej przestrzeni. Acz wąskiej. Czasami przybiera taki kształt, za który niegdyś skazywano na ostracyzm, a pojawiał się jedynie jako dowcip z ust tych najprawdziwszych. Wszyscy wiedzą, że ewolucja przypomina sinusoidę. Nie opłaca się jednak cierpliwie czekać na powrót klasycznych brzmień. Trzeba działać! Tylko jak?

 

"Założę się o kontener płyt z USA, że gdybyśmy spróbowali powtórzyć sesję nagraniową „Illmatic” (…) ostateczny kształt tego arcydzieła byłby inny"

 

Powtarzałem kilka razy, że inspiruję się różnymi gatunkami. Dzisiaj jest to psychodeliczny rock, jutro może być to brytyjska elektronika. Zawsze natomiast wracam do rapu z lat dziewięćdziesiątych. Nawet o tym mówiąc się powtarzam, ale właśnie dlatego ubzdurałem sobie znaleźć receptę na płytę idealną, która zabrzmi jak żywcem wyjęta z tamtych czasów. Są ludzie, którzy konsekwentnie kroczą dawno obraną ścieżką i z niej nie schodzą. Ich najnowsze produkcje współcześnie już tak nie porywają i zostają pominięte w podsumowaniach. Przywoływałem już Large’a Professora w tym kontekście, ponieważ jest pierwszym z brzegu przykładem tego, o czym mówię. Może to smutne, ale niestety prawdziwe. Kiedyś nawet nie przypuszczałem, że w przyszłości to powiem, ale nie pamiętam tytułów jego dwóch ostatnich płyt. Całkiem niechcący przewinąłem jeden z jego nowych teledysków i gdzieś tam zasłyszałem, że zakontraktowany jest z Fat Beats. Nie zachęcił mnie ów klip najwidoczniej do przetestowania reszty. Wolę więc włączyć Breaking Atoms lub tysięczny raz Daily Operation. Nawet pomimo tego, że ten skurwysyński, charakterystyczny i wypracowany latami styl Pro uwielbiam! Podobne odczucia żywię do DJ Premiera, któremu naprawdę wiele zawdzięczam. Można nawet powiedzieć, że pewnego razu odmienił moje życie. Co prawda o nim już dziesięć lat temu mówiono, że twórczo się wypalił, a ni stąd ni zowąd opublikowali wspólnie z Termanologym Watch How It Go Down, przez które nabawiłem się zgryzu, ponieważ szczękę z podłogi zbierałem bodajże przez cały rok od premiery! Problem jednak występuje.

 

Co więcej, to smutne zjawisko – i stwierdzam to ze łzami w oczach – dotyczy również takich nazwisk jak Diamond D, Buckwild czy Pete Rock. Bez wyjątku. Dobrze, że chociaż Q-Tip już nic nie robi. Zaprzestano nawet mówić o ich spadkobiercach jak Illmind, M-Phazes czy Nottz. Hi-Tek eksperymentuje z elektroniką. Ostatni album Black Sheep (pomimo obsadzonej konkretnymi ksywami listy utworów) znalazłem przez przypadek, za sprawą jakiejś sugestii, szukając w sieci zupełnie czegoś innego. KRS-One nagrał album wspólnie z True Masterem, a dywagując tutaj sobie, dowiedziałem się jeszcze mimochodem, że i z Freddie Foxxxem. Ktoś o tym słyszał? Nie, ponieważ to już nie ten sam Freddie Foxxx czy KRS-One. Założę się o kontener płyt z USA, że gdybyśmy spróbowali powtórzyć sesję nagraniową Illmatic, otworzyli D&D Studios, zebrali w nim te same persony i nakazali odtworzyć cały proces twórczy z precyzją wizji lokalnej, ostateczny kształt tego arcydzieła byłby inny. Czasy się zmieniły, technika. Wrażliwość artystyczna lub forma ekspresji. Inspiracje. Tło społeczne i polityczne. Organized Noize w ten sam sposób nigdy nie powtórzyliby tego samego ATLiens. Tak poza tym to Nas przed każdym nowym albumem zapewniał, że będzie on lepszy od debiutu. Niestety – żadna jego płyta już nie dorównała Illmatic. Jak więc zrobić ten pieprzony album?

 

W tym celu musimy zebrać utwory, które nie nużą i z powodzeniem wwiercą się w głowę słuchacza dożywotnio. Napakowałbym więc album wyłącznie utworami o stylistyce zbliżonej do Trillmatic. Właśnie tak! Uważam ten utwór za taki, który mógłby stanąć na ringu i powalczyć bez szwanku z każdym nagraniem, którego premiera miała miejsce we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. W czym więc tkwi jego fenomen? Dlaczego stanowi namiastkę tamtych lat? Skąd ta pewność, że płyta złożona z bliźniaczych piosenek zostałaby zapamiętana jako klasyka gatunku? Z pewnością każda odpowiedź na powyższe pytania będzie mocno subiektywna, ale pójdźmy za ciosem! Początkowo byłem przekonany, że działa on na mnie podświadomie, ponieważ próbka, którą wykorzystano przy produkcji podkładu, pochodzi z The World Is A Ghetto autorstwa WAR – z nagrania, które znajduje się na podium moich najukochańszych utworów. Stwierdziłem jednak, że to niemożliwe, ponieważ przypomniałem sobie nagle skąd pochodzi sampel wykorzystany w mistrzowskim The Red duetu Jaylib. Z nagrania, które jest – mówiąc najmniej krzywdząco – beznadziejne. Można więc wyrzeźbić Oktawiana Augusta z gówna. Zastanawiałem się dalej. Bas? Brzmienie?

 

Apollo Brown, mimo że gdzieś przebąkiwał o niekorzystaniu z odsłuchów i robieniu beatów za pomocą sławetnego Cool Edit Pro, wespół z OC stworzył ponadczasowe nagranie, “The Pursuit”, które też mogłoby się znaleźć na moim wymarzonym albumie. Tutaj najbardziej smakuje właśnie bas i brzmienie. Sampel mniej, lecz gdyby nie smakował, nie rozmyślałbym o nim w tej kategorii. Dopiero jak usłyszałem Twenty Fifty Three duetu L'Orange & Kool Keith, uświadomiłem sobie pewną rzecz. Oprzytomniałem i zauważyłem, że wszystkie wyżej wymienione beaty zawierają jeden wspólny mianownik, będący kluczem do sukcesu. Te sample są po prostu hipnotyzujące! Tak, są hipnotyzujące, a beaty minimalistyczne. Hipnotyzujący sampel i prosta, minimalistyczna konstrukcja podkładu stanowią o sile w nagraniach, których proces twórczy ma pewne ograniczenia. Nie mam więcej argumentów, ale mam jedną radę dla producentów: szukajcie tego sampla, dopóki nie poczujecie się jakby ktoś machał wahadłem przed waszymi oczami. Jeśli będziemy mieć okazję do zrobienia czegoś razem, poszukam go z wami! Sięgnę do moich płyt, a jak będzie trzeba, to ukradnę jakąś płytę Cokowi!

 

Zróbmy ten pierdolony klasyk!

Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: