Felieton
„Kolega miał być od muzyki, ja od pisania najgorętszych tekstów” |FELIETON
Pozostaje tylko płacz i zgrzytanie zębów.
Mam 27 lat, a potrafię wcielić się w rolę zarozumiałego dzieciaka, który momentami bez żadnego wyraźnego powodu – niemal dla zasady – uprzykrza życie przyjaciołom, znajomym z pracy czy mijanym przechodniom. W takiego dzieciaka, który to najbardziej Cię wkurwia, gdy stoisz w kolejce po zwykłe zapałki, a ten tylko drze ryja, płacze, smarka w rękaw i wyzywa matkę, ponieważ zachciało mu się akurat w tej chwili bajeranckiego samochodu z BBurago. Nie słucha jednak tłumaczeń bezradnej matuli i chyba nie zdaje sobie sprawy, że stoimy wszyscy za swoimi sprawami w ogólnospożywczym. Dokładnie tak, potrafię taki być. Z nieuzasadnionych przyczyn. Przychodzi mi to zupełnie naturalnie niczym oddech. Być może jest to wypadkową rozczarowania rzeczywistością – będąc jeszcze w gimnazjum inaczej sobie wyobrażałem tę całą dorosłość. Widziałem siebie jako wyluzowanego gościa, magistra, dyrektora na Polskę w międzynarodowej korporacji, mieszkającego w willi z basenem na przedmieściach wraz z dupeczką o urodzie Rosario Dawson, która urodziłaby mi trójkę szkrabów. Względnie jako prezesa, którego firma zostaje głównym sponsorem Zagłębia Sosnowiec, zdobywa z nim Mistrzostwo Polski i dostaje się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Ostatecznie skończyłem jako intelektualista po technikum ze skłonnością do autodestrukcji, tonący w długach, z których bezskutecznie usiłuje się wydostać. Wszystko zaś w imię poświęcenia i próby życia z mentalnością zwycięzcy! Pomimo poniedziałku, obejrzanego Wołynia, przeczytanych Beksińskich i obejrzanej Ostatniej rodziny oraz melancholijnego nastroju, postaram się trzymać nerwy na wodzy i w miarę na chłodno, acz bardzo osobiście i gorzko, przybliżyć w czym rzecz.
Pamiętam, że pierwsze moje przewartościowanie rzeczywistości nastąpiło w momencie, gdy rozpocząłem studia. A właściwie to gdy je zakończyłem. Przestałem studiować, obiecując sobie, że w następnym roku powrócę do dziennikarstwa. Nie stać mnie było na ich opłacenie, ponieważ zmagałem się z bezrobociem i zmęczony pożyczaniem siana od rodziców postanowiłem odpocząć do momentu, aż wszystko się ustabilizuje. Wyznaczyłem sobie w tym celu maksymalnie rok, a mija już siedem lat jak zniechęcony nawet nie rozmyślam o powrocie do dalszej edukacji. Wtedy mocno się załamałem psychicznie, stałem się wyalienowany i straciłem chęci do życia na kilka miesięcy. Całe moje wyobrażenie etapu wchodzenia w dorosłość nagle legło w gruzach. Uzmysłowiłem sobie, że rozczarowałem bliskich, że jako pierwszy z rodziny nie zdobędę wyższego, że nie zostanę jakimś wielkim uczonym, że roztrwoniłem pokładane we mnie nadzieje. Po latach celowo się oszukuję, ironizując, że byłem po prostu za dobry, dlatego przedwcześnie skończyłem naukę. Celowo, żeby się nie załamywać. Z odsieczą w podobnych sytuacjach powinna przychodzić pasja! Niektórzy wolą się zatracić w alkoholu lub w dragach, lecz w moim przypadku był to hip-hop. Paradoksalnie jednak ta alternatywa, mająca pomóc, niestety mnie zgubiła.
Pomyślałem więc, że skoro nie pójdę klasyczną drogą, polegającą na skończeniu studiów i pójściu do dobrze płatnej pracy, zacznę kombinować na różne sposoby. Postawię na poświęcenie, na ciężką pracę nad sobą, na zdobywanie wiedzy i doskonalenie się na własną rękę. Poniekąd osiągnąłem, co chciałem. Pracuję od kilku lat w jednej firmie, czuję się docenionym pracownikiem i w ramach wdzięczności nawet po godzinach rozmyślam nad tym, jak pomóc w jej rozwoju, żeby mogła utrzeć nosa konkurencji. Jestem ogromnie wdzięczny, naprawdę. Zechcieli mieć u siebie chłopaka z niezamożnej rodziny bez koneksji, przymykając oko na jego wykształcenie średnie, a doceniając zdolność niekonwencjonalnego myślenia, zaczerpniętego żywcem z zasad kultury hip-hop. Wiecie: styl, flow, oryginalność, kreatywność, świeżość czy wstręt do kopiowania. Dzięki temu też znalazłem tę pracę. Przestałem składać CV po magazynach czy fabrykach, a zacząłem kombinować. No i wykombinowałem! Pojąłem też, że papier w dzisiejszych czasach może służyć za toaletowy. Chyba, że skończyłeś bioinformatykę, to zwracam honor! Ale zaraz, zaraz… Dlaczego tylko poniekąd coś osiągnąłem, skoro jest względnie dobrze?
Chciałem odnotować sukces w muzyce, ot co. Nie mówię, że w rapie – w międzyczasie zafascynowałem się psychodelicznym rockiem, a poza The Moondogs nie wiem, czy ktoś w Polsce się tym gatunkiem trudzi. Planowałem rozwinąć swoje flow do poziomu Pharoahe Moncha, nauczyć się śpiewać, czy chociaż zawodzić, grać na basie. W tym celu się właśnie poświęcałem i niejednokrotnie zmieniałem priorytety. Życie w zasadzie opiera się na kilku prostych kwestiach i choć uważam się za oportunistę czy nonkonformistę, również mnie one dotyczą. Pragnienie miłości, spędzanie czasu z przyjaciółmi, chodzenie do pracy czy realizowanie się w pasji. Czy jak kto woli: dupeczka, osiedle, robota, hip-hop. Żeby osiągnąć sukces, trzeba z czegoś zrezygnować, ponieważ najzwyczajniej w świecie brakuje czasu, aby mieć wokół siebie cały komplet. Większość moich znajomych zrezygnowała z przyjaciół i pasji, a ja dla odmiany z dupeczki. Nie chciałem być rozpraszany, a doskonale zdaję sobie sprawę z mojej nadmiernej uległości przyjemnym rzeczom. Trwam w tym już długie lata. Kiedyś śmialiśmy się z Cokiem, że jak osiągniemy upragniony sukces, to będziemy już starzy, a same najatrakcyjniejsze niewiasty będą zajęte. Która by chciała czekać na nieodpowiedzialnego dżentelmena, obiboka i lekkoducha, bo tak wyglądam w świetle opinii społecznej? Wiele sie nie pomyliliśmy, jak się okazuje. Wszystkie dziewczęta, w których się człowiek niegdyś podkochiwał, dziś są już czyimiś żonami, natomiast do wzięcia zostały jedynie ciężarne lub bezzębne. Przyjaciele zwracali mi uwagę, żebym się w tym całym poświęcaniu nie pogubił, a ja wręcz się naburmuszałem i pukałem w czoło.

"Nabawiłem się tymczasem depresji, ponieważ zbyt wiele spraw mnie przerosło"
Pozostałe aspekty mojego dotychczasowego życia miały identyczny bieg i odbywały się pod dyktando żonglowania priorytetami. Zanim oddałem się bezgranicznie muzyce, aspirowałem do tytułu największego na świecie ultrasa. Rezygnowałem z ważnych uroczystości rodzinnych typu komunia mojej ulubionej kuzynki czy moje własne bierzmowanie, żeby pojawić się na meczu o stawkę. W konsekwencji pogorszyły się moje stosunki z rodziną. Kiedy byłem młodym idealistą, nie potrzebowałem pieniędzy. Kolega z klatki obok miał być od muzyki, ja od pisania najgorętszych tekstów. Inni koledzy spędzali wakacje nad Bałtykiem lub w Chorwacji, my woleliśmy wykorzystać brak ich towarzystwa na zajmowanie się muzyką, a nie latanie po osiedlu jak młodzi kamoryści. W konsekwencji zjeździli oni pół świata oraz widzieli piramidy, a jedynym miejscem za granicą, w którym byłem ja, jest czeska Ostrawa. Nie zobaczyłbym nigdy Wrocławia, Warszawy czy Poznania, gdybym nie pojechał tam wyłącznie za koncertami. Wymyśliłem sobie, że nigdy w życiu się nie opiję, aby zachować trzeźwy stan umysłu, co miało spowodować, że moje teksty będą najrozsądniejsze, wnioski w nich zawarte niespotykane, a pointy błyskotliwe. Nabawiłem się tymczasem depresji, ponieważ zbyt wiele spraw mnie przerosło. A jak w rozmowie z przyjaciółmi przychodzi czas na wspominki, rozgoryczony nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Okazuje się, że ich najlepsze wspomnienia pochodzą z najbardziej dzikich imprez. Przyznacie, że nie widzieliście na OLIS płyt młodych idealistów z Zagórza, prawda? Niestety nie zdążyliśmy i zamiast żyć z muzyki, musimy codziennie wstawać z samego rana, wyjść na autobus i dojechać do biura.
Kiedy idąc do stałej pracy przestajesz być tym gówniarzem z marzeniami, to właściwie jesteś bohaterem bajki o identycznym scenariuszu. Wypłatę przeznaczasz w większości na realizowanie swoich planów czy marzeń. Z tą różnicą, że spotykasz się również z dużą krytyką znajomych, którzy w tym czasie odkładają na mieszkanie bądź samochód. Dopiero chwila, w której zobaczą Twoją płytę na sklepowej półce uciszy ich skuteczniej niż ich dziewczyna, gdy zapomną o jakiejś tam rocznicy. Ostatnio jednak zastanawiam się, czy oni tak przypadkiem nie z troski o mnie? Kupiłem mnóstwo płyt, odkąd pracuję. Potrafiłem po trzech dniach od wypłaty powiedzieć, że jestem dopiero przed wypłatą. Oni jeździli po świecie, ja odwiedzałem wciąż te same miasta w pogoni za koncertami. Kupowali najnowsze telefony, ja płaciłem za miks swoich nagrań. Chodzili do kina, ja kręciłem teledyski. Płacili za naprawę swoich samochodów, ja kupowałem muzykę od różnych producentów. Z przyjemnością wydawałem pieniądze na powyższe dogodności, wierząc, że każda kupiona przeze mnie płyta wpływa na mój muzyczny rozwój oraz na sukces, który zwróci poniesione nakłady po jego osiągnięciu. Zastępowało mi to ten porzucony przed laty dyplom magistra. Dzisiaj spoglądam z rozżaleniem na zakurzony gramofon i setki – w połowie nieprzesłuchanych – płyt winylowych i kompaktowych, walających się po moim pokoju chaotycznie, dzięki czemu nie mieszkam w sprzyjających dniu powszedniemu warunkach. Jestem ogromnie rozczarowany! Czasami mam wrażenie, że mam jakieś 77 lat, nikogo nie słucham, jestem zamknięty w swoim świecie i tetryczeję, obwiniając wszystkich za moje porażki. Łapię się na tym zwłaszcza jak odczuwam wstręt do każdego opublikowanego zdjęcia znajomych, na których uśmiechnięci pozują gdzieś nad Morskim Okiem we frakach i sukienkach ślubnych. Tyle poświęceń z mojej strony, a tkwię w głębszej dupie niż tkwiłem. Bez efektów, bez wyników. Akompaniując Siarze: co się stało, że się zesrało?
Mam wrażenie, że nie miałem na tyle ambicji, żeby to poświęcenie należycie wykorzystać. Być może mam słabą psychikę, charakter, osobowość? Istotnie. W mojej rodzinie nie stroniono od alkoholu, więc często nie miałem odpowiednich warunków. Zamiast postawić na swoim, uciec na siódme piętro i pisać, wolałem wyjść i się poszwendać po osiedlu. Denerwowałem się, jak nie wierzono w moje umiejętności i krytykowano moje posunięcia; odgrażałem się, że jeszcze się spotkamy w Empiku, a wychodzi na to, że tylko im przyklaskiwałem. Zamiast konsekwentnie robić swoje, przejmowałem się byle pierdołą i głupim słowem krytyki, w efekcie czego przez długi okres nic nie robiłem, wciąż jedynie skrycie myśląc, że jeszcze się uda. Tak jakby się kurwa miało samo udać? Dopiero musiał nadejść pewien moment, w którym na nowo załapałem bakcyla i zacząłem dalej działać twórczo. Przez długi czas moją twórczość znała tylko szuflada, ale po pewnym czasie zdecydowałem, że wyciągnę ją stamtąd. Potrafiłem na szczęście ocenić poziom swoich umiejętności, co jest przydatną cechą. Nigdy nie pozwoli Ci ośmieszyć się przed ludźmi! Kiedy więc zrobiłem coś, co wydawało mi się na tyle wartościowe, by się pokazać, a nie miało zadowalających zasięgów, znowu chowałem ogon na jakiś czas. I – ku przestrodze moi mili – to jest właśnie przepis na zmarnowanie się. Czy coś jeszcze osiągnę? Wierzę, że tak. Spróbuję. Lepiej późno niż wcale. Skoro już jestem tym nieporadnym nieudacznikiem, to co lepszego mogę zrobić od próbowania? Znajomi już mnie bardziej nie będą krytykować, nie da się. Dla społeczeństwa już nie będę większym pasożytem niż jestem, nie da się. A z doświadczeniem, które mam i wiedzą, którą posiadam, w połączeniu ze zdolnością do nieszablonowego myślenia mogę spróbować. Da się! Nie mam nic do stracenia, a bardzo wiele do zyskania. A jeśli nawet, to sprzedam wszystkie płyty i znajdę sobie lepszą pasję. Niewymagającą myślenia, kombinowania. Spróbuję sił w tym, w czym śliczna Angela Nikolau jest najlepsza! W końcu w tym roku prawie zdobyłem Rysy, więc jest potencjał.
Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
-
News18 godzin temuTede wszedł między bloki i pokazał, czym jest rap. Bez promptera i telefonu
-
News3 dni temuTede pocisnął z Sokołem. Beef weteranów wisi w powietrzu?
-
News3 dni temuWiz Khalifa odwołał trasę, bo chcą go aresztować w Europie
-
News22 godziny temuPopek sprzedał swoje konto na Instagramie patoinfluencerowi
-
News2 dni temuTede składa przeprosiny w sprawie Sokoła i promptera
-
News4 dni temuJaś Kapela ocenił kontrowersyjny występ Sokoła w Gdańsku
-
News4 dni temuOjciec Maty o Trzaskowskim: „Nieosiągalny dla innych ludzi”
-
News1 dzień temuFokus i Rahim: „Dziś bardzo ważny dzień w naszej karierze”