Sprawdź nas też tutaj

Felieton

KOMENTARZ KAABANA: Pezet vs Sidney Polak

Opublikowany

 

alt

„CHCIELIŚCIE WYDYMAĆ FREDA, TERAZ FRED WYDYMAŁ WAS” – od tego pięknego cytatu można rozpocząć tekst traktujący o konflikcie na linii Pezet – Sidney Polak. Konflikt, który rozgrywa się rzecz jasna tylko i wyłącznie o hajs, bo przecież 30sto paro letni faceci nie umieją normalnie dogadać się w kwestii podziału zysku ze wspólnego przedsięwzięcia. Ale może po kolei.

Wszystko zaczęło się zaraz po premierze płyty „Dziś w moim mieście”. To w wywiadach promujących ten album Pezet zaczął zapowiadać następny już w kolejnym, 2011 roku. Znając tempo pracy Kaplińskiego nikt w to nie wierzył, jednak jak okazuje się po czasie – prace faktycznie trwały i były na dość zaawansowanym poziomie. Wpuszczone w czerwcu „Co mam powiedzieć” wskazywało na to, że Pezet chociaż raz dotrzyma słowa i datą premiery faktycznie będzie wrzesień 2011.

 

Wakacje minęły, gimbusy wróciły do szkoły, a z „Radiem Pezet” cisza. W eter poszły informacje o opóźnieniach, zaś nowym terminem był luty 2012. Z uwagi na pojawiające się w tzw. międzyczasie zapowiedzi, z których wynikało, że na płycie pojawią się tuzy brytyjskiej sceny – Kano i Professor Green przełknąłem – podobnie jak większość słuchaczy – tę pigułkę goryczy i spokojnie czekałem do lutego.

 

Wraz z początkiem 2012 teledyskiem z Fokusem kontynuowana była promocja, a także rozpoczęła się nawet przedsprzedaż płyty – przez kilka godzin można było ją zamawiać w opcji preorderu, jednak zaraz potem została wycofana z obiegu. Po raz kolejny bez żadnych informacji ze strony Pezeta, dodajmy.

 

Przez kolejne miesiące trwały dalsze przepychanki o hajs, podczas których producent projektu nie wytrzymał i w swojej audycji w Radio Roxy urządził prapremierę „Radia Pezet”. Ta informacja nie jest jednak zweryfikowana, jeżeli takie zdarzenie faktycznie miałoby miejsce, to na bank ktoś by to zrippował, tymczasem w Internecie nie ma o tym incydencie nawet wzmianki.

alt

W końcu obaj gentelmani doszli do porozumienia i ostateczna data premiery, czyli 4 września została dotrzymana. Tuż przed zakończeniem wakacji w eter został puszczony trzeci singiel, czyli „Supergirl” na bicie Auera.

 

Wraz z premierą płyty rozpoczęła się nagonka na Pezeta pt. „Pezet, jak mogłeś”. Słuchacze mieli pretensje w zasadzie o niemal wszystko, jednak największe cięgi zbierały bity. Co i raz na forach znajdowane były kolejne dowody na rzekomą nieuczciwość Sidneya, przejawiającą się korzystaniem z gotowych paczek (co oczywiście żadnym problemem nie jest).

Początkowo Pezet dystansował się od całej sprawy, w wywiadach podkreślał, że jest/był konflikt, ale dogadali się i nie ma nad czym debatować. W miarę jak nagonka przybierała na sile, rosła również frustracja rapera i zaczęło się przerzucanie winy na Polaka. Ukoronowaniem tego był utwór z JIMKIEM:

chodzi oczywiście o wersy:

„Jeśli ktoś coś spieprzył, to na bank był ten drugi człowiek”

 

W takiej sytuacji miarka ze strony Sidneya przebrała się (wcale się temu nie dziwię), czemu postanowił dać upust w autorskiej audycji, którą prowadził w Roxy (tej samej, w której miała miejsce rzekoma prapremiera „Radia”). 28 grudnia zeszłego roku, w swojej pożegnalnej audycji producent wyłączył wszystkie hamulce i przez bite dwie godziny raczył słuchaczy coraz to lepszymi ciekawostkami zza kulis współpracy z Pezetem (podaję najlepsze):

– płyta z Małolatem została wydana, bo temu drugiemu „hajs się nie zgadzał”,

– niepublikowanie utworu z Kano z powodu rzekomego lokowania produktu (wtf?!),

– w chuja cięcie odnośnie przyjazdów do studia i featu u Bednarka.

Do annałów przejdzie oczywiście tłumaczenie Pawła pt. „jestem pijany, nie mam na wachę, nigdzie nie jadę”.

 

Bez względu na to, czy Sidney również ma coś za uszami, to jednak przed nami pojawia się obraz rapera szukającego dziury w całym, uchylającego się od obowiązków i spraw, na które wcześniej się umówił. Mimo, że rzekomo jestem psychofanem Pezeta to chciałbym tutaj bardzo wyraźnie podkreślić, iż sążnista beka z niego.

Po tej audycji Internet wrzał, pojawiły się dziesiątki obrazków z Kaplińskim (bądź oboma) w roli głównej. Oprócz tego powstało nawet wydarzenie „zbieramy na wachę dla Pezeta”. W tym momencie po stronie rapera spina była dość poważna, a menager urządzał polowanie na założyciela tegoż eventu.

alt

W końcu po kolejnych kilkunastu godzinach doczekaliśmy się oficjalnego oświadczenia z drugiej strony:

„Współpraca z Jarosławem Sidneyem Polakiem zakończyła się odpowiednią umową, podpisaną tuż przed pojawieniem się w sklepach płyty „Radio Pezet”. Przedmiotowa umowa była negocjowana przez obydwie strony i Jarosław Polak zgodził się na wszystkie ustalenia w niej zawarte.

Z tego względu wszelkie niezadowolenie z procesu powstawania płyty, nieprawdziwe twierdzenia oraz upublicznianie faktu, że „zabrakło mi na wachę w moim nowym Audi”, pomówienie o niesłowność – na przestrzeni zaledwie trzech miesięcy od premiery płyty – należy traktować jako nieudolną, histeryczną próbę zwrócenia uwagi na swoją osobę, która pozostaje jedynie w cieniu tej produkcji i nie zbiera – zapewne wyczekiwanych – pochwał.

Już w 2008 roku pracowałem nad płytą z Małolatem, a moja wspomniana wizyta w studiu Jarosława Polaka w tym roku nie rozpoczęła żadnych prac nad naszym wspólnym albumem. Nasze spotkanie w 2008 roku sprowadzało się jedynie do niezobowiązującej rozmowy na temat wspólnych, przyszłych planów muzycznych.

Oczywiste jest, że pracując nad płytą „Dziś w moim mieście” planowałem koncerty i promocje tej płyty i była ona dla w tamtym momencie najważniejsza.

Razem z Małolatem zagraliśmy z tej płyty ponad 150 koncertów, odebraliśmy złoto, a jej wydanie w 2010 roku nie wpłynęło na termin wydania albumu „Radio Pezet”.”

 

Po kolei – tłumaczenie odnośnie płyty z Małolatem nie trzyma się kupy – wszyscy dobrze pamiętamy „spalony” dysk z roku 2008, dla jasności powinno być to ujęte w powyższym tekście, bo de facto „Dziś w moim mieście” w formie, w jakiej wyszło zaczęło powstawać mniej więcej w tym okresie, o którym wspomniał Sidney.

 

Po drugie to „umowa podpisana przez Jarosława Polaka”. Wszyscy teraz rzucili się na producenta, że „przecież się zgodził”. Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że stanął on przed dylematem: albo płyta wyjdzie na nowych zasadach, albo w ogóle”. Myślę, że każdy twórca wybrałby tę pierwszą opcję. Dlatego w tej kwestii wierzę Sidenyowi. Czas negocjowania „kontraktu” również wskazuje na to, że racja była po jego stronie.

 

 

I najśmieszniejsze: „upublicznianie faktu, że „zabrakło mi na wachę w moim nowym Audi””. 30 letni chłop nie umie przyznać się, że nie chciało mu się jechać do studia. Nikomu nie zaglądam do portfela, ale bekowe jest pisanie o 150 koncertach, które przecież przyniosły mu CO NAJMNIEJ 300 000zł. To jest kwota, za którą można kupić nowe mieszkanie, a on tłumaczy się brakiem 50zł na zalanie (nowego dodajmy) samochodu. Nawet jeżeli taka sytuacja faktycznie miała miejsce, to komunikacja miejska w Warszawie funkcjonuje i ma się dobrze, o czym osobiście zaświadczam jako dumny nieposiadacz prawa jazdy.

„Odnośnie utworu o roboczym tytule „Mamy to” z gościnnym udziałem rapera Kano, chcę wskazać na dwie zasadnicze kwestie. Utwór ten nie wszedł na płytę „Radio Pezet” z dwóch powodów. Po pierwsze nie udało się zamknąć kwestii formalnych związanych z prawami autorskimi. Po drugie ja sam nie byłem i nadal nie jestem zadowolony ze swoich zwrotek, a wartość artystyczna publikowanych przeze mnie utworów jest dla mnie ważniejsza niż gościnny występ znanego rapera. Rzekomy „wers sponsorowany”, który miał zawierać ten utwór to jedynie paranoiczne nastawienie Jarosława Polaka. Nietrafiony jest argument, że zablokowałem kawałek z Kano tylko dlatego, że Jarosław Polak „wypikował” jakiś jego fragment. Nigdy na żadnej mojej płycie nie napisałem w zamian za wynagrodzenie wersu promującego jakiś produkt. Zdarzyło mi się nagrywać takie utwory w ramach kampanii reklamowych, natomiast sytuacja taka nigdy nie miała miejsca na moim autorskim albumie.
Na emisję videorelacji dotyczącej powstania utworu z gościnnym udziałem Kano, mój management posiadał pisemną zgodę wszystkich zainteresowanych. W przeciwnym razie ten materiał nigdy nie zostałby Wam pokazany jako jeden z odcinków.”

 

 

Kolejny bekowóz. Kto w to uwierzy? Kawałek z Kano wszyscy już znamy i obiektywnie byłby on jednym z lepszych na „Radiu”. Równocześnie patrząc przez pryzmat poprzednich płyt rapera i ich poziomu wmawianie słuchaczom, że ten kawałek jest słaby jest po prostu kolejnym cięciem w chuja.

Przy okazji wskazuję także, że utwór pt. „Miejski Sound” znalazł się na płycie jako hidden track na wyraźną prośbę wytwórni EMI.”

Ciekawy jest również ten fragment. EMI wyraziło prośbę o znalezienie się tego utworu na płycie, a wiedział o tym tylko jeden z zakontraktowanych artystów? Coś tu jest nie tak i w to również nie wierzę.

Kolejną kwestią, którą muszę wyjaśnić jest kwestia tytułu płyty. Warunkiem wydania płyty „Radio Pezet”, który postawił Jarosław Polak, wbrew temu, co mówił w audycji, było umieszczanie jego pseudonimu przy każdym utworze bez względu na to, kto produkował ten numer lub umieszczenie jego nazwiska w tytule płyty. Przy singlu „Supergirl”, który w całości wyprodukował Auer widnieje dziś pseudonim Sidney Polak.”

Jest to chyba jedyny sensowny pocisk na swojego współpracownika, którego zresztą zainteresowany nie zechciał odbić. Rozumiem, że na płytę mogły wejść też bity innych producentów, o czym mówił sam Sidney, więc dlaczego rościł sobie prawa do doklejania jego pseudonimu?

alt

„Oświadczam, że nie dograłem zwrotki do płyty Kamila Bednarka, bo nie znalazłem na to czasu i nie miałem na nią pomysłu. Każdy artysta czasem tak ma, to chyba normalne i jak wcześniej podkreśliłem najważniejsza jest dla mnie wartość artystyczna publikowanych przeze mnie utworów.”

To teraz będzie miał dużo pomysłów, na przykład zwrotkę o braku pieniędzy na wachę i rozwalonym wyświetlaczu. Jeżeli tak faktycznie by było, to jestem PEWNY, że Sidney nie przetaczałby tego na antenie. Tanie tłumaczenie, czekam na odpowiedź Bednarka.

Co do koncertów, oczywiste jest, że ludzie którzy je grają powinni mieć do siebie zaufanie i czuć się dobrze razem na scenie. W momencie, w którym między tymi ludźmi nie ma chemii, decyzję dotyczącą składu koncertowego powinien podejmować artysta-wykonawca, a nie producent wykonawczy albumu.
Ultimatum koncertowe Jarosława Polaka sprowadzało się m.in. do tego, żeby przez dwa lata od premiery płyty „Radio Pezet” wyłączyć mi możliwość występowania i grania koncertów niepromujących tej płyty, czy też w ramach projektów, które wspieram i w których uczestniczę tj. Płomień 81 i Pezet/Małolat. Jednocześnie jego propozycja nie zakładała podobnych ograniczeń dotyczących jego występów solowych i z grupą T-Love.
Jarosław Polak otrzymuje każdorazowo wynagrodzenie producenckie z tytułu granych przeze mnie koncertów, niestety ten szczegół umknął jego „rzetelnej” relacji z naszej współpracy.”

Szkoda, że Polak w niedawnym wywiadzie dla CGM nie odniósł się do tego. Ta kwestia jest raczej nie do wyjaśnienia i trudno wierzyć którejkolwiek ze stron, wina raczej leży po obu.

 

Jak wspominałem już wyżej, po tej odpowiedzi Sidney przystąpił do teoretycznego kontrataku, konkretnie w „Programie muzycznym”, który prowadzą Rawicz i Zegler. Ten drugi oczywiście nie miał pojęcia o czym mówi, temu pierwszemu jak zwykle zabrakło jaj i zamiast rozwinięcia wątków mieliśmy wycofywanie się Polaka na pozycje „bardzo szanuję Pawła jako kumpla”, co po tak grubym pojeździe, jaki miał miejsce w zeszłorocznej audycji jest po prostu żenujące.

 

Na razie spór pozostaje bez rozstrzygnięcia, obie strony dały dupy, jednak zdecydowanie gorzej wypadł Pezet i jest to fakt. Jeżeli miał odwagę wykręcać się z przyjazdu to studia, to powinien mieć ją również do przyznania się, zamiast podłapywania żenującego wątku o benzynie. Może ktoś by to łyknął, jeżeli byłaby to jego pierwsza płyta i po godzinach dorabiałby w markecie, ale tak niestety nie jest. Poza pojedynczymi szczegółami racja jest po stronie Sidneya i liczę na to, że ostatni wywiad był jedynie nieporozumieniem i ściągnie Pezeta na ziemię (a ja napiszę kolejny komentarz).

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: