Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Najbardziej oryginalne postacie w historii polskiego freestyle’u |FELIETON

Opublikowany

 

W naszym rodzimym wolnym stylu od lat dzieją się na przemian rzeczy bardzo pozytywne, dziwne, a także niestety i żenujące. Dziś nie będziemy mówić konkretnie o żadnych z nich, lecz wyławiając z historii polskiego freestyle’u jego najbardziej niezwykłych przedstawicieli, ukażemy wam w pełni całą, drzemiącą w nim różnorodność.

Będą to postacie zupełnie niecodzienne, zazwyczaj na wskroś śmieszne i choć niemal zawsze stojące w cieniu popisów najlepszych freestyle’owców, to w dużej mierze stanowiące o prawdziwej istocie wolnego stylu. On bowiem nie może być oparty tylko i wyłącznie na przygotowanych schematach i krwawych punchline’ach, gdyż wówczas najzwyczajniej w świecie zatraca to, co w nim absolutnie najważniejsze, czyli element spontaniczności, zaskoczenia. A żeby go wprowadzić potrzebni są właśnie oni, ludzie, których oryginalność, kreatywność, a także często i głupota absolutnie nie zna granic.

 

Kiedyś w celu napisania zupełnie innego artykułu miałem przyjemność spotkać się z pierwszym mistrzem WBW, Rufinem MC. Przy okazji dłuższej rozmowy przy papierosie nakreślił mi on wówczas swoją własną filozofię bycia wartościowym wolnostylowcem. A brzmiała ona mniej więcej tak:

 

Freestyle’owiec nie może być schematyczny. Musi znajdywać milion różnych rozwiązań, być inny w każdym z kilkunastu wejść na bitwie. Liczy się pomysłowość, kolorowość. Oni mają biały czarny, może czasem szary, za to ja dojebie niebieskim, zielonym i fioletowym– opowiadał mi Rufin, którego słowa mogłyby również robić za motto przewodnie scenicznych poczynań postaci, które za lada moment pokrótce Wam przedstawię.

 

Problem w tym, że słowa Rufina można zrozumieć na wiele różnych sposobów. Za kolor niebieski mogą robić wersy o zabawach erotycznych ze zwierzętami, za zielony ciekawostki z życia za murami więzienia, a barwą fioletową może okazać się nawet i…dobrowolne obnażanie się na bitewnej scenie.

 

No cóż, być może część z Was zdążyłem już dostatecznie zniechęcić do czytania tego tekstu…I trudno, tych bardziej ciekawskich wciąż zapraszam do lektury. A myślę, że wybór pierwszej z najbardziej oryginalnych postaci w historii polskiego freestyle’u jest chyba dosyć oczywisty…

 

Gospel.

Ta ksywka mówi dziś sama za siebie. Nie chodzi rzecz jasna o rodzaj chrześcijańskiej muzyki sakralnej, a ….o jednego ze zdecydowanie najbardziej pojebanych polskich raperów. Gdybyśmy wszystkie wersy Gospela – zarówno te ze studia, jak i z freestyle’owej sceny- chcieli brać na poważnie, bez cienia wątpliwości stwierdzilibyśmy, że nie ma w polskim hip hopie równie zdegenerowanej postaci. Jednak, jeśli przyjmiemy na jego sceniczne wybryki sporą poprawkę, jeśli za każdym razem, słuchając go, mocno przymkniemy oko i ucho, zobaczymy, że Gospela naprawdę da się lubić…

 

A było tak chyba od zawsze. Już w latach 2006-2008, gdy raper szalał na wolnostylowej scenie, jego wersy o aktach seksualnych z przedstawicielami obojga płci, zwierzętami i w ogóle wszystkim, co  potrafi się ruszać, raczej wywoływały wśród zgromadzonej publiki, jury, a także innych freestyle’owców zupełnie pozytywne emocje, a w tym nawet i aprobatę.

 

I może to trochę dziwić, ale póki się tego nie zobaczy, w żadnym stopniu nie dane nam będzie tego zrozumieć. Cała ekspresja, ruch sceniczny Gospela w połączeniu z jego nawijką składa się w jedną, myślę, że naprawdę na swój sposób śmieszną i pozytywną całość.

 

Zresztą zobaczcie sami.

A potwierdzeniem tego, że ów pajaca, który to na co dzień robi za potulnego i profesjonalnego ogrodnika, rzeczywiście da się lubić, jest fakt, iż już po zejściu z freestyle’owej sceny radzi on sobie w polskiej rapgrze zupełnie przyzwoicie. Za jego plecami dobrze przyjęty, acz niezwykle pojebany mixtape, bardzo udany występ w Młodych Wilkach, a z kolei na jego facebooku 40 tysięcy like’ów, a pod kawałkami nawet i miliony wyświetleń.

 

Chyba więc w polskim hip hopie znajduje się także miejsce dla kompletnych świrów…

 

Bajorson.

O ile Gospela nie musiałem przedstawiać niemalże nikomu, o tyle ksywka drugiego z wybranych przeze mnie zawodników może niektórym z Was brzmieć już zupełnie obco. Jednak bez względu na to ile osób „ z zewnątrz” zdołało „kryminogennego” Bajorsona poznać, niewątpliwie już dziś jest on dla polskiego wolnego stylu jedną z absolutnie legendarnych postaci.

 

No bo kto prócz niego rok w rok wpadał na scenę WBW tuż po wyjściu zza krat aresztu? Oczywiście nikt i choć rzecz jasna w pobytach w więzieniu nie ma nic nadzwyczajnego ani tym bardziej przyciągającego, to już w samym Bajorsonie oraz jego sposobie bycia i zachowania na scenie jest już tego od groma.

 

Facet ma sylwetkę budującego formę nie tylko na kurczaku ochroniarza, ekspresję kompletnego szaleńca, a przy tym wszystkim- o dziwo- potrafi świetnie freestyle’ować. Hip hopowy publicysta, a w przeszłości wieloletni juror WBW Jakuza opowiadał mi kiedyś, że gdy pierwszy raz zobaczył na scenie Bajorsona był pewien, że ten gość jest zwyczajnie podstawiony, robi za sztucznie wykreowaną przez organizatorów ciekawostkę, która ma zabawiać zgromadzoną publikę. Jak się jednak okazało, nic bardziej mylnego…

 

Z wyłączeniem budowy ciała we freestyle’owcu z Błonia wszystko jest naturalne. On sam przyznaje, że zbudował sobie „kryminogenny fejm”, że bliżej niż do wydania płyty jest mu do kolejnej odsiadki, lecz mimo to potrafi bawić się na scenie w naprawdę najbardziej kreatywny i wyszukany sposób.

 

WBWtv w celu stworzenia materiału z najlepszymi wejściami Bajorsona musiało skleić aż trzy kilkuminutowe filmy, z czego każdy z nich jest zdecydowanie warty obejrzenia. Ostatnio mój znajomy, gość zupełnie nie zajarany freestyle’em wysłał mi jeden z nich na facebook’u  z krótkim, acz bardzo dosadnym podpisem…- „typ jest, kurwa, genialny”.

 

Osobiście w pełni się z nim zgadzam i myślę, że jeśli już zdecydowaliście się przeczytać moje wypociny, to koniecznie musicie sprawdzić także i to video;)

 

Skajsdelimit.

Jeśli kojarzycie tego pana, pewnie mocno zdziwiliście się, że zdecydowałem się go umieścić w tym zestawieniu u boku takich rapowych „wykrętów” jak Gospel i Bajorson. Cóż, ci dwaj panowie są dla mnie osobiście nie do podrobienia i pod wieloma względami także nie do doścignięcia nie tylko w polskim freestyle’u, ale i całym rapie. A Skajsdelimilit? Jemu miejsce w zestawieniu najbardziej oryginalnych wolnostylowców tak czy inaczej należy się niczym psu buda.

 

Ten facet brał udział zarówno w pierwszych oficjalnych elimkach WBW w 2003 roku, jak i w finale tej imprezy aż dekadę później. Brzmi świetnie, tyle że jego jedyny problem jest taki, że do dziś nie zdołał poznać definicji słowa progres. No właśnie, a mimo to wejścia Skajsa wciąż bawią i są na swój sposób absolutnie niezwykłe…

 

Na eliminacjach WBW 2013 siedzący w jury Muflon pokładał się ze śmiechu niemal po każdym wersie swojego starszego kolegi po fachu. Być może Skajsdelimit nie jest zwolennikiem uprawiania seksu ze zwierzętami, ani nie posiada wspomnień z pobytu w więzieniu, jednak kreatywność, a czasem nawet i beznadziejność jego wejść bawiła nas przed laty zdecydowanie nie mniej niż sceniczne popisy Gospela czy Bajorsona.

Do pokazania wam mam jednak występ Skajsa, w którym o tragicznej nawijce nie może być mowy. Pierwsze wejście z tej walki to po prostu kolejny dowód na to, na jak wiele różnych sposobów można wykorzystać wolnostylową formułę rywalizacji.

 

Ściema ŁDZ.

Zastanawiałem się, czy na koniec nie umieścić w tym zestawieniu np. Wujka Samo Zło lub Sosena (mistrz WBW 2011), lecz stwierdziłem, że z szacunku do nich samych tego nie uczynię. Wolę poświęcić je przedstawieniu sylwetek największych freestyle’owych świrów, a uzupełnić o kogoś, kto w swoim szaleństwie, wróć…głupocie, zaszedł jeszcze znacznie dalej. Ściema ŁDZ to prawdziwi mistrz scenicznych imbecyli…

 

Dwa lata temu na eliminacjach WBW w Łodzi reprezentant gospodarzy jakimś cudem zdołał przebrnąć przez preeliminacje i w pierwszej bitwie imprezy zmierzył się z cenionym, łódzkim freestyle’owcem, Osetem. Ten drugi znajdował się wówczas w świetnej formie, tyle że jego przeciwnik zdecydował się w pełni uniemożliwić mu jej zaprezentowanie.  A w tym celu niestety nie rzucał punchline’ami, a …zdejmował odzież.

 

Pomysł średni, acz trzeba przyznać, że bardzo deprymujący rywala. Na szczęście okazało się, że siedzący wówczas w jury Green i Theodor nie tylko znają się na wolnym stylu, ale i dobrym smaku. To właśnie sędziowie zdecydowali się po pewnym czasie przerwać ekshibicjonistyczne popisy Ściemy.

 

Jak widać nawet we freestyle’u szaleństwo i głupota ma w pewnym sensie swoje granice…

 

Jednak, żeby nie kończyć aż tak pesymistycznym obrazkiem dorzucę jeszcze jedną osobistą refleksję. Otóż wydaje mi się, że przedstawione przeze mnie postacie (być może z wyjątkiem ostatniego pana) są żywym dowodem na to, że bitewna formuła freestyle’owa nigdy się nie wyczerpie…

 

A bali się o to przecież nie tylko Amerykanie, u których od lat dominuje grindtime (walka acapella na rymowane punchline’y przygotowywane przed imprezą), ale i najznakomitsi polscy przedstawiciele wolnego stylu. Dla przykładu Trzy sześć organizował w naszym kraju pierwsze eventy w stylu grindtime’owym, a Muflon parę lat temu pisał w jednym ze swoich felietonów o tym, że wolny styl zupełnie przestał go dziś zaskakiwać, a jego formuła zdaje mu się wyczerpywać i mieć swoje nieprzekraczalne granice…

 

Według mnie granic tych po prostu nie ma. Proste, ile ciekawych osobowości, tyle ciekawych freestyle’i. Być może i wolny styl jest dziś mocno zdominowany przez schematy , jednak w momencie, gdy na scenę wpada ktoś szukający zupełnie nowych pomysłów, rozwiązań i kolorów freestyle znów rozkwita, a cechująca go spontaniczność może zrodzić na scenie absolutnie wszystko.

 

I właśnie za to – mimo wielu niewątpliwych przywar – wciąż ten freestyle na swój sposób bardzo lubię. A czasem nawet i doceniam.

 

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Felieton

Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję

Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.

Opublikowany

 

raper

Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.

Teksty ponad bitem – wniosek naukowców

Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.

Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.

58 tysięcy kawałków

Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.

W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.

Smutniejsze numery, wyższe wyniki?

Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.

Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.

Studio > koncert? Też ma znaczenie

Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.

Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki

Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.

Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza

Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.

Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.

Co to oznacza dla rapu

Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.

Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: