Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Najlepsi i najgorsi freestyle’owcy wśród polskich raperów |FELIETON

Opublikowany

 

Wyobraźcie sobie któregoś z topowych polskich raperów wybierającego się ze starymi kumplami na piwo. Po krótkiej gadce pada prośba czy raczej rozkaz:„Ty, weź nam coś zafristajluj”. No i co nasz raper na to? Jeden pewnie się uśmiechnie i ponawija – przecież to dla niego największa frajda , drugi lekko się zepnie, ale ku uciesze publiki trochę pobełkocze, trzeci nie będzie miał siły i ochoty lub przypomni sobie o chorobie gardła, a czwarty pożałuje rano, że przez promile zupełnie o niej zapomniał.

Oczywiście to tylko moje wyobrażenie, ale myślę, że spokojnie znalazłoby ono swoje odzwierciedlenia w rzeczywistości i szczerze mówiąc zawsze trochę mnie to dziwiło. Przecież zajawka rapem bardzo często zaczyna się od wolnych stylów. Chyba każdy młody raper freestyle’ował z kumplami na domówkach, nawijał pod blokiem z flaszką w ręku, by dopiero dużo później wziąć się za pisanie płyt i robienie kariery.

 

Znaczy tak zawsze mi się wydawało. Nie wiem, może niektórych ten etap zajawki ominął, a może po prostu mimo wszelkich starań freestyle’ować nigdy się nie nauczą – ciężko mi to wyczuć. Jednak tak czy owak chyba warto tych, którzy z wolnym stylem są na bakier i co ważne nie boją się tego udowadniać, specjalnie wyróżnić.

 

Ze słynnego freestyle’u Eldo w MTV ludzie śmieją się do dziś i w ogóle im się nie dziwię. Klasyk. Może i to prawda, że od wielu lat jest to już trochę nudne i krzywdzące dla samego rapera, który nie potrafi fristajlować jak wielu, a został na tym złapany chyba jak nikt inny. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na jednego z pionierów polskiego rapu Eldo fristajluje po prostu fatalnie. Nie chodzi tu tylko o wspomniany klasyk z kanap, ale i chociażby o bitwę Obrońców Tytułu z Gib Gibonem, gdzie raper nie dość, że dobitnie udowadnia, że nie powinien nigdy zapominać o chorobie gardła, to jeszcze pokazuje, że w demonstrowaniu tego, jak bardzo jest słaby bywa zanadto ambitny i natarczywy. Można czy nawet trzeba mieć do Eldo szacunek za działalność w Grammatiku czy za „Eternię", ale w momencie, gdy pozostawia się go bez przygotowania z mikrofonem w ręku, można o tym, co się widzi i słyszy powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że ten gość przypomina rapera.

 

Kolejnym, który powinien rzadziej mieć siłę i ochotę na freestyle jest oczywiście Peja. Na jego koncerty nikt nie chodzi, by posłuchać wolnego stylu w wykonaniu rapera spod Poznania i może już paru odważnym po zapoznaniu się z tym zjawiskiem dyskretnie udało się wyjść, a mimo to Peja wciąż uparcie nas nim zachwyca. Słuchając tego bełkotu, myślę sobie tylko- „Rychu, z czym do ludzi?”. Fajnie, że facet ma ambicje, by urozmaicać swoje koncerty, że chcę być uważany za prawdziwego MC, ale kurde, nie wiem, może niech najpierw poćwiczy trochę przed lustrem czy z córką na spacerze, może niech ustawi się z kolegami, by pobrać jakieś korki w tym temacie. Albo niech po prostu sobie odpuści – tylu to robi i chyba za wiele na tym nie tracą.

 

No właśnie, słyszeliście może kiedyś freestyle HG? Chodzicie na koncerty Łony, Mesa, VNM-a czy wielu innych czołowych graczy z nadzieją na usłyszenie dobrego wolnego stylu między kawałkami? Wielu raperów wychodzi z prostego i dosadnego założenia: „Ja nie freestyle’uje”. Nie wiem, czy im samym to sprzyja – przecież taki Eldo z pewnością dorobił się sporo fejmu na swojej wpadce, ale na pewno nie wpływa to dobrze na ogólny obraz naszej rapgry.

 

Na szczęście pod tym konkretnym względem ratują go Ci, którzy zapytani o freestyle reagują uśmiechem, w każdej chwili mogą ponawijać o pierdołach, bo przecież w gruncie rzeczy w byciu raperem nie ma nic prostszego. Jest ich sporo, choć tych, którzy są w tym naprawdę dobrzy, zaledwie paru.

 

W Stanach hip hopowe legendy rodzą się niemal w każdym zakątku kraju, a my w Polsce wciąż musimy się cieszyć, że chociaż Łódź spłodziła nam kiedyś Ostrego, a  parę lat później Siemiatycze dorzuciły Te-trisa. Ci dwaj goście mogliby być wizytówką naszej rapgry na całym świecie – dasz im majka w dłoń i zawsze doskonale wiedzą, co z nim robić, obudzisz ich najebanych o 5 rano, a i tak swoim free zjedzą całą polską scenę. Gdyby rap nie istniał to pewnie sami, by go wymyślili, bo już na pierwszy rzut oka widać, że urodzili się po to, by robić rozpierdol na hip hopowym gruncie. I jedyne, co mnie martwi to fakt, że na tle pozostałych polskich MC’s są wciąż cholernie wyjątkowi.

 

Jest jednak też paru, którzy może nie są tak utalentowani w omawianej domenie jak Tet i Ostry, a mimo to potrafią pokazać, że wolny styl zdecydowanie nie powinien być raperowi straszny. Tede najzwyczajniej w świecie umie fristajlować i choć nie robi tego Bóg wie jak często, to gdy było trzeba (m.in. na słynnym koncercie w Opolu czy podczas bitwy z Obrońcami Tytułu) pokazywał jak luźna i sensowna może być zabawa słowem. Co się z kolei tyczy Weny, to jak nawinął VNM: „na koncertach nieźle tnie na wolno – ci, co go nie oglądali, kurwa, niech oglądnął”. I ma rację – może i free Weny nie umywa się do kunsztu Teta i Ostego, ale rzeczywiście urozmaica jego koncerty, a przy okazji pokazuje, że to raper kompletny.

 

Oprócz wyżej wspomnianych dobrych freestyle’owców powinniśmy przede wszystkim szukać w raperach, którzy zaczynali swoje kariery od jeżdżenia po bitwach. Quebonafide, Solar, Białas, Flint czy Duże Pe to prócz Te-trisa chyba najlepsze przykłady „produktów” battle’owej sceny. Ich freestyle’u przy najróżniejszych okazjach do dziś słucha się z największą przyjemnością i mam nadzieję, że szybko się to nie zmieni.

 

Nie ma co czarować, że polski rap dorobił się wielu legend, że prawie każdy znany raper zasługuje na swój fejm, a także, że bitwy freestyle’owe stały kiedykolwiek na specjalnie wysokim poziomie. To wszystko zawsze było dość ograniczone – miało swoje wyniosłe momenty, ale za przeproszeniem chyba oprócz nielicznych wyjątków nikomu specjalnie nigdy dupy nie urywało. Dlatego też tylko trochę dziwi mnie fakt, że niektórzy pionierzy polskiego rapu freestyle’ują nie lepiej od pijanego licealisty, o ile w ogóle freestyle’ują, bo w sumie to po co? I bez tego płyty się sprzedadzą, a ludzie przyjdą na koncerty.

 

Fajnie, by tylko było zobaczyć na tych koncertach prawdziwych Mistrzów Ceremonii, gości, którzy w każdej sytuacji poradzą sobie z majkiem – czy to, gdy zapomną na imprezie fragmentu tekstu lub ktoś spod sceny zacznie ich obrażać, czy gdy znajomi zapragną, by nawinęli im parę luźnych wersów. Pewnie, można być profesjonalnym raperem, nagrywać świetne płyty i grać kozackie koncerty i wychodzić z założenia „Ja nie freestyle’uje", tylko czy nie zabija to trochę rapu?

 

Ja już sam nie wiem, bo słuchając najróżniejszych freestyle’i czasem myślę, że już bardziej skrzywdzić się go nie da. Może więc pozwólmy raperom nie freestyle’ować, co po niektórych do tego namawiajmy i będzie spokój. Niby mniej hip hopowo, a przede wszystkim dużo mniej śmiechu, ale przynajmniej jakoś to wygląda. Ci, którzy robić to potrafią, nie mają oczywiście, po co zaniechiwać freestyle’owania, bo sprawia to tylko, że są krok przed resztą. Tyle, że gloryfikować ich też nie zamierzam, bo dla dobrego rapera nie powinno być to ani to trudne ani wymagające. Niestety, jak widzimy, jest i to czasem bardzo.

 

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Felieton

Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję

Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.

Opublikowany

 

raper

Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.

Teksty ponad bitem – wniosek naukowców

Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.

Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.

58 tysięcy kawałków

Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.

W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.

Smutniejsze numery, wyższe wyniki?

Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.

Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.

Studio > koncert? Też ma znaczenie

Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.

Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki

Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.

Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza

Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.

Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.

Co to oznacza dla rapu

Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.

Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.

Czytaj dalej

Felieton

„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton

Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.

Opublikowany

 

kutas records

Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.

„Kutas Records” – o co w tym chodzi?

Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.

Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.

Oto kilka przykładów:

  • Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
  • Gejtos – Bóg Morza
  • Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
  • Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
  • Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.

Spotify podbite przez „Kutas Records”

Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem

Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.

To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.

Czytaj dalej

Felieton

Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem

„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.

Opublikowany

 

eminem polskie korzenie

Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.

Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema

Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).

Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Nagrobki Józefa i Evy Scheinertów w Nebrasce

Przodkowie rapera – „Ger Polish”

Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.

Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.

– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

Spis mieszkańców USA z 1910 (córka Georga)

W Eminemie płynie polska krew?

Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.

– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.

Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.

Fakty kontra plotki

W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: