Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Najlepsi i najgorsi freestyle’owcy wśród polskich raperów |FELIETON

Opublikowany

 

Wyobraźcie sobie któregoś z topowych polskich raperów wybierającego się ze starymi kumplami na piwo. Po krótkiej gadce pada prośba czy raczej rozkaz:„Ty, weź nam coś zafristajluj”. No i co nasz raper na to? Jeden pewnie się uśmiechnie i ponawija – przecież to dla niego największa frajda , drugi lekko się zepnie, ale ku uciesze publiki trochę pobełkocze, trzeci nie będzie miał siły i ochoty lub przypomni sobie o chorobie gardła, a czwarty pożałuje rano, że przez promile zupełnie o niej zapomniał.

Oczywiście to tylko moje wyobrażenie, ale myślę, że spokojnie znalazłoby ono swoje odzwierciedlenia w rzeczywistości i szczerze mówiąc zawsze trochę mnie to dziwiło. Przecież zajawka rapem bardzo często zaczyna się od wolnych stylów. Chyba każdy młody raper freestyle’ował z kumplami na domówkach, nawijał pod blokiem z flaszką w ręku, by dopiero dużo później wziąć się za pisanie płyt i robienie kariery.

 

Znaczy tak zawsze mi się wydawało. Nie wiem, może niektórych ten etap zajawki ominął, a może po prostu mimo wszelkich starań freestyle’ować nigdy się nie nauczą – ciężko mi to wyczuć. Jednak tak czy owak chyba warto tych, którzy z wolnym stylem są na bakier i co ważne nie boją się tego udowadniać, specjalnie wyróżnić.

 

Ze słynnego freestyle’u Eldo w MTV ludzie śmieją się do dziś i w ogóle im się nie dziwię. Klasyk. Może i to prawda, że od wielu lat jest to już trochę nudne i krzywdzące dla samego rapera, który nie potrafi fristajlować jak wielu, a został na tym złapany chyba jak nikt inny. Nie zmienia to jednak faktu, że jak na jednego z pionierów polskiego rapu Eldo fristajluje po prostu fatalnie. Nie chodzi tu tylko o wspomniany klasyk z kanap, ale i chociażby o bitwę Obrońców Tytułu z Gib Gibonem, gdzie raper nie dość, że dobitnie udowadnia, że nie powinien nigdy zapominać o chorobie gardła, to jeszcze pokazuje, że w demonstrowaniu tego, jak bardzo jest słaby bywa zanadto ambitny i natarczywy. Można czy nawet trzeba mieć do Eldo szacunek za działalność w Grammatiku czy za „Eternię", ale w momencie, gdy pozostawia się go bez przygotowania z mikrofonem w ręku, można o tym, co się widzi i słyszy powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że ten gość przypomina rapera.

 

Kolejnym, który powinien rzadziej mieć siłę i ochotę na freestyle jest oczywiście Peja. Na jego koncerty nikt nie chodzi, by posłuchać wolnego stylu w wykonaniu rapera spod Poznania i może już paru odważnym po zapoznaniu się z tym zjawiskiem dyskretnie udało się wyjść, a mimo to Peja wciąż uparcie nas nim zachwyca. Słuchając tego bełkotu, myślę sobie tylko- „Rychu, z czym do ludzi?”. Fajnie, że facet ma ambicje, by urozmaicać swoje koncerty, że chcę być uważany za prawdziwego MC, ale kurde, nie wiem, może niech najpierw poćwiczy trochę przed lustrem czy z córką na spacerze, może niech ustawi się z kolegami, by pobrać jakieś korki w tym temacie. Albo niech po prostu sobie odpuści – tylu to robi i chyba za wiele na tym nie tracą.

 

No właśnie, słyszeliście może kiedyś freestyle HG? Chodzicie na koncerty Łony, Mesa, VNM-a czy wielu innych czołowych graczy z nadzieją na usłyszenie dobrego wolnego stylu między kawałkami? Wielu raperów wychodzi z prostego i dosadnego założenia: „Ja nie freestyle’uje”. Nie wiem, czy im samym to sprzyja – przecież taki Eldo z pewnością dorobił się sporo fejmu na swojej wpadce, ale na pewno nie wpływa to dobrze na ogólny obraz naszej rapgry.

 

Na szczęście pod tym konkretnym względem ratują go Ci, którzy zapytani o freestyle reagują uśmiechem, w każdej chwili mogą ponawijać o pierdołach, bo przecież w gruncie rzeczy w byciu raperem nie ma nic prostszego. Jest ich sporo, choć tych, którzy są w tym naprawdę dobrzy, zaledwie paru.

 

W Stanach hip hopowe legendy rodzą się niemal w każdym zakątku kraju, a my w Polsce wciąż musimy się cieszyć, że chociaż Łódź spłodziła nam kiedyś Ostrego, a  parę lat później Siemiatycze dorzuciły Te-trisa. Ci dwaj goście mogliby być wizytówką naszej rapgry na całym świecie – dasz im majka w dłoń i zawsze doskonale wiedzą, co z nim robić, obudzisz ich najebanych o 5 rano, a i tak swoim free zjedzą całą polską scenę. Gdyby rap nie istniał to pewnie sami, by go wymyślili, bo już na pierwszy rzut oka widać, że urodzili się po to, by robić rozpierdol na hip hopowym gruncie. I jedyne, co mnie martwi to fakt, że na tle pozostałych polskich MC’s są wciąż cholernie wyjątkowi.

 

Jest jednak też paru, którzy może nie są tak utalentowani w omawianej domenie jak Tet i Ostry, a mimo to potrafią pokazać, że wolny styl zdecydowanie nie powinien być raperowi straszny. Tede najzwyczajniej w świecie umie fristajlować i choć nie robi tego Bóg wie jak często, to gdy było trzeba (m.in. na słynnym koncercie w Opolu czy podczas bitwy z Obrońcami Tytułu) pokazywał jak luźna i sensowna może być zabawa słowem. Co się z kolei tyczy Weny, to jak nawinął VNM: „na koncertach nieźle tnie na wolno – ci, co go nie oglądali, kurwa, niech oglądnął”. I ma rację – może i free Weny nie umywa się do kunsztu Teta i Ostego, ale rzeczywiście urozmaica jego koncerty, a przy okazji pokazuje, że to raper kompletny.

 

Oprócz wyżej wspomnianych dobrych freestyle’owców powinniśmy przede wszystkim szukać w raperach, którzy zaczynali swoje kariery od jeżdżenia po bitwach. Quebonafide, Solar, Białas, Flint czy Duże Pe to prócz Te-trisa chyba najlepsze przykłady „produktów” battle’owej sceny. Ich freestyle’u przy najróżniejszych okazjach do dziś słucha się z największą przyjemnością i mam nadzieję, że szybko się to nie zmieni.

 

Nie ma co czarować, że polski rap dorobił się wielu legend, że prawie każdy znany raper zasługuje na swój fejm, a także, że bitwy freestyle’owe stały kiedykolwiek na specjalnie wysokim poziomie. To wszystko zawsze było dość ograniczone – miało swoje wyniosłe momenty, ale za przeproszeniem chyba oprócz nielicznych wyjątków nikomu specjalnie nigdy dupy nie urywało. Dlatego też tylko trochę dziwi mnie fakt, że niektórzy pionierzy polskiego rapu freestyle’ują nie lepiej od pijanego licealisty, o ile w ogóle freestyle’ują, bo w sumie to po co? I bez tego płyty się sprzedadzą, a ludzie przyjdą na koncerty.

 

Fajnie, by tylko było zobaczyć na tych koncertach prawdziwych Mistrzów Ceremonii, gości, którzy w każdej sytuacji poradzą sobie z majkiem – czy to, gdy zapomną na imprezie fragmentu tekstu lub ktoś spod sceny zacznie ich obrażać, czy gdy znajomi zapragną, by nawinęli im parę luźnych wersów. Pewnie, można być profesjonalnym raperem, nagrywać świetne płyty i grać kozackie koncerty i wychodzić z założenia „Ja nie freestyle’uje", tylko czy nie zabija to trochę rapu?

 

Ja już sam nie wiem, bo słuchając najróżniejszych freestyle’i czasem myślę, że już bardziej skrzywdzić się go nie da. Może więc pozwólmy raperom nie freestyle’ować, co po niektórych do tego namawiajmy i będzie spokój. Niby mniej hip hopowo, a przede wszystkim dużo mniej śmiechu, ale przynajmniej jakoś to wygląda. Ci, którzy robić to potrafią, nie mają oczywiście, po co zaniechiwać freestyle’owania, bo sprawia to tylko, że są krok przed resztą. Tyle, że gloryfikować ich też nie zamierzam, bo dla dobrego rapera nie powinno być to ani to trudne ani wymagające. Niestety, jak widzimy, jest i to czasem bardzo.

 

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: