Felieton
Najszybszy, ale czy to oznacza, że najlepszy? |FELIETON
W sobotę znalazłem się w Krakowie na wyczekiwanym przeze mnie koncercie Busta Rhymesa! Z największych raperów był on jednym z ostatnich, których jeszcze nie widziałem i koniecznie chciałem zobaczyć zanim umrę. Byłbym w stanie zapłacić nawet krocie za taką możliwość, więc jak tylko internet mi oznajmił, że w Tauron Arenie będę mógł tego doświadczyć bezpłatnie, natychmiast oniemiałem.
Sam występ niestety w żaden sposób mnie nie porwał. Być może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, pamiętając jeszcze jak kilkanaście lat temu – według relacji świadków – rozbił on warszawską Stodołę w drobny mak. Na moje niezadowolenie wpłynęło wiele czynników. Frekwencja dopisała, ale tylko podczas show O.S.T.R.'a, który mógłby być – gdyby tylko to decydowało – headlinerem tej imprezy. Na hali panował leniwy klimat, a że byłem częścią publiczności, również poczułem się ospały oraz zniechęcony. Lider Flipmode Squad nie jest już tym zwariowanym gościem z trzema dreadami na głowie i dawno opuścił boisko kosmicznego meczu, trafiając do ligi oldbojów. W dodatku wraz z upływem lat uleciał z niego ten polot. Umiejętności na szczęście pozostały klasowe, co zaprezentował, wykonując słynne, znane nawet przez ludzi nieznających Busty, Break Ya Neck. Ostateczny odbiór koncertu utrudniała akustyka obiektu, ponieważ z trudnością wyłapałem utwory, wybrzmiewające ze sceny. Na pewno poleciało moje ulubione It's A Party oraz Pass The Courvoisier Part 2, ale czy Iz They Wildin Wit Us? Nie mam pewności. Nawijek przypominających odgłos Thompsona podczas egzekucji jednak nie brakowało. Trevor Smith sprawiał wrażenie najszybszego rapera świata. Dzięki temu zyskałem idealną okazję, żeby poruszyć temat, który od wielu lat zamierzałem rozważyć. Czy najszybszy raper świata jest jednocześnie najlepszym raperem na świecie?
Każdy fan hip-hopu powinien znać Scenario. Kultowe nagranie, zrealizowane przez dwie zaprzyjaźnione, wówczas topowe, a dziś zaiste legendarne ekipy na scenie. Mowa o A Tribe Called Quest i Leaders Of The New School. Nie każdy fan hip-hopu natomiast musi wiedzieć, że na pierwszym albumie LOTNS niejaki Busta Rhymes był zwyczajnym chłopkiem na beatach. Dopiero przy powstawaniu wspomnianego utworu promującego The Low End Theory, w studio, niby dla hecy, eksperymentalnie, postanowił on nawinąć trochę szybciej. Ten pozornie wariacki zabieg był przyczynkiem do powstania petard pokroju Break Ya Neck czy 60 Second Assassins. Kiedy pierwszy z tych utworów co chwilę zapowiadali wszyscy prezenterzy każdej stacji radiowej w kraju, pewnie nikt nie zastanawiał się, czy Busta – w wolnej chwili od pojedynków z bizonami – jest najszybciej rapującym człowiekiem na ziemi, czy nie. Utwór się udał, więc przyjął się niesamowicie i był grany, ot co. Dopiero kilka lat później podobny pomysł przyszedł do głowy pewnemu Polakowi. MC Silk niejako zadecydował i spopularyzował opinię, że to właśnie Nowojorczyk jest najszybszym MC świata, ponieważ postanowił udowodnić, że jest od niego szybszy, wykorzystując do tego podkład z jego sztandarowego hitu. Jak myślicie, udało mu się? Mnie to na przykład pierdoli, nigdy się nad tym nie zastanawiałem! Świat jednak zachwycił się Polakiem, ale niestety jego kariera była jak fejerwerk – wystrzelił, trochę błyszczał i zniknął. Zainteresowanie jego osobą nijak nie przypominało typowego dla najlepszych MC's. Był nie lada sensacją, owszem, ale częściej gościł na stronach typu Kwejk niż na hip-hopowych portalach, a młode siksy, które z zasady gardziły rapem, nagle, sepleniąc, próbowały swoich sił w pobiciu rekordu. Po mojemu MC Silk był bardziej sezonową ciekawostką, youtuberem. I tak już zostanie, nawet jak na nowym albumie napisze błyskotliwsze wersy niż Łona, czy utworzy ze Steezem jakiś spin-off i nazwą się KU0P0T. Tak więc, czy warto być tym najszybszym raperem?
Ludzie lubią jak im się podaje wszystko na tacy, więc nikt nie chciał sięgnąć głębiej niż popisy polskiego rapera i zgodnie z jego sugestią to Busta Rhymes miał opinię najszybszego rapera na świecie, a czasami nawet odnosiłem wrażenie, że rap Busty uważano za jedyny w tej konwencji. Zupełnie jakby świat zapomniał o dokonaniach Twisty albo o tym, jak we wczesnych latach 90' rapował Jay-Z czy Jaz-O. Zresztą wtedy szybkie rapowanie było normą na nowojorskich ulicach, a każdy, kto rapował najszybciej, zyskiwał większy szacunek na dzielnicy. Nawet MC's, którzy przywiązanie do ulicy zamienili później na kontrakty z wytwórnią. Dla przykładu taki Notorious B.I.G. – czy kiedykolwiek był brany pod uwagę jako najszybszy raper świata? No właśnie. Doskonale zobrazowano to w biografii Shawna Cartera. Autor świetnie przybliżył ówczesne realia. W tej samej książce możemy zarówno przeczytać, dlaczego Jay-Z, a w domyśle pewnie i reszta, spowolnili swój rap, uszczuplając swoje teksty o kilka sylab. Jak zatem najszybszy raper świata może być również najlepszym raperem na świecie, skoro w pewnym rozdziale historii były to pojęcia zwyczajne i powszednie?

"Dochodziło nawet do sytuacji, w których i tak nagrany dość szybko wokal przyspieszano podczas miksu. Brzmiało to nienaturalnie i pozbawiało ten rap zabawy – jego fundamentalnej wartości"
Jay-Z spowolnił, ponieważ chciał dać więcej przestrzeni swoim tekstom, a co za tym idzie, zarabiać na muzyce większe pieniądze. Są większe szanse na kupno płyty przez słuchacza, gdy będzie się on utożsamiał z treścią nagrań, które zaś mogą wpłynąć w jakimś stopniu na jego życie. W ulicznych pojedynkach chodziło o coś zgoła innego. O podziw, nie forsę. Mimo wszystko w pewnym momencie każdy z mainstreamowych raperów chciał być tym najszybszym. Pamiętam jak kilka lat wstecz zostaliśmy zasypani nagraniami, w których każdy rapował niemal z prędkością światła. Tak jakby stało się to jakimś wyznacznikiem? Dochodziło nawet do sytuacji, w których i tak nagrany dość szybko wokal przyspieszano podczas miksu. Brzmiało to nienaturalnie i pozbawiało ten rap zabawy – jego fundamentalnej wartości. Najważniejsze jednak, że części słuchaczy coś udowodniono. Przepraszam bardzo, ale tak się nie robi panie Eminem. Masz pan szczęście, że chociaż Bad Meets Evil było udane pod tym kątem.
Uporczywe dążenie do tego, żeby za wszelką cenę nawijać jak najszybciej, po mojemu trochę zabija styl i oryginalność. A nawet i osobowość, charyzmę i inne tego typu strony rapera, które wynikają z jego tekstów. Kiedy głównym celem jest wyplucie z ust jak największej ilości słów w jak najkrótszym czasie, finalnie robi się to identyczne, czyż nie? No dobra, jako kontrargument mojej teorii można włączyć sobie którąś z płyt Bone Thugs-n-Harmony i oddać się jej dźwiękom. Przy swoim jednak zostanę. Moim zdaniem nie ma szans na idealnie rozłożone słowa i nadanie flow melodyjności, gdy całość przypomina odgłos karabinu. Teksty stają się niezrozumiałe, a flow – jak już wspomniałem – łudząco podobne do innego, startującego w tym konkursie.
Pociągają mnie kobiety o skomplikowanej i złożonej osobowości. Z muzyką jest jak z kobietą. Gustuję w muzyce z lat 60' i 70', która właśnie tym się charakteryzuje. Strasznie rozbudowanymi i nieprzewidywalnymi aranżacjami. Dla takich potrzeba miejsca na płycie, dlatego kupując płytę w ciemno, nigdy nie zaintryguje mnie taka, która nie zawiera choćby jednego utworu, przekraczającego pięć minut. Idealnie by było, jakby zawierała wyłącznie takie nagrania. Na okładce ponadto jest mile widziany minimum jeden gościu z wąsem – to gwarancja jakości tych płyt. Podobnie powinno być w rapie, choć gwarancją nie powinien być żaden wąs czy łańcuch. Raper, który swoją twórczość opiera wyłącznie na poczwórnych rymach, może imponować, ale z pewnością nie urzeknie mnie na dłuższą metę. Zresztą niedawno jeszcze twierdziłem, że Big L wcale nie zapoczątkował nowego nurtu, a każdy go jedynie powiela, idąc na łatwiznę zamiast zadbać o swoją unikatową technikę. Zdecydowanie bardziej wolę typów, którzy w jednym miejscu wyskoczą z jakimś banałem, niezauważalnie przejdą do treści trochę bardziej interesujących, lecz podanych za pomocą czasownikowych rymów, by za chwilę zauroczyć mnie taką grą słów, że aż z przyjemnością sięgnę po słownik w momencie, gdy oni swoją kanonadę zakończą jakąś pauzą lub zwyczajową kurwą. Identycznie powinno być w sposobie rapowania. Raz szybciej, raz wolniej, a najlepiej odbiec od reguły i celowo pominąć z dwa wersy. Dryblować głosem jak Zlatan piłką i być w tym nieprzewidywalnym jak również zaskakującym niczym filmy Denisa Villeneuve. Zastanawiając się nad tym już słyszę gdzieś w oddali takich artystów jak Z-Ro, Yelawolf, Andre 3000, Hopsin, Oxon lub Ten Typ Mes. A najlepiej obrazuje to Termanology, który uwielbia swój głos traktować jako instrument. W jednym z numerów nadał swojemu flow takiej melodyjności i płynności, że gdyby tak zastąpić jego głos dźwiękiem gitary, ktoś mógłby pomyśleć, że reaktywował się Led Zeppelin. Dlatego apeluję, bądźcie przede wszystkim pomysłowi i jeśli wymaga to czasu, nigdzie się nie spieszcie!
Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
-
News18 godzin temuTede wszedł między bloki i pokazał, czym jest rap. Bez promptera i telefonu
-
News3 dni temuTede pocisnął z Sokołem. Beef weteranów wisi w powietrzu?
-
News3 dni temuWiz Khalifa odwołał trasę, bo chcą go aresztować w Europie
-
News22 godziny temuPopek sprzedał swoje konto na Instagramie patoinfluencerowi
-
News2 dni temuTede składa przeprosiny w sprawie Sokoła i promptera
-
News4 dni temuJaś Kapela ocenił kontrowersyjny występ Sokoła w Gdańsku
-
News4 dni temuOjciec Maty o Trzaskowskim: „Nieosiągalny dla innych ludzi”
-
News1 dzień temuFokus i Rahim: „Dziś bardzo ważny dzień w naszej karierze”