Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Polski rap, a „polski” tylko z nazwy. W rzeczywistości to taki z niego Snapchat – felieton

Opublikowany

 

Niekiedy tęsknię za czasami, gdy hip-hop był synonimem łysych dresów.

Kiedy już spotkam się z Cokiem i zaczniemy rozmawiać o muzyce, jesteśmy rozpędzeni jak – miejmy nadzieję – Lewandowski z Milikiem na przyszłych Mistrzostwach Świata. Zwykle te rozmowy są pasjonujące i wyczerpujące, ale z każdej – zupełnie tak jakby to były „promocje” w Biedronce – zawsze coś wynoszę. Bardzo mnie one motywują i inspirują. Zazwyczaj miejscem akcji są ulice Zagórza, po których łazimy, a mijani znajomi mogą jedynie się dziwić, że jak to tak dwóch chłopów tyle czasu może się szwendać i rozmawiać bez browara. Ostatnio do jednej z tych rozmów dołączył kaeesy kaeesy. Z browarem. Przyznaję, że była to chyba jedna z najciekawszych rozmów, jakie w życiu wspólnie przeprowadziliśmy. Powiedzmy, że jej wiodącym tematem było – w dużym uproszczeniu – dziedzictwo. Muzyki? Polskość muzyki? Zwykłe, niezobowiązujące pierdolenie o czymś? Tak czy inaczej, spotkało się trzech chłopaków z bloków i rozważali bez końca.

 

Jasne, odnosiliśmy sukcesy na arenie międzynarodowej. Miles Davis fascynował się Michałem Urbaniakiem. Tomasz Stańko w takim Londynie był kiedyś bardziej popularny od Wojciecha Szczęsnego. Płyty Jerzego Miliana, Big Bandu Katowice czy kogokolwiek innego z plakietką Polish Jazz są bardziej dostępne (i tańsze) w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. Krzysztof Komeda, Roman Polański*, Urszula Dudziak, jazz, Grażyna Łobaszewska. Ponoć Japończycy w swoich upodobaniach stawiają polski jazz wyżej niż ten korzenny, amerykański. Autentycznie. Widziałem fragment jakiejś ichniejszej telenoweli typu N Jak Nienawiść, w której rozmawiały sobie dwie sympatyczne Azjatki, przeżywały rozstanie jednej z nich z jakimś Yakuzą, a w tle leciał nasz rodzimy jazz. Chuj w to. Ogromnym uznaniem na zachodzie cieszył się również Breakout czy SBB. I kiedy tak sobie o tym pomyślę, jeszcze bardziej niż zwykle cieszę się z tego, że jestem Polakiem! Odczuwam dumę! Tak, naprężam swoją zapadniętą klatę z przekonaniem, że nikt mi nie podskoczy. Niech podchodzą pojedynczo, żeby nikt przypadkiem dwa razy nie dostał! Problem w tym, że tego dnia na będzińskim rejonie zaczęliśmy się zastanawiać skąd taka popularność polskiej muzyki w Stanach? Dlaczego liczni cudzoziemscy diggerzy, w każdym krakowskim sklepie z winylami, swoje poszukiwania zaczynają od nadwiślańskiego jazzu? I odwrotnie. Czemu udając się do pierwszego lepszego sklepu na zadupiu w Północnej Dakocie, sprzedawca zagai Cię o Tadeusza Nalepę jak tylko się dowie, żeś Polak?

 

Rozmawialiśmy dalej, a nasza dyskusja co rusz przeskakiwała po różnych płaszczyznach. W żadnym wypadku nie chciałbym teraz zabrzmieć jak jebany ignorant. Wolałbym nie palnąć czegoś deprecjonującego dorobek powyższych artystów, ponieważ każdego z nich szanuję i namiętnie słucham. Zmierzam jednak do tego, że w zdecydowanej większości tworzyli oni muzykę zachodnią. Nie była ona zaadoptowana na polskie podwórko i często nie zawierała ona w sobie tego pożądanego polskiego pierwiastka. Pierwiastka polskości. Teksty były napisane i zaśpiewane w języku polskim, nie przeczę, ale warstwa muzyczna była zachowana w zachodniej stylistyce. Najwidoczniej to musiało urzec Amerykanów i powodować, że zakochiwali się w tych płytach bez opamiętania. W końcu uwielbiali muzykę. Swoją muzykę, jak to Jankesi. A w tym konkretnym przypadku tak się wsłuchiwali w wymyślne improwizacje, że nie zwracali uwagi na śpiewanie po jakiemuś tam. Odbierali ją jak swoją, zapominając, że pochodzi z najodleglejszych rejonów Europy.

 

W ten sposób nasza dyskusja dotarła do etapu, w którym skupiliśmy się głównie na adaptacji zachodnich dóbr muzycznych na naszym podwórku. A uściślając, mieliśmy na myśli rap. Najpierw szukaliśmy kogoś, o kim naprawdę można powiedzieć, że tworzył stricte polską muzykę, a nie tylko przenosił zachodnie brzmienia na rodzimy grunt. Po kilku próbach znaleźliśmy. Padło na Grzegorza Ciechowskiego. Już pod pseudonimem Grzegorz Z Ciechowa tworzył wspaniałe rzeczy, bazując na polskim folkloru. Zresztą jego twórczość mogłaby idealnie wzbogacić polski rap, bo pod muzykę z takich Umarłych Słów mogłyby dziś na spokojnie nawinąć Dwa Sławy, a nie odstawałoby to pod kątem spójności od żadnego utworu z Dandys Flow. No więc, drodzy beatmakerzy, jak produkować muzykę dla polskich raperów, aby w końcu zerwać z łatką kalki? Aby nareszcie zaprzestano powtarzać wyświechtane już prawidło, że polski rap to nic innego jak Ameryka? Mówią tak teraz, gdy króluje nowoczesność. Mówiono tak niegdyś, gdy każdy domorosły producent chciał być jak Pete Rock. Z drugiej strony jak nie mówić? Wyrywkowo oglądam polskie wideoklipy, a pewnego razu włączyłem jakiś szlagier, ubóstwianego przez Childisha Gambino wszystkich zespołu Migos. Oniemiałem, bo zobaczyłem identyczne ruchy jak w polskich teledyskach i posłuchałem tych samych podkładów. Zauważyłem te same fryzury, trendy. Z tą różnicą, że to nie Amerykanie naśladują Polaków. I nigdy nie naśladowali. Tak więc może zamiast pozwalać dalej na wtórność, nastał czas na stworzenie swojego, swojskiego, unikatowego brzmienia?

 

Spójrzcie na Francuzów – bez ich smutnego pianinka świat wydawałby się mimo wszystko… smutniejszy? Spójrzcie na Niemców i ich syntetyczne brzmienia, tak samo dokuczające uszom jak język. Wielka Brytania stworzyła swój gatunek – grime, który ma swoją niemal romantyczną (nie mylić z cukierkową) genezę. A co my moglibyśmy wprowadzić do tej muzyki poza klapkami Kuboty w klipach? Jako pierwsze nasuwa się disco-polo. Nigdy nie interesowałem się historią tej muzyki, ale podejrzewam, że wywodzi się z jakiejś włoskiej listy przebojów. W świadomości Polaka jednak od zawsze tkwi jako polskie. Ale czy wyobrażacie sobie Quebonafide, który nawija pod muzykę Ona Tańczy Dla Mnie? Nie liczę różnego rodzaju jajcarskich mash-upów. Coś chyba eksperymentował Sobota, ale nie oszukujmy się – to niedopuszczalne. Niestety coraz więcej moich znajomych bez żadnej krępacji słucha disco-polo, nuci teksty piosenek na pamięć i zetknąłem się z przemycaniem tam rapu. Zdarzali się jacyś rapujący wannabe Funky Filona, ale wiadomo – wszystko zostało w kręgach odbiorcy tego nurtu, który słuchał tych rymowanek bez zażenowania. A może folklor, pieśni ludowe? Według mnie wydawałoby się to najbardziej na miejscu. Tylko że zrobił to już Matheo i Donatan, więc pozostali wystraszyliby się zabierać za folk. Choćby w obawie przed ostracyzmem. Bo przecież to rżnięcie Donatana, wykorzystywanie jego jakże intratnego patentu. Rżnięcie powiadacie? Lepiej już kreować rozpoznawalne brzmienie na bazie sampli z polskiej muzyki ludowej niż układać gotowe pętle z paczek, no nie?

 

Niekiedy tęsknię za czasami, gdy hip-hop był synonimem łysych dresów i uśmiercania nieprawdziwych. Wspominam writerów i ich opowieści o tym, jak potrafili stać całymi dniami pod wolnymi ścianami na mieście, aby namierzyć gostków, którzy niechlubnie zżynają ich litery. Naprawdę. W tamtych czasach układanie klocków z gotowymi melodiami było niezwykle napiętnowane i oznaczało, że ktoś z lenistwa działa na eJay Music Maker. Wspomniałem już wcześniej, że nastał idealny czas na nadanie tożsamości naszej muzyce rap. Wyodrębnienie stylistyki, która to od narodzin była jedynie formą odtworzenia. Tylko trochę si w tym wszystkim pogubiliśmy. Ludzie ulegli przewartościowaniu. Zamiast wypracować styl, którego Niemcy mogliby nam pozazdrościć, a Japończycy jego plony wykorzystywać w swoich operach mydlanych, wolimy się kurwa wyzywać od złodziejów. Najgorsze, że za zgodą czołowych i rozpoznawalnych przedstawicieli gatunku, którzy swoimi wypowiedziami, broniącymi swoich kumpli, dają niejako przyzwolenie na tę wojnę. A może już mamy tę polskość, którą pospiesznie przeoczyłem? W końcu kłótnia i wzajemne oskarżanie się to taki polski atrybut. Od zawsze. Obecny również w środowisku rapowym. Rapowym. Rap, rap, rap… Dzisiejszy rap jest dla mnie jak Snapchat – zdaję sobie sprawę z jego popularności, ale kompletnie nie rozumiem, o co w nim chodzi.

 

Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: