Felieton
Polski rap, a „polski” tylko z nazwy. W rzeczywistości to taki z niego Snapchat – felieton
Niekiedy tęsknię za czasami, gdy hip-hop był synonimem łysych dresów.
Kiedy już spotkam się z Cokiem i zaczniemy rozmawiać o muzyce, jesteśmy rozpędzeni jak – miejmy nadzieję – Lewandowski z Milikiem na przyszłych Mistrzostwach Świata. Zwykle te rozmowy są pasjonujące i wyczerpujące, ale z każdej – zupełnie tak jakby to były „promocje” w Biedronce – zawsze coś wynoszę. Bardzo mnie one motywują i inspirują. Zazwyczaj miejscem akcji są ulice Zagórza, po których łazimy, a mijani znajomi mogą jedynie się dziwić, że jak to tak dwóch chłopów tyle czasu może się szwendać i rozmawiać bez browara. Ostatnio do jednej z tych rozmów dołączył kaeesy kaeesy. Z browarem. Przyznaję, że była to chyba jedna z najciekawszych rozmów, jakie w życiu wspólnie przeprowadziliśmy. Powiedzmy, że jej wiodącym tematem było – w dużym uproszczeniu – dziedzictwo. Muzyki? Polskość muzyki? Zwykłe, niezobowiązujące pierdolenie o czymś? Tak czy inaczej, spotkało się trzech chłopaków z bloków i rozważali bez końca.
Jasne, odnosiliśmy sukcesy na arenie międzynarodowej. Miles Davis fascynował się Michałem Urbaniakiem. Tomasz Stańko w takim Londynie był kiedyś bardziej popularny od Wojciecha Szczęsnego. Płyty Jerzego Miliana, Big Bandu Katowice czy kogokolwiek innego z plakietką Polish Jazz są bardziej dostępne (i tańsze) w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. Krzysztof Komeda, Roman Polański*, Urszula Dudziak, jazz, Grażyna Łobaszewska. Ponoć Japończycy w swoich upodobaniach stawiają polski jazz wyżej niż ten korzenny, amerykański. Autentycznie. Widziałem fragment jakiejś ichniejszej telenoweli typu N Jak Nienawiść, w której rozmawiały sobie dwie sympatyczne Azjatki, przeżywały rozstanie jednej z nich z jakimś Yakuzą, a w tle leciał nasz rodzimy jazz. Chuj w to. Ogromnym uznaniem na zachodzie cieszył się również Breakout czy SBB. I kiedy tak sobie o tym pomyślę, jeszcze bardziej niż zwykle cieszę się z tego, że jestem Polakiem! Odczuwam dumę! Tak, naprężam swoją zapadniętą klatę z przekonaniem, że nikt mi nie podskoczy. Niech podchodzą pojedynczo, żeby nikt przypadkiem dwa razy nie dostał! Problem w tym, że tego dnia na będzińskim rejonie zaczęliśmy się zastanawiać skąd taka popularność polskiej muzyki w Stanach? Dlaczego liczni cudzoziemscy diggerzy, w każdym krakowskim sklepie z winylami, swoje poszukiwania zaczynają od nadwiślańskiego jazzu? I odwrotnie. Czemu udając się do pierwszego lepszego sklepu na zadupiu w Północnej Dakocie, sprzedawca zagai Cię o Tadeusza Nalepę jak tylko się dowie, żeś Polak?
Rozmawialiśmy dalej, a nasza dyskusja co rusz przeskakiwała po różnych płaszczyznach. W żadnym wypadku nie chciałbym teraz zabrzmieć jak jebany ignorant. Wolałbym nie palnąć czegoś deprecjonującego dorobek powyższych artystów, ponieważ każdego z nich szanuję i namiętnie słucham. Zmierzam jednak do tego, że w zdecydowanej większości tworzyli oni muzykę zachodnią. Nie była ona zaadoptowana na polskie podwórko i często nie zawierała ona w sobie tego pożądanego polskiego pierwiastka. Pierwiastka polskości. Teksty były napisane i zaśpiewane w języku polskim, nie przeczę, ale warstwa muzyczna była zachowana w zachodniej stylistyce. Najwidoczniej to musiało urzec Amerykanów i powodować, że zakochiwali się w tych płytach bez opamiętania. W końcu uwielbiali muzykę. Swoją muzykę, jak to Jankesi. A w tym konkretnym przypadku tak się wsłuchiwali w wymyślne improwizacje, że nie zwracali uwagi na śpiewanie po jakiemuś tam. Odbierali ją jak swoją, zapominając, że pochodzi z najodleglejszych rejonów Europy.
W ten sposób nasza dyskusja dotarła do etapu, w którym skupiliśmy się głównie na adaptacji zachodnich dóbr muzycznych na naszym podwórku. A uściślając, mieliśmy na myśli rap. Najpierw szukaliśmy kogoś, o kim naprawdę można powiedzieć, że tworzył stricte polską muzykę, a nie tylko przenosił zachodnie brzmienia na rodzimy grunt. Po kilku próbach znaleźliśmy. Padło na Grzegorza Ciechowskiego. Już pod pseudonimem Grzegorz Z Ciechowa tworzył wspaniałe rzeczy, bazując na polskim folkloru. Zresztą jego twórczość mogłaby idealnie wzbogacić polski rap, bo pod muzykę z takich Umarłych Słów mogłyby dziś na spokojnie nawinąć Dwa Sławy, a nie odstawałoby to pod kątem spójności od żadnego utworu z Dandys Flow. No więc, drodzy beatmakerzy, jak produkować muzykę dla polskich raperów, aby w końcu zerwać z łatką kalki? Aby nareszcie zaprzestano powtarzać wyświechtane już prawidło, że polski rap to nic innego jak Ameryka? Mówią tak teraz, gdy króluje nowoczesność. Mówiono tak niegdyś, gdy każdy domorosły producent chciał być jak Pete Rock. Z drugiej strony jak nie mówić? Wyrywkowo oglądam polskie wideoklipy, a pewnego razu włączyłem jakiś szlagier, ubóstwianego przez Childisha Gambino wszystkich zespołu Migos. Oniemiałem, bo zobaczyłem identyczne ruchy jak w polskich teledyskach i posłuchałem tych samych podkładów. Zauważyłem te same fryzury, trendy. Z tą różnicą, że to nie Amerykanie naśladują Polaków. I nigdy nie naśladowali. Tak więc może zamiast pozwalać dalej na wtórność, nastał czas na stworzenie swojego, swojskiego, unikatowego brzmienia?
Spójrzcie na Francuzów – bez ich smutnego pianinka świat wydawałby się mimo wszystko… smutniejszy? Spójrzcie na Niemców i ich syntetyczne brzmienia, tak samo dokuczające uszom jak język. Wielka Brytania stworzyła swój gatunek – grime, który ma swoją niemal romantyczną (nie mylić z cukierkową) genezę. A co my moglibyśmy wprowadzić do tej muzyki poza klapkami Kuboty w klipach? Jako pierwsze nasuwa się disco-polo. Nigdy nie interesowałem się historią tej muzyki, ale podejrzewam, że wywodzi się z jakiejś włoskiej listy przebojów. W świadomości Polaka jednak od zawsze tkwi jako polskie. Ale czy wyobrażacie sobie Quebonafide, który nawija pod muzykę Ona Tańczy Dla Mnie? Nie liczę różnego rodzaju jajcarskich mash-upów. Coś chyba eksperymentował Sobota, ale nie oszukujmy się – to niedopuszczalne. Niestety coraz więcej moich znajomych bez żadnej krępacji słucha disco-polo, nuci teksty piosenek na pamięć i zetknąłem się z przemycaniem tam rapu. Zdarzali się jacyś rapujący wannabe Funky Filona, ale wiadomo – wszystko zostało w kręgach odbiorcy tego nurtu, który słuchał tych rymowanek bez zażenowania. A może folklor, pieśni ludowe? Według mnie wydawałoby się to najbardziej na miejscu. Tylko że zrobił to już Matheo i Donatan, więc pozostali wystraszyliby się zabierać za folk. Choćby w obawie przed ostracyzmem. Bo przecież to rżnięcie Donatana, wykorzystywanie jego jakże intratnego patentu. Rżnięcie powiadacie? Lepiej już kreować rozpoznawalne brzmienie na bazie sampli z polskiej muzyki ludowej niż układać gotowe pętle z paczek, no nie?
Niekiedy tęsknię za czasami, gdy hip-hop był synonimem łysych dresów i uśmiercania nieprawdziwych. Wspominam writerów i ich opowieści o tym, jak potrafili stać całymi dniami pod wolnymi ścianami na mieście, aby namierzyć gostków, którzy niechlubnie zżynają ich litery. Naprawdę. W tamtych czasach układanie klocków z gotowymi melodiami było niezwykle napiętnowane i oznaczało, że ktoś z lenistwa działa na eJay Music Maker. Wspomniałem już wcześniej, że nastał idealny czas na nadanie tożsamości naszej muzyce rap. Wyodrębnienie stylistyki, która to od narodzin była jedynie formą odtworzenia. Tylko trochę si w tym wszystkim pogubiliśmy. Ludzie ulegli przewartościowaniu. Zamiast wypracować styl, którego Niemcy mogliby nam pozazdrościć, a Japończycy jego plony wykorzystywać w swoich operach mydlanych, wolimy się kurwa wyzywać od złodziejów. Najgorsze, że za zgodą czołowych i rozpoznawalnych przedstawicieli gatunku, którzy swoimi wypowiedziami, broniącymi swoich kumpli, dają niejako przyzwolenie na tę wojnę. A może już mamy tę polskość, którą pospiesznie przeoczyłem? W końcu kłótnia i wzajemne oskarżanie się to taki polski atrybut. Od zawsze. Obecny również w środowisku rapowym. Rapowym. Rap, rap, rap… Dzisiejszy rap jest dla mnie jak Snapchat – zdaję sobie sprawę z jego popularności, ale kompletnie nie rozumiem, o co w nim chodzi.
Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.
Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?
Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?
W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?
"I przejdzie Panu przez gardło, żeby powiedzieć, że Roman Szuchewycz jest zbrodniarzem wojennym?" – zapytała @abojke ambasadora Ukrainy @VasylBodnar w wywiadzie dla @OficjalneZero.
— Stowarzyszenie „Wspólnota i Pamięć” (@WspolnotaPamiec) January 11, 2026
"Nie, nie powiem tego" – usłyszała w odpowiedzi.
Ambasador zaprzecza samemu sobie. Z jednej… pic.twitter.com/9F0rMzvgEf
Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?
Поїздка на фронт для мене — це завжди найголовніша подія тижня. Хедлайнер в розкладі.
Після парламентської діяльності, перемовин з міжнародними партнерами щодо підтримки України, акумулювання та розподілу благодійної допомоги та іншої тихої роботи в тилу, ця подія — великий… pic.twitter.com/5aucKuX5c7— Петро Порошенко (@poroshenko) September 10, 2023
Felieton
Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję
Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.
Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.
Teksty ponad bitem – wniosek naukowców
Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.
Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.
58 tysięcy kawałków
Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.
W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.
Smutniejsze numery, wyższe wyniki?
Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.
Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.
Studio > koncert? Też ma znaczenie
Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.
Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki
Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.
Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza
Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.
Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.
Co to oznacza dla rapu
Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.
Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.
Felieton
„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton
Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.
Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.
„Kutas Records” – o co w tym chodzi?
Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.
Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.
Oto kilka przykładów:
- Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
- Gejtos – Bóg Morza
- Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
- Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
- Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.
Spotify podbite przez „Kutas Records”
Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem
Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.
To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.
Felieton
Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem
„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.
Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.
Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema
Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).
Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Przodkowie rapera – „Ger Polish”
Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.
Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.
– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

W Eminemie płynie polska krew?
Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.
– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.
Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.
Fakty kontra plotki
W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.
-
News4 dni temuKarol Nawrocki skomentował zbiórkę Łatwoganga i Bedoesa 2115
-
News2 dni temuDawid Obserwator nie może się pogodzić, że usunięto go z „Bailando”
-
News4 dni temuPeja pocisnął z Donaldem Tuskiem. Poszło o wypowiedź na temat Ukrainy
-
News3 dni temuWrogowie Żuroma trafili na pierwsze strony gazet
-
News3 dni temuTede w t-shircie „Jacek Murański 2027”
-
News2 dni temuBedoes 2115 z kolejnym tatuażem na głowie – różaniec i modlitwa
-
News15 godzin temuTede podał dalej film o Mesie „Najbardziej odklejony raper w Polsce”
-
News4 dni temuPolska policja odzyskała skradzione auto znanego berlińskiego rapera