Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Rap w szkołach, na uczelniach, w bibliotekach |FELIETON

Opublikowany

 

Ostatnio świat obiegła niezwykła informacja o tym, iż w książce do muzyki dla szóstoklasistów pojawił się fragment utworu O.S.T.R’a pod tytułem „O robieniu bitów”. Fajna sprawa, według poleceń podręcznika dzieci mają przesłuchać piosenkę, zapoznać się z jej tekstem i odpowiedzieć na parę pytań dotyczących sztuki robienia bitów oraz języka, jakim posługuje się O.S.T.R. Bomba. Tyle że, kto w ogóle czyta podręcznik do muzyki? Który nauczyciel trudzi się, by takowy z dzieciakami przerabiać? Podejrzewam, że niemalże żaden i przyznam Wam się szczerze, że mnie osobiście news o pojawieniu się Ostrego w tym podręczniku skłonił do nieco innej refleksji. Mianowicie o miejscu rapu w szeroko pojętym dyskursie naukowym, o jego społecznych i kulturowych walorach oraz świadectwach, które zdają się być w Polsce niemal zupełnie pomijane.

Hip hop nie doczekał się w naszym kraju wielu naukowych publikacji. Przygotowując prace i raporty na studia, musiałem czerpać z ledwie paru słabo kojarzonych tytułów, w których zresztą- bez obrazy dla ich autorów- zbyt wiele ciekawego nie znalazłem. A przecież już sam rap to temat rzeka. Na podstawie hip hopowych tekstów można by spokojnie analizować nie tylko całą gamę zjawisk zachodzących na płaszczyźnie językowej, ale też aspekty związane z rodzimą kulturą, polityką czy chociażby ze zmianami społecznymi zachodzącymi po transformacji ustrojowej. I można by na podstawie takich analiz prowadzić szkolne zajęcia. Serio. O zabawie językiem i najróżniejszych figurach stylistycznych uczylibyśmy się od Łony, o patriotyzmie od Ostrego i Eldoki, a wykłady na temat najnowszej historii Polski prowadzone byłyby na podstawie tekstów Rych Peji…Nic tylko zapierdalać do szkoły.

 

Oczywiście trochę się zgrywam. W życiu bym nie chciał, by moje dzieci, poruszając w szkole tematykę miłości w pierwszej kolejności zamiast wierszy Szymborskiej i Leśmiana czytały teksty Onara bądź Zeusa. Ciągle jestem też zdania, że otaczającą nas szarą rzeczywistość i cierpienie odrobinę lepiej kojarzyć z Różewiczem aniżeli przykładowo z Biszem czy Miuoshem. A polskość? Patriotyzm? Jeśli ktoś myśli, że zamiast Mickiewicza dzieciaki powinny przerabiać na lekcjach „Nie pytaj mnie o nią” Eldoki (tak, słyszałem i czytałem takie głosy) powinien jak najszybciej uskutecznić zajebanie solidnego barana w ścianę. Zresztą to o czym teraz piszę to jakaś kompletna abstrakcja- chodziło mi tylko o uwidocznieniem Wam, że nie jestem doszczętnie pojebany. Nie miałbym natomiast nic przeciwko temu, by utwory rapowe (jak również inne współczesne teksty muzyczne) pełniły w szkołach rolę chociażby epizodyczną- by okazyjnie przyrównywać ich formę oraz treść do klasyki oraz by czerpać z nich wiedzę na temat tego, jak wyglądają współczesne problemy i zagadnienia społeczne oczami oraz piórem artystów XXI wieku. Bez obrazy dla poetów czy prozaików, ale dziś (niestety) już niemal nikt ich w Polsce nie czyta. Według przeprowadzonych przed rokiem badań przez TNS Polska ponad 60% naszych rodaków przez ostatnie 12 miesięcy nie widziało na oczy choćby linijki książki bądź wiersza. Nie trudno zgadnąć też, że wyniki te wyglądają jeszcze gorzej, jeśli przyjrzymy się tylko i wyłącznie ludziom młodym. Oni natomiast (choć przyznaje, że nie mogłem znaleźć na to dowodu w badaniach) bardzo często, nieraz wręcz nałogowo sięgają chociażby po teksty rapowe. I choć jest to po pierwsze wyraz ich lenistwa i ignorancji, to co za tym idzie także zmieniających się przyzwyczajeń oraz kultury. Gdy za przykładowe 15 lat do szkoły trafi mój dzieciak, serio chciałbym by obok poznawania oczywistej klasyki miał okazję zaznajomić się z precyzyjnie wyselekcjonowanymi utworami literackimi, które w czasach dorastania były rzeczywiście najbliższe mojemu pokoleniu.

 

Jednak by w ogóle mogło się tak stać, zacząć należy od podstaw- od zainteresowania oraz pracy naukowców i badaczy, którzy od zawsze traktują hip hopową kulturę oraz rap mocno po macoszemu. Co by w końcu mogli osiągnąć i stworzyć nazywani przez (z pełną świadomością używam tego określenia) wielkiej klasy głupka i ignoranta dr. Mieczysława Pęczaka następcami proletariackich chuliganów pierwsi polscy hip hopowcy? W końcu to ludzie bez wykształcenia i perspektyw, których jedynym życiowym zajęciem jest „zakłócanie swym chamstwem i agresją spokojnego życia poczciwych obywateli”…

 

Otóż na przekór wszelkim tezom cenionego socjologa prekursorzy rodzimego rapu przenieśli na polski grunt niezwykle bogatą formę artystycznego wyrazu, która już dziś zasługuje na spore zainteresowanie językoznawców czy socjologów. I myślę, że w końcu je sobie zaskarbi. Naukowo- badawcze pokolenie Pęczaka powoli odchodzi w niepamięć, a tytuły magistrów i doktorów zaczynają otrzymywać ludzie, którzy z rapem mieli swoim życiu bezpośredni kontakt, którzy zwyczajnie wiedzą, że powstałe w jego formie utwory literackie są warte badań oraz analiz, a co za tym idzie także trafiania do prac i książek o charakterze naukowym. To jest pierwszy punkt, od którego wszystko musi się zacząć. Gdy rap pojawi się na półkach w bibliotekach, będzie można myśleć o wykorzystywaniu go na zajęciach uniwersyteckich i umieszczaniu w szkolnych podręcznikach. W innym razie dalej będziemy zmuszeni podniecać się pojawieniem się O.S.T.R’a w nieczytanej przez nikogo książce do muzyki oraz występowaniem w pozostałych podręcznikach paru przypadkowo dobranych innych tekstów rapowych, które, wierzcie mi, na swoich zajęciach każdy z nauczycieli omijać będzie szerokim łukiem…

 

A na koniec napomknę tylko, że jest w tym wszystkim jeszcze jeden mały haczyk. Polskie szkolnictwo to gówno. To, że ja miałem szczęście chodzić do szkół, gdzieś ktoś serio chciał mnie zainteresować prozą Gombrowicza i poezją Miłosza, nie znaczy, że taka możliwość tyczy się choćby małego procenta moich rówieśników. Tak więc między bajki możecie włożyć sobie moje marzenia o cudownej edukacji, w której ciekawe świata dzieciaki przyrównują wraz z żądnym nauczenia ich czegokolwiek profesorem najwybitniejsze teksty polskich raperów do klasyków poezji sprzed lat. Mając ostatnio sporo kontaktu z 12-letnim chłopcem, który uczęszcza do przeciętnej warszawskiej podstawówki, przeszło mi nawet przez myśl, że chyba kurwa rzeczywiście najlepsze, co mogłoby go spotkać, to zachłyśnięcie się muzyką Białasa, pierdolenie tego, co gadają mu w szkole i znalezienie w życiu swojej własnej, zupełnie niezależnej od niej pasji. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to mocno smutna refleksja. W ogóle myślę, że sytuacja, w której rap przyciągałby dzieciaków do szkoły, zamiast ich od niej odciągać jest na tę chwilę delikatnie mówiąc wysoce abstrakcyjna. Szkoda.

 

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Felieton

Czy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję

Twoja playlista mówi więcej, niż myślisz.

Opublikowany

 

raper

Nowe badanie Journal of Intelligence pokazuje, że to nie muzyka, a teksty kawałków mogą zdradzać poziom inteligencji słuchacza. Analiza danych ze smartfonów ujawnia subtelne powiązania między playlistą a zdolnościami poznawczymi.

Teksty ponad bitem – wniosek naukowców

Możemy zapomnieć o gadkach, że inteligencję zdradza słuchanie jazzu albo klasyki. Nowe badanie opublikowane w Journal of Intelligence wywraca ten schemat do góry nogami. Okazuje się, że klucz nie leży w gatunku ani brzmieniu, tylko w tym, co jest nawijane w kawałkach.

Naukowcy odkryli, że to właśnie warstwa liryczna daje więcej informacji o zdolnościach poznawczych niż tempo, melodia czy klimat numeru. Czyli nie chodzi o to, czy leci trap czy boom bap – tylko o to, jakie treści wchodzą do głowy.

58 tysięcy kawałków

Badacze wzięli na warsztat 185 osób i przez 5 miesięcy śledzili ich odsłuchy. Każdy numer, każda playlista – wszystko zapisane przez specjalną apkę.

W tym czasie uczestnicy przesłuchali łącznie ponad 58 tysięcy unikalnych utworów. Do tego doszły testy sprawdzające logiczne myślenie, słownictwo i zdolności matematyczne.

Smutniejsze numery, wyższe wyniki?

Wnioski? Ciekawe i trochę nieoczywiste. Osoby, które częściej sięgały po kawałki o mniej pozytywnym, bardziej refleksyjnym klimacie, miały wyższe wyniki w testach. Do tego dochodzą teksty skupione na „tu i teraz”, autentyczności i tematach związanych z domem – one też korelowały z wyższą inteligencją.

Z kolei tracki pełne społecznych odniesień i niepewnego języka częściej pojawiały się u osób z niższymi wynikami.

Studio > koncert? Też ma znaczenie

Osoby z wyższą inteligencją częściej wybierały kawałki z niskim wskaźnikiem „liveness”, czyli takie, które brzmią jak nagrane w studiu, a nie na żywo. Badacze tłumaczą to prosto – bardziej ogarnięci słuchacze mogą traktować muzykę jako coś do skupienia i analizy, a nie tylko do energii i chaosu koncertowego.

Słuchasz więcej – masz lepsze wyniki

Kolejna rzecz – ilość. Ci, którzy spędzali więcej czasu na słuchaniu muzyki, mieli statystycznie wyższe wyniki w testach. Podobnie jak osoby, które często sięgały po kawałki w innych językach niż ojczysty.

Playlista nie zrobi z Ciebie geniusza

Zanim ktoś zacznie układać playlistę „na inteligencję”, warto ostudzić hype. Związek między muzyką a inteligencją jest niewielki i czysto statystyczny. To nie działa tak, że słuchasz jednego typu numerów i nagle rośnie IQ.

Same w sobie te efekty prawdopodobnie nie są wystarczająco silne, aby miały praktyczne zastosowanie – mówią badacze.

Co to oznacza dla rapu

Badanie nie ocenia gatunków muzycznych typu rap, rock czy jazz jako „lepszych” lub „gorszych”. Bardziej chodzi o to, jakich treści się słucha i jak je przetwarza. W przypadku rapu ulicznego mamy zazwyczaj do czynienia z prostymi tekstami, ale z drugiej strony możemy je przetwarzać na rożne sposoby. W przypadku rapu technicznego i wielowarstwowych linijek, język, tematy i sposób narracji jest jednak dużo bardziej wyszukany.

Osoby słuchające bardziej refleksyjnych i złożonych treści – mają trochę wyższe wyniki. Osoby słuchające prostych i powierzchownych treści – mają je niższe.

Czytaj dalej

Felieton

„Kutas Records” – żart Kuqe 2115 to tak naprawdę spory problem – felieton

Wspomniana wytwórnia istnieje, jest z Polski i ma pół miliona słuchaczy.

Opublikowany

 

kutas records

Kilka dni temu Kuqe 2115 opublikował żartobliwy film, w którym mówi, że odchodzi z 2115 Label na rzecz nowej wytwórni „Kutas Records”. Pośmialiśmy się z rzekomo czerstwego żartu, który tak naprawdę nie do końca był żartem. Jak sprawdziliśmy, wytwórnia „Kutas Records” istnieje, jest z Polski i podbija Spotify.

„Kutas Records” – o co w tym chodzi?

Na Youtube powstał kanał zatytułowany „Kutas Records”. Uśmiech na twarzy może budzić nie tylko nazwa kanału, ale także współgrające logo z plemnikiem. Od razu więc mamy jasny komunikat, że mamy do czynienia z trollingiem. Tylko ten żart powoli wymyka się spod kontroli, bo jest całkiem sprawnie zarządzany.

Kawałki, które pojawiają się na kanale mają zawsze podtekst erotyczny i są w pełni wygenerowane przez skrypt AI. Ich treść jest dość wulgarna, ale dla młodszych odbiorców może być interesująca i zabawna. Każdy kawałek jest dobrze opisany i ma wygenerowaną unikalną okładkę. Tytuły numerów, podobnie jak ich treść jest nacechowana seksualnie.

Oto kilka przykładów:

  • Dariusz Jebadło – Podziemny Drąg
  • Gejtos – Bóg Morza
  • Cwelgar – Gejowski Łowca Potworów
  • Johnny Cwel – NNN (Nie Orzech Listopad)
  • Homo Erectus – Gejowski Jaskiniowiec II (prod. Kutas Records)

W ciągu roku, odkąd istnieje „wytwórnia” na Youtube wygenerowano 163 utwory, które łącznie mają ponad 4 mln wyświetleń.

Spotify podbite przez „Kutas Records”

Jeszcze większe cyfry żartobliwa wytwórnia wykręca na Spotify. Przed kilkoma dniami doszło do sytuacji, kiedy na pierwszych 15 miejsc najbardziej viralujących numerów aż 8 pochodziło z labelu „Kutas Records”. Na pierwszym miejscu mogliśmy zobaczyć „Antycznego Napaleńca”, który przebił już barierę 1 mln streamów.

Wytwórnia AI ma już blisko pół miliona słuchaczy na Spotify. To więcej niż Belmondo (300 tys.), Liroy (160 tys.) czy Ten Typ Mes (240 tys.). Niewiele więcej od żartownisiów ma np. O.S.T.R. (580 tys.), który jest w ciągu wydawniczym od ponad 25 lat.

Co więcej, kawałki wygenerowane przez AI zaczynają trafiać też do TOP 50 Polska. Wspomniany „Napaleniec” jest obecnie na 8. pozycji, wyprzedzając m.in. Malika Montanę, Kaza Bałagane czy Pezeta.

AI w muzyce – mamy problem

Sztucznie generowane kawałki i całe „wirtualne wytwórnie” oparte na AI to coraz większe wyzwanie dla branży muzycznej. Z jednej strony zalew tanich, żartobliwych produkcji obniża próg wejścia, ale z drugiej – rozmywa granice między twórczością a automatem.

To jest też problem dla słuchaczy, bo coraz częściej mają oni problem z odróżnieniem prawdziwej muzyki od algorytmicznej masówki. Branża stoi więc przed pytaniem, jak chronić kreatywność i unikalność w czasach, gdy muzykę można „wyklikać” w kilka sekund.

Czytaj dalej

Felieton

Eminem ma polskie korzenie? Dokumenty wskazują na wieś pod Strzegomiem

„Pradziadek rapera wpisywał w dokumentach narodowość polską”.

Opublikowany

 

eminem polskie korzenie

Brzmi absurdalnie? Z dokumentów wynika, że jeden z największych raperów świata ma rodzinne powiązania z Polską. Według badań genealogicznych część przodków Eminema pochodzi z Dolnego Śląska.

Od lat w mediach powraca temat polskich korzeni Marshalla Mathersa. Wiele portali pisze wprost – pradziadek Eminema był Polakiem. Choć historia ta nigdy nie zyskała takiej popularności jak internetowe plotki o jego rzekomej niechęci do Polski, fakty wskazują, że raper rzeczywiście może mieć polskie pochodzenie.

Polskie korzenie Eminema

Jak ustalono, jeden z pradziadków Eminema od strony matki – Georg A. Scheinert – urodził się 29 stycznia 1851 roku we wsi Kostrza, znajdującej się dziś w gminie Strzegom (woj. dolnośląskie).

Miejscowość ta, znana z wydobycia granitu, należała wówczas do Prus i nosiła nazwę Häslicht. Przodkowie Eminema mieli być z nią związani od pokoleń. W dokumentach pojawiają się nazwiska Joseph Scheinert (ur. ok. 1825) i Ewa Wasuzki (1827–1901) – rodzice wspomnianego Georga. To właśnie nazwisko Wasuzki, zapisane błędnie przez amerykańskich urzędników imigracyjnych, może sugerować polskie pochodzenie matki przodka rapera.

Nagrobki Józefa i Evy Scheinertów w Nebrasce

Przodkowie rapera – „Ger Polish”

Sprawą zainteresował się Janusz Andrasz, autor bloga „Genealogiczne śledztwo”, który odnalazł szereg dokumentów potwierdzających ten trop. Jak wskazuje, część aktów metrykalnych nie zachowała się, jednak dostępne źródła sugerują, że przodkowie rapera rzeczywiście mogli pochodzić z terenów dzisiejszej Polski.

Co więcej, w amerykańskich spisach ludności z początku XX wieku pojawia się przy rodzinie Scheinert określenie „Ger Polish”, co tłumaczone jest jako narodowość polska, kraj pochodzenia – Niemcy.

– Znalazłem zagadkowo brzmiący wpis w spisie mieszkańców USA z 1910 r., gdzie w przypadku jednej z córek Georga (wspomnianego 3x pradziadka Eminema) – Marcie Scheinert, po mężu Roesch, w rubryce „Miejsce urodzenia ojca”, znajduje się zapis „Ger Polish”. Potem znalazłem analogiczną kartę ze spisu, dotyczącego samego Josepha Scheinerta, czyli jej ojca. I tu również pada określenie „Ger Polish„, które znalazło się zarówno w rubryce jego matki, czego można byłoby się spodziewać, mając na uwadze jej polsko brzmiące nazwisko Wasuzki, jak i w rubryce podającej pochodzenie ojca Georga – Josepha Scheinerta! – pisze badacz.

Spis mieszkańców USA z 1910 (córka Georga)

W Eminemie płynie polska krew?

Wnioski z przeprowadzonego śledztwa odnośnie „polskości Eminema” są niejednoznaczne, ale coś ewidentnie jest na rzeczy.

– Skoro urodzony w 1851 roku w pruskim Häslicht Georg Scheinert, mieszkając w USA już od 46 lat, wpisuje w roku 1910 jako swoją narodowość polską, to coś jednak na rzeczy musi być. Niestety, bez dostępu do metryk tej tajemnicy wyjaśnić się nie da. Przyznam, że na początku tego genealogicznego śledztwa myślałem, iż wzmianka o polskich korzeniach Eminema była pomyłką. Teraz jednak widzę, że to raczej tajemnica, która wciąż czeka na swoje rozwiązanie.

Choć metryki z XIX-wiecznej Kostrzy nie są dostępne online, odkryte zapisy pozwalają przypuszczać, że w żyłach Eminema rzeczywiście może płynąć kropla polskiej krwi.

Fakty kontra plotki

W przeciwieństwie do dawnych, nieprawdziwych historii o rzekomym spaleniu polskiej flagi przez Eminema czy jego niechęci do występów w Polsce, informacje o polskim pochodzeniu rapera mają częściowo podstawy w dostępnych dokumentach.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: