Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Sprzedać się lub być jak The Gaslamp Killer |FELIETON

Opublikowany

 

alt

– Niby to zwykły set, a mogę zapłacić horrendalne pieniądze, żeby zobaczyć go raz jeszcze! Więcej niż za Eminema!

Rap zawładnął biznesem, niezaprzeczalne! Może nie tak hałaśliwie jak największe osobistości YouTube’a, ponieważ w przeciwieństwie do nich żaden raper jeszcze nie występuje w reklamie Playa (pomijając skromny epizod Tedego z Red Bull Mobile), który to zaś deklasuje rywali w plebiscytach na najlepszą kampanię promocyjną w Polsce. Największy udział rapowych kapel w pierwszej dziesiątce OLIS czy firm (wywodzących się ze środowiska hip-hopowego) w branży tekstylnej, kooperacje MC’s z ulubionymi muzykami ich rodziców czy z marketingowym gigantem Red Bull zdają się to potwierdzać. W podzięce również biznes zawładnął rapem. Zwłaszcza w podziemiu. To oczywiste jak rymy Rytmusa w Stoprocent 2, gdy już usłyszałeś kilka pierwszych. Ale czy rzeczywiście tak było od samego początku? Przecież to z tego podziemia płynęło najwięcej obelg w kierunku TDF’a w okresie jego największej infamii, gdy na każdym kroku powtarzał w sposób bezpośredni o pieniądzach. Wówczas panowało przekonanie, że rapowanie jest domeną zarezerwowaną wyłącznie dla ortodoksyjnych zajawkowiczów. Pragmatyzm dopiero raczkował, a idealiści stopniowo się nawracali. Sam w tym uczestniczyłem. Nie wierzę jednak w to, że pasja, odskocznia od świata czy podzielenie się z nim swoimi przemyśleniami zadecydowały o tym, że wszyscy hip-hopowcy od Bałtyku po Tatry zaczęli rapować, produkować, scratchować. Jestem zdania, że dla każdego główną przyczyną (choćby przez ułamek sekundy w najodleglejszych rejonach umysłu) była chęć zaistnienia na wizji i wzbogacenia się dzięki temu!

Dzisiaj we wspominanym podziemiu pozmieniało się dosłownie wszystko. Młodzi hip-hopowcy budując studio w swoim pokoju, zaopatrują się w mikrofony pojemnościowe, solidne kompresory i przedwzmacniacze, o których niegdyś starszyzna mogła jedynie pomarzyć. Ewentualnie za ostatnie oszczędności kupują godziny w profesjonalnym studio i nagrywają rap. Kręcą teledyski, które swoim poziomem niejednokrotnie przewyższają produkcje, fundowane przez wielkie wytwórnie. Wytłaczają swoje albumy na CD, a ich nakłady wyprzedają się w ciągu jednej przerwy wśród kolegów z gimnazjum. Nie stawiają oporu zastanym konwenansom, ani porządkowi, ustanowionemu przez pokolenie ich rodziców, a w zasadzie to nie buntują się przeciwko niczemu. Zamiast przesiadywać nałogowo na osiedlu, garbią się przed komputerem czy smartfonem. Nie mają rewolucyjnych myśli, wizji, a co za tym idzie, nie dobierają się w zespoły z kolegami, zamieszkującymi klatkę obok. Nie pamiętają jak za najwolniejszy internet można było zapłacić rachunek w tysiącach złotych, ponieważ nauczyli się żyć w świecie podyktowanym przez darmowe gigabajty. Wolą więc wejść na odpowiednią stronę i kupić beaty lub zwrotkę. O ile z kupnem beatów zdążyłem się pogodzić już kilka lat temu, dopiero niedawno pojąłem, że zakup zwrotki sławnego rapera nie jest czymś głupim. Oczywiście jeśli prezentuję odpowiedni poziom. Załóżmy, że tak i chcę dotrzeć do większej ilości osób. Mając do wyboru opłatę reklamy na Facebooku czy eksperymentowanie z SEM/SEO dla swojej strony, wolałbym zapłacić za zwrotkę i niejako spełnić marzenie z dzieciństwa, nagrywając z moim idolem. Kolejna forma promocji, ot co! Choć jako idealista długo się wzbraniałem przed tolerowaniem tego typu zabiegów. Tak czy inaczej, każdy kij ma dwa końce. Umiera chemia w studio, relacje międzyludzkie ulegają spłyceniu i stają się stricte biznesowe, nie powstają już przełomowe numery, ale w zamian tę świadomość obrotu pieniędzmi mają wszyscy raperzy, niezależnie od umiejętności poszczególnych. Problem dopiero występuje, gdy nadal przestawiają oni akcenty, bo częściej przestawiają w myślach banknoty na półkach, oddzielając dolary od euro. Na szczęście powstają takie miejsca jak Szkoła Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu, dzięki którym można pogodzić oba stanowiska. Inspirujące miejsce, w którym młodzi adepci mogą poznać tajniki produkcji, a zarazem współpracować z ludźmi w studio, a nie przez komunikator. Dokładnie tak, ale nie tylko dlatego ta szkoła jest źródłem zajawki. A to właśnie jej od samego początku poszukuję.

Zajawka, zajawka, zajawka. Tyle pierdolę o tej zajawce, że można się w tym zagalopować. Oczywiście, że zajawką nie opłaci się rachunków czy nie kupi pieluch dla niemowląt. Nie zaopatrzy się w nowe winyle na sampling, czy w syntezator. Słowem, nie można tworzyć wyłącznie dla zajawki. Mam na myśli jedynie sytuacje, w których twórcy udowadniają, że pieniądze to nie wszystko. Kiedy taki Lenny Kravitz spotyka się w studio z Mos Defem i biorą udział w niepowtarzalnym jamie, choć obowiązują ich lukratywne kontrakty ze swoimi wytwórniami. Aż się prosi zainspirować się w muzyce poczynaniami Cristiano Ronaldo. Chłop ma tyle zer na koncie, że mógłby sobie kupić Sosnowiec i przemianować na Ronaldoland, a mimo wszystko przebiera się za bezdomnego i na ulicach Madrytu drybluje piłką lepiej niż Messi. Czegoś podobnego doświadczyłem w minioną sobotę na SMN WaxEaters Beat Session Vol. 2. we wspomnianej Szkole Muzyki Nowoczesnej. Pojechałem tam jako kolega, towarzysz i kibic Coka. Ileż to razy rozmawiałem z nim o takich wartościach jak pasja. Pewnie podczas 200 km drogi na Dolny Śląsk z kilka. Ten człowiek, Cok, jest uosobieniem pasji. Zresztą współtworzył posse-cut zatytułowany Projekt Pasja. Co chwila podejmuje się różnych inicjatyw (nie przymierzając: Piątka od producenta czy Sample Not Simple), nieprzynoszących dochodów. Co więcej – kilka lat temu skrupulatnie podliczył on kwotę, jaką wydał na rozwój swojej pasji. Wyszło tego ok. 60 tysięcy złotych. Nie rozmawiałem z każdym z obecnych, ale na podstawie przeprowadzonych rozmów z nielicznymi wiem, że ich podejście jest zbliżone do Coka. Czas, poświęcony na przyjazd do Wrocławia, rozstawienie i schowanie sprzętu, a także powrót do domu, mogliby przecież wykorzystać na zrobienie beatów i przeznaczenie ich na sprzedaż za mniejsze bądź większe pieniądze. Nie mówię, że nie wzbogacą się dzięki efektom tej sesji, ale w tym czasie mogliby przecież zrobić kilka beatów, a nie – jak większość – jeden. Co więc ich skłoniło do przyjazdu? Przecież żaden z nich nie jest osłem, a na miejscu nie było marchewki. Zajawka bracie i siostro, zajawka. Pomijam już całkiem ckliwy moment, w którym jeden z organizatorów, Szusty, także zajmujący się produkcją, udostępnił swoje miejsce dla niepunktualnego producenta, żeby miał on warunki do pracy. To wszystko o czymś świadczy. O pasji, o zajawce, o miłości do tworzenia.

Idealnym uosobieniem pasji jest The Gaslamp Killer. Gość, który chyba na pamięć zna Ostatniego Mohikanina albo Live at the Bowl ’68 The Doors. Ten od muzyki na A Sufi and a Killer Gonjasufiego. Wykręconej, psychodelicznej muzyki. Taki też on jest. Wykręcony, psychodeliczny. Ale tego, że jest człowiekiem pełnym pasji, to nikt nie może mu odmówić. Pierwszy raz spotkałem się z jego twórczością w Katowicach podczas którejś z edycji Tauron Nowa Muzyka Festiwal. Poszliśmy tylko z KAEES’em, który już wcześniej znał twórczość Killera. Pół dnia opowiadał mi o nim. Poszedłem więc pod scenę dobrowolnie, choć gdybym wiedział, że zaserwuje takie brzmienia, to nie poszedłbym tam nawet jakby występował ze Ś.P. Guru w duecie. Byłem wtedy zatwardziałym ortodoksem, miłośnikiem samplowanej trąbki i może trochę gitary, a ze sceny rozbrzmiewała ciężka elektronika, brzęczenie, łomot, stukot, wiercenie. Nagle przed oczyma zobaczyłem szatana, który grał didżejskiego seta. Niby to zwykły set, a mogę zapłacić horrendalne pieniądze, żeby zobaczyć go raz jeszcze! Więcej niż za Eminema! Gaslamp biegał po scenie, tańczył pogo, bujając swoją bujną czupryną. Momentami drgał jakby przed sekundą wstał z elektrycznego krzesła. Sugerowałaby to też jego fryzura. Skakał, krzyczał, przewracał się. Coś pięknego. Ruchy sceniczne, których mógłby pozazdrościć choreograf Beyonce. A dlaczego dla The Gaslamp Killera pasja jest najważniejszą wartością? Są zespoły hip-hopowe, których stawki koncertowe się różnią w zależności od tego, czy przyjadą z samym DJ, czy z DJ, zespołem, chórzystkami i choreografami. The Gaslamp Killer skosił siano wyłącznie za set. A pomyśleć, że inni, którzy prawdopodobnie dostają jeszcze większe wynagrodzenie, stoją przed adapterami i stać ich jedynie na zmienianie płyt.

 

Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.

 

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: