Felieton
Wyjdzie w praniu. Jak to się robi na południu? |FELIETON
Ujawniając jego personalia, zniżylibyśmy się do frajerskiego poziomu.
Cześć, z tej strony Modest. Rzekłbym, że przepraszam każdego za zwłokę, ale zastanawiam się, czy aby nie byłoby to wyjściem przed szereg? Przyzwyczaiłem ludzi do tego, że od dłuższego już czasu w co drugi poniedziałek czytają oni moje utyskiwania, zachwyty, spostrzeżenia czy emocjonalne, ekshibicjonistyczne zrywy. W zeszłym tygodniu zaniemogłem i byłem okropnie zły na siebie z tego powodu. Dotychczas konsekwentnie trzymałem się tych terminów i nawet jak przyszło mi pisać podczas gorączki, to nikogo (a przede wszystkim siebie) nie zawiodłem i tekst – mimo że mógł odstawać od pewnego poziomu – zawsze był opublikowany w ten felerny poniedziałek. Ze względu jednak na brak odzewu po ostatniej wpadce, nie jestem pewny poziomu tego przyzwyczajenia. Powiedzcie, że jestem w błędzie! Tym bardziej, że zamierzałem przygotować ekskluzywny materiał o – powiedzmy – wpływie populacji Tanzanii na regres polskiej alternatywy. Zdecydowałem się natomiast na wykonanie innego kroku. Skoro jutro ma miejsce premiera Wypranej EP Furmana i w międzyczasie trwa jej promocja na naszych kanałach, pomyślałem, że połączę przyjemne z pożytecznym i przybliżę wszystkim kilka zakulisowych ciekawostek. Wiecie, takich dotyczących promocji, produkcji, dystrybucji, masturbacji. Tanzańczycy mogą poczekać.
O ile mnie pamięć nie myli, pierwsze wzmianki o tym, że Furman zaczyna nad czymś pracować, pojawiły się w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Wrzesień, październik. Przypuszczam, że bardziej październik, w którym to odbyła się premiera utworu Furmana, zatytułowanego… Lipiec. Tak, zdaje się, że był to pierwszy bodziec do napisania płyty i wtedy też zabrzmiały pierwsze telefony w tej sprawie. Nasz przyjaciel pracował sobie spokojnie nad albumem, a życie toczyło się dalej. Kumple, praca, Szkocja, stresy, interesy. A przepraszam, "spokojnie" to najbardziej delikatne określenie. Zaczęło się od tego, że zrobiliśmy gruntowny porządek i przemeblowanie w naszym studio i – jak to bywa po zmianach – każdy pragnął już wejść do kabiny. Niestety, pragnienia zniweczyła awaria interfejsu. Żeby tego było mało – cały proces reklamacyjny, kupno nowego sprzętu, oddanie go z powodu… usterki, następny okres rozpatrzenia reklamacji, zwrot pieniędzy i zakup kolejnego Focusrite'a trwały przeszło trzy miesiące. Równolegle Furman kupował beaty i pisał teksty. Pewnego razu ten sam człowiek, który na każdym kroku podkreśla, że od konceptualnych (do granicy przekombinowania) numerów, woli wykonywać prosty, acz dosadny rap, przedstawił mi pomysł na klip, którego nie powstydziliby się mistrzowie gatunku, za jakich prywatnie uważam Łonę i Webbera. Oniemiałem. Musieliśmy zwrócić się o pomoc do znienawidzonej przeze mnie instytucji KZK GOP. Oznaczało to kolaborację (słownikową, nie hip-hopową), ale lubimy wyzwania i wiedząc, że będzie ciężko, zatelefonowaliśmy gdzie trzeba. Urzędowe pisma, bieganie po biurach i dostawanie gołą dupą w twarz od zasiadających w nich ludzi, głuche telefony. Mamy już doświadczenie w tym zakresie. Pech chciał, że skończyło się na wielkich planach i w zasadzie mógłbym tutaj zdradzić cały scenariusz teledysku, lecz wierzę, że jeszcze uda się sfinalizować ten pomysł przy innej okazji. A wspomniane doświadczenie wykorzystaliśmy w przygotowaniach do klipu Pranie, którego premiera miała miejsce nie tak dawno temu. Najsmutniejsze jest to, że plany nie pokrzyżowała jakaś odmowa ze strony KZK GOP, a pewien szkodnik z Radomia.
Wszystko zapowiadało się zgodnie z planem jak w Czasie Surferów, dopóki nie pojawił się Rysio. Furman dostał beat, zaczął pisać tekst, a w wolnej chwili załatwiał formalności, związane z klipem. Wszystko ułożyłoby się idealnie, gdyby producentem tego utworu nie było nieznane dotąd wcielenie "chytrej baby z Radomia". Czym on doprowadził Patryka do frustracji i zniechęcania, co miało wpływ na opóźnienie premiery Wypranej EP? Otóż pożądany beat został wybrany spośród wielu innych z Soundclouda autora, a przelew został zrealizowany. W tych czasach to już powszechność niczym zakupy w Biedronce. Transakcja dotyczyła jednej produkcji, ale Furmanowi spodobały się trzy. Następnie ten beatmaker (i jak siebie sam nazywa, raper) poprosił o przesłanie większej ilości pieniędzy. O kwotę, która mu brakuje do mikrofonu. Zapłacono więc za kolejny podkład. Prace nad albumem trwały dalej, ale od momentu przekazania wokali do aranżacji, klaun przestał odpowiadać na wiadomości przez trzy tygodnie, a gdy łaskawie odpisał, to kłamiąc, że wyśle w ciągu doby. Po kilku nerwowych tygodniach, Furman dostał aranże, ale bez śladów. Rozmowy z gościem były męczące i mogły wydawać się bezcelowe, ponieważ wciąż jedynie się ściemniał. Padły werbalne groźby, ponieważ może i ta kwota za dwie produkcje nie była jakaś zawrotna, ale przyzwoitość powinna być czymś naturalnym, a nie towarem luksusowym. Chłopak tłumaczył się przeprowadzką i innymi pierdołami wyssanymi z palca, ale ewidentnie miał nieczyste sumienie. Zwłaszcza, że na jego profilu oraz pod utworem Deysa, który on wyprodukował, pojawiały się uzasadnione oskarżenia od innych osób. Zablokował również każdą możliwą formę kontaktu oraz zmienił… ksywę, nad której reputacją tak pracował. Wierzymy przede wszystkim w zasady, więc nie będziemy wymieniać jego nazwiska. Zresztą, ujawniając jego personalia, zniżylibyśmy się do frajerskiego poziomu, jaki reprezentuje ten kretyn. Tego typu zachowanie przynosi jednak refleksję. Osobiście postarałbym się zrozumieć jego postawę, gdyby był on popularniejszy niż Donatan, a serwery jego poczty byłyby zapchane od propozycji współpracy. Młodemu – być może perspektywicznemu – producentowi tak po prostu nie przystoi. Najciekawsze, że to druga osoba z Radomia, która dopuściła się czegoś podobnego we współpracy z nami. Peja straszył kiedyś Liroya chuliganami Arki Gdynia. My nikogo nikim nie będziemy straszyć, wyzywać jak nasi przodkowie od warchołów też nie zamierzamy, ale wiedz jedno typie – hip-hop w Twoim przypadku powróci do lat 90'. I niekoniecznie muzycznie. Mam na myśli pierwszą Molestę i teksty Włodiego o bójkach pod klubem. Niestety nasz biedak trafił na frajera, przez co trzy gotowe nagrania już nigdy nie ujrzą światła dziennego. Wszystko to wywołało złość, zmęczenie i zniechęcenie, które wpłynęły znacząco na przełożenie premiery o kilka miesięcy. Szczególnie, że nie było gdzie nagrywać. Pieprzony interfejs.
Tym sposobem nastał styczeń, a zmotywowany Furman ogłosił w gronie elQuatro, że w lutym odbędzie się premiera! Zainspirowało to resztę do działania i jak zwykle w bliźniaczych sytuacjach, zaczęliśmy myśleć o promocji. Podzieliliśmy się obowiązkami. Informację prasową napisałem, słysząc zaledwie kilka numerów z płyty. Całość przesłuchałem dopiero wtedy, gdy otrzymaliśmy zmiksowany materiał od Nagrywarki, a okładka była już gotowa. A przynajmniej jej wstępna wersja. Zadaniem wykonania okładki obarczyliśmy naszego człowieka – Pan Sezamek. Realizacja frontu, tyłu i wewnętrznej części poligrafii, a także przygotowanie jej do druku oraz zrobienie prezentacji, grafik na portale społecznościowe i wszelkiej maści rzeczy do zaprojektowania, trwała ponad dwa tygodnie (bez podziału na dni robocze i wolne) przez 8 godzin dziennie! Luty zbliżał się nieuchronnie, a raptem kilka numerów było kompletnych. Jednym z nich był opublikowany wczoraj Zagłębie Dąbrowskie [Robię Swoje]. Pamiętam, że brałem bierny udział w sesji nagraniowej do tego numeru. Wstawiliśmy się w naszym – niedziałającym jeszcze – ToNieTo Studio w trójkę, a KAEES zabrał ze sobą swój sprzęt, umożliwiający rejestrację wokali. Nie przypominam sobie, żebyśmy korzystali z jakichś używek, ale jeden wers Furmana mógłby o tym świadczyć. Wy usłyszeliście w jego zwrotce frazę "upalony ziomek", przy czym pierwotna wersja brzmiała "upalony pojeb". Co więcej, zostało to tak zajebiście zarapowane, że z Kaeesem tylko spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i długo nie myśląc uznaliśmy, że tak powinna brzmieć nazwa kawałka. Upalony pojeb! Brzmiało to genialnie. Może i było w tym trochę kalkulacji, gdyż taka nazwa mogłaby się przyjąć, ale po prostu zostaliśmy oczarowani tym fragmentem. Długo lobbowaliśmy za tym, żeby tę nazwę pozostawić w użyciu. Tygodniami! Jak dowiedziałem się, że Patryk zmienił ten wers, zrobiłem się smutny. Serio. Kaees pewnie też! Przy reszcie numerów nie brałem udziału, ponieważ zostały zrealizowane w Gliwickim Studiu Nagrań. Trwało to niewiele ponad tydzień!
Kiedy usłyszałem Pranie byłem zdumiony tym chłopakiem, ponieważ sam sobie zaprzecza w kontekście konceptualnych numerów. Numer jest piękny. Nie dziwi więc, że dwa tygodnie temu mogliśmy odsłuchać go, jednocześnie oglądając teledysk. Realizacją zdjęć i montażem zajęła się zaprzyjaźniona ekipa – Filminati. Zaproponowali oni miejsce kręcenia natychmiast po usłyszeniu utworu i finalny obrazek wyszedł z ich inicjatywy. Problemem z kolei okazało się znalezienie samej pralni. Nigdy bym nie powiedział, że znalezienie takiego przybytku na południu graniczy z cudem. Szkoda, że pralnia w pobliskim Będzinie kilka lat temu stanęła w płomieniach. Pierwszym wyborem był Oświęcim, lecz z marnym skutkiem. Ostatecznie udało się znaleźć pralnie, będącą częścią gliwickiego Centrum Onkologii. Początkowo dostaliśmy zielone światło, lecz dla formalności musieliśmy przygotować pismo. Następnie musieliśmy pismo przeredagować. Furman latał od pomieszczenia do pomieszczenia, słuchał wymówek Grażyn, a w konsekwencji poznał wyższość i pogardę prezesa. Trwało to kilka dni, co opóźniło klip, który zaś finalnie nakręcono w prywatnej pralni Bielux. W tym czasie ruszyły już machiny promocyjne. Mieliśmy ciekawy plan, równający się poziomem z promocją płyty "Nagrania". Z części pomysłów musieliśmy zrezygnować, część wyszła (o ironio!) w praniu. Popełniliśmy jednak jeden błąd. Zapowiedź planowaliśmy opublikować tydzień przed teledyskiem i do momentu jego premiery podsycać zainteresowanie. Żeby to zrobić, najpierw powinniśmy mieć wszystko na dysku, gotowe do publikacji. Jak się okazało, chcieliśmy aż zanadto trzymać się terminów i zrobić premierę jeszcze w lutym. Ukazała się więc zapowiedź, choć na planie teledysku nie padł jeszcze ani jeden klaps. Mieliśmy jednak zapewnienia od każdej ze stron, że zdążymy się wyrobić w tydzień. Nie przewidzieliśmy problemów ze znalezieniem miejscówki, które opóźniły zdjęcia, a co za tym idzie, premierę. Wideo ukazało się dwa tygodnie później, poprzedzone okresem ciszy, a spowodowało to, że o zapowiedzi już każdy zapomniał, a zainteresowanie klipem nie było praktycznie niczym pobudzone. Szkoda, bo już sama zapowiedź była niesamowicie intrygująca i zrealizowana z tą samą pieczołowitością, co wideoklip. Premierę i tak przełożyliśmy na 7 marca. Na szczęście nie próżnowaliśmy i zdążyliśmy przygotować materiał na nowy krążek elQuatro. Licząc od jutra, będzie się działo!
Felieton
Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton
Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.
Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.
Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.
Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę
Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.
To była potężna pieczątka.
Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.
Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.
Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.
Wszyscy uciekają. U Maty cisza
Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.
Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.
Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.
Wystarczy kilka zdań:
„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.
Albo odwrotnie:
„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.
Tyle.
Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie
I tutaj robi się naprawdę zabawnie.
Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.
Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.
Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.
Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.
Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.
Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?
Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.
– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.
Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Sprytne PR-owo.
I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.
Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
Felieton
Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton
Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.
Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.
Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?
Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.
Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.
Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.
Lek Elevidys został przetestowany na 125 dzieciach i nigdy nikomu się nie polepszyło.
— Brat Pid (@brat_pid73861) May 24, 2026
Jak się wpisze nazwę leku w wyszukiwarce, to pierwsze co wychodzi to dokument niedający pozwolenia na obrót w Europie.
Koszt dla jednej osoby to kilkanaście milionów złotych. pic.twitter.com/zNX0jPUvaQ
Emocje i presja
Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?
Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.
Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.
Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.
Dobry chłopak, ale działa na emocjach
Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.
*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.
Felieton
B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”
Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.
B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.
Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.
Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.
„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.
B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.
B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?
Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.
Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Felieton
Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton
Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.
Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?
Ministerstwo dumnie ogłasza
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.
Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to! Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych "nowych podatkach". Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i…
— Marta Cienkowska (@MartaCienkowska) April 30, 2026
Smartfony i laptopy objęte opłatą!
Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?
Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.
Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.
Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy
Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.
Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni
Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.
Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,
Miliony złotych wpływów
W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.
Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?
-
News3 dni temu„Mamo, Tato” Popka stało się viralem. Za numerem rapera stoi tragedia. „Zaj*bali mojego ojca. Wiem kto, pozdrawiam”
-
News3 dni temuNagrywał z Żabsonem i Wac Toją – trafił za kraty, bo znaleziono w jego domu 1,5 kg narkotyków
-
News2 dni temuJimek znowu zagrał na nosie Peji. Łódzki numer?
-
teledysk2 dni temuBonSoul: „Więcej niż z rapu zarobiłem na maszynkach”. Bonson i Soulpete z kolejną część historii „Damian i Piotr”
-
News13 godzin temuNatalisa atakuje Young Leosię: „To nie baddie era, ty po prostu się puszczasz”
-
News2 dni temuPeja skończył 50 lat i zrobił życiowy bilans. „Głowa projektuje zbyt wiele pomysłów”
-
News13 godzin temuNitro nigdy nie poda ręki Sentino, choć raper próbował przepraszać
-
News3 dni temuGuzior wydał „Stację widmo”. Na nowej płycie tylko dwóch gości