Sprawdź nas też tutaj

Recenzja

RECENZJA: Wiz Khalifa – „O.N.I.F.C.”

Opublikowany

 

Wybaczcie, że zacznę refleksją. Ktoś niedawno, dość pomysłowo acz podstępnie i zemsta nastąpi, wciągnął mnie w obejrzenie teledysku pewnego polskiego rapera. Raper nazywał się Sulin, a track miał tytuł, bodajże, „Progres”. To, co ja, przyzwyczajony do przepychu i lokowania najdroższych produktów w murzynieckich teledyskach, tam paczyłem, zmieniło mój światopogląd na spraw wiele. Młody, na oko 19-letni chłopaczyna, o fizjonomii mówiącej „kopali mnie w klasie” i z oznakami pierwszego piczozarostu pod nosem, chwalił się zupełnie serio swoimi panczlajnami, przechylając tandetne plastikowe kielony wypełnione zapewne marchwiowym Kubusiem. Przeraziłem się nie na żarty, że od dziś taki właśnie Corky-swag będzie panował nad światem. Na szczęście przypomniałem sobie, że w kolejce do odsłuchu czeka nowa płyta swaggerowca z prawdziwego zdarzenia.

W rankingu najmniej potrzebnych światu raperów Wiz Khalifa zająłby na pewno wysokie miejsce. Nikt tak naprawdę nie wie, po co wydaje on kolejne płyty/mikstejpy, skoro wszyscy i tak wiedzą, co będzie można na nich usłyszeć. Wizek to tzw. swagger, czyli, w skrócie, wyluzowany, zazwyczaj chudziaszczy chłopaczyna, w wiecznie za ciasnych, błyszczących spodenkach i jakimś finezyjnym nakryciu górnym (panterka ujdzie), rapujący o uciechach życia, głównie o paleniu marihuany (tytuł Stoner Of The Year 2012 zobowiązuje). Ma on tę przewagę, że, na spółę z dobrym kolegą Curren$$y’ym, był pierwszym raperem tak twórczo rozwijającym filozofię nakreśloną dawno temu przez kochaną mordeczkę Devina. Pal, pij, wydawaj dolary na drogie imprezy i szybkie samochody, zadawaj się z wątpliwej proweniencji białogłowymi- ot, to recepta na dobre i udane życie. Tak było na „Kush & OJ”, tak było na niszczącym listy przebojów „Rolling Papers”, tak też jest na „O.N.I.F.C.”.

Nie sądzę, by nagranie tego albumu kosztowało rapera wiele wysiłku. Proces twórczy nie był skomplikowany, koncept nie był owocem wielodniowej zadumy, Khalifa nie oglądał CNN, nie czytał gazet, nie śledził internetu, nie szedł w pierwszym szeregu bojowników Okupujących Wall Street (pozdro Lupe, zrobimy ten wywiad, wierzę). W porównaniu do niedawno recenzowanych tu „good kid, m.A.A.d. city” czy „The Heist” rymy na „O.N.I.F.C.” są prostackie, hedonistyczne i w żadnym wypadku niezapadające w pamięć. Jeżeli szukałeś przekazu, niebanalnych porównań i refleksji, to możesz skończyć czytanie recenzji w tym miejscu.

No, to skoro truskulowe marudy mamy już z głowy, możemy już przejść do sedna, czyli do kolejnej gorącej, wypełnionej potencjalnymi hitami, do bólu czy też wręcz obrzydliwie mainstreamowej, gładziuśkiej i wypolerowanej nocnej, koszmarnej zjawy każdego Kool Herca, KRS-One’a czy innego O.S.T.R’a. Khalifa dawno temu dał się poznać jako chłopak, któremu zwisają obowiązujące trendy, który sam ustala swoje i trzyma się ich kurczowo, nawet za cenę względnej powtarzalności i przewidywalności. Ileż kurwa można słuchać o laskach i kasie? Ano można, często, długo i intensywnie, a jeśli ty nie możesz „Onifca” dosłuchać do końca, to może tylko znaczyć, że zezgredziałeś i nie masz już serca do balang, albo, że serca nie masz w ogóle. Oto przed wami kolega, który w bicepsie ma niej, niż ja w kciuku, którego Amber Rose zapewne dominuje przy użyciu paskudnych akcesoriów, i którego fizjonomia zrobiłaby furorę w każdym szanującym się zakładzie penitencjarnym.

Dopiero co wydany album jest dużo bardziej stonowany niż ocierające się o disco-rap (ale jak pięknie) „Rolling Papers”, i o wiele wierniejsze temu, co raper prezentował na swoich uznanych przez fanów mikstejpach. Jak to zwykle z fanami bywa… skrytykowali takie podejście, bo płyta niby zamula i oczekiwali bangerków (tu koniecznie jakaś spedalona emotka), a tak to się rozczarowali. Traktujcie więc niniejszą recenzję jako wyraz mojej złośliwości i przekory wobec takowych chorągiewnych fanów. Struktura płyty jest dość przejrzysta, mocne uderzenie na początek i koniec, przetykane owe uderzenia niezłymi spowalniaczami i pościelówami.

Krótko mówiąc, dobrze trafiłeś, jeśli szukasz klimatycznej i nie do końca trzeźwej produkcji.

 

Mamy tu naprawdę wyszukane i cudownie leniwe bity od najlepszych- m.in. Jim Jonsin, Stargate, Drumma Boy, Pharrell i Danja, autor wspaniałego „Medicated”. Klimat dynamicznie się zmienia, od mocnego uderzenia w postaci „Work Hard Play Hard” przejdziemy do typowo swaggerskiego, leniwego „The Bluff” czy „Paperbond” by znów ożywić nasze uszy szalonym „Initiation”. Unikalnym jest też, obok „Paperbond”, także „Fall Asleep”, zaskakujące oniryczne, biorąc pod uwagę wykonawcę, wgryzające się w mózgownicę tymi cymbałkami. Nie ma co, ucho do bitów Khalifa zawsze miał wybitne, tym razem też to potwierdza.

Recepta, która została sprawdzona i uznana na wszystkich możliwych wydawnictwach Wiza, tych solowych, jak i tych z jego ekipą przydupasów Taylor Gang (każdy teraz ma taką, ja też mam, Sieah Enforcers wspomagają powstawanie tych literek). Wracając do recepty, Wiz ma kilka tematów, o których potrafi rozprawiać wiecznie i tworzy z nich Niekończącą Się Opowieść któryś już rok z rzędu. Drogie szampany wylewają się litrami, rozmiary staników łatwych groupies ciągle rosną, „czas do stówy” nowych cacek prosto z salonu maleje, jedynie poziom THC w organizmie rapera utrzymuje się na stałym, dobrym poziomie. Znajdujące się za raz za intro „Paperbond” to kolejny hustlerski anthem, nagrywany w dusznych oparach któregoś z kolei spalonego dżoja. Postawa rapera wobec ważnych spraw życia prezentuje się niespecjalnie skomplikowanie, acz logicznie:

 

Ridin’ round in that Cali got OG kush in my body
My nigga I keep it G and that’s Gucci or that Gianni
I’m gettin’ dressed for the airport to pose for the paparazzi
Mo’ money, mo’ problems, not how I see, huh
Mo’ money, mo’ Roberto Cavalli, bruh
Damn, ain’t it funny how time pass
Only nigga in first class

 

Kawałkowi towarzyszy niesamowicie chwytliwy, klimatyczny bit z perfidnym smyczkiem, unikalny jakościowo wobec tego, co zdarza nam się usłyszeć na innych płytach. Nieobce za to może wam być „Work Hard Play Hard”, które nie dość, że platynowe i wszechobecne (poza twoim gimnazjum), to na dodatek usilnie próbuje wcielić się w „Black & Yellow Pt. 2”, najbardziej kasowy singiel Wiza w karierze, robiony zresztą przez tego samego producenta. Czy robi to udanie, każdy musi sam osądzić. Wg mnie tak, to energiczny, zachęcający do ruchu hymn wszystkich hustlerów, nawet tych z Przemyśla. Co ciekawe, Wiz oskarża anonimowych, hejterskich murzajów o kradzież swagu:

 

Fuck what you heard, it’s my time of year
If I’m in the club, I get a hundred stacks
I’m always rolling up so I get love for that
Them niggas stole my swag but I don’t want it back

 

Problemem może być to, że niewiele da się tu ukraść, kolego Khalifa, aż tak wielkimi pokładami stylu nie zarządzasz. Na plus należy zapisać w tym tracku ożywiony rap gospodarza, umiejętnie komponujący się z żywotnym podkładem. Nie zawiedziecie się też w tej kwestii w „No Limit”, na którym to Wiz uruchamia niekoniecznie tożsame swoim skillsom szybkie flow, tylko czekać, aż zaprosi go Tech N9ne. Ewentualne gorące głowy uspokajam, nie, nie ma w „No Limit” TEGO sampla, możecie spokojnie i bez obaw odpalać.

I tak sobie Wiz płynie przez większość płyty, po wizowsku, bez pośpiechu, realizując koncepcję płyty przeznaczonej dla wspominanych w „Initiation” taylorów, czyli w sumie dla wszystkich doceniających dobrą zabawę. Także dla tych doceniających urodę płci przeciwnej, stąd usłyszymy tu całkiem stylową pościelówę „Up In It”, podobnie „konsumpcjonistyczne” „Remember You „ czy skoncentrowane bardziej na tej jednej, jedynej wybrance serca „Got Everything”:

 

And I, swear you deserve a wedding ring
Can’t ever see you choosing nothing over instead of me
Won’t ever leave you, you’re the one I need so that’s how I’m gonna treat you
Take you places where they using different language to greet you
Smile and shake when they meet you

 

Słodko, szkoda, że w każdym mieście pewnie jakaś taka wybraneczka na Wizka czeka z rozwartymi nóżętami. Na swoim miejscu czekał za to jak zawsze dobry ziom Khalify, legenda z Mafijki, Juicy J, pojawiający się gościnnie w dwóch trackach, i na owych trackach błyszczący. „The Plan” to prawdopodobnie najpiękniejszy utwór na całej płycie, spokojny, leniwy, wręcz zachęcający do zapalenia czegoś. Jak się temu oprzesz, to „Medicated”, drugi utwór z Hortexem gościnnie, będący narkotycznym hymnem, cię na pewno zachęci. Takich koszmarów każdego Monarowca jest tu sporo, chyba nie ma songa bez jakiejś wzmianki o jaraniu. Nie dziwię się, Wiz rzucił rękawicę samemu Ghostface’owi, nie mógł być trzeźwy przy okazji tej lekkomyślnej czynności.

Skoro o featuringach mowa, to na pewno najbardziej niektórych zaskoczy „The Bluff” i gościnne wersy Cam’rona z nieodżałowanego Dipset, może i niekoniecznie jakieś tam przełomowe, ale na pewno powodujące uśmiech na twarzy każdego prawdziwego fana rapu. Innym istotnym gościem jest Nicki Minaj, dla niepoznaki zwana tu Lolą Monroe… hmmm, nie można chyba aż tak się pod kogoś podszywać i ujść z tego bez szwanku, panno Monroe.Odliczając ten, nawet nie najgorszy występ, można pochwalić Wiza, że nie przeszarżował z featuringami, pozapraszał głównie starych znajomych i wyszło to całkiem strawnie.

Moje,nomen omen, jaranko, płytą ostudza parę mniej lub bardziej znaczących baboli. W „Remember You”, będącym przy okazji paskudnym zapychaczem wyraźnie się Wizowi nie chciało, sromotnie poległ przy okazji nagrywania wokali do refrenu „Fall Asleep” i wymyślaniu konceptu do odrobinę zbyt miałkiego i rozmemłanego „Got Everything”.

 

Jest jeszcze sprawa Akona, który zazwyczaj nie wykonuje dobrze refrenów, tylko w mniejszym lub większym stopniu przeszkadza, tutaj usadowiłbym go gdzieś pośrodku tej skali, mogę sobie wyobrazić lepszych fachowców od śpiewu w „Let It Go”, perfekcyjne wykonanie tego elementu muzycznego rzemiosła przez The Weeknd w „Remember You” przykładem niech po wieki wieków będzie.

Nie da się też nie zauważyć, że tak gdzieś w połowie płyty pojawiają się przestoje, tracki, które się zazwyczaj szybko skippuje i zapomina, że istnieją (m.in.wspomniane zapychacze). Poza tym, patrząc już ogólnie, nie rozwija nam się Wiz, o nie. Ciekaw jestem, na ile podobnych klimatycznie projektów mu jeszcze starczy pary, funduszy i życzliwości wytwórni. Wiem, że to truizm, no, ale powiedzmy to- jeśli szukasz ambicji, to sięgając po „O.N.I.F.C.” błądzisz beznadziejnie.

Wiz oferuje stały zestaw tematów, które możesz lubić, albo nie. Stały zestaw tych samych tekstów o dolarach i fejmie, do których również ambiwalentny stosunek mieć można. Nie ma co udawać,  że mamy oto przed sobą płytę roku, kandydata na przyszły klasyk i ulubieńca recenzentów.

Pocieszyć można się myślą, że przynajmniej podkłady zawsze będą na poziomie, każdy zdrowy heteroseksualny człowiek wie, że podkłady są najważniejsze, i o podkładach warto rozmawiać, spytać „co z tymi podkładami” i słuchać podkładów niedokończonych w nieskończoność.

 

 

Plusy:
– świetna warstwa muzyczna
– zachowany balans między Wizem z nielegali a tym komercyjnym
– mocne refreny (poza „Fall Asleep”)
– dobry, spalony klimat
– dobre gościnne występy

Minusy:
– znowu o tym samym czyli zero ambicji
– progresu też nie stwierdzono
– zapychacze i przestoje
– Amber Rose go klepie

 

Tak sobie czasem myślę, jaka przyszłość czeka Khalifę. Czy będzie drugim wcieleniem Psa, czy tam Lwa, Snoopa, przejmie po nim panowanie nad narkotycznie zorientowanym przekazem, czy nagra jakieś „Doggystyle” na miarę XXI wieku, czy może pewnego dnia się zmieni, przejmie wizerunek zgoła odmienny i pójdzie w stronę, której przewidzieć się nie da (Mac Miller próbował tego na „Macadelic”, wyszło hmmm… kupiasto).

Nieważne panowie (i panie, kto wie, kto zagląda na glamrap), jasnym jest, że jeśli Mikołaj zaglądał przez okno do Wiza by sprawdzić, czy jego zachowaniem godnym jest, zszedł na zawał i spierdolił się zamaszyście z drabiny, bo MC z Pittsburga się nie zmienia, grzeczny nie chce być, i korzysta z życia do woli. Jasne, nie każdy może taki hedonizm pochwalać, ale jak wiemy od Mareczka z reklamy, liczy się tylko to, co mamy na koncie. Konto Khalify, po platynowym singlu i całkiem niezłych wynikach sprzedaży całości ma się dobrze. Wobec takiego dictum sami rozumiecie, że może mieć serdecznie wyłożone na to, czy znajdzie coś pod choinką, niemniej znając dominujący charakter Amber Rose i jej zabójczy seksualny apetyt, proszę w imieniu Wiza- Drogi Mikołaju, niech to nie będzie rózga.

 

No tak, zapędziliśmy się, a wypadałoby skrobnąć coś tytułem prawdziwego podsumowania, co bełkotem nie będzie. „O.N.I.F.C.” cementuje status Wiza jako króla stoner rapu, jako wiecznie upalonego luzaka, wytatuowanego śmieszka wykrzykującego po pijaku swoje zasługi tym, którzy chcą słuchać, na dodatek cierpiącego na ten sam nałóg, co Michael Douglas. Reprezentuje bezmyślne, czy może raczej beztroskie podejście do życia, zatracenie w sławie przy jednoczesnym nad wyraz trzeźwym i starannym liczeniu zysków z kolejnych tras koncertowych i sprzedaży płyt. To zupełnie inny biegun niż Kendrick Lamar, diametralnie inne spojrzenie na priorytety, ale ze znacznie większą wartością bangerską i rozrywkową. K.Dot to rap na smutne zimowe wieczory, Khalifa powinien polecieć w każdym szanującym się samochodzie. Na ich przykładzie, na ich kontraście widać, jak pięknie rap potrafi się różnić. 3,5/5


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Recenzja

ASAP Rocky „Don´t be Dumb”: raper nie chce przeciętnego odbiorcy – recenzja

Nowy album to muzyczna halucynacja i eksperyment.

Opublikowany

 

Przez

asap rocky

ASAP Rocky mimo ośmioletniej przerwy od wydawania albumów powraca z nietuzinkową produkcją, podobnie wielowymiarową, jak jego odjechana osobowość. “Don´t be Dumb” nie jest tylko albumem muzycznym, to złożony i warstwowy projekt, który został przemyślany od A do Z. Od okładki wykonanej przez Tima Burtona, poprzez teledyski podnoszące standard kinematografii i animacji o kilka poziomów wyżej, po wyrafinowany aspekt modowo-wizerunkowy.

To prawda, Flacko nie jest najbardziej genialnym pisarzem w historii rapu, ale z pewnością wzorowym dostawcą unikalnego vibe’u. Ludzie często konsumują tylko muzykę, a nie a całego artystę i jego mindset. Jeśli tego nie potrafisz, to nie jest album dla Ciebie. Go away! Tylko Trill.

W życiu Rockiego przez ostatnie lata działo się sporo. Związek z Rihanną, potomstwo, kampania Diora i Gucci, podniesienie levelu marki Puma (zobaczycie sami, że tego sezonu będziemy biegać w low profilowych Pumach), został dyrektorem kreatywnym brandu Ray-Ban. Doświadczył prawdziwej dramy prawnej (głośna sprawa i realna perspektywa odsiadki przez oskarżenia związane z postrzeleniem byłego członka A$AP Mob – A$AP Relli, od których został uniewinniony). Ponadto zagrał w filmach, prowadzi AWGE, swoją kreatywną agencję i markę, z którą realizuje własne pomysły modowe oraz projekty artystyczne.

W związku z długim urlopem muzycznym wielu fanów oczekiwało prawdziwego majstersztyku. Powrotu tego samego vibe’u jak “Peso”. Wielu czuło pewien niedosyt po średnim albumie “Testing”. Raper prosi nas w jednym z wywiadów, abyśmy nie porównywali tej produkcji do innych jego projektów, tylko chłonęli ją jako odrębność. On sam otwiera sobie nowe, różne, twórcze korytarze, dojrzewa oraz przeżywa świat inaczej niż dotychczas. To album dla open minded ekscentryków i fanów the whole package.

Do współtworzenia złożonego projektu raper zaprosił takich producentów jak: Cardo Got Wings, Hit-Boy, Clams Casino, Metro Boomin, The Alchemist, and Tyler, The Creator, co zaowocowało bardzo lukullusowym brzmieniem dla naszych uszu. Raper faluje pomiędzy rockiem, cloudem, rapem, jazzem, swoim SWAGiem nadal dając wrażenie, że jest tym samym typem, który siedzi u ziomka w piwnicy w najbardziej fly stylówce i pomiędzy zwijaniem robi sobie kreatywne sesje, które urastają do dope pomysłów. Jednym z największych bangerów tego albumu jest “Helicopter”, a jego rangę odzwierciedla bardzo długo przygotowywany teledysk, który powala z nóg. Po obejrzeniu owego filmu powiedziałam na głos WTF, a facet siedzący naprzeciwko mnie w S-Bahn tylko uśmiechnął się widząc, jak chwytam się za głowę. Klip został zrealizowany dzięki użyciu techniki Gaussian Splatting (zaawansowana metoda 3D/CG, dająca „rozmyty”, nierealny, prawie growy efekt) oraz Houdini i Octane.. jiggy. Utwór podkreśla presję mediów, poczucie bycia na świeczniku i cenę sławy.

Kolejna mocna produkcja Kelvina Krasha “Stole Ya Flow” ma riotowy vibe, który nadaje się na wybieg niszowego pokazu mody lub performance:

Headliner, bottom line, I’m ’bout my dollar (Yeah, ready made, ready made) They say, „Flacko, where you been? Feel like you deprived us” (Yeah) Only goat with a llama, friendly reminder
(Yeah) Our Father, I pray to always strive and prosper
(Yeah)Now I’m a father, my bitch badder than my toddler…

Rocky systematycznie bawi ironią, zabawnymi tekstami, swoją pewnością siebie i samoświadomością, że jest kimś unikalnym. Typ powtarza w kółko, że jest handsome albo przekonuje, że nie jest playerem… rozbrajając swoją braggą. Moody “Don´t Be Dumb”  wyróżnia się wielowymiarowością, co pokazuje także częstą zmianę nastrojów w “Stay Here 4 Life”, gdzie raper bezpośrednio wyznaje chęć stabilnego, rodzinnego życia. To już spojrzenie ojca, bez rapowej pozy. Podobne kontrastujące ze sobą przejścia dźwiękowe w “Air Force” czy super seksownym “Playa“ podkreślają charakterystyczny Asap branding. Typową zadymioną asapową piwnicą jest dosolony i niezwykle mocny “No Trespassing“. Pachnie undergroundem, ekspertem, rapem i po raz kolejny Kelvin Krash udowadnia, że jest fundamentem nowego brzmienia Flackito. Umacnia to dodatkowo w chaotycznie spójnym “Stop Snitching”.

Eksperymenty, które artysta podejmuje dla przeciętnej osoby mogą wydawać się zbyt ryzykowne lub zagmatwane. Intrygującą pozycją jest niegrzeczny feat z Tokischą w “Flackito Jodye” brzmiący jak inspiracja klasyczną, oldschoolową M.I.A. pomieszaną z latino flavour, melodią rozlegającą się na faveli pośród facetów w blond włosach, cool kidsach i kobietach w mini, tańczących na block party.

Asap wybacz mi, teraz wpakuje Ciebie w box, za który się nie obrazisz. Nie jestem astrologiem, ale Rocky to typowa Waga. Nie zadowoli się byle czym, uwielbia sztuki wizualne, artyzm, kontrowersyjność, kreatywność, naturalny cynizm. To lider, który potrafi być zarówno street wise czy high fashion icon. Chodząca gra kontrastów, człowiek otwartej perspektywy, z naturalną aurą wyjątkowości. Nie zapominajmy początków jego kariery opartej na koncepcji mega zajawkowej grupy chłopaków z Harlemu, projektujących ciuchy, robiących fajne eventy, prawdziwych hood fly boys, którzy wykreowali swój świat i slang. Od zamieszkiwania jako dziecko w schroniskach dla bezdomnych do tzw. black excellence.

Rocky daje się na krążku ponieść fantazji chwytając się wielu koncepcji, zgrabnie miesza techno z rockiem, industrialem oraz zaprasza Doechii do jazzowo- teatralnego utworu, czy Gorillaz do nonszalancko-trapowego “Whiskey“.

Oprócz tego wzrusza pięknym i nostalgicznym “Don’t Be Dumb / Trip Baby“, gdzie nie pluje bragą tylko występuje w roli narratora, szczerze wyraża swoją miłość do Rihanny czy odnosi się do dramy z ASAP Mob. Polityka, globalne ocieplenie, rasizm, brutalność policji, czy kontrowersyjny temat jakości, a raczej jej braku w amerykańskim jedzeniu – takie tematy również pojawiają się pomiędzy wierszami: Don’t trip, keep calm, carry on now, Even though the wicked ones built the bomb now…

Czujesz ciężar, dym, SWAG, fascynację, humor, radość, smutek, dobrze rycząc bas, poszczególne dźwięki pojawiają się znikąd, zaskakują, zagłuszają inne tony, a metafory Rockiego stymulują do łączenia symboli czy synonimów? Tak właśnie brzmi muzyczna halucynacja ASAP Rockiego. Album dla prawdziwych fanów, który jest dojrzałym eksperymentem udowadniającym nam, że artysta wcale nie chce, żeby jego odbiorca był przeciętny. To nie jest background muzyka, która może sobie lecieć w tle. Jak sam muzyk powiedział:

– Chcę wywołać u odbiorcy różne emocje.

Czy jest to kopalnia typowych rapowych bangerów? Nie, czy jest to tak wielki come back jaki ostatnio zaliczył np. G Herbo (może nie najlepsze porównanie), też nie.

To solidna produkcja, dla tych, którzy świadomie po nią sięgają.

R.I.P. YAM$


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja

„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.

Opublikowany

 

Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.

Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”

„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.

Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi

Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.

Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny

Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.

Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii

7.8 Ocena redakcji
7.8 Ocena słuchaczy (1 głosy)
Teksty8.5
Bity9
Flow6
  Zaloguj się, żeby ocenić
Sort by:

 

Verified

Show more
{{ pageNumber+1 }}


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca

28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.

Opublikowany

 

Przez

rico nasty

Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom. 

Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.

My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW!  28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.

Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:

„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.

Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”

Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!

W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.

Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.

Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.

“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”

W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:

„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.

W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.

“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.

„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.

@goldiethebossy


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja

Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?

Opublikowany

 

fazi mei delirium

Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.

“To już nie muzyka, którą pokochałem 
Nieziemskie geny i do tego talent 
Jestem poetą z milionem wad 
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”

Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.

I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać

Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.

Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat

„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii. 


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Recenzja

Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja

„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.

Opublikowany

 

sentino biografia recenzja

Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem. 

Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.

Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.

Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.

Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.

Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.

”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.


Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: