Recenzja
RECENZJA: Pusha T – „My Name Is My Name”
Sceniczna prezencja Pushy serwowana nam w 2013 roku jest jak perła rzucona przed wieprze, które na co dzień opychają się „utworami” wpychanymi im przez innych, tak zwanych „raperów”.
Tzw. „recenzenci” zaczynają zwykle opisywanie tej płyty przypominając, jak to w 2002 i 2006 roku emocjonalnie przeżywali premiery płyt ekipy Clipse, której to 1/2 stanowił, a może i nadal stanowi, Pusha. Jakoś ich w tym 2006 nie widziałem ze sztandarami, ale nie sądzę, by się bardzo mylili. „Lord Willin'” i „Hell Hath No Fury” zostały ciepło przyjęte przez krytyków, pierwsza z nich sprzedała się nawet dobrze (złoto to jak na standardy początku ubiegłej dekady niezły, choć nie oszałamiający wynik) i jakoś tam ta ich marka zapisała się ludziom w pamięci. Bracia Thornton, czyli Pusha T i (jeszcze wtedy) Malice umiejętnie wykorzystali fakt, że Jay-Z modną uczynił przemianę diler -> raper i wycisnęli z tego wizerunku praktycznie wszystko, definiując się przez narkotyczne metafory i nawiązania i czyniąc z tego swoją własną markę. Nie ma też co ukrywać, że bardzo wiele ich utwory zyskiwały dzięki wizjonerskim, jak zwykle, produkcjom The Neptunes, którzy to, choć jedynie pod postacią Pharrella, pojawili się także na „My Name Is My Name”.
W odróżnieniu od Jaya brakowało im jednak wszechstronności i ostatniej płyty nagranej dla Columbii, „Till The Casket Drops” nikt już tak naprawdę nie pamięta. Dobra passa się skończyła i dziś inni raperzy (Jeezy, Ross, French Montana, niezmiennie Jay) kojarzeni są z rapem „kokainistycznym”. Malice w miarę szybko, bo po 3 latach marazmu pojął, że czas na zmiany, dodał sobie „No” do ksywki, odnalazł… Jezusa w swoim życiu i zaczął nagrywać rap chrześcijański.
Pusha, hołdując naiwnej, acz szlachetnej zasadzie „never change” pozostał sobą, zapisał się do wytwórni Kanyego… i na jakiś czas przepadł, tylko po to, by w roku 2012 uderzyć na nowo. Kanye „Creative Genius” West znany jest ze swoich nekromanckich zdolności, które pozwoliły mu wskrzesić tak zaśniedziałe osobistości jak Common czy Twista, o całkowicie antycznych dla współczesnego odbiorcy The Last Poets nie mówiąc, zaczął przy mauzoleum Thorntona odprawiać swoje tańce i msze i co tu ukrywać, znowu mu się udało. Co prawda wyniki sprzedaży nowego albumu Pushy są dość marne, to mimo wszystko wygląda na to, że czary odprawiane nad jego trupem okazały się skuteczne- o raperze z Virginii znów się mówi.
Jak widać potrzeba było jakiegoś odstępu w czasie, by odbiorcy stęsknili się za stylem, który Pusha reprezentuje. Elegancko i zręcznie poskładane dilerskie panczlajny połączone z surowym, umiejętnie tonowanym klimatem, jawią się na tle reszty mainstreamowych premier jako autentyczne novum, tym bardziej, że Pusha jest, jak się okazuje, fanem bliskich europejczykom dyscyplin sportowych.

Nie wydaje mi się, by tak sobie skomplikowana liryka nastręczała problemów interpretacyjnych nawet dla użytkownika Glamrapu, ale nie zaszkodzi zerknąć przelotnie na to, co raper chciał nam tu przekazać. Nie aż tak wiele się w tej kwestii zmieniło od czasów, gdy bracia byli liderami niuskulowych narkotycznych bonzów. Co prawda sam raper określa się mianem „conscious dopeboy”, niemniej refleksja niekoniecznie będzie tu tematem przewodnim, Pusha bynajmniej nie żałuje, w odróżnieniu od Danny’ego Browna, nielegalnych transakcji w ciemnych alejkach i sprzedawania prochów dzieciakom, a jego drogę od gówniarza do kryminalisty i być może jednocześnie jakieś zrozumienie takiego, a nie innego postępowania, można z łatwością prześledzić w świetnym „Nosetalgia”. Nie doskwiera mu wspomnienie rozczarowania rodziców, gdy dowiedzieli się o jego pozaszkolnych zajęciach, nie dokucza mu nieczyste sumienie ani skrucha, co można stwierdzić już w pierwszym tracku:
No excuses, no regard
Step on the brick like a promenade
Twenty thousand on calling cards
And I’m speaking spanish like Don Omar
Ciężarem nie byłby dla niego również powrót do starego fachu, w „Numbers On The Boards” ubiera tę wizję przyszłości w naprawdę świetną grę dwuznaczności:
Ballers, I put numbers on the boards
Hard to get a handle on this double-edged sword
Whether rappin’ or I’m rappin’ to a whore
Might reach back and relapse to wrappin’ up this raw
W ostateczności, by was całkowicie już przekonać o brudnym charakterze Pushy, w „Suicide” możemy usłyszeć, że tak naprawdę to on w dalszym ciągu zajmuje się dilowaniem, które nie tylko wg Molesty jak widać rąk nie brudzi. Najwyraźniej, w odróżnieniu od 2 Chainza, jego federalni nie obserwują…
Nawiązań do przygotowywania, „gotowania”, sprzedawania i po prostu zwykłego gloryfikowania cracku odmienianego przez wszystkie przypadki na tej płycie jest co niemiara, ale amatorzy innego typu tekściarstwa również znajdą coś dla siebie, niewiele co prawda, ale nie można zarzucić „MNIMN” jednowymiarowości. Przede wszystkim zostaniemy wychłostani po pyziorze przez typowy wypełniacz XXI wieku, z Kelly Rowland na refrenie i nieprzesadnie imponującym składniowo i artystycznie kurewskim poematem, w myśl pewnej linijki Phontego z Little Brother- „A woman’s life is love, a man’s love is life”. „Let Me Love You” ratuje na szczęście fakt, że Pusha T IDEALNIE wręcz wciela się na nim w króla Ma$e’a, który nie tak dawno zresztą zapowiedział wielki powrót, mam nadzieję, że Pastor ma u was pierwszeństwo przed jakimś kurwa KęKę.
Całą masą przekory i cwanych panczy, ale także swego rodzaju niepedalskiej zadumy uraczy nas w „40 Acres”, będącym swego rodzaju rozliczeniem ze swoją przeszłością, relacjami z bratem i wszystkim tym, co w swojej egzystencji uznał za bezwzględnie złe, Szatana nie wyłączając. Zło w jego życiu oczywiście obecne będzie już na zawsze i solidnie powiązane jest z jego drogą życiową, ale pewną nadzieję daje, mimo tytułu, kawałek „No Regrets” na którym to raper stwierdza, że teraz diluje jedynie nadzieją, nadzieją dla tych, którzy w jakiś tam pechowy sposób mają podobny background, co on. Warto też wspomnieć o bardzo dobrze napisanym i ponownie operującym na dwuznacznościach „S.N.I.T.C.H.”, który pokazał, że nawet bardzo sprytnie skonstruowany refren może służyć jako idealny przewodnik prądu, który płynie w anty-kapusiowych zwrotkach rapera.
Naprawdę dobrze się tego wszystkiego słucha, Pusha ma baaardzo wysoki wskaźnik charyzmy (no, jak tak dociekacie, to dałbym 93/100), wyraźnie słyszalną pewność siebie i luz cwaniaka, który niejedno w życiu widział i z uśmiechem na ustach relacjonuje to, co przeżył, a że talent pozwala mu ubierać to w zaiste mocne, dwuznaczne linijki, będące esencją stylu, w którym nie zawsze wszystko bezpiecznie (a nawet elegancko) wprost mówić, to tylko dokłada perfekcji do całości projektu.
Nieczęsto bowiem w tekstach aktualnie aktywnych raperów możemy usłyszeć linijki na tym poziomie:
They praying for jail but I mastered the pen
Descended from kings, we at it again
Just hand me the crown, I’m active again
Everything that it seems, hear my passion again
Których to linijek czytanie mija się oczywiście z celem, bo bez buńczuczności i bezczelności bijącej z osobowości Pushy (niedawno powiedział, że raperzy powinni być aroganccy, że skromne chłopaki to mogą sobie do klasztoru iść) to tak naprawdę kilka linijek tekstu, na które niekoniecznie musisz się nabrać ot tak, od razu.
Sam raper stwierdził, że jego liryka jest już tak właściwie na poziomie tej prezentowanej przez króla Jaya, któremu zresztą oddaje tutaj na płycie hołd nie jeden raz… Nie sądzę, by ten osąd z jego strony był przesadnie daleki od prawdy, co w branży karier opartych na zresocjalizowanych dolarem dilerów jest komplementem najwyższej możliwej wartości.

Wiecie jaka jest różnica w produkowaniu muzyki przez Pharrella i Kanyego Westa?
Otóż Pharrell zazwyczaj ma już gotowy bit dla ciebie, gdy dojeżdżasz do jego studia i zasadniczo to ty musisz się dostosować do tego, co on raczył wyczarować. Kanye z kolei najpierw chce usłyszeć twoje zwrotki i dopiero potem dopasuje coś ze swojej przepastnej kolekcji sampli. Czyj styl by wam bardziej odpowiadał? Bohater niniejszej recenzji bardziej identyfikuje się z etyką pracy legendy z Chicago i to pewnie dlatego przekazał mu tyle władzy na swoim tak naprawdę debiutanckim albumie.
Władzy, która miała zbawienny wpływ na jego karierę, promocję, ba, sam powrót do szerokiej świadomości słuchaczy, ale także władzy, która autorytatywnie przypomniała nam o bezwzględnych i poniekąd smutnych prawidłach szołbiznesu. Te prawidła spowodowały, że na płycie usłyszymy katastrofalnego Future’a, że swoje refreny dograły tak egzotyczne dla Pushy ksywki, jak Chris Brown (z którym spotkał się wcześniej na mikstejpie Ludacrisa), Kelly Rowland, The-Dream czy Kevin Cossom, o katowaniu nas yeezusowym autotune’em w „Hold On” już nie wspomnę. To zapewne wpływ Kanyego spowodował, że gościnnie, obok faktycznie pasujących tu Rossa i Jeezy’ego usłyszymy też wyjętych jakby z innej opowieści Big Seana i 2 Chainza, którym na dodatek raper ustępuje miejsca i zezwala na zadziwiająco długie zwrotki.
Koncertowo za to spisał się zarówno Kendrick, jak i wspomniani wyżej Snowman i Officer Ricky, którzy domyślnie zresztą powinni się na tego typu płytach pojawiać, bełkotliwie za to i fatalnie wypadł Ab-Liv, znany z płyt Clipse.
Niewiele mimo wszystko można muzyce na „My Name Is My Name” zarzucić, patrząc nie tylko przez pryzmat tego, kogo do studia sprowadziły dolary Kanyego. Poza samym Westem pomagającym tu i ówdzie, możemy tu zobaczyć wspomnianego już Pharrella, ale także Nottza,który z kolaży świetnych sampli złożył ambitnie brzmiące „Nosetalgia”, Don Cannona i 88-Keys, odpowiedzialnych za świetne, surowe, esencjonalne i hipnotyzujące „Numbers On the Boards” czy też nieprzewidywalnego jak zawsze Hudsona Mohawke, który tym razem… świetnie poudawał starego Kanyego Westa z lat 2001-2005 przy okazji „No Regrets”.
Znośnie tylko co prawda wypadło „Let Me Love You” i odrobinę zbyt pogodnie chyba „Hold On”, ale klasycznie pharrelowskie „Suicide” i „S.N.I.T.C.H.” sprowadzają brzmienie płyty na właściwe tory. Równie interesująco brzmi „Who I Am”, robiące użytek z bardzo eleganckiego sampli (m.in. z Kwesa) i przypominające o legendarnej maestrii Kanyego w kwestii doboru i obróbki tychże, na przekór złośliwcom, którzy wyśmiewali, poniekąd słusznie, akcje takie, jak w „Why I Love You”.
Produkcja na pewno jest na wysokim poziomie, ale zostawia mimo wszystko pewien niedosyt- mogło być bardziej konsekwentnie jeśli chodzi o surowość brzmienia, o spójność i zgodność wybranego instrumentarium z tym, co słyszymy z ust rapera.
Czasem jest zbyt… gładko, Pusha to jednak inny typ rapera od takiego np. Commona i jeśli faktycznie Kanye dopasowywał jego zwrotki pod swoje bity, to wypada stwierdzić, że jako producent wykonawczy nie zawsze z tych pojedynków wrócił z tarczą.

Jak to, chopy, w życiu jest, że czasem jedne z większych zalet, motory napędowe całego procesu twórczego, są jednocześnie jego największą wadą?
Kanye West, bez którego dziś nawet byśmy sobie tutaj nie rozmawiali o Pushy, swoją rolę producenta wykonawczego potraktował chyba nazbyt gorliwie, sprowadził, w celu zwiększenia komercyjnej nośności albumu, armię egzotycznych szansonistów, którzy nijak mają się do Faith Evans czy Bilala, i tak szczątkowo obecnych na dwóch pierwszych płytach Clipse. Mam wrażenie, że Pusha niekoniecznie miał ostatni głos w debacie o tym, kto mu zawyje na refrenie, przez ten brak kontroli stracił niejako wpływ na to, co mu się na płycie dzieje i w ostateczności wyszło to jakoś tak sinusoidalnie, co nie zmienia faktu, że „My Name Is My Name” jest wartościową płytą. Wartościową tym bardziej, że nawiązuje do kultowego już serialu „The Wire”, z którego to czerpie pomysł na swój tytuł:
A sukces komercyjny? Tu już różnie w życiu bywa, łaska fana na pstrym koniu jeździ, stąd zapewne rozczarowujący na listach. No Malice ma tę przewagę, że chociaż może próbować wymodlić napływ gotówki do kiermany, drugi pan Thornton póki co może jedynie polegać na sobie i Weście. Pozostaje nam wierzyć, nawet jeśli łaska wiary komuś niedana, że tym razem Pusha na dłużej zagości w mainstreamie. 4/5
Plusy:
– naprawdę zdolny raper, z przekonującą osobowością i charyzmą
– któremu na dodatek brakuje sukcesów i przez to jest bardziej drapieżny
– zadowalająca warstwa tekstowa
– idealna długość
– większość podkładów i kilka zacnych gościnnych zwrotek
Minusy:
– … poza tymi, które tu tak naprawdę nie pasują
– niektóre refreny
– ogólnie kilka baboli, które psują klimat, baboli niezależnych raczej od rapera
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
ASAP Rocky „Don´t be Dumb”: raper nie chce przeciętnego odbiorcy – recenzja
Nowy album to muzyczna halucynacja i eksperyment.
ASAP Rocky mimo ośmioletniej przerwy od wydawania albumów powraca z nietuzinkową produkcją, podobnie wielowymiarową, jak jego odjechana osobowość. “Don´t be Dumb” nie jest tylko albumem muzycznym, to złożony i warstwowy projekt, który został przemyślany od A do Z. Od okładki wykonanej przez Tima Burtona, poprzez teledyski podnoszące standard kinematografii i animacji o kilka poziomów wyżej, po wyrafinowany aspekt modowo-wizerunkowy.
To prawda, Flacko nie jest najbardziej genialnym pisarzem w historii rapu, ale z pewnością wzorowym dostawcą unikalnego vibe’u. Ludzie często konsumują tylko muzykę, a nie a całego artystę i jego mindset. Jeśli tego nie potrafisz, to nie jest album dla Ciebie. Go away! Tylko Trill.
W życiu Rockiego przez ostatnie lata działo się sporo. Związek z Rihanną, potomstwo, kampania Diora i Gucci, podniesienie levelu marki Puma (zobaczycie sami, że tego sezonu będziemy biegać w low profilowych Pumach), został dyrektorem kreatywnym brandu Ray-Ban. Doświadczył prawdziwej dramy prawnej (głośna sprawa i realna perspektywa odsiadki przez oskarżenia związane z postrzeleniem byłego członka A$AP Mob – A$AP Relli, od których został uniewinniony). Ponadto zagrał w filmach, prowadzi AWGE, swoją kreatywną agencję i markę, z którą realizuje własne pomysły modowe oraz projekty artystyczne.
W związku z długim urlopem muzycznym wielu fanów oczekiwało prawdziwego majstersztyku. Powrotu tego samego vibe’u jak “Peso”. Wielu czuło pewien niedosyt po średnim albumie “Testing”. Raper prosi nas w jednym z wywiadów, abyśmy nie porównywali tej produkcji do innych jego projektów, tylko chłonęli ją jako odrębność. On sam otwiera sobie nowe, różne, twórcze korytarze, dojrzewa oraz przeżywa świat inaczej niż dotychczas. To album dla open minded ekscentryków i fanów the whole package.
Do współtworzenia złożonego projektu raper zaprosił takich producentów jak: Cardo Got Wings, Hit-Boy, Clams Casino, Metro Boomin, The Alchemist, and Tyler, The Creator, co zaowocowało bardzo lukullusowym brzmieniem dla naszych uszu. Raper faluje pomiędzy rockiem, cloudem, rapem, jazzem, swoim SWAGiem nadal dając wrażenie, że jest tym samym typem, który siedzi u ziomka w piwnicy w najbardziej fly stylówce i pomiędzy zwijaniem robi sobie kreatywne sesje, które urastają do dope pomysłów. Jednym z największych bangerów tego albumu jest “Helicopter”, a jego rangę odzwierciedla bardzo długo przygotowywany teledysk, który powala z nóg. Po obejrzeniu owego filmu powiedziałam na głos WTF, a facet siedzący naprzeciwko mnie w S-Bahn tylko uśmiechnął się widząc, jak chwytam się za głowę. Klip został zrealizowany dzięki użyciu techniki Gaussian Splatting (zaawansowana metoda 3D/CG, dająca „rozmyty”, nierealny, prawie growy efekt) oraz Houdini i Octane.. jiggy. Utwór podkreśla presję mediów, poczucie bycia na świeczniku i cenę sławy.
Kolejna mocna produkcja Kelvina Krasha “Stole Ya Flow” ma riotowy vibe, który nadaje się na wybieg niszowego pokazu mody lub performance:
Headliner, bottom line, I’m ’bout my dollar (Yeah, ready made, ready made) They say, „Flacko, where you been? Feel like you deprived us” (Yeah) Only goat with a llama, friendly reminder
(Yeah) Our Father, I pray to always strive and prosper
(Yeah)Now I’m a father, my bitch badder than my toddler…
Rocky systematycznie bawi ironią, zabawnymi tekstami, swoją pewnością siebie i samoświadomością, że jest kimś unikalnym. Typ powtarza w kółko, że jest handsome albo przekonuje, że nie jest playerem… rozbrajając swoją braggą. Moody “Don´t Be Dumb” wyróżnia się wielowymiarowością, co pokazuje także częstą zmianę nastrojów w “Stay Here 4 Life”, gdzie raper bezpośrednio wyznaje chęć stabilnego, rodzinnego życia. To już spojrzenie ojca, bez rapowej pozy. Podobne kontrastujące ze sobą przejścia dźwiękowe w “Air Force” czy super seksownym “Playa“ podkreślają charakterystyczny Asap branding. Typową zadymioną asapową piwnicą jest dosolony i niezwykle mocny “No Trespassing“. Pachnie undergroundem, ekspertem, rapem i po raz kolejny Kelvin Krash udowadnia, że jest fundamentem nowego brzmienia Flackito. Umacnia to dodatkowo w chaotycznie spójnym “Stop Snitching”.
Eksperymenty, które artysta podejmuje dla przeciętnej osoby mogą wydawać się zbyt ryzykowne lub zagmatwane. Intrygującą pozycją jest niegrzeczny feat z Tokischą w “Flackito Jodye” brzmiący jak inspiracja klasyczną, oldschoolową M.I.A. pomieszaną z latino flavour, melodią rozlegającą się na faveli pośród facetów w blond włosach, cool kidsach i kobietach w mini, tańczących na block party.
Asap wybacz mi, teraz wpakuje Ciebie w box, za który się nie obrazisz. Nie jestem astrologiem, ale Rocky to typowa Waga. Nie zadowoli się byle czym, uwielbia sztuki wizualne, artyzm, kontrowersyjność, kreatywność, naturalny cynizm. To lider, który potrafi być zarówno street wise czy high fashion icon. Chodząca gra kontrastów, człowiek otwartej perspektywy, z naturalną aurą wyjątkowości. Nie zapominajmy początków jego kariery opartej na koncepcji mega zajawkowej grupy chłopaków z Harlemu, projektujących ciuchy, robiących fajne eventy, prawdziwych hood fly boys, którzy wykreowali swój świat i slang. Od zamieszkiwania jako dziecko w schroniskach dla bezdomnych do tzw. black excellence.
Rocky daje się na krążku ponieść fantazji chwytając się wielu koncepcji, zgrabnie miesza techno z rockiem, industrialem oraz zaprasza Doechii do jazzowo- teatralnego utworu, czy Gorillaz do nonszalancko-trapowego “Whiskey“.
Oprócz tego wzrusza pięknym i nostalgicznym “Don’t Be Dumb / Trip Baby“, gdzie nie pluje bragą tylko występuje w roli narratora, szczerze wyraża swoją miłość do Rihanny czy odnosi się do dramy z ASAP Mob. Polityka, globalne ocieplenie, rasizm, brutalność policji, czy kontrowersyjny temat jakości, a raczej jej braku w amerykańskim jedzeniu – takie tematy również pojawiają się pomiędzy wierszami: Don’t trip, keep calm, carry on now, Even though the wicked ones built the bomb now…
Czujesz ciężar, dym, SWAG, fascynację, humor, radość, smutek, dobrze rycząc bas, poszczególne dźwięki pojawiają się znikąd, zaskakują, zagłuszają inne tony, a metafory Rockiego stymulują do łączenia symboli czy synonimów? Tak właśnie brzmi muzyczna halucynacja ASAP Rockiego. Album dla prawdziwych fanów, który jest dojrzałym eksperymentem udowadniającym nam, że artysta wcale nie chce, żeby jego odbiorca był przeciętny. To nie jest background muzyka, która może sobie lecieć w tle. Jak sam muzyk powiedział:
– Chcę wywołać u odbiorcy różne emocje.
Czy jest to kopalnia typowych rapowych bangerów? Nie, czy jest to tak wielki come back jaki ostatnio zaliczył np. G Herbo (może nie najlepsze porównanie), też nie.
To solidna produkcja, dla tych, którzy świadomie po nią sięgają.
R.I.P. YAM$
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja
„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.
Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.
Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”
„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.
Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi
Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.
Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny
Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.
Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca
28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.
Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom.
Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.
My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW! 28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.
Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:
„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.„
Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”
Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!
W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.
Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.
Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.
“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”
W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:
„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.
W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.
“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.
„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja
Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?
Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.
“To już nie muzyka, którą pokochałem
Nieziemskie geny i do tego talent
Jestem poetą z milionem wad
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”
Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.
I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać
Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.
Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat
„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja
„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem.
Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.
Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.
Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.
Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.
Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.
”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
News2 dni temuFagata wbiła na koncert Sentino w Gdańsku i znów pokazywała krocze
-
News3 dni temuKoni nie żyje – współtworzył poznański Beat Squad I PDG Kartel
-
News4 dni temuSzpaku wyśledzony przez fanów na stacji benzynowej
-
News1 dzień temuKoni z PDG Kartel – poznaliśmy przyczynę śmierci rapera
-
News2 dni temuTVN emituje klip z Fagatą na Dzień Kobiet. „Jesteśmy lepszą płcią”
-
News2 dni temuPopek znów będzie robił z siebie klauna na Cyprze u Ciosa
-
News20 godzin temuCzłonkowie Wu-Tang Clanu poszli po koncercie w Łodzi na śledzia i wódkę
-
News3 dni temuGural i Aro byli na Wu-Tang Clanie i obydwaj mają to samo spostrzeżenie