Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Jeszcze supporty? To chodźmy na szluga! |FELIETON

Opublikowany

 

Zlecieli się dopiero na dźwięk Bruno Marsa, który wraz z Markiem Ronsonem zablokował liczniki na YouTube.

Ostatnio porozmawiałem sobie przez chwilę z przyjaciółmi. Zasugerowali oni, że aspiruję do roli doskonałego obserwatora. Zakwestionowałem to najpierw, ale po namyśle im jednak uwierzyłem. Ponadto mam tendencję do – często niepotrzebnego – natychmiastowego analizowania poszczególnych zachowań czy wydarzeń. Skoro już tak jest, to wnioski, wysnute z moich obserwacji, można chyba uznać za najprawdziwsze i najbardziej wiarygodne w zderzeniu z rzeczywistością. A przynajmniej akurat to sobie dopowiedziałem. Tak czy inaczej, zauważyłem ostatnio dziwne zjawisko. Ludzie w pierwszej kolejności nie podążają za jakością, a za rozpoznawalnością. I nie mam na myśli dążenia do celu lub pogoni za marzeniami, a jedynie percepcję. Priorytetowo wolą doświadczać rzeczy znane, a potem dopiero dobre.

Głupi przykład. W któryś z minionych weekendów wybrałem się do klubu. Rzecz o tyle dziwna, że do klubów niezwykle rzadko uczęszczam, choć od imprezowania generalnie nie stronię. Grali zaprzyjaźnieni DJ's. Grali muzykę, która niespecjalnie mnie porywała, bo też nie każdy imprezowy utwór rapowy lubię. Zresztą moje gusta muzyczne wędrują już po zupełnie innych orbitach. Nie mówię, że ten rodzaj ekspresji jest beznadziejny, ale po prostu mnie nie poruszył, więc skupiłem się na podpieraniu parapetu zamiast na proszeniu do tańca. Dzięki temu mogłem sobie nieźle pofolgować w moich rozmyślaniach. Pomiędzy Snoop Doggiem, a Malikiem Montaną, poleciało trochę żywiołowego funku. Spostrzegłem wówczas, że ludzie wykorzystali tę przerwę na powrót do stolików i dopicie drinków. Zlecieli się dopiero na dźwięk Bruno Marsa, który wraz z Markiem Ronsonem zablokował liczniki na YouTube! Utworów w tej stylistyce słyszało się już mnóstwo i często o wiele lepszych. Dlaczego więc traktowane są one jako ciekawostkę z Wikipedii, a taki Bruno Mars potrafi poruszyć tłumy? Winna temu rozpoznawalność, stworzona przez radiostacje, które najwyraźniej są głodne dawnych brzmień. Tymczasem to płyty Bootsego Collinsa stoją zakurzone w antykwariatach.

Właściwie tego typu przykładów można odnotować niezliczoną ilość. Dlaczego kupujemy obuwie marki Nike, a nie rozejrzymy się za butami jakiegoś rzemieślnika z Podhala, który po ojcu odziedziczył swój fach? Dlaczego w telewizji wolą transmitować mecze Realu lub Manchesteru zamiast Crveny zvezdy Belgrad, której potyczki mogą częściej obfitować w piękne gole, ale o tym się nigdy nie przekonamy? Dlaczego wolimy spędzać wczasy w Chorwacji, a nie w Wenezueli? Podziwiać Puyola, a Pazdana tylko z przymrużeniem oka? Słuchać Cream, choć Breakout również słynie z bogatej dyskografii? A skoro już jesteśmy przy muzyce, obecność na koncercie hip-hopowym jest niemal podręcznikowym przykładem tego, o czym mówię.

Święty nie jestem, za żadne skarby. Na koncerty z kolei nie chodzę samemu, więc jestem w tym aspekcie przeważnie uzależniony od kumpli. Wybieramy się na występ ulubionego artysty, lecz przed nim sześciu wykonawców ma za zadanie rozgrzać publiczność. Co robimy? Kiedy pierwszy artysta występuje, większość z nas bierze jeszcze prysznic. Podczas gdy drugi z nich usiłuje zaskarbić sobie zaufanie publiki, nasze koleżanki zastanawiają się nad wyborem wieczornej kreacji. Trzeci w kolejności zespół odpuszczamy, ponieważ w tym momencie zmierzamy do celu autobusem. Na gapę! Czwarty może napiłby się z moimi przyjaciółmi rozgrzewkowego piwka pod klubem, ale właśnie rządzi na scenie. Piąty raper również gra w momencie, w którym dostajemy się przez bramkę do klubu i zmierzamy prosto do palarni. Kończymy wyczerpujące rozmowy i któregoś z rzędu szluga, po czym udajemy się pod scenę i – jakby na siłę – słuchamy ostatni support, wyczekując niecierpliwie na danie główne, a zamiast wsłuchiwać się doszczętnie, myślimy już o deserze w postaci kebaba. Kiedy niesamowity aplauz ustaje, a protagonista wchodzi na scenę, ostatnim o czym możemy pomyśleć w tej chwili jest nasze niesprawiedliwe zachowanie względem tych biednych supportujących. A raczej zachowanie większości, którą także tworzymy. Często zespoły te wśród lokalnej społeczności są niemal bożyszczami i zapewne zasłużonymi bardziej niż Wojciech Skupień dla polskiego sportu! Nadal nie zaznali jednak smaku mainstreamu, bo niby gdzie by mogli przy takiej konkurencji – na jedno osiedle przypada co najmniej kilku raperów na przyzwoitym poziomie. Myślę, że zaprezentowanie się na deskach jako sceniczna bestia mogłoby być jedną z furtek!

 

"Na samym początku zagraliśmy jeden koncert w tym składzie, lecz jeszcze nie eksplorując naszej nazwy"

 

Tak się szczęśliwie w moim życiu złożyło, że wykonuję – dobra, bardziej na miejscu będzie: wykonywałem – rap. Nie chcę gdybać ani podejmować się prac nad scenariuszem kolejnej części Efektu Motyla odpowiadając na pytanie "dlaczego rap"? Tak się szczęśliwie w moim życiu złożyło i tyle. Koncerty hip-hopowe stanowią idealny punkt odniesienia, bo w zasadzie to o nich mam najwięcej do powiedzenia. Niestety szybko mnie one znudziły. Większość z nich ze względu na swoje ograniczenia polega wyłącznie na tym, że DJ gra kanonadę beatów, a dany wykonawca stoi, recytuje, w przerwie coś powie i czasem pomacha ręką na znak znajomości terminu "ruchów scenicznych". Naiwnym jest ten, kto liczył na wyuzdane gitarowe improwizacje, na dziesięciominutowe aranżacje i na obecność Roberta Planta w refrenie. Oczywiście ma to swój undergroundowy urok, ale jeśli artysta nie ma swoim dorobku chwytliwych numerów, szczerze polecam pójście na konkurs recytatorski w podstawówce, bo teoretycznie to żadna różnica, a co bardziej łebski maluch przynajmniej zabłyśnie jakimś niewinnym żarcikiem. Mówię o artystach, znanych z czołówki OLiS, a gdzie tam o gwiazdach podziemia! Oni zaś, często grając za zwroty lub za nielimitowaną ilość piwa, nie zawsze przykładają się do swojego show w sposób należyty. Ich koncert przeważnie jest urozmaiceniem weekendu, a czasami przybiera taki przebieg, że lepiej by było, jakby ten piątek spędzali w Pomarańczy. Naprawdę. Pomijam już, że często tacy raperzy całkowicie olewają próby lub podchodzą do nich zbyt olewczo, a koncert grają niejako z przymusu, rutynowo, z przyzwyczajenia, bo właściciele lokalu – o ile uda im się dorwać ich trzeźwych – i tak zadzwonią.

 

Mówienie o koncercie przychodzi mi z łatwością, bo przecież sam grałem. Tylko jak wspomniałem wcześniej, formuła wydawała mnie się wyczerpana jak rosyjscy medaliści przed wywęszeniem afery. I od zawsze marzyłem o czymś innym na tej scenie, zanim się na nią dostałem. O wyciągnięciu z hip-hopu tego, co niemożliwe. O przeniesieniu rapowego występu na dotąd niespotykany poziom. O czerpaniu z koncertów przedstawicieli innych gatunków, udowadniając tym samym, że da się w jakiś sposób przełożyć improwizacje Ritchiego Blackmore'a na "styl, flow i oryginalność". O zrobieniu pierdolonego show jak Michael Jackson, Beyonce i Eminem razem wzięci! W dodatku wspomniane chęci zostały podsycone przez pamiętne lata, podczas których w każdy weekend stąpałem po innym rejonie Polski. Oczywiście w poszukiwaniu koncertów. Dzięki temu widziałem chyba wszystko. Blues, jazz, funk, Piknik Moto-Country w Dąbrowie Górniczej, Eric Clapton, Big Fat Mama czy Terence Blanchard. Jestem perfekcjonistą, więc do wszystkiego podchodzę tak, jakbym miał to zrobić pierwszy i ostatni raz w życiu. Na szczęście los sam zadecydował i połączył moje poczynania z trzema bliźniaczo myślącymi homo sapiens, czego efektem jest elQuatro. Projekt był trzymany w tajemnicy na długie lata przed debiutem, logo spoczywało na dysku, a cała koncepcja z biegiem lat się powoli zarysowywała. Dołożyliśmy wszelkich starań i zrobiliśmy wszystko, żeby się tylko wyróżnić. Byliśmy tak zmotywowani, że nasze umysły były zaślepione typową braggą, a myśli ukierunkowane na jedno: support musi zjeść headlinera! Przygotowanie mentalne jak w Brzydkich Kaczorach – pokonamy każdego! Zaplanowaliśmy wszystko, od A do Z! Czerpaliśmy ze wszystkich przeżyć, jakie zapamiętaliśmy z koncertów. Skorzystaliśmy z najlepszych niuansów, które zanotowaliśmy jako widzowie na koncertach różnych wirtuozów. Inspiracje były na wskroś widoczne! Momentami nawet Justin Timberlake mógłby spoglądać z zazdrością! Wynagrodzenie otrzymaliśmy niewielkie, nawet nie pokryło ono kosztów prób. Tych wykonaliśmy niezliczoną ilość. Sami, z DJ, z ludźmi. Efekt? Tu jeden zginął w egzekucji na scenie; tutaj stoczyła się walka z bboys, niby przypadkiem pojawiającymi się w cypherze; tu zatrzymaliśmy czas pilotem, wyprzedzając tym samym Mannequin Challenge o kilka lat! Słowem – przygotowaliśmy się wzorowo. Ludzie, którzy – jak zwykle – niechętnie przyszli na support, widząc co się odpierdala, chętnie zostali i słuchali dalej zamiast zwyczajowo przypominać sobie teksty headlinera. Po cichu liczyliśmy, że info dotrze do środowiska organizatorów i będziemy często gdzieś zapraszani. Niestety nie poszło, telefon milczał, nie graliśmy zbyt wiele. Kierujemy się przynajmniej takimi wartościami w życiu i w twórczości, że działając zgodnie z nimi, wykonaliśmy kawał solidnej roboty. A najważniejsze, że tym pamiętnym wykonaniem moglibyśmy zawstydzić wielu artystów, dla których koncerty są już głównym źródłem utrzymania. Mogliby oni nawet czegoś się poduczyć zamiast stać na scenie i recytować swoje poematy do podkładów! Ale jak to tak? Od kolejnego, nikomu nieznanego zespołu, który znowu z zasady należy olać?

 

Autorem tekstu jest Modest z ElQuatroNagrania.

 

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Felieton

Łatwogang stał się nietykalny. Sięga po nasze pieniądze na lek, który nie działa? – felieton

Zamiast porządnego researchu, streamer bazuje głównie na emocjach.

Opublikowany

 

łatwogang

Łatwogang po sukcesie swojej akcji charytatywnej wszedł poziom wyżej i zaczął apelować do rządu o refundację terapii dla dzieci z DMD. Problem w tym, że chodzi o lek, którego skuteczność podważają europejskie instytucje, a emocjonalna presja na polityków zaczyna wymykać się spod kontroli, bo za wszystko tym razem mamy zapłacić my wszyscy.

Polacy będą sponsorować amerykańskich lekarzy?

Nie mam problemu ze zbiórkami. Serio. Jeśli ktoś chce wydać własne pieniądze na eksperymentalną terapię dla chorego dziecka – jego sprawa. Ludzie potrafią się jednoczyć, pomagać i to jest piękne. Pierwsza akcja Łatwoganga zrobiła gigantyczne wrażenie i ciężko było nie mieć szacunku do skali mobilizacji. Tyle że teraz to już zupełnie inna bajka.

Bo kiedy streamer z milionowymi zasięgami zaczyna naciskać na refundację terapii przez państwo, przestaje chodzić wyłącznie o dobre serce. Wtedy w grę wchodzą pieniądze podatników, decyzje medyczne i odpowiedzialność za przekaz, który większość z nas łyka bez żadnego researchu tylko dlatego, że tak powiedział Łatwogang.

Lek Elevidys, o którym mowa, nie został dopuszczony w Europie. Europejska Agencja Leków stwierdziła wprost, że nie wykazano korzyści ze stosowania preparatu. To nie teoria z TikToka, tylko stanowisko jednej z najważniejszych instytucji medycznych na świecie. Terapia dostała jedynie warunkową zgodę FDA w USA i to pod bardzo konkretnymi ograniczeniami. Lek można podawać wyłącznie określonej grupie dzieci, a wokół terapii pojawiają się też informacje o ciężkich skutkach ubocznych, nawet przypadkach śmiertelnych. Nie uśmiecha mi się więc z mojej własnej kieszeni sponsorować amerykańskich lekarzy i ich lek, który nie wiadomo czy działa, a z raportów wynika, że działa słabo.

Emocje i presja

Mimo tego Łatwogang i jego pobratymcy w komentarzach nakreślili prostą narrację: kto ma wątpliwości, ten jest przeciwko chorym dzieciom. No bo jak to, NA CHORE DZIECI NIE DASZ?

Przekaz ten zaczyna coraz mocniej opierać się na emocjach i presji moralnej, którą napędzają też ludzie w komentarzach, zamiast na spokojnej rozmowie o faktach. Jeśli zadasz pytanie o skuteczność terapii, jesteś potworem. Jeśli przypomnisz, że państwo nie drukuje własnych pieniędzy, tylko wydaje kasę obywateli, dostajesz łatkę człowieka bez serca.

Łatwogang ewidentnie działa pod wpływem emocji i gigantycznej fali uwielbienia. Problem polega na tym, że internet bardzo szybko robi z influencerów moralnych liderów. Wystarczy jedna viralowa akcja i nagle streamer staje się dla ludzi większym autorytetem niż lekarz. To już nie jest tylko „pomaganie dzieciom”. To próba wpływania na politykę zdrowotną państwa przez presję społeczną i emocjonalne filmiki.

Bo jeśli dziś każda internetowa mobilizacja ma wymuszać refundację terapii odrzuconej przez europejskich ekspertów, to jutro będziemy podejmować decyzje zdrowotne na podstawie lajków, a nie badań.

Dobry chłopak, ale działa na emocjach

Działalność internetowa Łatwoganga pokazała nam, że to zwykły, dobry chłopak, ale działa bardzo spontanicznie i często pod wpływem silnych emocji. Osoby z jego otoczenia mówiły otwarcie po pierwszej zbiórce, że wszystko u niego jest totalnym spontanem. 9-dniowy stream mógł się w ogóle nie udać, bo nie było żadnego szczegółowego planu, a transmisję odpalono na starym komputerze, który w każdej chwili mógł się wyłączyć. Ostatnia akcja rowerowa również wyglądała na zrobioną na prędce, co wiedzieliśmy po wielu wpadkach ze sprzętem.

*Powyższy felieton jest bardzo niepopularną opinią, bo Łatwogang w kilka tygodni stał się osoba nietykalną w Polsce, podobnie zresztą jak Bedoes, o którym innym razem.

Czytaj dalej

Felieton

B.R.O. tworzy śpiewających influencerów, a teraz mówi, że „mainstream to znajomości, pieniądze i sztucznych uśmiech”

Większego zaorania w ostatnim czasie nie było.

Opublikowany

 

bro

B.R.O. wydał całkiem dobry technicznie numer „Maszyna”, który jednak nie broni się lirycznie. Strzały w powietrze, które przebiły oba kolana Broskiego.

Jedną z największych bolączek polskich raperów są strzały w powietrze. Kogo oni nie rozliczają w numerach. Wszystko im się nie podoba. Kiedy jednak podamy konkretne ksywy, które możemy dopasować do ich linijek 1:1, nabierają wody w usta albo się głupio tłumaczą.

Najświeższym przykładem pier***nia totalnych głupot jest B.R.O., który wymierzył linijki w mainstream, zapominając, że z takimi ludźmi chętnie i cały czas współpracuje, bo kosi z nich – pewnie – nieprzyzwoite pieniądze.

„Pływałem w głównym nurcie, czytaj w tym brudnym gównie. W którym rządzi pieniądz, znajomości no i sztuczny uśmiech. Jeśli go nosisz jesteś pustym głupcem. Bo to jak uprawiać prostytucję, mówiąc że to duży sukces” – nawija.

B.R.O. jest naczelnym ghostwriterem sztucznie stworzonych influencerów. Współpracuje głównie z Ekipą Friza, który uczy od podstaw swoich podopiecznych wspomnianych przez rapera „sztucznych uśmiechów” albo przesadzonych reakcji. W taki sposób buduje armię contentowych produktów, które zamiast własnego języka dostają gotowe teksty, gotowe emocje i gotowe schematy zachowań. Wszystko po to, żeby kamera widziała luz, a algorytm dostał dokładnie to, co lubi najbardziej: przesadę, krzyk i wiecznie przyklejony uśmiech.

B.R.O. cały czas działa z Frizem i Wersow i wciąż pisze teksty im oraz ich influencerom, których akapit wyżej porównuje do „prostytutek”, bo sztuczny uśmiech i znajomości chyba do nich pasują w 100% – prawda?

Dalej w numerze nie jest wcale lepiej: „Słucham wasze zwrotki wszystkie pocięte jak rozbi” – znów strzela w powietrze i kolejny raz wers ten można przypisać do jego „podopiecznych”, którzy bez pocięcia zwrotek byliby asłuchalni nawet dla 10-latków.

Może B.R.O. to maszyna, ale zaczęła już dawno rdzewieć, po tym pamiętnym piwie wylanym na głowę przez Belmondziaka.

Czytaj dalej

Felieton

Robią z nas złodziei. Kupując smartfona, zapłacimy więcej, a kasa pójdzie m.in. do raperów – felieton

Nowa, stara opłata, który uderzy we wszystkich, ale tylko niektórzy na niej zarobią.

Opublikowany

 

opłata reprograficzna

Rząd rusza z aktualizacją opłaty reprograficznej. Nowe zasady obejmują m.in. smartfony i laptopy, a pieniądze mają trafić do artystów, w tym do raperów. No i kto tu kogo okrada?

Ministerstwo dumnie ogłasza

Minister kultury Marta Cienkowska podpisała rozporządzenie, które aktualizuje zasady pobierania opłat od urządzeń używanych do kopiowania i odtwarzania treści. – Polscy twórcy latami czekali na tę decyzję. Dziś z satysfakcją ogłaszam: mamy to!” – przekazała w komunikacie opublikowanym na portalu X.

Smartfony i laptopy objęte opłatą!

Na czym polega zmiana? Lista sprzętów objętych opłatą została dostosowana do tego, jak dziś konsumujemy muzykę, filmy i inne treści. Do gry wchodzą m.in. smartfony, laptopy, tablety, telewizory oraz dekodery z pamięcią albo funkcją nagrywania. W praktyce chodzi o urządzenia, które realnie służą do kopiowania lub przechowywania materiałów chronionych prawem autorskim.

Czyli co, jesteśmy złodziejami?

Po chłopsku, twórcy ustawy chyba uważają, że jesteśmy złodziejami, bo z góry zakładają, że nielegalnie słuchamy muzyki, przegrywając ją sobie na telefony lub korzystając z nielegalnych źródeł streamingu. Ciekawe jakie to nielegalne źródła mamy w czasach powszechnego dostępu do Youtube i Spotify.

Żeby jednak było miło i fajniusio pani minister rozszerzoną opłatę ubrała w ładne słowa: – Giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami – podkreśliła.

Jak to dokładnie działa – wyjaśniamy

Kupujesz np. telefon albo pendrive. W cenie jest już opłata reprograficzna. Producent/importer przekazuje ją do organizacji, a organizacje dzielą pieniądze między twórców. Artyści dostają część pieniędzy, jeśli są zarejestrowani w takich organizacjach jak ZAiKS czy STOART, a ich muzyka jest uwzględniona w podziale. Gotówka jest rozdzielana według określonych zasad.

Ministerstwo uspokaja, jesteśmy spokojni

Ministerstwo ma życzeniowe myślenie na temat wzrostu cen elektroniki w związku z rozszerzoną opłatą. W uzasadnieniu projektu czytamy: – Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom opłat przyjęty w projekcie rozporządzenia, należy uznać, że wpływ na sytuację konsumentów nie będzie znaczący.

Wszyscy jednak dobrze wiemy, że opłata ta zostanie przeniesiona na końcowego użytkownika, i to my zapłacimy więcej za smartfona czy laptopa, a miliony pójdą do artystów i twórców,

Miliony złotych wpływów

W 2024 roku wpływy z opłaty reprograficznej wyniosły 35,8 mln zł. Po zmianach budżet dla twórców może wzrosnąć nawet do poziomu 150-200 mln zł rocznie. Według szacunków stawka opłaty ma wynosić od 1 do 3% wartości urządzenia.

Jakie to piękne, a ty co słuchaczu o tym myślisz?

Czytaj dalej

Felieton

Czy Kanye West padł ofiarą podwójnych standardów?

„Równi i równiejsi”.

Opublikowany

 

kanye west

Chorzów to miasto, które wyjątkowo nie ma szczęścia do ludobójczej symboliki i rapu. Dopiero co ucichł temat wizerunku sympatyka Ruchu z tatuażem hitlerowskiej gapy na karku w teledysku Bonusa RPK, a teraz medialną burzę wywołały próby blokady koncertu Kanye Westa. Czy jednak nie można tu dostrzec pewnej niesprawiedliwości w ocenie amerykańskiej gwiazdy?

Nie lada zagwozdkę mają decydenci w kwestii zgody na organizację czerwcowego koncertu Kanye Westa. Już pojawiają się przecieki, że zielonego światła na imprezę nie będzie. Z jednej strony warto pokazać, że jesteśmy zupełnie inni kulturowo niż np. Niemcy, gdzie wielu zbrodniarzy nie poniosło żadnej odpowiedzialności po wojnie i mogli spokojnie wychowywać kolejne pokolenia naszych zachodnich sąsiadów, piastując ważne stanowiska publiczne. Z drugiej – czy osoba chora psychicznie musi być wiecznie stygmatyzowana z powodu odklejek z przeszłości, które mogły wywołać np. źle dobrane leki?

W zasięgowych głosach sprzeciwu przodują zwłaszcza minister Marta Cienkowska i Krzysztof Stanowski. Pytaniem otwartym pozostaje, dlaczego Stanowski nie był równie stanowczy, gdy ambasador Ukrainy wybielał na antenie Kanału Zero hitlerowskiego kolaboranta, Romana Szuchewycza, który uczestniczył w pogromach ludności cywilnej?

Z tęczową swastyką na szyi zaprezentował się fotoreporterom w 2015 roku Maciej Maleńczuk, a dziś jest przecież jednym z pupilów prorządowych mediów. Podobna akcja tyczy się Olgi Tokarczuk, która pozowała na tle krzyża przerobionego na hitlerowski symbol. Żadnej dyskusji nie wywołała też manifestacja byłego prezydenta Ukrainy, Petra Poroszenko, który w 2023 roku udostępnił nagranie z czarnym słońcem na ramieniu, czyli ulubionym symbolem jednego z architektów obozów śmierci, Heinricha Himmlera. Czy w związku z tym możemy mówić wprost o zjawisku „równi i równiejsi”?

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: