Felieton
KOMENTARZ KAABANA: „Przekrój” o polskim hip hopie
Trudno zanegować rozwijającą się niemal z dnia na dzień nową falę mody na polski rap. Kiedy wydaje się, że kolejna granica nie zostanie przekroczona, albo przynajmniej to całe zamieszanie przynajmniej wyhamuje, następnego dnia okazuje się, że nic bardziej mylnego. Myślałem, że występ Pokahontaz u Wojewódzkiego wynikał bezpośrednio z chęci zagarnięcia fejmu zbitego na tym filmie, jednak zaraz potem w programie tym mogliśmy oglądać Pezeta. Afera zatacza coraz większe kręgi, ponieważ temat rapu postanowił wziąć na warsztat (i przy okazji okładkę) tygodnik „Przekrój”.
Początkowo sądziłem, że znowu jakiś dziennikarzyna za 2zł pod wpływem 5cio krotnego obejrzenia „Jesteś bogiem” oraz przesłuchania dyskografii Magika postanowił podzielić się z całym światem swoim odkryciem, jednak okazuje się, że nie. Autorem tekstu „Wyjście z bloków” jest znany (i ceniony) w środowisku Andrzej Cała. Przymknąłem oko na tytuł oraz nabijanie lewackiej kabzy i z nieskrywanym zaciekawieniem rozpocząłem lekturę tekstu.
Może jestem nienormalny, ale po takim autorze oczekiwałem tekstu, który pokrywa się z faktami 1:1 z dokładnością co do 0,00000000000000000001. Tradycyjnie już moje oczekiwania minęły się z rzeczywistością, chociaż nie w takim stopniu jak to ma zazwyczaj miejsce. Zgrzyt następuje już na samym początku, gdzie Andrzej opisuje popularność rapu na wszystkich płaszczyznach. Zacytujmy kawałek:
„Wskaźniki sprzedaży albumów sceptyków nie przekonają. W końcu płyty rozchodzą się u nas w minimalnych nakładach, więc takie zestawienia nie muszą być miarodajnym wyznacznikiem. By doświadczyć większej skali, odwiedźmy więc YouTube i sprawdźmy, czyje klipy ogląda się najczęściej. Jak się okazuje, królują tu discopolowcy z zespołu Weekend oraz Rihanna. Ale już kawałek „Chcę ci dać” donGURALesko zajmuje siódmą pozycję, „Nie lubimy robić” Donatana jest dziewiąty, „Chmura” Pezeta to miejsce 11., a Peja z kawałkiem „A ja jestem pomidorem” zamyka czołową „15″.”
Absurdalnym jest powoływanie się na wskaźnik YT przy jednoczesnym umniejszaniu miarodajności OLiS-u. To, że jakiś utwór ma dużo wyświetleń na YT równie dobrze może świadczyć o postępującej roli tego medium jako swoistego odtwarzacza muzyki, zastępującego mp3 z dysku twardego. Możemy to pominąć, ponieważ jest to kwestia dyskusyjna, bardziej bekowe jest natomiast powoływanie się na wysoką lokatę „A ja jestem pomidorem”. Wszyscy (wierzę, że pan Andrzej również) dobrze wiedzą, że popularność tego utworu jest efektem beki przez niego wywołanej, a nie poziomu czy też zapotrzebowania na kawałki, w których pomidor jest podmiotem lirycznym. Tym sposobem ludzie spoza środowiska wpiszą sobie w wyszukiwarkę ten tytuł, posłuchają i utwierdzą się w przekonaniu, że brak rapu w mediach jest dobry, a ten typ z artykułu to jakiś jebnięty. Skoro i tak w pierwszej 15 znajdowały się 3 inne utwory, to po co było przetaczać tego nieszczęsnego pomidora?
Dalej wkurwiają nieścisłości odnośnie marek odzieżowych. Przeciętny czytelnik tygodnika opinii po przeczytaniu „Ten Typ Mes od 2006 r. jest twarzą firmy Alkopoligamia.” wywnioskuje od razu, że marka Alkopoligamia istniała sobie na rynku, zaś w 2006 do promocji postanowili zatrudnić Mesa. Jak było wszyscy dobrze wiemy, poza tym dla ścisłości Alkopoligamia w 2006 była stroną internetową wypuszczającą co jakiś czas bardzo mocno limitowane serie koszulek, zaś firmą (której twarzą mógł zostać Mes) stała się dopiero w 2009, przy okazji poszukiwania wydawcy „Zamachu na przeciętność”.
To jednak nic w porównaniu z beką, którą dostarcza fragment:
„Z natury oszczędny i odrobinę nieufny młody człowiek musi być przekonany, że zawsze dostanie do ręki coś, co przetrwa dłużej niż podobny artykuł z sieciówki. Gdy raz się sparzy, raczej już nie wróci.”
Wszelkie próby wcielenia się przez kogoś dorosłego w postać przeciętnego nastolatka kończą się fiaskiem, tak też skończyły się i tutaj. Skąd ten autor wziął obraz nastolatka „odrobinę nieufnego” i do tego „oszczędnego”. Wygląda na to, że autor pomylił przymiotnik „oszczędny” z „biedny”, co nie świadczy o nim najlepiej.
Im dalej tym tylko gorzej – gdzieś w środku artykułu Bisz oraz Zeus zostali określeni mianem twórców, którzy trafiają do… hipsterów. Tak, nie przewidziało wam się. Oczywiście bez cienia uzasadnienia, po prostu zwykłe „jeb, oni są dla hipsterów”.

Nie mieści mi się w głowie, jak osoba, która przecież „siedzi” w tej kulturze może pisać takie bzdury. Pewnie ma 2-3 znajomych z tej grupy społecznej (którą gardzę na równi z lewakami), którzy jarają się Zeusem i Biszem, w związku z czym postanowił zamieścić to w artykule.
Następny na warsztat wzięty zostaje wzięty wątek treści polityczno – społecznych. Pojawia się nawet wypowiedź Najgorszego Recenzenta Polskiego Rapu, która jest tak absurdalna, że po prostu muszę ją przetoczyć:
„Nie brakuje też raperów zaangażowanych politycznie i społecznie. – Polski hip-hop w 2012 r. jest bardziej zaangażowany w życie polityczne, niż był kiedykolwiek wcześniej. Scena zawsze była zachowawcza, ale takiego przechyłu konserwatywno-nacjonalistycznego nie było nigdy. Raperzy żerują na panującej wśród młodzieży modzie na ostentacyjny patriotyzm, dorzucając swoje populistyczne trzy grosze. A nawet więcej”
Chętnie dowiem się, gdzie jest widoczny ten „konserwatywno-nacjonalistyczny” przechył, bo ja go jakoś kurwa nie widzę, a słucham dosłownie wszystkiego. Parę jednostek OD ZAWSZE przemyca pojedyncze treści nawet nie o charakterze konserwatywnym, a zwyczajnie zdroworozsądkowym, Flint nazywa to „przechyłem”, żenada.
Na potwierdzenie tej tezy redaktor Andrzej powołuje się na nagranie „Leming” oraz poparcie twórców dla Marszu Niepodległości, by w następnym akapicie uczciwie przyznać, że u wymienionych raperów taka tematyka nie jest nowością. Przyznam, że czytałem ten fragment parę razy i w dalszym ciągu nie umiem uchwycić sensu pisania, że coś może być dowodem, żeby zaraz potem to obalać.
Tymczasem festiwal durnych cytatów trwa w najlepsze. Tym razem mają za zadanie uwiarygodnić rzekomą wagę filmu „Jesteś bogiem”. Z tej okazji kretyna robi z siebie Abradab:
„Magik na pewno jest osobą, którą warto przybliżyć ludziom, zwłaszcza młodszemu pokoleniu. Tak sobie myśleliśmy ostatnio z chłopakami – kiedyś nawet nikt by się nie spodziewał, że komuś będzie się chciało pisać o tym scenariusze”
Zrozumiałbym taką wypowiedź, gdyby Dab sam grał w tym filmie. Tymczasem jego wątek jest tam praktycznie pominięty, wiec nie ma potrzeby promowania ścierwa. Odrzucając tę opcję już wiemy, że współzałożyciel Kalibra jest po prostu idiotą, który uważa, że warto przybliżać ludziom postać nieodpowiedzialnego ćpuna, który skoczył z okna mając małe dziecko, w dodatku w tym filmie pokazaną jako tego, który „chciał dobrze, ale nie wyszło”, więc należy mu współczuć.
Chyba nie muszę dodawać, że na kondycję polskiego rapu film ten nie wpłynął nawet w 1%, ponieważ 99% widzów PRZYNAJMNIEJ kojarzyła Paktofonikę i postać samego Magika, przypływ nowych słuchaczy (o ile został odnotowany) jest raczej znikomy.
W rolę imbecyla wciela się również postać, której nigdy bym o to nie podejrzewał, czyli Mes. We fragmencie poświęconym „hiphopolo” dzieli się z nami następującą opinią:
„Ale to artyści tacy jak Łona, Sokół czy Te-tris wciąż grają koncerty i sprzedają płyty, to im na ulicy ludzie przybijają piątki. Przetrwali jeden zalew syfu, przetrwają kolejne.”
Niby tutaj wszystko się zgadza, ale pięknie wychodzi jakie pojęcie mają polscy raperzy o polskim rapie. W erze hiphopolo Te-Tris był anonimowym undergroundowcem, autorem jednej kiepsko zarapowanej płyty, znanym głównie z WBW. Stawianie go w jednym szeregu z Łoną i Sokołem odnośnie tego, że „grał koncerty wtedy i gra teraz” to grube nieporozumienie.

Na sam koniec denerwuje maksymalnie stronniczy fragment o potencjalnej możliwości ewolucji raperów do roli celebrytów. W tym miejscu autor przy pomocy paru wypowiedzi Sokoła podkreśla to, jak bardzo takie kreacje raperom nie odpowiadają, w związku z czym na pewno w nie nie wejdą. Jakie trzeba mieć klapki na oczach, żeby coś takiego pisać?
Czyżby redaktor Andrzej zapomniał o tym, że Mezo przed rozpoczęciem kariery celebryty był normalnym raperem, którego nikt by nie posądzał o takie posunięcie? Co najmniej dziwne jest też pomięcie chociażby Tedego, który od fleszy nie stroni. Celowe wprowadzanie ludzi w błąd, czy niewiedza?
Najlepsze zaczyna się oczywiście na koniec, gdzie Calak z sobie tylko znanych powodów zamieszcza„5 utworów, które zmieniły polski hip-hop”autorstwa niejakiego Jakuba Żulczyka. Nie mam pojęcia kim jest ten człowiek, ale tym artykule razem z Flintem będzie rywalizował o miano mojego ulubionego dziennikarza muzycznego.
Nie wiadomo, jakimi kryteriami kierował się ten dziennikarzyna, ale efekt końcowy jest niesamowicie komiczny. Bo jak nazwać brak w zestawieniu jakiegokolwiek utworu ze „Skandalu” bądź „Nastukafszy”? Zamiast tego mamy „Pamiętaj o melanżu”, „Głuchą noc”, „Ukryty w mieście krzyk” (wtf?!?!), „Nienawiść” oraz „W aucie”. Z drugim oraz piątym wyborem mogę się zgodzić, utwory te faktycznie zmieniły polski hip hop. „Pamiętaj o melanżu” jest niezłe, ale jak pisałem wyżej – coś z pierwszej Molesty lub WFD jest NIEZBĘDNE. Utwory Pezeta oraz HG zostały dokooptowane chyba w drodze losowania, bo nie widzę żadnych, podkreślam żadnych logicznych przesłanek na ich umieszczenie. Do tego ten debil pomylił tytuł jednego z numerów, bo przecież track ten nazywa się „Nienawiść”, a nie „Nienawiść do policji”.
Po tej grubej kompromitacji czas na jeszcze większą, czyli „5 najlepszych płyt polskiego hip-hopu”. Tutaj z otwartym hejtingiem jest nieco trudniej, ponieważ autor zostawił sobie furtkę ewakuacyjną podając ranking pięciu „najlepszych”, a nie „najważniejszych” płyt, co jednak nie przeszkadza w zrównaniu go z ziemią.
Podobnie jak poprzedni, tak i ten wybór jest po prostu absurdalny, obok siebie stoją „Skandal” oraz… solowa płyta Winiego. Tak, Winiego. Całość dopełniają albumy Małolata, Sokoła oraz JWP. Gdzie tu jest jakikolwiek klucz?
„Skandal” – bezdyskusyjny klasyk, zostawmy w spokoju. „Witam was w rzeczywistości” to bardzo dobra płyta, ale czy od razu najlepsza w historii? Bardziej pasowałaby tutaj dowolna płyta Pezeta, jednak jak widać dla pana Żulczyka obecność tracku, który „zmienił polski hip hop” to niewystarczająca rekomendacja do tego, aby umieścić taki album w swoim zestawieniu. Małolat również nagrał bardzo dobrą płytę, może nie w 5, ale w top 15 spokojnie bym ją sklasyfikował. W uzasadnieniu do wyboru „Wroga publicznego #1” czytamy, że jest to ekipa „w której poziom rapowania jest rozłożony u wszystkich jej członków mniej więcej po równo”. No to chyba kurwa słuchał innego składu, bo jak wiadomo Ero>Kosi>Doni=Foster. Wisienką na torcie jest płyta „Bóg jest miłością”, której uzasadnienie po prostu trzeba przetoczyć:
„Trudno pisać o Winim. Trudno napisać coś sensownego o płycie, na której znajduje się 11-minutowy utwór „Nienawidzę raperów”, w którym występuje połowa raperów z Polski. Trudno pisać o płycie, na której dubstep łączy się z ogniskową gitarą, punk rock z autotune’owym wyciem, na której muzyka Matheo i strumień świadomości Winiego zlewają się w jedną wielką joyce’owską magmę. Jedno jest pewne – Wini jest osobowością przez wielkie O, a takich jaj i takiej pomysłowości nie miał w polskim hip-hopie przed nim nikt.”
Czyli dobre wino jest dobre bo jest dobre i tanie i takie historie. 80 wyrazów, 432 znaki i ZERO, PIERDOLONE ZERO KONKRETÓW. Bo konkretem nie jest napisanie co się z czym łączy oraz to, że Wini „jest osobowością przez wielkie O”. Co za cep, nie mam pytań. Wybór oczywiście do zmiany i to natychmiastowej, ale niektórzy chyba mają takie parcie na szkło, że muszą łapać się brzytew.
Mam nadzieję, że chociaż jedna zagubiona duszyczka, która po przeczytaniu artykułu w „Przekroju” będzie poszukiwała w Internecie informacji na temat polskiego rapu trafi na ten artykuł i dowie się, czemu jest on mocno wątpliwej jakości. Z drugiej strony może należy cieszyć się, że nie jest to bzdura na poziome „tu for sewen”? Nie zapominajmy także, że mamy do czynienia z lewackim tygodnikiem opinii, w którym artykuły bez kłamstw nie istnieją. Być może i ten musiał dostosować się do linii redakcyjnej, a że Cała zrobił to dość niskim kosztem, przekręcając raczej drobniejsze kwestie, postanowiono dodać te durne rankingi idioty z „Wprostu”. Tak czy inaczej zjawisko pt. „boom na polski rap” rozwija się coraz szybciej i aż się boję w którą stronę to wszystko wędruje. Pewnie za miesiąc tematem dnia w „Superaku” będzie relacja z zakończenia pobytu Chady w więzieniu.
Felieton
Książulo wdepnął w gówno? Były raper i Żabka pod potężnym ostrzałem – felieton
W sam środek tego burdelu wjeżdża uśmiechnięty Książulo z pizzą.
Książulo związał swoją markę z Żabką dokładnie wtedy, gdy sieć znalazła się pod potężnym ostrzałem, a jego własni fani zaczęli pytać, ile jest warta jego autentyczność.
„Każdego da się kupić, wszystko zależy od ceny” – powiedział kiedyś Janusz Tracz w „Plebanii”. I trudno o lepszy cytat na moment, w którym Książulo ogłasza własną pizzę w Żabce.
Przez lata zbudował swoją potęgę na prostym patencie: jechał, jadł i mówił ludziom, czy coś jest dobre, czy niezjadliwe. Wytykał wysokie ceny, słabą jakość, małe porcje i januszowanie restauratorów. Miliony ludzi zaczęły traktować jego kanał jak kulinarny drogowskaz. Jak Książulo powiedział, że gdzieś jest dobrze, pod lokalem ustawiała się kolejka. Jak zmiażdżył knajpę, właściciel miał problem, a nawet plajtował.
I właśnie ten człowiek postanowił teraz przykleić swoją twarz do gotowej pizzy sprzedawanej w jednej z największych sieci sklepów w kraju.
Oficjalnie Książulo wjeżdża z mrożonką (której sam nie lubi – video) za 25 zł – mega autentyczny produkt. Za tę cenę to można zjeść kebaba, a nie odgrzewany placek. Brak współprac spożywczych chyba już nieaktualne, a tyle tłumaczenia się z tego Popeyes. https://t.co/epPLwGyTXG
— (@sknerus_) October 4, 2026
W najbliższą środę, 7 października, „Muala Pizza” ma pojawić się w tysiącach Żabek w całej Polsce. Książulo zapewnia, że nad recepturą pracował ponad rok. Problem w tym, że jego widzowie najwyraźniej nie kupili bajki o wielkim kulinarnym projekcie. Zobaczyli influencera, który przez lata oceniał cudze jedzenie, a teraz sam wchodzi na masową półkę sklepową ze swoim nazwiskiem na pudełku.
Jeden z komentarzy podsumowuje nastroje wyjątkowo brutalnie:
– Elegancko tak sprzedać swoje wartości za napakowaną chemią mrożonkę, ruch życia; I w tym momencie straciłeś na całej swojej autentyczności.
To właśnie autentyczność jest tutaj najdroższą walutą. Nie ser, nie pepperoni i nie puszyste ciasto. Książulo nie sprzedaje przecież tylko pizzy. Sprzedaje własną wiarygodność, którą budował latami na mówieniu ludziom, co warto jeść, a czego lepiej nie dotykać.
I właśnie dostał od własnej publiki potężny rachunek.
Na Książula wylało się szambo. Prawdziwe szambo z pomyjami z najgorszej budy z kebabem. Pod materiałem zapowiadającym pizzę pojawiła się ogromna fala negatywnych reakcji, a dla twórcy przyzwyczajonego do niemal bezwarunkowej sympatii widzów musi być to brutalne zderzenie ze ścianą.
Ale sama pizza to dopiero połowa problemu.
Książulo wybrał chyba najgorszy możliwy moment, żeby publicznie wejść w biznes z Żabką.

Od lat wokół modelu franczyzowego tej sieci pojawiają się ciężkie zarzuty byłych i obecnych franczyzobiorców. Mowa o długach, gigantycznym obciążeniu pracą, problemach z rozliczeniami i trudnościach z wyjściem ze współpracy. Jan Śpiewak od dawna uderza w ten model, a temat regularnie wraca w mediach. Pojawiały się również dramatyczne historie dotyczące prób samobójczych osób prowadzących sklepy.
Oczywiście sama Żabka od lat przedstawia zupełnie inny obraz swojego biznesu. Tyle że właśnie teraz ten wizerunek dostał kolejny potężny cios.
Anita Gargas opublikowała blisko godzinny reportaż „W pułapce Żabki? Tylko u nas wstrząsające relacje franczyzobiorców”. Bohaterowie materiału opowiadają o swoich doświadczeniach, problemach finansowych, wielogodzinnej pracy i strachu przed konsekwencjami zakończenia współpracy.
Chwilę później do tematu wszedł Kanał Zero z dwugodzinnym materiałem zatytułowanym „ŻABKA – DRAMAT FRANCZYZOBIORCÓW. DŁUGI, OSZUSTWA, PROBLEMY”.
I w sam środek tego burdelu wjeżdża uśmiechnięty Książulo z pizzą.
Timing wręcz katastrofalny.
Gdyby współpracę ogłoszono pół roku wcześniej albo pół roku później, zapewne skończyłoby się na standardowej dyskusji o tym, czy pizza influencera za dwadzieścia kilka złotych jest warta swojej ceny. Tymczasem dzisiaj każdy karton Muali automatycznie ciągnie też za sobą pytania o to, z kim Książulo właśnie wszedł do łóżka biznesowego.
I tu zaczyna się dla niego prawdziwy problem.
Przez lata to Książulo siedział po drugiej stronie stołu. To on oceniał przedsiębiorców. To on wystawiał rachunek za słaby produkt, zawyżoną cenę albo rozjazd między reklamą a rzeczywistością. Teraz sam jest produktem. Sam ma kontrakt. Sam ma logo na opakowaniu. Sam musi przyjąć dokładnie takie same strzały, jakie przez lata rozdawał innym.
Nie można budować pozycji gościa, który punktuje gastronomiczne absurdy, a potem dziwić się, że ludzie prześwietlają twój własny biznes od góry do dołu.
I być może Książulo stworzył naprawdę dobrą pizzę. Być może po otwarciu pudełka okaże się, że rok pracy nad recepturą faktycznie miał sens. Tyle że ten kryzys już dawno przestał dotyczyć samego smaku.

Chodzi o wizerunek.
O człowieka, który stał się gigantem właśnie dlatego, że widzowie wierzyli, że nie jest kolejną reklamową twarzą gotową wrzucić własne nazwisko na produkt, kiedy na stole pojawi się odpowiednia kwota.
Dlatego fala krytyki jest tak ogromna. Gdyby własną pizzę w Żabce wypuścił pierwszy lepszy influencer, ludzie wzruszyliby ramionami. Ale tutaj mówimy o największym kulinarnym recenzencie polskiego YouTube’a. Gościu, który de facto kreuje dziś trendy jedzeniowe i potrafi jednym filmem dać restauracji klientów na kilka miesięcy.
Książulo znalazł się w czarnej dupie, bo wszystko wali mu się na głowę jednocześnie. Jego własna publika nie przyjęła współpracy z otwartymi ramionami, a firma, z którą właśnie połączył markę Muala, mierzy się w tym samym czasie z potężnym kryzysem wizerunkowym i medialnymi materiałami, w których padają wyjątkowo ciężkie zarzuty.
Gorzej ten debiut naprawdę trudno było zaplanować.
Testujemy pizzę @ksiazulo z Żabki! 🍕 https://t.co/AtMCBI8t4A
— OficjalneZero (@OficjalneZero) October 5, 2026
Felieton
Kurtyna opadła. W „Rhythm & Flow France” rap przestał być najważniejszy – felieton
Miało chodzić o rap, chodzi o sprzedaż.
Miało być o rapie, talencie i znalezieniu nowej gwiazdy. Tymczasem coraz bardziej wygląda to na casting do roli produktu, który po prostu dobrze się sprzeda. Nowy francuski sezon pokazał coś, czego wcześniej nie było widać tak wyraźnie: nie zawsze wygrywa ten, kto najlepiej rapuje czyli liczy się to, czy da się go sprzedać.
Minęło już trochę czasu, więc wydaje mi się, że większość z Was miała już okazję obejrzeć nowe wydanie Rhythm & Flow France 5. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, dlatego zapraszam Was do dyskusji w komentarzach. A na początek pozwolę sobie przedstawić swoje spostrzeżenia.
Kolejna odsłona, ale z inną energią
Rhythm & Flow France to kolejna odsłona bardzo popularnego formatu Netflixa, który doczekał się swoich wersji w wielu krajach. W Polsce również mieliśmy już okazję zobaczyć wersję tego programu. Francja była jednym z pionierów tego formatu. Tym razem w jury zasiedli SDM, Oli i Theodora Boss Lady – trzy osoby reprezentujące dość różne podejścia do rapu. Oli to przede wszystkim liryczna strona: słowo, warsztat, przekaz i umiejętność pisania. Theodora to z kolei znana francuska wokalistka, która przebiła się dzięki kilku hitom i viralowemu sukcesowi. To trochę ten dobrze znany schemat: artystka działająca wcześniej w undergroundzie nagle trafia na listy przebojów i zdobywa ogromną popularność dzięki jednemu dużemu singlowi. SDM to natomiast klasyka francuskiego hip-hopu i jeden z najpopularniejszych artystów we Francji. Wydaje się więc, że skład jury został skonstruowany tak, aby pokazać różne strony współczesnego rapu: liryzm i warsztat, doświadczenie w bardziej mainstreamowej produkcji oraz melodyjność i ten nowoczesny, viralowy element.
Gdzie się podział „represent”?
Od zawsze ten program opierał się na jednej bardzo starych zasadach: represent. Reprezentujesz swój rejon, swoją dzielnicę, swoich ludzi, swoje miasto, swój fyrtel. „I’m gonna put my city on a map” – również na rapowej mapie. Przynależność do konkretnego miejsca jest przecież jednym z fundamentów tej kultury. Szczególnie mocno widać to w Stanach, ale nie jest to wyłącznie amerykańska historia. Ten element był obecny również we Francji i w innych krajach. I właśnie dlatego w tym sezonie trochę mi tego zabrakło. Oczywiście między wierszami pojawiają się Paryż, Tuluza, Marsylia i inne miejsca. Nie mam jednak poczucia, żeby represent było tutaj mocnym motywem przewodnim. Co ciekawe, inne elementy, które wcześniej próbowały się przebić, ale były trochę przykrywane przez tę nadrzędną ideę „struggle”, tym razem wychodzą niestety na pierwszy plan.
Liczy się tylko „full package”
W poprzednich sezonach bardzo mocno podkreślana była prezencja sceniczna. Mieliśmy też uczestników, przy których można było odnieść wrażenie, że wygląd, atrakcyjność i sposób prezentowania się miały nadzwyczajne znaczenie. I dotyczyło to nie tylko kobiet – mężczyźni również byli oceniani pod kątem tego, jak wyglądają i jaki mają outfit. W tym sezonie jeszcze mocniej widzę, jak ważne stało się to, jak łatwo się sprzedasz i czy da się na Tobie zbić masową pengę. Potencjał tzw. „full package” zawsze był w tym programie ważny. I got it, bo wiem, jak działa biznes muzyczny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uniwersalność i sprzedażowość stają się ważniejsze niż to, co właściwie masz do powiedzenia lub kim jesteś. Kiedy zaczynam słuchać tekstów kolejnych uczestników, mam momentami wrażenie, że słyszę w kółko to samo (każdy z nich miał przynajmniej raz słowo Benz między wierszami, nie wiem czy to jakiś product placement narzucony od Netflixa?). Nudno.
Do tego dochodzą te same melodie, podobne rozwiązania hooks, adliby i autotune. Kolejne numery, które mają być chwytliwe, łatwe do zapamiętania i dobrze funkcjonować w streamingu, ale smakują jak zakalec. Francuski rap zawsze był bardzo melodyjny. Nie jest to dla mnie żadnym problemem. Tylko gdzie tutaj jest coś innowacyjnego? To jak ryby z taniej smażalni nad Bałtykiem niby świeże, ale smażone na starym oleju. Słucham francuskiego rapu od bardzo dawna. Jestem millenialsem, więc przeszłam przez naprawdę wiele jego etapów i nurtów. I absolutnie nie jestem osobą, która uważa, że wszystko, co stare, było lepsze. Wręcz przeciwnie – zawsze byłam bardzo otwarta na nowoczesną muzykę. Ale nawet przy całej tej otwartości mam czasami ochotę powiedzieć: ile można wałkować ciągle to samo? Zwłaszcza kiedy w niemal każdej piosence pojawia się jakieś „aha”, „eee”, „uuu” i podobne melodyjne wstawki. Mam to nucić następnego dnia? Co właściwie ma sprawić, że zapamiętam akurat tę osobę, skoro pięć innych brzmi bardzo podobnie? Oczywiście zdarzają się momenty, w których tekst naprawdę daje do myślenia. Szczególnie Mischa, który reprezentuje tę bardziej klasyczną, oldschoolową stronę rapu. On zresztą wielokrotnie podkreślał, że nie chce się sprzedawać, bronił się rękami i nogami.
I paradoksalnie właśnie on wydawał mi się lirycznie o poziom wyżej od wielu pozostałych uczestników. Jego ostatni występ naprawdę mi się podobał.
W tej edycji przetestowano też nowe, ciekawe zadanie, w którym artyści oraz uczestnicy wcześniejszych sezonów słuchali utworów i wybierali ten, który najbardziej do nich trafia. Wygrał numer, który był po prostu klubowym bangerem. Taki kawałek, który łatwo zanucić, przy którym można tańczyć przez cztery minuty i który od razu wpada w ucho. Tylko czy następnego dnia ktoś jeszcze będzie o nim pamiętał? I właśnie tutaj mam największy problem z tym sezonem. Nie mam wrażenia, że oglądam program o talencie. Mam raczej wrażenie, że oglądam poszukiwanie osoby, którą można najlepiej sprzedać.
A gdzie są sami uczestnicy?
Od samego początku ten sezon nie potrafił mnie tak naprawdę wciągnąć.
Zaczęłam zauważać, że podczas oglądania sięgam po telefon i zaczynam scrollować. A to jest dla mnie dość nietypowe, bo jeżeli coś mnie naprawdę interesuje, potrafię się mocno skupić. Tutaj po prostu nie czułam więzi z uczestnikami. W poprzednich sezonach bardzo mocno eksponowano historie ich życia. Ktoś pochodził z biedy, ktoś wychowywał się w trudnych warunkach, ktoś stracił rodzica albo musiał utrzymywać rodzinę czy pomagać babci. I oczywiście – struggle od zawsze był częścią hip-hopu. Rap wyrósł z trudnych doświadczeń i z potrzeby opowiadania o rzeczywistości. Tylko że czasami miałam wrażenie, że ten struggle był wręcz dowodem na to, że ktoś „jest ziomem”, „jest represent” i „jest rapowy”. Hip- Hop to też są przecież duże pozory. Niestety.
W tym sezonie sytuacja jest dla mnie niemal odwrotna. Nie wiedziałam, kim są ci ludzie. Nie znałam ich story, ich motywacji, tego, skąd pochodzą i jaki jest ich ulubiony kolor.
Jedna z uczestniczek opowiedziała bardzo mocną historię – mówiła o tym, że wcześniej była prostytutką. I nagle pojawił się jakiś konkretny punkt zaczepienia, coś, co pozwoliło mi ją zapamiętać. O innych osobach dostawaliśmy pojedyncze informacje, czasami gdzieś między wierszami. Ale nadal brakowało mi tej więzi z nimi. I tutaj pojawia się paradoks. W poprzednich sezonach było tego momentami za dużo: „ja też mam struggle, ten ma struggle, ta jest niezrozumiana, i on też”. Tutaj mamy niemal odwrotnie – brak backgroundu. I żaden z tych skrajnych modeli nie działa na mnie do końca.
Czy to jeszcze jest program o rapie?
Mam wrażenie, że w tym sezonie opadła pewna fałszywa kurtyna. Taka lekka zasłona hipokryzji dotycząca tego, o czym to show tak naprawdę jest. Oficjalnie mamy program o rapie. O znalezieniu rapstara, najlepszej osoby, która ma największy potencjał, aby być artystą. Tylko że z sezonu na sezon coraz mniej jest w tym Hip-Hopu. Kiedyś mieliśmy bitwy rapowe, więcej improwizacji, więcej sytuacji, w których trzeba było rzeczywiście pokazać, co potrafisz. Teraz wiele rzeczy wydaje się wcześniej przygotowanych. Mamy napisane teksty, przygotowane występy, mentorów i konkretne zadania. Sami trenerzy to zresztą bardzo liryczni millenialsi. I teraz pojawia się pytanie: czy nowe pokolenie rzeczywiście umie rapować i rozumie w ogóle ideę tego nurtu? Mischa potrafił. Był znany z open miców, potrafił pisać, miał warsztat. Tylko może właśnie to już nie wystarcza. Bo jeśli nie potrafisz się sprzedać, to czy masz jeszcze szansę wygrać taki program?
Francja kontra Włochy
Niedawno oglądałam również włoską wersję programu i tutaj miałam zupełnie inne odczucia. Włosi nadal mają w sobie rap. Cały czas czuję tam ogromne przywiązanie do liryzmu, do słowa i do tego, czym rap był u swoich podstaw. Za tymi wartościami stoi juror Fabri Fibra oraz Geolier. I właśnie dlatego kontrast z francuskim sezonem jest dla mnie tak interesujący. Nie chodzi mi o to, że oldschool jest z definicji lepszy. Absolutnie nie. Lubię nowoczesne rzeczy. Jaram się kiedy muzyka się zmienia i idzie do przodu. Tylko chciałabym, żeby wraz z tą nowoczesnością szła w parze jakaś własna tożsamość.
I co dalej?
I chyba właśnie z tym pytaniem zostałam po tym sezonie. Czy mam się cieszyć, że ta kurtyna w końcu opadła i możemy zobaczyć, o co w tym programie naprawdę chodzi? Czy raczej martwić się, że z każdym kolejnym sezonem jest w nim coraz mniej Hip-Hopu? Jestem bardzo ciekawa, jak Wy to odebraliście. Piszcie w komentarzach.
Amanda aka @goldiethebossy
Felieton
Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton
Tak się monetyzuje upadek Fagaty.
Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.
Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.
Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.
Trueman zobaczył kryzys. I liczby
I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.
Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.
Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.
Fagata potrzebuje koła ratunkowego
Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.
I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.
Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.
TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.
Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami
Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.
Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.
Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.
Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.
Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.
To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.
Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator
I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.
Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?
Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.
Felieton
Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton
Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.
Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.
Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.
Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę
Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.
To była potężna pieczątka.
Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.
Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.
Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.
Wszyscy uciekają. U Maty cisza
Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.
Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.
Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.
Wystarczy kilka zdań:
„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.
Albo odwrotnie:
„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.
Tyle.
Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie
I tutaj robi się naprawdę zabawnie.
Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.
Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.
Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.
Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.
Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.
Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?
Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.
– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.
Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.
Sprytne PR-owo.
I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.
Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.
Felieton
Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton
Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?
W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.
Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy
Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.
„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.
Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.
Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.
Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała
To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.
Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?
To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.
Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.
-
News3 dni temuSkolim wypuszcza szynkę z kurczaka 96. „Inne zakłady mięsne dostaną k*rwicy”
-
News3 dni temuTede wymyślił nazwę zespołu Hemp Gru? „To moja zasługa”
-
News3 dni temuTede został zapytany, czy pogodzi się z Numerem Razem
-
News3 dni temu25-letni polski raper z zarzutami handlu narkotykami. Zarzuty usłyszała też 24-latka
-
News3 dni temu50 Cent nie boi się zemsty Diddy’ego po wyjściu z więzienia. „Mam swoich strzelców”
-
News12 godzin temuCały album Sentino przejęty przez hakerów i zleakowany
-
News4 dni temuAfera Kołodziejczaka dała drugie życie piosence patorapera
-
News19 godzin temuEminem kończy 54 lata. Dziadek rapu, który wciąż jest GOAT-em