Recenzja
RECENZJA: Eminem – ”The Marshall Mathers LP 2”
Za napisanie recenzji ostatniego albumu Eminema chciałem zabrać się już wcześniej, ale trudno było napisać na gorąco coś sensownego o sequelu klasycznej pozycji sprzed ponad dekady, zestawić rzetelnie jeden album z drugim. Od momentu ukazania się ostatniego albumu króla rapu (tak, tak!) minęło zaledwie kilka miesięcy, które chociaż nie stanowią szczególnie długiego okresu czasu, dały mi już na tyle jasne pojęcie o nim, bym zdecydował się zabrać głos.
Już otwierający album klimatyczny utwór pt. ''Bad Guy'' stanowi kontynuację piosenki ''Stan'' promującej ''The Marshall Mathers LP'' – piosenki stanowiącej fikcyjną opowieść o obsesyjnym fanie rapera, który w celu zwrócenia na siebie jego uwagi morduje swoją ciężarną dziewczynę i popełnia samobójstwo. Zarapowany jest z perspektywy brata tragicznie zmarłego bohatera poprzedniego hitu, który po latach życia w cieniu tragedii rodzinnej decyduje się na pozbawienie życia obwinianego o nią rapera. Z emocjonujących wywodów Mitchela, bo takie imię nosi chłopak, wyłania się fascynujący i wyraźny portret psychologiczny młodego, niezrównoważonego emocjonalnie człowieka, absolutnie sfiksowanego na punkcie pomszczenia śmierci bliskiej osoby. Nawija: ''Myślałeś, że minęło zbyt dużo czasu i już zapomniałem? Zapomnij o tym!/To ty doprowadziłeś do ruiny moją rodzinę/Oczekujesz, że pogodziłem się z jego stratą?/Chcesz żebym udawał, że nigdy nie istniał?/Może już odszedł, ale nie zapomnę o nim nigdy/Mimo że już dawno go nie ma na naszych zdjęciach''. Wyrównawszy swoje rachunki z raperem, chłopak przemawia jako ucieleśnione zło konieczne, stając w obronie wszystkich skrzywdzonych przez Eminema w ciągu jego życia ludzi: ''Weź łyka wody, lecz ja będę tą tabletką/Która będzie zbyt wyszczerbiona, by ją połknąć/Jestem tymi gnębicielami, których nienawidzisz/Ty też stałeś się jednym z nich, po tym jak masakrowałeś każdego geja/Jestem też każdą kobietą, którą zraniłeś''. Wciągnięcie się w opowieść nie wymaga od słuchacza wysiłku woli, nadzwyczajnego skupienia, a wręcz przeciwnie – jest ona na tyle porywająca, że sama automatycznie nastraja jego atencję na rejestry wymagające wychwycenia wszystkich niuansów fabularnych. Odbiorca utworu staje się jakby niemym świadkiem tragedii w niej przedstawionej, co jest dość upiornym i bardzo ekscytującym doświadczeniem.
''The Marshall Mathers LP'' był albumem przesyconym rozliczeniami z przeszłością rapera oraz bliskimi mu ludźmi z którymi łączyły go skomplikowane relacje – matką, ojcem oraz byłą żoną Kim. Rozrachunki te były przeprowadzane przez rapera bardzo ofensywnie, bez poszanowania prywatności oraz godności drugiej strony konfliktu, wręcz na tyle ostro, że można powiedzieć z czystym sumieniem, iż padły one ich ofiarą. W tytułowym dla poprzedniego albumu utworze wprost nazwał swoją matkę ''pieprzoną dziwką'', kontynuując szerzej temat jej osoby oraz ciężkiego dzieciństwa które przeszedł w związku z jej zaniedbaniami w singlowym utworze ''Cleanin Out My Closet'' z albumu ''Eminem Show'' wydanego rok później. Niespodziewanie dla chyba wszystkich swoich fanów, na recenzowanym albumie raper zmienił o 180 stopni podejście do tej, jak mawia porzekadło, pierwszej kobiety w swoim życiu. W utworze ''Headlights'', Eminem – uwaga – przeprasza swoją matkę za wcześniejsze obrażanie jej w piosenkach, i opisuje wspomnienia trudnego dzieciństwa już z perspektywy dojrzałego mężczyzny świadomego faktu, że ludzie częściej są TYLKO, a nie AŻ ludźmi. Taka muzyczna próba zainicjowania pojednania się po latach waśni, jakżeby inaczej, chwyta za serce i stanowi inspirujące tło dla własnych introspekcji, nie przestając być przy tym muzyką doskonałą samą w sobie.

Antykobiece utwory, jak i pojedyńcze tego rodzaju wersy były jednymi z najbardziej charakterystycznych (i kontrowersyjnych) z zawartych na ''The Marshall Mathers LP''. Raper nie tylko obrażał swoją matkę, popowe gwiazdki, byłą żonę, Kim, ale wręcz wszystkie przedstawicielki płci pięknej, w utworze ''Kill You'' snując makabryczne fantazje na temat zabijania ich, okaleczania, gwałcenia, poniżania. Tak ekstremalne natężenie spaczonej, seksualnej przemocy wobec kobiet, uprzedmiotawiania ich na sequelu albumu wprawdzie nie występuje, ale i tutaj pojawia się utwór pełen agresywnych emocji opowiadający o relacjach damsko męskich, zawodach związanych z relacjami z kobietami, żywionych do nich przez rapera sprzecznych uczuć. Zatytułowany jest ''So Much Better'', traktuje o złowrogim podejściu rapera do kobiety, która złamała mu serce. Eminem opowiada o kolejnych fazach radzenia sobie po męsku z byciem porzuconym: ''Wracam do moich kurw do jebania/Z zupełnie nową nienawiścią do blondynek, że to niby odchylenie?/Nienawidzę całego tego kurestwa tak samo, kochanie, daj spokój''. Dalej nawija już nieco spokojniej: ''Bo kobieta złamała mi ser-ce, tak, powiedziałem ser-ce/Bo złamała mi je na dwie częś-ci i wyrzuciła do śmie-ci/Kim ty myślisz że jesteś, ździro?/Sądzę, że najwyższy czas dla mnie, bym otrzepał kurz/I podniósł się z dywanu''. Końcowe wersy utworu są zaś śmiertelnie jadowite, i zdradzają, że intencją w której pisał utwór było doprowadzenie do zgonu swej niegdysiejszej wybranki serca: ''Mam 99 problemów, i ta dziwka jest niejednym/Jest każdym z 99 z nich, potrzebuję pistoletu maszynowego, by się ich pozbyć/Mam nadzieję, że usłyszysz tą piosenkę/Zaznasz stanu przedzawałowego, dostaniesz ataku serca/I po prostu padniesz trupem, a ja urządzę potem pierdoloną imprezę''. Taki muzyczny zamach na życie niewiernej kobiety dokonany przez genialnego rapera brzmi rewelacyjnie, także z uwagi na perfekcyjnie dobrany do tekstu, dramatyczny podkład muzyczny. Eminem w takim wydaniu brzmi znakomicie, i szkoda bardzo, że można go usłyszeć w nim na niewielu utworach składających się na album.
Z bardzo mieszanymi komentarzami słuchaczy rapu spotkał się singlowy utwór ''The Monster'' z Rihanną. Odbiorcy zarzucali raperowi próbę powielenia schematu znanego z hitowego kawałka ''Love The Way You Lie'' nagranego z wokalistką na jego poprzedni album, ''Recovery''. Są to kalekie kalumnie, bowiem raper z Detroit podszedł do współpracy dużo bardziej ambitnie niż poprzednim razem, i napisał utwór traktujący nie o miłości, a o stawianiu czoła samemu sobie, swej wymykającej się łatwo spod kontroli, drugiej, pławiącej się gdzieś w otchłani podświadomości mrocznej stronie. Melodyjny refren, dynamiczny, najeżony rozmaitymi przejściami podkład, oraz emocjonujące wokale duetu stanowią o tym, że ''The Monster'' jest perfekcyjnym materiałem na przebój. To utwór, który niczym genialne dziecko od samego poczęcia skazany jest na sukces. Nie ma zresztą nic złego w serwowaniu słuchaczowi tego, co ma się do powiedzenia w sposób przystępny, uniwersalny, jeśli tylko zachowuje się przy tym wysoki poziom. Dodam, zupełnie naturalnie bez taniej prowokacji, że w moim odczuciu pomiędzy duetem panuje tak wyczuwalna chemia na płaszczyźnie muzycznej, że z wielką przyjemnością usłyszałbym ich wspólną EP-kę.
Flow rapera z Detroit jest absolutnie bezbłędne, nie jestem także w stanie zarzucić niczego jego śpiewanym wokalizacjom, natomiast chwilami drażni silnie zbyt agresywne wypowiadanie przez niego wersów, w szczególności w utworze ''Rhyme or Reason''. Prawdopodobnie zabieg taki miał na celu większe zabarwienie emocjonalnie utworu, jednak zdecydowanie doszło do przedobrzenia. Kwestią sporną natomiast jest, czy na dobre wyszła albumowi ilość damskich wokali, które chociaż sugestywne i nastrojowe, pojawiają się aż w 6 z 15 piosenek na albumie (dla porównania – ''The Marshall Mathers LP'' w tylko 2, a w krytykowanym za komercyjny ton ''Recovery'' – w 5), przez co brzmieć może dla niektórych nazbyt popowo. Osobiście, zważywszy jednak na to, jak wiele rapowanych wersów pada w poszczególnych utworach (Eminem nie bawi się w 16-sto wersowe zwrotki), nie widzę w tym wady.

Od strony produkcji mamy do czynienia z wieloma sławami w tej materii, żeby wymienić chociażby Ricka Rubina (odpowiedzialnego m. in. za zachwycające, oldschoolowe brzmienie singlowego ''Berzerk''), Frequency (szlagierowy ''The Monster''), DJ Khalil z którym współpracę Eminem rozpoczął ze znakomitym skutkiem na swoim poprzednim albumie ''Recovery'' (tutaj odpowiedzialny za ''Survival''), podobnie jak z Emile Haynie, producentem muzycznym stojącym za sukcesem zamieszczonych na albumie intymnych, nastrojowych utworów ''Legacy'' i ''Headlights''. Sam Eminem również przyłożył rękę do aż 7 utworów, nie znajdziemy tutaj jednak akcentów od Dr. Dre, mającego bardzo duży wkład w warstwę muzyczną klasycznego ''The Marshall Mathers LP''. Większość z bitmajstrów których efekty pracy możemy podziwiać na albumie wykonała kawał świetnej roboty – podkłady brzmią bardzo zróżnicowanie, odstają od siebie przyjemnie pod względem nastroju, czy zastosowanych w nich rozwiązań (tu i ówdzie sample, gdzie indziej – elektronika, czy gitarowe riffy z pazurem), ale trafiły się także słabsze dokonania, jak chociażby pozbawiony uderzenia ''Asshole'' popełniony przez Alex Da Kid czy ''Evil Twin'' spod ręki duetu producenckiego Sid Roams, które to utwory są w moim odczuciu jednocześnie zdecydowanie najsłabszymi punktami albumu.
Teksty utworów na albumie różnią się od siebie znacznie tematyką. W kawałku ''Rhyme or Reason'' raper opowiada o swojej nienawiści do ojca, w ''Legacy'' snuje retrospekcje dotyczące swego trudnego dzieciństwa, pełnego niepowodzeń dorastania oraz odosobnienia, w zabawnym ''So Far'' opisuje słodko-kwaśne perypetie których przysparza mu rozpoznawalność, w głównie śpiewanym ''Stronger Than I Was'' opowiada z punktu widzenia swojej byłej żony, Kim, o ich burzliwym związku. ''Rap God'' to popis jego oszałamiających umiejętności liryczno wokalnych, zaś nagrany wraz z Kendrickiem Lamarem (jedyny MC pojawiający się gościnnie na albumie) ''Love Game'' traktuje o relacjach damsko męskich z dużą dozą niewybrednego humoru. ''Berzerk'' to kunsztowny banger, zdecydowanie nie mający sobie podobnych w dotychczasowym dorobku muzycznym Eminema, ''Survival'' stanowi utwór motywujący do działania, a ''Brainless'' złowieszczo przypomina o drzemiącej w raperze grozie… Tylko z obowiązku napomknę, że
w każdym z tracków Eminem wyrzuca z siebie ruzgocące kanonady słów rymujących się ze sobą na wielu poziomach, dewastując podkłady. Jego technika rymowania słów stanowić powinna wzór dla wszystkich twórców muzyki rap chcących eksploatować ten gatunek muzyczny jakościowo jak najlepiej.
Nie śmiem stawiać rzeczonego albumu na równi z jego diamentowym prequelem sprzed ponad dekady już choćby z racji niebywałego wprost do niego sentymentu, zaryzykować mogę jednak śmiało stwierdzeniem, że jest w moim odczuciu zdecydowanie zbyt łagodny lirycznie na jego pełnoprawną, drugą część, i z tego już powodu powinien zostać zatytułowany raczej ''The Eminem Show 2''. Albumem jestem zachwycony, kilka z zawartych w nim utworów zamieściłbym nawet na swojej prywatnej liście ulubionych 25 piosenek rapera, ale nadanie mu tytułu nawiązującego do wspomnianego klasyka stanowi raczej chwyt marketingowy. Warstwa tekstowa albumu (muzyczna również, chociaż w znacznie mniejszej ilości) zawiera odniesienia do niego, które z całą pewnością zaznajomieni z nim słuchacze wyłapią z uśmiechem na twarzy, nawiązuje do niego treścią kilku piosenek, ale jest to stanowczo za mało by pretendował on do jego następcy. Ocena: 4/6
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
ASAP Rocky „Don´t be Dumb”: raper nie chce przeciętnego odbiorcy – recenzja
Nowy album to muzyczna halucynacja i eksperyment.
ASAP Rocky mimo ośmioletniej przerwy od wydawania albumów powraca z nietuzinkową produkcją, podobnie wielowymiarową, jak jego odjechana osobowość. “Don´t be Dumb” nie jest tylko albumem muzycznym, to złożony i warstwowy projekt, który został przemyślany od A do Z. Od okładki wykonanej przez Tima Burtona, poprzez teledyski podnoszące standard kinematografii i animacji o kilka poziomów wyżej, po wyrafinowany aspekt modowo-wizerunkowy.
To prawda, Flacko nie jest najbardziej genialnym pisarzem w historii rapu, ale z pewnością wzorowym dostawcą unikalnego vibe’u. Ludzie często konsumują tylko muzykę, a nie a całego artystę i jego mindset. Jeśli tego nie potrafisz, to nie jest album dla Ciebie. Go away! Tylko Trill.
W życiu Rockiego przez ostatnie lata działo się sporo. Związek z Rihanną, potomstwo, kampania Diora i Gucci, podniesienie levelu marki Puma (zobaczycie sami, że tego sezonu będziemy biegać w low profilowych Pumach), został dyrektorem kreatywnym brandu Ray-Ban. Doświadczył prawdziwej dramy prawnej (głośna sprawa i realna perspektywa odsiadki przez oskarżenia związane z postrzeleniem byłego członka A$AP Mob – A$AP Relli, od których został uniewinniony). Ponadto zagrał w filmach, prowadzi AWGE, swoją kreatywną agencję i markę, z którą realizuje własne pomysły modowe oraz projekty artystyczne.
W związku z długim urlopem muzycznym wielu fanów oczekiwało prawdziwego majstersztyku. Powrotu tego samego vibe’u jak “Peso”. Wielu czuło pewien niedosyt po średnim albumie “Testing”. Raper prosi nas w jednym z wywiadów, abyśmy nie porównywali tej produkcji do innych jego projektów, tylko chłonęli ją jako odrębność. On sam otwiera sobie nowe, różne, twórcze korytarze, dojrzewa oraz przeżywa świat inaczej niż dotychczas. To album dla open minded ekscentryków i fanów the whole package.
Do współtworzenia złożonego projektu raper zaprosił takich producentów jak: Cardo Got Wings, Hit-Boy, Clams Casino, Metro Boomin, The Alchemist, and Tyler, The Creator, co zaowocowało bardzo lukullusowym brzmieniem dla naszych uszu. Raper faluje pomiędzy rockiem, cloudem, rapem, jazzem, swoim SWAGiem nadal dając wrażenie, że jest tym samym typem, który siedzi u ziomka w piwnicy w najbardziej fly stylówce i pomiędzy zwijaniem robi sobie kreatywne sesje, które urastają do dope pomysłów. Jednym z największych bangerów tego albumu jest “Helicopter”, a jego rangę odzwierciedla bardzo długo przygotowywany teledysk, który powala z nóg. Po obejrzeniu owego filmu powiedziałam na głos WTF, a facet siedzący naprzeciwko mnie w S-Bahn tylko uśmiechnął się widząc, jak chwytam się za głowę. Klip został zrealizowany dzięki użyciu techniki Gaussian Splatting (zaawansowana metoda 3D/CG, dająca „rozmyty”, nierealny, prawie growy efekt) oraz Houdini i Octane.. jiggy. Utwór podkreśla presję mediów, poczucie bycia na świeczniku i cenę sławy.
Kolejna mocna produkcja Kelvina Krasha “Stole Ya Flow” ma riotowy vibe, który nadaje się na wybieg niszowego pokazu mody lub performance:
Headliner, bottom line, I’m ’bout my dollar (Yeah, ready made, ready made) They say, „Flacko, where you been? Feel like you deprived us” (Yeah) Only goat with a llama, friendly reminder
(Yeah) Our Father, I pray to always strive and prosper
(Yeah)Now I’m a father, my bitch badder than my toddler…
Rocky systematycznie bawi ironią, zabawnymi tekstami, swoją pewnością siebie i samoświadomością, że jest kimś unikalnym. Typ powtarza w kółko, że jest handsome albo przekonuje, że nie jest playerem… rozbrajając swoją braggą. Moody “Don´t Be Dumb” wyróżnia się wielowymiarowością, co pokazuje także częstą zmianę nastrojów w “Stay Here 4 Life”, gdzie raper bezpośrednio wyznaje chęć stabilnego, rodzinnego życia. To już spojrzenie ojca, bez rapowej pozy. Podobne kontrastujące ze sobą przejścia dźwiękowe w “Air Force” czy super seksownym “Playa“ podkreślają charakterystyczny Asap branding. Typową zadymioną asapową piwnicą jest dosolony i niezwykle mocny “No Trespassing“. Pachnie undergroundem, ekspertem, rapem i po raz kolejny Kelvin Krash udowadnia, że jest fundamentem nowego brzmienia Flackito. Umacnia to dodatkowo w chaotycznie spójnym “Stop Snitching”.
Eksperymenty, które artysta podejmuje dla przeciętnej osoby mogą wydawać się zbyt ryzykowne lub zagmatwane. Intrygującą pozycją jest niegrzeczny feat z Tokischą w “Flackito Jodye” brzmiący jak inspiracja klasyczną, oldschoolową M.I.A. pomieszaną z latino flavour, melodią rozlegającą się na faveli pośród facetów w blond włosach, cool kidsach i kobietach w mini, tańczących na block party.
Asap wybacz mi, teraz wpakuje Ciebie w box, za który się nie obrazisz. Nie jestem astrologiem, ale Rocky to typowa Waga. Nie zadowoli się byle czym, uwielbia sztuki wizualne, artyzm, kontrowersyjność, kreatywność, naturalny cynizm. To lider, który potrafi być zarówno street wise czy high fashion icon. Chodząca gra kontrastów, człowiek otwartej perspektywy, z naturalną aurą wyjątkowości. Nie zapominajmy początków jego kariery opartej na koncepcji mega zajawkowej grupy chłopaków z Harlemu, projektujących ciuchy, robiących fajne eventy, prawdziwych hood fly boys, którzy wykreowali swój świat i slang. Od zamieszkiwania jako dziecko w schroniskach dla bezdomnych do tzw. black excellence.
Rocky daje się na krążku ponieść fantazji chwytając się wielu koncepcji, zgrabnie miesza techno z rockiem, industrialem oraz zaprasza Doechii do jazzowo- teatralnego utworu, czy Gorillaz do nonszalancko-trapowego “Whiskey“.
Oprócz tego wzrusza pięknym i nostalgicznym “Don’t Be Dumb / Trip Baby“, gdzie nie pluje bragą tylko występuje w roli narratora, szczerze wyraża swoją miłość do Rihanny czy odnosi się do dramy z ASAP Mob. Polityka, globalne ocieplenie, rasizm, brutalność policji, czy kontrowersyjny temat jakości, a raczej jej braku w amerykańskim jedzeniu – takie tematy również pojawiają się pomiędzy wierszami: Don’t trip, keep calm, carry on now, Even though the wicked ones built the bomb now…
Czujesz ciężar, dym, SWAG, fascynację, humor, radość, smutek, dobrze rycząc bas, poszczególne dźwięki pojawiają się znikąd, zaskakują, zagłuszają inne tony, a metafory Rockiego stymulują do łączenia symboli czy synonimów? Tak właśnie brzmi muzyczna halucynacja ASAP Rockiego. Album dla prawdziwych fanów, który jest dojrzałym eksperymentem udowadniającym nam, że artysta wcale nie chce, żeby jego odbiorca był przeciętny. To nie jest background muzyka, która może sobie lecieć w tle. Jak sam muzyk powiedział:
– Chcę wywołać u odbiorcy różne emocje.
Czy jest to kopalnia typowych rapowych bangerów? Nie, czy jest to tak wielki come back jaki ostatnio zaliczył np. G Herbo (może nie najlepsze porównanie), też nie.
To solidna produkcja, dla tych, którzy świadomie po nią sięgają.
R.I.P. YAM$
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja
„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.
Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.
Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”
„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.
Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi
Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.
Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny
Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.
Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca
28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.
Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom.
Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.
My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW! 28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.
Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:
„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.„
Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”
Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!
W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.
Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.
Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.
“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”
W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:
„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.
W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.
“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.
„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja
Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?
Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.
“To już nie muzyka, którą pokochałem
Nieziemskie geny i do tego talent
Jestem poetą z milionem wad
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”
Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.
I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać
Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.
Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat
„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja
„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem.
Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.
Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.
Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.
Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.
Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.
”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
News3 dni temuFan zrobił „Mapę Taco Hemingway’a” z miejscami, o których raper wspomina w swoich utworach
-
News3 dni temuKubańczyk wygrał, ale nie miał łatwo i nie warto było na niego stawiać
-
News2 dni temuSłuchacz z Polski chce sprzedać kolekcję tysiąca rapowych winyli. Znamy cenę
-
News1 dzień temuByły wspólnik Śliwy niszczy tysiące jego płyt. Nie chce nawet tego sprzedawać
-
News4 dni temuKęKę znów szwenda się po górach. Wszedł sobie na najwyższą górę Afryki
-
News18 godzin temuMes pokazał stylówkę w mokasynach. Klasa czy obciach?
-
News3 dni temuBastek stanął finansowo na nogi? Wiemy, jak teraz zarabia
-
Felieton2 dni temuCzy uliczny rap ogłupia? Kawałki, których słuchamy, mogą zdradzać naszą inteligencję