Recenzja
RECENZJA: Jay-Z- Magna Carta… Holy Grail
Nie jest łatwo być hejterem Shawna Cartera, nigdy nie było. Bogaty, ustawiony, wygadany, popularny, ma najgorętszą kobietę show businessu codziennie do hmmm… dyspozycji, poza tym wpływowy, pamiętający najpiękniejsze lata hip hopu, terminujący u legend, mający na koncie co najmniej 3 arcyklasyki i parę klasyków mniejszych. Co jednak ważniejsze, o Jayu można powiedzieć coś, czego nie można o Nasie, 2Pacu, Notoriousie i paru innych ludziach z jego ligi. Przedsiębiorczość to słowo klucz, cecha, zaleta, dzięki której w 2013 Hova może wypuścić na rynek płytę bez żadnego singla i w dniu premiery dostać od RIAA status platyny (kwestie wysłane/faktycznie sprzedane zostawmy). Ciężka praca się opłaciła, budowanie swojej marki przez lata, wycieczki do innych branży, zakładanie wytwórni, promowanie talentów, cały ta wieloletni wysiłek utrudnia bardzo życie wszystkim tym, którzy chcą hejterami pozostać. Polskie cebulaki zarabiające 2300zł brutto oczywiście będą jojczyć, że powinien nagrywać z jakimiś karykaturami samych siebie, pokroju Premiera czy Pete’a Rocka, my na szczęście mamy średnią krajową i możemy skupić się na nowej płycie, która szturmem zdobyła listy wszelakie.
Wszyscy wiedzą, że dla mnie sprzedaż jest najważniejsza, nikt niestety nie może tego udowodnić. Ok, to prawda, wolałbym wziąć walizkę z dolarami zamiast uścisnąć prawicę Evidence’a i być obdarzony jego serdecznym uśmiechem, ale mimo tego nie odmawiajcie rodakowi prawda do wyłożenia tych kilku nienachalnych akapitów o „Magna Carta… Holy Grail”.
Jest ona 12-tym solowym dziełem Jaya, i … 13-tym z kolei, który przy jego udziale wskakuje na pierwsze miejsca Billboardu. Pojawiło się ono dość niespodziewanie, udostępnione wcześniej jedynie posiadaczom konkretnego modelu telefonu Samsung (kolejny powód dla cebulaków 2300 brutto, by ciskać gromy), i nie tylko z tego powodu wydaje się ono stać niejako na uboczu tego, co w swojej twórczości prezentuje ostatnio pan Carter. Nie jest podobne bowiem ani do „Blueprint 3”, ani do „Watch The Throne”, i po raz pierwszy w karierze Jaya ma jeden team czuwający nad praktycznie całością warstwy produkcyjnej. Timbaland przewijał się w dokonaniach Hovy od 1998 roku, więc nie jest nowością, J-Roc za to po raz pierwszy pojawił na „BP3”, pomagając w tworzeniu 3 utworów, m.in. pamiętnego „Venus vs. Mars”. „MCHG” nie ma wystawki featuringów modnych raperów znanych z płyty z 2009, a jako że brakuje tu jakiegokolwiek udziału Kanye Westa, jest też daleko bardziej zachowawcza od wyrazu dominacji nad rapgrą znanej z „Watch The Throne”. Moje myśli po pierwszym odsłuchu były mniej więcej takie- jakim cudem przy braku hitów chłopak opchnął ten milion sztuk cyfrowo + jeszcze ponad 500k fizyków?

Pytanie tym bardziej istotne, że produkcja Timbo i spółki niekoniecznie jest na tyle wizjonerska, by ową sprzedaż pociągnąć. Jak spojrzeć na tę kwestię przez pryzmat tego, co w mainstreamie aktualnie popularne, to można by stwierdzić, że płyta, choć niepozbawiona syntetyków i daleka brzmieniem od tak homoseksualnych przymiotników jak „organiczny”, jest bardziej konserwatywna, daleko mniej zatracona w szaleństwie niż choćby takie „Yeezus”. Brak młodzieńczych eskapad w nieznane rejony to nie tylko wyraz demencji twórców „Dirt Off My Shoulder”, ale i planowany zabieg, krojony na to, by pokazać pedziom kreślącym sinusoidy Cartera, że można jeszcze w 2013 zrosić ciepłym moczem cloud i trap i po prostu robić swoje.
Timbaland nigdy nie był moim ulubionym bitmejkerem, nie sądzę, bym go kiedyś zaliczył do top 5, ale z respektem zawsze przyglądałem się onegdaj temu, jak tworzył kariery Bubby Sparxxxa czy Nelly Furtado. Jakkolwiek bym go jednak nie szanował, to na „MCHG” nie stworzył niczego wiekopomnego. Produkcja, poza paroma wyjątkami, jest co najwyżej dobra, plasująca się tylko odrobinę wyżej niż „solidna, rzemieślnicza robota”. Album nie jest mocny ani bangerami, ani soulowymi interpretacjami, ani nawet nawiązaniami do klasyki. Takie „God Forgives, I Don’t” czarnego Brada Bellicka wydaje się pod tym względem znacznie bardziej przyjemne dla ucha i dopracowane.
Mówię to będąc pod wrażeniem cieszących basem bitów do „Crown”, świetnego stylowego „Part II (On The Run)”, czy może odrobinę wykastrowanego, ale jednak jakoś tam po ludzku przyzwoitego klona „99 Problems”, czyli „Picasso Baby”.
Takie choćby zajeżdżające trochę Neptunesami „Tom Ford” powoduje zsynchronizowane zgrzytanie zębów do niebezpiecznych zabaw syntetyką w refrenie i szkoda, że to nie niego zrobili demówkę, tylko z obiecującego sowite dudnienie „Beach Is Better”, „F.U.T.W.” z kolei brzmi jak wyjęte z jakiegoś podziemnego, silącego się na hołdy w stronę klasyki dema. Wyrazem solidniejszego dużo bardziej hołdu jest na pewno „Somewhereinamerica” od Hit-Boya i legendarnego Mike’a Deana, cudownie trafiający do serca dęciakami, przywodzący na myśl świetne „American Gangster” z 2007 roku, podobnie jak „Jay Z Blue” zresztą. Owa płyta, będąca zresztą jedną z nabardziej niedocenionych produkcji nowego tysiąclecia, konsekwencją w realizacji projektu przewyższa na pewno „MCHG”.
Zaskoczyć człowieka, który widział już wiele, może zapewne tylko „BBC”, podjumane bankowo Pitbullowi podczas którejś z zakrapianych imprez w 40/40. Żywe, radosne, latynoskie, pogodne rytmy, jeszcze na dodatek ze znanym mrukiem Nasem gościnnie- bezcenne.
Przyznam się, że trochę mi „MCHG” przeszła obok ucha muzycznie, znaczniej wyraźniej niż krytykowane powszechnie „BP3”, które miało choćby takie „D.O.A.”, najbardziej stylowy i najważniejszy track roku 2009. Niektóre songi są sklecone zasadniczo nawet i dobrze (Holy Grail, Oceans), ale brakuje im chyba trochę wyrazu i niezbędnej do zapalenia we mnie uczucia uwielbienia iskry.
Jakbyście przycisnęli mnie do muru i kazali wystawić samej produkcji ocenę, to dałbym chyba takie całkiem solidne 3,5, po znajomości oczywiście trochę, czerwonym długopisem kreśląc błyskotliwą uwagę, że powinno być bardziej… słychać ten budżet, jakim dysponuje na pewno jedyny raper po 40-ce, który trafia do odbiorców w każdym przedziale wiekowym. Timbaland jest kul, ale zgódźmy się, sieah jest kulszy, a to, co pokazał na „MCHG” Hit-Boy bezczelnie i w twarz wykrzykuje nam, że czas już na młodych, ambitnych, niesplamionych współpracą haniebną z OneRepublic.

Jedyny raper po 40-ce, który nie boi się publicznie nosić rurek na szczęście wydaje się być daleko bardziej ożywiony niż to, co przygrywa mu w tle, i po raz kolejny bezbłędnie uzewnętrznia swoje bliskie każdemu problemy codzienne milionera.
Wiecie, wiele rzeczy mnie w życiu wyprowadza z równowagi, polskie drogi, polscy politycy z Hienną Gronkowiec-Waltz na czele, ból w krzyżu, manifestacje pedziów (tych od sinusoid też), narodowców, rolników, górników, nauczycieli, ale najbardziej denerwuje mnie przeprowadzanie w kółko tych samych debat. Jay-Z akurat ma tu lepiej niż biedny Nasir, któremu nie mogą ciągle wybaczyć, że nie nagrywa w kółko „Illmatica”, ale na każdym drzewie w Najjaśniejszej znajdziecie cymbała, który wypłakuje codziennie mamusi w rękaw swe żale i dąsy na dobór tematów na płytach Hovy. Już pomijam fakt, że wg rad polskich „raperów” rap ma przecież być o życiu, więc Jay jak najbardziej pozostaje wierny tej zasadzie, ale zwłaszcza w Polsce natężenie przygłupów wydaje się odrobinę za wysokie, nawet jak na cierpliwość układu SI.
Zawsze bawi mnie, gdy ktoś wykłada mi takie dyrdymały na stół, a nie jest w stanie powiedzieć, kim są Boyce Watkins, Harry Belafonte czy Rosie Perez i dyskutować na temat ich głośnych medialnie odniesień do tego, co Jay sobą prezentuje. Jak nie wiesz co znaczy „Sama moja obecność jest działaniem charytatywnym”, to wróć proszę do Mesa i Pezeta, poważne sprawy zostaw dorosłym.
Jay-Z ma całą masę bardzo wpływowych linijek, które stały się już kanonem, i to pomimo tego, że nawija ciągle o „laskach i kasie”. Nie wmawiajcie mi więc, koledzy cymbały, że tylko dupy i hajs mu w głowie.
Nas, poniekąd z powodu IRS, potrafi tylko gadać, Hov woli czyny niż słowa. To coś podobnego do cyrku, jaki zawsze jest odstawiany przez władców autorytarnych reżimów, którzy przyjmują na swoim terenie papieża. Z uprzejmym, acz nieco niecierpliwym uśmiechem posłuchają, jak starszy pan ględzi o prawach człowieka i szatańskich korzeniach prezerwatyw, ucałują pierścień, poklepią go po plecach, odprowadzą do wyrazu męczeńskiego ubóstwa, który zabierze go z powrotem do Watykanu, a potem będą robić to samo. Jestem w stanie się założyć, że dolary wysłane na studnie w Afryce czy na pomoc ofiarom Katriny są dużo bardziej przydatne niż afrocentryczne „Distant Relatives”, jakkolwiek by się krytycy nad tą skądinąd dobrą przecież płytą nie spuszczali. To żem się zapędził co? A miało być o tekstach chyba…
Dobra, dobra, wiem, że Tom Ford to gej, więc „I rock Tom Ford”, biorąc pod uwagę tę mniej znane, acz perfidne znacznie tego słowa, może szanownego kolegę zniesmaczyć. Na szczęście w tym wypadku z dwóch tematów poruszanych przez Hovę usłyszymy tu o kasie. Nauczymy się w tym tracku także o pewnym wyjątkowo nieprzyjemnym panu.
Dziwki i kasa pojawiają się też w „BBC”, w którym MC pomysłowo otwiera kawałek i jednocześnie naprowadza tych, którzy są za głupi nawet na rapgeniusa, na swoje tory:
What you know about going out, head west
Maybach, 3 TV’s all up in the headrest
Mace niggas at Madison Square Garden
20 million sold and we still catching charges
nie zapominając też o przypomnieniu swojej niezdrowo obsesyjnej już fascynacji Jean-Michelem Basquite’em. Znający angielski ciekawscy mogą sobie poczytać o tym pod tym linkiem.
Jakby tekst z linka powyżej pisany był w 2013, to lyricsy z „Picasso Baby” i parę kolejnych nazwisk/nazw na pewno można by tam dodać. Czy twój ulubiony raper jest mecenasem sztuki? Oooo, tylko dobrze gada do klasycznego sampla? Jaka szkoda.
Warto zauważyć tu dość niespodziewany featuring Nasa, który w żywiołowej atmosferze poradził sobie całkiem zacnie.
Ciekawie wypadł też bardziej osobisty i rozliczeniowy „Nickels and Dimes”, gdzie Hov odnosi się między innymi do sprawy z Belafonte’em:
I’m just trying to find common ground
’fore Mr. Belafonte come and chop a nigga down
Mr. Day O, major fail
Respect these youngins boy, it’s my time now
jak i innych, istotnych kwestii swojego życia i kariery. O dziwkach i kasie jest też w „Oceans”, stylizowanym na afrocentryzm, pokazującym stosunek milionera do niewolnictwa i Krzysztofa Kolumba, który nie tylko że był Polakiem to jeszcze był wielkim odkrywcą, który ponoć źle traktował rdzennych mieszkańców Czarnego Lądu.
I’m anti-Santa Maria
Only Christopher we acknowledge is Wallace
I don’t even like Washingtons in my pocket
Black card go hard when I’m shoppingBoat dock in front of Hermes picking cotton
Silk and fleeces, lay on my Jesus
Z miłych akcentów warto jeszcze wspomnieć o „Part II (On The Run)”, nagranym wspólnie z Beyonce, który to track jest najlepszym, najbardziej klimatycznym i najbardziej stylowym utworem nagranym przez tę dwójkę (oczywiście każdy z was wie, że Queen B występuję na „MCHG” 3 razy?) jak i nawiązujące do najbogatszego dziecka w rapbiznesie „Jay Z Blue”, na którym to Jay chytrze niby tam coś mamrocze o córce, a tak naprawdę „nawija o laskach i kasie”.
Nie rozumiem szczerze mówiąc narzekań na warstwę tekstową płyty, znalazło się bowiem kilka kawałków naprawdę innych od „sztampowego przepisu Cartera”, nie ma żadnych ośmieszających linijek, nie ma też niczego, co poziomem kiczu zbliżałoby się choćby na kilometr do „Young Forever”, którego to słuchanie jest jedną z tych niebezpiecznych dla gustu przyjemności, podobnie zresztą jak „Sunshine” i pamiętnego teledysku, którego Hov się pewnie dziś wstydzi.
Jay-Z nie szarżuje z panczlajnami, ale i nie zapomina, jak się ich używa, prezentuje swój tradycyjny już poziom, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić… jednak ci, którzy pamiętają „So Appalled” mogą trochę się rozczarować czekając na jakiś kładący na łopatki dwuwers albo porównanie. Tym razem chyba faktycznie Jay, idąc na przekór stereotypom na swój temat, wybrał treść, nie formę. Ja to widzę tak, że narodziny dziecka spowodowały wyjście Jaya z pewnych ram swojej twórczości i wejście w bardziej dorosłe, egzystencjalne tematy. Może to być zarówno zaleta, jak i wada, jak wadliwe i nieuprawnione w pełni były kobiety w oryginalnym teście „Magna Carta”.

Mc Hammer zapewne już szykuje odpowiedź na linijkę w „Holy Grail” (znowu), wy za to powinniście przyszykować wasze ciężko zarobione cebulackie złotówki i zakupić „MCHG”. Nie jest to płyta przełomowa, nie zrodzi ani takich singli jak „BP3”, ani nie będzie tak wpływowa jak „Watch The Throne”, ale ma swoją specyficzną atmosferę, jest ciekawsza przez swoją osobistość i szerszy niż zwykle u Jaya wachlarz tematyczny.
Doceniam wyraźną ambicję nagrania płyty trochę innej niż poprzednie, doceniam zręczne i oszczędne dobranie gości, doceniam konsekwencję i rzeczowość charakterystyczną dla człowieka, który osiągnął prawie wszystko, może poza występem w prestiżowym cyklu „Popkiller Młode Wilki”.
Brakuje jej, jak wspomniałem, odrobiny szaleństwa (czyli Kanye Westa), lepszego producenta (Kanye Westa i Just Blaze’a) i eksperymentów (Kanye Westa), można jednak po kilku odsłuchach ją polubić. A jak się jednak nie uda, to niech sinusoida mu lekką będzie. 3,5/5
Plusy:
– Bardziej niż zwykle zróżnicowana tematyka
– Jay-Z ze swoim flow, głosem, spokojem, przekazem
– Dobrze dobrani goście
– Świetny track z Beyonce i świetny track na bicie Hit-Boya
– Równy poziom
Minusy:
– Timbaland to nie Kanye West
– Brak Kanye Westa
– Brak pierdolnięcia i tracków epokowych, na których gościnnie mógłby być też np. Kanye West
– Ta recenzja ma ponad 2k słów, Kanye West by to samo napisał w 500
– Ostatecznie jest to tylko solidna płyta
PS: Tak, oznacza to, że obiektywnie patrząc Nas i jego „Life Is Good” wypada lepiej. Cóż, zawsze pozostaje mi naśmiewanie się z Kelis, Carmen, IRS by zrobić zasłonę dymną i wycofać się na z góry upatrzone pozycje.
PS2: Było.
PS3: Jest.
PS4: Będzie, wierzę.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja
„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.
Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.
Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”
„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.
Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi
Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.
Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny
Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.
Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca
28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.
Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom.
Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.
My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW! 28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.
Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:
„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.„
Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”
Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!
W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.
Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.
Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.
“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”
W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:
„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.
W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.
“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.
„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Zabezpieczone: ASAP Rocky „Don´t be Dumb”: raper nie chce przeciętnego odbiorcy
Brak zajawki, ponieważ wpis jest zabezpieczony hasłem.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja
Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?
Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.
“To już nie muzyka, którą pokochałem
Nieziemskie geny i do tego talent
Jestem poetą z milionem wad
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”
Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.
I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać
Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.
Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat
„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja
„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem.
Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.
Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.
Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.
Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.
Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.
”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
News4 dni temuGrande Connection nie ma łatwo – tagi na bloku i kartki od sąsiadów na klatce
-
teledysk3 dni temuBonus RPK przyjechał pod blok Grande Connection i nagrał klip
-
News3 dni temuBonus RPK i wycieczka do Grande Connection. „Chował się w Lublinie”
-
News4 dni temuQuebonafide namówił Grzegorza Krychowiaka do gry w jego zespole, ale nie na długo
-
News4 dni temuKali: „Ja się nie szczepię. Dzieci też nie szczepiłem”
-
News22 godziny temuBonus RPK odpowiada na zarzuty: naziści, monetyzowanie rodziny, nagrywki z Matą
-
teledysk4 dni temuSamochód pod kolor zegarka? Tax Free z „Raffles”
-
News1 dzień temuKęKę na samym szczycie w Ameryce – jako pierwszy polski raper