Recenzja
RECENZJA: Lukasyno – „Bard”
Wielu słuchaczy uważa białostockiego Lukasyno za ikonę współczesnego, polskiego, ulicznego rapu. Karierę rozpoczął on w latach 90tych wraz z "P.R.O.F. Składem". Następny był projekt "Wychowani Na Błędach", którego współtwórcą był Olsen. Od 2006 roku prowadzi działalność solową, dzięki czemu powstały płyty "Na Ostrzu Noża" oraz "Czas Vendetty". Czy trzeci krążek pt. "Bard" okaże się równie dobry jak dwa poprzednie?
Na pewno jest dziełem innym, niż dotychczasowe. Działalność Lukasyno cechuje imperatyw rozwoju i brak jest w niej miejsca na uwstecznianie. Jest to produkcja bardzo zróżnicowana melodycznie. Podkłady są dziełem: Ayona, Kriso, Tymka, Psr'a i Radka O. Warstwę muzyczną dopełnia instrumentalista Mare Kubik oraz armia utalentowanych muzyków w postaci Izabelli Wiery-Charkiewicz, Macieja Muchy, Marcina Nagnajewicza oraz Bynia. Po płycie "Równonoc" Donatana standardem stało się wykorzystywanie żywych instrumentów w procesie twórczym i tak też jest i tym razem. Altówka, akordeon, pianino, skrzypce oraz flugelhorn pieszczą zmysły. Nie zabrakło też wokalistek tj. Julianna Dorosz, Justyna Porzezińska, zespołu Południce oraz Kfartet.
Postać zawodnika NON Koneksji, z jego charakterystycznym wokalem komponuje się z mrocznymi syntetyczno-instrumentalnymi rytmami z naleciałościami kresowymi ze smaczkiem nowoczesności. Klimat jest tak gęsty, że można ciąć go nożem i wykonawca rzeczywiście spełnia się w roli tytułowego Barda, hipnotyzując swym przekazem. Gościnnie udzielili się również: Peja, Kali, Zeus, Sobota, Niziol, Kriso, Egon oraz Ziomek.
Nie sposób podczas recenzji pominąć opisu choćby jednego kawałka, gdyż razem tworzą kompletną całość. Pierwszy z nich pt. "Bard" jest bardzo mroczny. Rozpoczyna się śpiewem Julianny Dorosz przywodzącym na myśl minione wieki. Dochodzi też pianino i rytm marszu żołnierskiego tworzący obraz nadchodzącej batalii, epickiej bitwy dobra ze złem. "W oczy nie chcą patrzeć mu", "jak samotny wir" przedstawiona została mroczna sylwetka tytułowego barda, dziecka ulicy. Wręcz oddychamy tym samym ciężkim powietrzem. Wiemy też, że "dzikie krzewy porosły ulice, oplotły ciernie". Bard "porwał też za sobą rząd dusz". Czyżby było to nawiązanie do kawałka Medium/Tau? Wszystko kończy się demonicznym śpiewem. Panie Psr, beat tworzy ciary na ciele!.
"Znamię Kaina" , tytuł zawiera odwołania do Biblii. Kain zabił swojego Brata i został za to ukarany. Tak właśnie świat dostrzega rapera, jako bandytę, nie pasował do swojego środowiska. Daje nam wybór słuchaczom "chcesz być wilkiem lub jedną z owiec?". On nigdy się nie ugiął. Jednostajny głos wprowadza w trans. W połączeniu z bitem opartym na motywie organowym oraz pianinie, daje klimat narastającego szaleństwa. Poza tym w przeciwieństwie do kolegów z branży mówi "dbaj o szkołę zamiast palić swe marzenia za szkołą". Jest to dobre motto dla młodzieży.
Niestety gościnna zwrotka Piha jest tylko poprawna. Wciąż jestem zdania, że po "Kwiatach Zła" coś się w nim wypaliło, ale potraktujmy featuring jako namaszczenie przez nestora białostockiej sceny. Gdzieś ulotniła się zawadiackość jego wokalu, ale brawa za rezygnację z przeciągnięć końcówek wersów.
Kolejną produkcją jest "Kielich bez Dnia". Wstęp repetytywny, mimowolnie zacząłem go powtarzać wraz z artystą. Lukasyno zaskakuje używając przyspieszeń. Informuje nas, że jest ponad syfem, którym ludzkość się karmi. Czym jest nasza egzystencja? Pogonią za pieniędzmi, wpływem, dobrami i pchamy się w coraz większą breję. Wykonawca nuci, wykorzystując przy tym autotune. Brzmi to iście zachodnio.
Produkcja trzecia, czyli "Czarne Ptaki Historii" gloryfikuje opcje patriotyczne. Dowiadujemy się, że są siły, które chcą wymazać historię, a właśnie pamięć należy się rodzinom, żołnierzom II RP, żołnierzom wyklętym. Czarne ptaki zaś, mówią o sprawach zapomnianych. Co do kwestii technicznych, bardzo podoba mi się zabawa flow artysty oraz melodyjne refreny. Co więcej, Lukasyno głosi obowiązek oddawania szacunku starszym. Gitara Bynia i pianino Marka Kubika tworzy z beatem Ayona cudownie brzmiącą całość.
Track piąty "Rynsztok", szczerze, bałem się go odpalić ze względu na tytuł. Trywializm tematyczny jaki mógł się tutaj kryć był potencjalnie porażający. Jes to wprawdzie słabszy numer z płyty, ale i tak trzyma poziom. Do rynsztoku porównana została ulica, na ktorej wszystko się przenika, głównie biznes z polityką, Ci z góry chcą byśmy byli słabi. Autotune w wydaniu Białostoczanina jest ponownie znośny, tak jak i zwrotki gości. Peja skacze między technikami rymowania niczym ninja. Nawet przyspiesza i śpiewa. Zwrotka Kaliego to chyba jego życiówka.
Następny track "Trzy Królowe" pokazuje szacunek jakim darzy kobiety. Początek jego zwrotki z lekka mnie znudził z powodu wybitnie mono-flow patentu, ale potem robi się dużo ciekawiej. Standardowo, podmiot jest tym złym, któremu Matka zawsze wybacza. Wspomina także swoją babcię oraz kobietę życia. Tworzy obrazy, które widzimy po zamknięciu oczu. Jest bardzo rodzinnym kolesiem i to widać. Użycie gitary to strzał w dziesiątkę, a śpiew Kfartetu roczarowuje.

Produkcją, która rzuciła mi się w oczy jest "Zabierz Mnie Tam", do której nagrany został teledysk, zrobiony w konwencji jaką widzieliśmy już u Weny do jego najnowszej płyty. Postać idzie przed siebie, występuje także aura tajemniczości. To co czyni Lukasyno unikalnym zawodnikiem to jego teksty. Wyczuwam kilka warstw interpretacyjnych. "Stoję tu przed Tobą", mam silne wrażenie utożsamiania podmiotu z rolą Boga. "Zabierz mnie gdzie noc wita dzień, podaj mi swą dłoń". Raper pełni też rolę przewodnika, unosimy się z nim nad światem. "Ja przemyję Twoje blizny", jest to obraz biblijny, nawiązanie do św. Weroniki i obmycia przez nią twarzy Jezusa. Elementem integralnym jest beat mieszający nowoczesność z magią kresów. Definitywnie dałbym się zabrać w takową podróż. Tymek, Ayon i Południce powinni częście współpracować.
Idąc dalej, Maleńczuk, Medium, KaRRamba, Ci jako pierwsi przychodzą mi do głowy, gdy chodzi o utwory skierowane do Syna. W wydaniu Lukasyno mamy ładną grę na gitarze we wstępie wraz z kobiecym wokalem. Wykonawca adresuje słowa do swojego dziecka. Rodzina to dla niego fundament i nie chce by pierworodny popełnił jego błędy. Przestrzega go i modli się przy tym do Boga. Łzy się cisną się przy odsłuchu do oczu. Można utożsamiać go z formą testamentu.
Nagle, trzęsienie ziemii. Przyznam ,że nieczęsto widzę w rapie innowacyjność instrumentalną, a do takiej można zaliczyć użycie akordeonu przez Marcina Nagnajewicza. Element widoczny ostatnio chyba tylko w "Nie Lubimy Robić" Donatana. Sądziłem ponadto, że utwór "Oparty o Ścianę" jest do bólu przewidywalny, ale się myliłem. Niby życie przypiera do ściany, potem następuje śpiew rodem z najnowszej płyty VNM na autotune, ale już druga i trzecia zwrotka jest nie do przewidzenia. Bialystok jest przedstawiony jako gniazdo nietolerancji i pod naporem krytyki, prawdziwi (prawicowi) mieszkańcy stoją przyparci do mury. Koncepcję potwierdza podsumowanie, w którym Raper krytycznie patrzy na gloryfikowanie nieprawicowych poglądów.
Jednakże "Wczoraj jak dziś" rozczarowało mnie ze względu tematycznego, bo kilka niewyraźnie zarapowanych słów można raperowi wybaczyć. Mówi o tym jak to kiedyś było pięknie. Standardowa jest też zwrotka Jurasa. Podobać może się tylko akcentowanie wersów przez Zeusa, które wbija w fotel. Na dłuższą jednak metę beat jest męczący, ale ślicznie za to gra pianino Marka Kubika.
"Nie zawróciłbym" nazwałbym kawałkiem motywacyjnym, bo "gdybyś mógł odwrócić klepsydrę czasu co byś uczynił, nie wstydź się blizn, to one są Twoją siłą". Jak wiemy artysta nie miał łatwego życia, dlatego też jego serce jest pełne blizn, ale "zagojona każda rana". Jest to podręcznikowy przykład człowieka, który był gnojony, ale wciąż utrzymuje się na powierzchni. Nawiązuje też do postaci Jezusa, który upada, ale zaraz wstaje oraz Feniksa, który powstaje z popiołów.
Miłość Ojczyzny ponad prawem czyli "Amor Patriae Nostra Lex". Jest to utwór o tym, że rządzą nami łotry, o złym systemie w ramach, którego trzeba liczyć na siebie. Ojczyzna nas wzywa. Dostrzegam pejoratywne emocje artysty w stosunków do byłych pracowników UB oraz jego eurosceptycyzm. Jest to gratka dla fanów politycznego rapu.
Nie zabrakło także storytellingu, typowego, ale "Męski Świat" to coś więcej niż zwykła historia o wychodzeniu z patologii, to gra emocji. Klimatu nadaje instrument smyczkowy i osnucie historii wokół motta "smak zwycięstwa po goryczy porażki". Lukasyno nie zapomina o roli barda i dodaje też morał. Beat Radka O. nie zaniża poziomu produkcji.
Płyta z ulicznym rodowodem bez tradycyjnego utworu braterskiego nie mogłaby istnieć. W "Koneksji Non Profit" mamy cały squad NON Koneksja na epickim bicie, który mógłby być zaadaptowany do "Władcy Pierścieni". Ponadto twórcy deklarują, że nie grają dla korzyści, nie zabiegają o niczyje względy i, że są braćmi krwi. Kolejna smakowitość dla klasycznych odbiorców ulicznego stylu.
"Złoty Strzał" dla odmiany to lekki strzał w kolano. Lukasyno użył tak modnych ostatnimi czasy hashtagów. Gościem w utworze jest Sobota i popularny w kręgach miejskich Nizioł. Niestety, porównanie muzyki do narkotyku było przewijane x razy w rapgrze. Zawiodłem się. Warto natomiast wspomnieć o podkładzie. Dawno nie słyszałem w polskim haipehaope tak dobrych cykaczy.
Przedostatni kawałek "Dom jest Tam Gdzie Sny" unosi nas ponad syf ulic. Ludowy wokal w połączeniu z pianinem, magia. Złapałem się na zapętlaniu wstępu, bo Kfartet odwalił porządną robotę. Tematycznie ten kawałek jest sztampowy, ale Raper wychodzi obronną ręką, bo jego wizja jest na wysokim poziomie. Uwierzyłem, że jestem reżyserem swojego życia. Poza tym ten kto wykombinował nałożenie na siebie wokalu Julianny Dorosz oraz zespołu Kfartet, powinien dostać nagrodę Grammy.
To co mnie zaskoczyło to zakończenie płyty skierowane do emigrantów. "Los Emigranta" jest to wręcz piosenka, gdyż Lukasyno używa swoich możliwości wokalnych. Ukazuje niełatwy żywot obywatela na obczyźnie, który własnego miejsca. Nie powinien on jednak zapominać o swoim pochodzeniu. Numer spokojnie mógłby być coverem którejś z piosenek Krawczyka albo Maryli Rodowicz. Raper nie jest zamknięty na jeden styl muzyczny i odnajduje się w każdym gatunku. Użycie flugelhornu przez Macieja Muchę jest unikalnym smaczkiem tworzącym idealne, kompletne danie. Myślę, że przez takie produkcje album kupią nie tylko ortodoksyjni fani rapu.
Reasumując, nie jest ciężko ocenić najnowsze dziecko rapera Lukasyno pt. "Bard". Jest to krążek innowacyjny, nowoczesny, z użyciem całej gamy popularnych ostatnio muzycznych akcentów wschodnich. Wokal artysty jest bardzo charyzmatyczny, podkłady na światowym poziomie, a zwrotki gościnne przynajmniej przyzwoite. Album polecam nie tylko słuchaczom rapu, ale i ludziom o poglądach patriotycznych oraz naszej emigracji. Podejrzewam, że czwarty album będzie idealny, bo wciąż jest jest kilka mankamentów, które uniemożliwiają postawienie maksymalnej oceny, ale w żadnym razie nie wpływają negatywnie na odbiór krążka jako całości. 5+/6.
Plusy:
– niebanalne teksty
– charyzmatyczny wokal
– zdolność do manipulowania swoim flow
– zastosowanie wielu instrumentów
– innowacyjność muzyczna, techniczna
– czerpanie ze skarbnicy kulturowej
– liczne nawiązania ukryte w wielowymiarowych wersach
– brak zawężania kręgu potencjalnych odbiorców
– gloryfikowanie wartości rodzinnych oraz szacunku do kobiet
Minusy:
– sztampowość tematyczna kilku tracków
– brak wybitnych zwrotek gości
– miejscami (rzadko) zbyt proste rymy
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Taco Hemingway „Latarnie Wszędzie Dawno Zgasły”: certyfikowany warszawiak po latach – recenzja
„Nadmierne fikołki mogą przeszkadzać w samym przekazie, ale nadal jest to rap”.
Latarnie wszędzie dawno zgasły. Podobnie jak moje nadzieje po „Cafe Belga”, że usłyszymy jeszcze przyzwoity album od Taco Hemingwaya. A przecież popełniłem nadmiernie pozytywne teksty dotyczące właśnie CB w 2018 roku, „Szprycera” w 2017 roku, a nawet „Marmuru” w 2016 roku. Nieubłagalnie minie mi zaraz dekada, odkąd poruszam tutaj kwestie płyt Taco i sam nie wiem, czy bardziej się tym chwalę, czy żalę. W tym czasie z premedytacją pominąłem jednak „Oświecenie 1-800” oraz „Pocztówkę z WWA”. Jeśli wrócicie do pierwszego akapitu mojej recenzji „Jarmarku/Europy” z 2020 roku, to skwitowałem w nim ten etap twórczości Filipa Szcześniaka memem i to nienadzwyczaj zabawnym. Tak samo mógłbym potraktować jego poprzednią płytę, a zarazem następcę. Te na pozór trzy różne wydawnictwa reprezentują równy kunszt na poziomie mainstreamowego bełkotu rodem z partyjnych brukowców. I absolutnie nie biję tutaj do poglądów autora lub jego przyszłego teścia. No dobrze, ale to już przeszłość. Minęła przecież dłuższa chwila. A w dobie tiktokowego szaleństwa dopaminy to chyba cała wieczność. Dzisiaj ponownie spotykamy się przy okazji premiery albumu Taco Hemingwaya.
Zemsta będzie jakże słodka, talerz będzie licked clean
Postawiłem fake Instagram z profilowym z LinkedIna
W bio chciałem, żeby było tajemniczo — „sweet dreams”
„Latarnie wszędzie dawno zgasły” możecie równie dobrze nazwać „Trójkątem Warszawskim 2”. Ten album to w istocie bezpośrednia kontynuacja debiutanckiego projektu Szcześniaka na polskim rynku fonograficznym, zarówno pod względem formy, jak i narracji. Minęła jednak dekada. Zmienił się świat i z pewnością transformacji doznała Warszawa. LWDZ przedstawia historię bohatera, który fizycznie uczestniczy w 2025 roku, mentalnie jednak nie odnajduje się w tej rzeczywistości. Głosem Taco zauważa wszechobecny postęp i zmiany życiowe wśród rówieśników, sam jednak nie jest w stanie pójść do przodu. Żywe są w nim chwile, które dla otoczenia stały się już odległymi wspomnieniami. Kobiecą ilustrację zdarzeń zaprezentowała natomiast Livka, będąc jedynym featuringiem na albumie. Jest to patent, który jednocześnie uzupełnia i przełamuje całość wydźwięku płyty. Tekst ten piszę w dniu publikacji dissu ze strony Taua. Cały sęk jego krytyki skupia się w kwestii Boga i nieszczęścia bytu zawartych w „Latarnie wszędzie dawno zgasły”. Pierwszy wątek pominę. Z drugim natomiast w zupełności się nie zgodzę. To nie jest płyta o wesołym Piotrku, który cieszy się z życia. Nie uświadczymy tutaj Kizowania. Perspektywa narratora jest niezwykle dobijająca. Raczej nie posunąłbym się do stwierdzenia myślą Medium, że jest to wizja braku sensu życia. Szybciej są to jego poszukiwania w świecie, nad którym się nie nadąża. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” to ostatecznie przede wszystkim udana gra perspektywą. Taco zgrabnie łączy wydarzenia sprzed dekady i te współczesne, narzucając na nie różne optyki bohaterów. Trudna forma sprowadzająca się do prostego wniosku, że „moja” prawda nie zawsze jest najprawdziwsza. I to jest wyczyn, który powiódł się wręcz fenomenalnie.
Już nie pachnie moje miasto jak kalafior, tylko kimchi
Kim ci ludzie, co ze sztuki nas obdarli tak jak w „Vinci”?
Gdy z billboardów osaczają uśmiechnięci celebryci — chce się wyć mi
Taco w kwestii lirycznej jest w Polsce absolutną topką. Czy to dobrze świadczy o nim samym, czy źle o rodzimej scenie, pozostawiam już waszej interpretacji. Faktem jest jednak, że ten album jest, kolokwialnie rzecz ujmując, po prostu dobrze napisany. To jedna z tych płyt, które skłaniają się ku Hadesowemu „przesłuchałeś tylko raz, to nie słuchałeś wcale”. Mnogość technicznych zabiegów pozostaje nie do wychwycenia przy pierwszym odsłuchu, od bezpośrednich nawiązań po te bardziej subtelne. Pojawiają się manewry pokroju słów układanych z pierwszych sylab wersów oraz nieinwazyjne follow-upy. Odkrywanie kolejnych połączeń i zaszytych odniesień wyjątkowo cieszy, szczególnie w dobie dominującej prostoty w liryce. A przede wszystkim nie są to przeintelektualizowane nawiązania do słów nietrzeźwego wuja psa sąsiada losowego wietnamskiego pisarza z dorobkiem trzech wierszy. Co do samej formy ekspresji, samego rapowania… akceptowalnie. Taco Hemingway potrafi nawijać i nikt mu tego nie odbierze, natomiast nie wydarza się tutaj nic nadzwyczajnego. Tak, tak, rozumiem. Filip poprzez flow również prowadzi swoją grę. Nadmierne fikołki także mogą przeszkadzać w samym przekazie. Nadal jednak jest to rap. A muzycznie jest co najwyżej, powtórzę się, akceptowalne. Bogaty udział Livki w ramach tego projektu dowodzi również, że autor był tego świadomy.
Sprawdzę, o co chodzi z rudą
Sięgam po nią do kieszeni
„Piotrek, o co chodzi z bluzą?”
Pytasz mnie już po raz setny
Album ten funkcjonuje jako spójna i wysoce zinternalizowana narracja o doświadczeniu temporalnego niedopasowania jednostki do przyspieszonej nowoczesności. Podmiot liryczny zostaje tu skonstruowany jako figura egzystencjalnie rozszczepiona, zakotwiczona w afektywnych resztkach przeszłości, a jednocześnie zmuszona do uczestnictwa w rzeczywistości, której dynamika, estetyka i aksjologia pozostają wobec niego zasadniczo obce. Płyta nie operuje kategorią kryzysu sensu w sposób deklaratywny, lecz rekonstruuje go poprzez akumulację pozornie marginalnych obserwacji społecznych, miejskich i biograficznych, które sumują się w trwałe poczucie wyobcowania wobec teraźniejszości. Całość projektu można interpretować jako konsekwentnie prowadzoną grę perspektyw, w której prawda narracyjna zostaje poddana relatywizacji, a indywidualne doświadczenie traci status uprzywilejowanego punktu odniesienia. Warstwa liryczna, nasycona formalnymi i semantycznymi zabiegami, pełni funkcję głównego nośnika znaczeń, podczas gdy muzyka oraz sposób rapowania zostają podporządkowane logice przekazu i przyjmują formę podporządkowaną, niemal transparentną. „Latarnie wszędzie dawno zgasły” nie aspirują do roli manifestu ani całościowej diagnozy rzeczywistości, lecz stanowią intelektualnie zdyscyplinowany zapis prób odnalezienia sensu w świecie, który wymyka się synchronizacji, a ich siła tkwi właśnie w tej chłodnej, analitycznej beznadziei. I nie musicie wcale nabywać wykształcenia wyższego lub wykorzystywać AI, aby przebrnąć ze zrozumieniem przez to podsumowanie. Wystarczy przesłuchać „Latarnie wszędzie dawno zgasły”.
Na kacu piła rosół, nie Oshee
A w radiu leciał wtedy Gotye, nie Doechii
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Rico Nasty zwala z nóg alternatywnym albumem „LETHAL” – Goldiethebossy poleca
28-letnia OG rapu z bezczelnym brzmieniem.
Jeśli lubicie eksperymenty i macie w sobie buntowniczą iskierkę, charakterek z pazurem to będziecie za tą polecajkę wdzięczni. Mam wrażenie, że w świecie TikToka i viralowych food trendów, pomiędzy Labubu i industry plants, brakuje nam artystycznych, dobrych muzycznych alternatyw. Dlatego warto przesłuchać nową, wieloelementową produkcję od Rico Nasty, która nie jest tylko i wyłącznie dedykowana rapowym słuchaczom.
Rico jest ciężko opisać i przypisać do czegoś klarownego, ponieważ ta postać to oddychający eksperyment sam w sobie. OG rapu ma za sobą 11 lat kariery i należy do generacji, która zdobywała popularność za sprawą platformy Soundcloud. Viralowy “iClary” czy ponadczasowy “Poppin” pozwoliły Nasty szybko zdobyć uznanie, zwłaszcza tych bardziej alternatywnych słuchaczy. Nietuzinkowe makijaże, kolorowe stroje, charakterystyczne brzmienie i laidbackowy charakter doceniło wielu znanych artystów takich jak: Lil Yachty, Megan Thee Stallion, Famous Dex, Schoolboy Q, Mahalia. W 2019 raperka była częścią uznanego cyklu magazynu XXL Freshman Classs i wystąpiła na feacie u Doja Cat w “Tia Tamera“. Następnie wydała jeszcze 2 albumy i takie hity jak “STFU” czy “Turn It Up” oraz wiele innych świetnych numerów.
My skupiamy się dzisiaj na nowym albumie “LETHAL” który dostarczy Wam zarówno rapu, hip hopu, popu, punku, rocka i metalu – WOW! 28 latka cechuje się mocniejszym, bezczelnym brzmieniem, przy którym nie ma szans na zamułkę. Ta nowa produkcja ma w sobie bardzo dużo energii i dźwiękowych mood swings. Raperka zabiera nas w emocjonalną podróż, odkrywając kolejne krainy, nieprzewidywalne levely muzycznej gry. Owy contemporary projekt promuje klip do trapowo- rockowego kawałka “TEETHSUCKER”.
Rico mimo swojej międzynarodowej sławy nadal pozostaje w undergroundowych kręgach i wielu jej oddanych fanów często słusznie pisze w komentarzach na Youtube:
„I don’t understand why Rico doesn’t get as much hype as other modern rappers. She’s so good and been so good for years now.„
Trzeci krążek głównie wyprodukowany przez Imad Royal otwiera trapowy, mroczny “WHO WANT IT”, natomiast ciekawym zaskoczeniem, jest już spokojniejsze “ON THE LOW”, a brzmienie gitary przypomina słynny “Thunderstruck AC/DC.”
Artystka przyznaje, że: I wrote “ON THE LOW” for the girls. It’s been one of my favourite songs on the record, and shows a different side to the album than “TEETHSUCKER” I think. She’s sweeter and cuter but just as “LETHAL”!
W “PINK” cukruje nam słodkim vibem, i flow uroczej dziewczynki w stylu Coi Leray. Nasty ma wiele wcieleń, charakterów, tak jak w seksualnym “EAT ME” dorzuca swojego buntowniczego spice, modyfikując ten kawałek w obłędny sposób, doprowadzając głowę do wybuchowego moshpitu.
Jednym z moich ulubionych numerów jest bardzo warstwowy muzycznie “SOUL SNATCHER” – kompozycja tego utworu jest nasycona emocjami ukrytymi w akcentowaniu, śpiewie, melodiach i basie. Dawno nie słyszałam tak dobrego tracka! Nasty i jej producenci dopracowali do perfekcji, bogate oraz złożone bity, które nie brzmią jak chaos, tylko jak spójna całość. Wizuale również zasługują na uznanie, umiejętnie budują wyrazisty przekaz, otulając nas konkretną i pewną siebie wizją raperki z Maryland. Cała sztuka polega na tym, aby ubrać różnorodność w twór, który tak dobrze się razem zespoli, ale nadal zaskoczy odbiorcę i go nie znudzi. Podobnie ma się “GRAVE”, w którym zastosowano ostrzejsze gitary oraz trap. Rockową wisienką jest wgniatający w fotel “SON OF A GUN” czy miażdżący, punkowo-heavy-metalowy “SMOKE BREAK”.
Rico Nasty ma wspaniałe rapowe skille, i pokazuje to w każdym utworze, bawiąc się melodiami, zmieniając co linijkę styl swojego flow, przechodząc z trapu, w klimaty 2000s, rocka, post-punku, metalu, rapu, trapu, popu, Jersey Club. W “YOU COULD NEVER” opowiada o doświadczeniu w music industry i o tym jak to jest być sobą lub innym niż masówka.
“They thought I was crazy, too out of the box
Then they step in my shoes and they see how I’m treatеd
Never complained, thеy was bashing my name
But I wasn’t afraid, l came back from my demons
Made it from SoundCloud to China, Belize”
W ostatniej części projektu serwuje nostalgiczne, miłosne, piękne ballady jak “SMILE” czy “CRASH”, a sama opisuje ten album słowami:
„This album is about being confident and saying fuck everybody else. It’s about getting doors slammed in your face and people telling you to try it their way again and again, and you stay true to yourself and it works. That’s what this project is. It’s an ode to yourself”.
W wywiadzie z XXL artystka zdradziła, że “LETHAL” nie miał konceptu, Rico zaczęła produkować piosenki, które dla niej dobrze brzmiały, nie myśląc o tym, jak to wszystko razem będzie później wyglądać. Chciałaby bardzo inspirować innych do tego, aby robili to, co na prawdę chcą – jest to trafny opis obecnego rynku muzycznego i kontrolowania przez labele, całej twórczości artystów. Dla niej ważniejsze jest zjedzenie jednego tracka w studiu, wsiąknięcie w jego brzmienie po kres, niż nagrywanie 10 numerów na akord, które będą średniakami.
“LETHAL” pozostawia wrażenie bardzo dojrzałej produkcji, doceniony przez słuchaczy którzy nie zamykają się na gatunki muzyczne czy autentyczność. Każdy znajdzie coś dla siebie. Rico jest wygadana i inteligentna, ma opinie kontrowersyjnej. Jest sexy, refleksyjna, romantyczna, zabawna oraz charyzmatyczna. Takie samo wrażenie zrobiła na mnie rok temu podczas show w Berlinie, na scenie undergrundowego clubu, na który przyszło wielu lokalnych raperów, co rzadko się w tym mieście zdarza. Ten występ potwierdził tylko to, jaką jest uzdolnioną artystką, która zasługuje na jeszcze więcej hype, niż go faktycznie ma.
„Own who made you, own who you are” – Rico Nasty.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Fazi & Mei „Delirium”: osobisty przekaz, bez wymyślania rapu na nowo – recenzja
Czy duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin?
Ustalmy to już na samym początku. ”Delirium” to nie jest album, który ma kogokolwiek przekonać do twórczości Faziego lub Mei. Ten materiał momentami zdaje się nawet mieć zupełnie odwrotny cel. I mnie to wcale nie dziwi. Krzysztof debiutował prawie 30 lat temu i nikomu nic udowadniać nie musi. Może natomiast nadal tworzyć muzykę, do jakiej przyzwyczaił już swoich odbiorców, urozmaicając jej format o duet z Mei. Dzisiaj pochylimy się nad tym materiałem.
“To już nie muzyka, którą pokochałem
Nieziemskie geny i do tego talent
Jestem poetą z milionem wad
Nieraz się porzygałem od waszych dobrych rad”
Pierwsze, a zarazem podstawowe pytanie jakie powinniśmy sobie tutaj zadać to… czy ten duet ma w ogóle sens? Zanim to rozstrzygniemy, przyjrzyjmy się samemu projektowi. „Delirium” to materiał bliższy formatowi EPki. Zawiera zaledwie sześć numerów, z czego aż pięć w akompaniamencie śpiewu Zdziarki. Co do warstwy lirycznej – teksty poruszają tematy introspekcji, rozliczeń z przeszłością oraz trudnych emocji, typowo już dla tego duetu. Przekaz jest osobisty, wręcz konfesyjny. Fazi nie wymyśla tutaj rapu na nowo i prezentuje raczej swój charakterystyczny, szorstki styl. Mei natomiast dostarcza nam większej melodyjności tworząc między muzykami wyraźny kontrast. I w takiej konfiguracji, duet ten ma i ręce i nogi. Gdyby ci artyści próbowali mierzyć się z mikrofonem w stricte tym samym stylu, zapewne ponieśliby porażkę.
I wchodzę w social media, by znów to zobaczyć
Jak wielki uśmiech skrywa poziom Twej rozpaczy
Beznadziejna pustka rozrywa Cię od środka
Gdy nie możesz sprostać, goniąc wirtualną postać
Choć nie pozornie, „Delirium” to materiał, który już zapisał się na kartach historii polskiego rapu. W jaki sposób? Poprzez utwór „Wirtualna postać” z gościnnym udziałem Liroya. Bo to właśnie wraz z jego publikacją zakończył się pierwszy beef w polskim rapie. Trochę historii dla kontekstu. Konflikt między Panami rozpoczął się w 1995 roku poprzez premierę „Antyliroya”. Co najważniejsze w kontekście tej recenzji, spór ten oficjalnie nigdy nie został wyjaśniony. Aż do “Delirium”. Z perspektywy kultury Hip-Hopu w Polsce, to nadwyraz ważne wydarzenie. W pewnych czasach równie niewyobrażalne jak zgoda Peji i Tedego. A jednak do tego doszło. A pozostając już w temacie rapowych featureingów, na płycie udzielił się także wyżej wymieniony Rychu, Pih i Dono.
Spektakl trwa, każdy gra, ten, co ma
Ukrywając twarz za tym, co podpowie świat
„Delirium” to projekt, który jest właśnie tym, czego po nim się spodziewacie. Nie zawiera fikołków, skoków w dal i innych akrobacji artystycznych. Jest za to muzyka – surowa, dynamiczna, emocjonalna. Duet Fazi i Mei zdał pierwszy egzamin. A było nim przygotowanie płyty, na której nie będą siebie nawzajem tłamsić lub zagłuszać. Drugim egzaminem będzie odbiór słuchaczy. Wynik tego testu pozostawiam do waszej opinii.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Biografia Sentino „Tatuażyk” – przedpremierowa recenzja
„Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Przeczytałem autobiograficzną książkę Sentino… i dzisiaj Wam o niej opowiem.
Ustalmy to jednak na samym początku. Ja nie wierzyłem, że to wydanie kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Brałem ten projekt pod uwagę równie poważnie co szlugi Alvarezy, napój Midas, wódkę Tatuażyk, high-endową markę Sicarios Culture z dresami po 200 euro i całą rzeszę innych pomysłów na komercjalizację postaci Sentino. Jaka była więc szansa na powodzenie tego projektu? A jednak fizyczny egzemplarz biografii Sentence trafił w końcu do mojej ręki. Prosto z drukarni, prosto z rąk Truemana na Złotej 44, prosto do czytelników portalu GlamRap, aby jako pierwsi dowiedzieli się co skrywa w sobie “Tatuażyk”.
Technicznie jest to wywiad rzeka. Sentino naprowadzany pytaniami swojego rozmówcy opowiada o tym, co, gdzie, kiedy, z kim zrobił. Przez większość książki idą oni całkiem chronologicznie, aby pod koniec już stricte wyrywkowo rozwijać najbardziej intrygujące kwestie. Sebastian zaczyna swój wywód od bardzo szczegółowego omówienia swojego dzieciństwa i aspektów, które ukształtowały go jako człowieka. To właśnie tutaj pierwszy raz publicznie opowiada on więcej o swojej rodzinie i wychowaniu. Uważni słuchacze Alvareza od razu wyłapią fragmenty pasujące treścią do konkretnych zwrotek w twórczości rapera. Pojawiają się też tematy nigdzie wcześniej nie poruszane. Dowiecie się z tej lektury między innymi szczegółów pierwszego stosunku seksualnego Sentino oraz rozstania jego rodziców.
Po omówieniu młodzieńczych lat zaczyna się kwestia buntu, która towarzyszy nam do samego końca lektury. Sebastian zdaje się postacią niezmiennie idącą na przekór otaczającym go standardom. Dotknięty specyficznymi sytuacjami za młodu, emigrując z kraju do kraju, nauczył się żyć w niezmiernie specyficzny sposób. I ten lifestyle towarzyszy mu od 16 roku życia, aż po dziś dzień. Tylko że on go nie wybrał a mimowolnie zaczął w nim funkcjonować. Chociaż ewidentnie Sentence przechodzi przez różne etapy życia, które ta książka umiejętnie dzieli kolejnymi rozdziałami, to wciąż pozostaje on tą samą osobą. Zresztą tyczy się to również jego wyglądu. I tutaj pojawia się bardzo ważna kwestia. Bo ogromną zaletą “Tatuażyka” są zawarte w nim materiały z prywatnych zbiorów rodziny Sentino. Fotografie, rysunki, skany rękopisów, które to razem z kodami QR (stanowiącymi odnośniki do konkretnych utworów muzycznych) stały się fenomenalnym uzupełnieniem książki. To w pewien sposób nadało biografii charakteru i bardziej urzeczywistnionego zarysu.
Mam też parę dotkliwych uwag co do “Tatuażyka”. Po omówieniu dzieciństwa zaczyna się istny fabularny rollercoaster. Niektóre lata życia naszego bohatera zawarte są w paru zdaniach. Sentence nie raz stawia w losowym momencie zdecydowaną kropkę, odmawiając kontynuowania danego tematu. Rzecz jasna wynika to z dotkliwości wspomnień do jakich musi on na potrzebę wywiadu wracać. Nie dziwi więc wzmianka o butelce alkoholu towarzyszącej Sentino w trakcie rozmowy. Jednak te urywane kwestie szkodzą książce jako biografii. Ostatecznie “Tatuażyk” to 220 stron tekstu, napisanego bardzo dużą czcionką, wraz z wielkimi odstępami między akapitami. Lektura na jeden wieczór. A szkoda, bo potencjał był tu zdecydowanie na dłuższe dzieło. Brakuje mi też uwzględnienia wielu postaci. Rozmówca dopytuje się co prawda o różne nazwiska ze świata showbiznesu, jak Malik, Mata, Diho, Kaz Bałagane, TPS i Paluch, jednak to stanowczo za mało. Wiele osób jak chociażby Raff Smirnoff zostało niestety pominiętych. A no i jeszcze jedna rzecz, wielokrotnie pojawia się błąd zapisu liczbowego. Zamiast 40 tysięcy mamy “40 000 tysięcy”. To powinna akurat korekta wyłapać.
Wbrew pozorom nie jest to wesoła lektura pełna pięknych opowieści na temat kradzieży małp z Gibraltaru i rzucaniu talerzami w restauracjach z latynoskimi kobietami u boku. Dużo w niej bólu i walki o lepsze dzisiaj, bo „jutro” zdaje się dla Sebastiana mniej ciekawe niż obecna chwila. Sentino z pewnością prezentuje się w „Tatuażyku” jako jedna z najciekawszych person w polskim przemyśle muzycznym jednak nie zawsze w ten sposób, w jaki sam by sobie życzył. Zawód poczują także czytelnicy ciekawi historii Sentence z “ulicy”, nad czym w posłowiu ubolewa sam autor książki. Nadal nie wiemy co wiązało tego polsko-niemieckiego rapera z Hellsami. Zawarta prywata raczej usatysfakcjonuje fanów, chcących, chociaż troszkę lepiej poznać swojego idola. Słowem podsumowania tego tekstu niech będzie poniższy cytat z posłowia, z którym to Was zostawię.
”W jego otoczeniu od zawsze był brak jakiejkolwiek osoby, której mógłby zaufać. W koło tylko k*rwy i gangsterzy. Wszyscy bliscy albo umierali, albo odchodzili bez słowa”.
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
Recenzja
Sapi Tha King „Wado Loco”: Odklejenia korposzczura – recenzja
Próg wejścia do rap-gry to nieśmieszny żart.
Każda recenzja wymaga ode mnie przynajmniej kilkukrotnego przesłuchania ocenianego materiału. Nieraz kilkunastokrotnego. W międzyczasie sporządzam notatki i spisuję luźne myśli. Naturalnie rzecz biorąc, pierwszy odsłuch daje mi ich najwięcej. Chociaż najbardziej wnikliwe obserwacje przychodzą dopiero z kolejnymi godzinami. No i tak sobie spoglądam na moje notatki po czterech pierwszych numerach „Wado Loco”: Seplenienie, gubienie rytmu, udawanie, że potrafi śpiewać + problemy z tempem i tonacją. Wiem już, że to będzie uciążliwa recenzja. Przed wami debiutant. Sapi Tha King.
“Jebać stare baby, jebać stare baby, jebać stare baby.
U u a a po co dzwoniłaś na psy, kurwa?”
Może Sapi ma problemy z prawie każdym aspektem muzycznym, ale za to porywa głęboką liryką. Nie no, żartuję. Jest taki numer jak „Zamknij ryj”, w którym Sapi zapewnia, że żadne komentarze go nie bolą. Totalnie nie obchodzą. Żadne. Dlatego pełen emocji nagrywa numer, gdzie obraża osoby, którym nie podoba się jego muzyka. Rzuca przy tym pełną gamą obelg i wyzwisk. Skoro tak bardzo ma to w poważaniu to, z jakiego powodu tak sfrustrowany o tym nagrywa? Pytanie retoryczne, wszyscy znamy odpowiedź. Jednak najbardziej mnie zaintrygowały wspomnienia z pracy w korporacji IT. Na przykład w kawałku „Baba z HR” nasz bohater recenzji żali się, że chcieli go zwolnić za przychodzenie pijanym do pracy. Poważnie. Dziwi się on też temu, że na spotkaniach integracyjnych ludzie pozwalają sobie na zabawę, a w zakładzie pracy to już niezbyt. Innym razem pojawia się temat wyzysku i pracy na czarno. To akurat są tematy z kategorii poważnych. Jednak budowanie wokół siebie otoczki korposzczura z ilością odklejeń na poziomie Malika Montany, zupełnie rujnuje sens podejmowania takiej problematyki.
“I k*rwa teraz siedzisz taki sfrustrowany, że my mamy takie durne wersy.
K*rwa nie masz roboty, siedzisz u matki.
Jedyne co jej dorzucasz to k*rwa pranie do pralki.
Ty j*bana parówo, śmieciu. Jesteś nikim”
Techniką Sapi też nie grzeszy. Wiele rymów jest do przewidzenia, jeszcze zanim padną z ust rapera. Zupełna amatorszczyzna. A są jakieś plusy albumu „Wado Loco”? Znajdą się. Utwór „Królowa manipulacji” porusza arcy ważny temat współczesnych relacji w geocentrycznym świecie. Wiecie – mężczyzna zły, kobieta dobra. Nigdy na odwrót. Jakbyście czytali Onet i w jakimś kosmicznym otępieniu stwierdzili, że jego pseudoredaktorzy mogą mówić z sensem. To właśnie o takiej nowoczesnej patologii traktuje ten numer. Z kilometra też czuć od Sapiego mocne przywiązanie do miejsca wychowania. Wplątywanie swojego pochodzenia między wersami, zawsze jest mile widziane w rapie. Nie można też raperowi odmówić charyzmy, która to konsekwentnie buduje autentyczność wokół jego persony. O i jeszcze dwa słowa. Kubi Producent. Bo to on podjął się wyprodukowania wszystkich bitów na ten album. Świetna robota. Gościnne zwrotki położyli natomiast Fukaj i Kizo. No i tutaj chciałbym zwrócić uwagę na tego pierwszego pana. Chłopak, który jest moim zdaniem autorem najgorszego albumu wydanego nakładem SBM Label, nagrał zaskakująco porządną zwrotkę. Prawdopodobnie najlepszą w swojej dotychczasowej karierze. Jeszcze może coś z niego być. Kibicuję.
„Robiłem strony internetowe, configi portów i także grafiki
I cały czas darłeś mordę, straszyłeś brakiem pensji, zamiast zachęcić
Myślałeś, że mając monopol w tym mieście, możesz swoich podwładnych tępić
Chuj ci do mordy, ty stary chamie, jeśli teraz dziwko to słyszysz”
Poziom polskiego rapu leży. Rok 2023 jest wyjątkowo felerny pod tym kątem. Popularność takich person jak Sapi Tha King jest jedynie tego smutnym potwierdzeniem. Gdzie jest biuro ochrony rapu, kiedy jest naprawdę potrzebne? Próg wejścia do rap-gry to nieśmieszny żart. Szczerze, to z coraz większym zaniepokojeniem obserwuję takie ekscesy. Mam spore obawy przed tym, aby takie albumy miały być codziennością na scenie. To nie jest żaden performens wychodzący przed szereg. To wymizerowany produkt. Jednak nie skreślałbym jeszcze Sapiego. Tha King pomimo tego, że aktualnie kuleje w tworzeniu muzyki — przynajmniej próbuje iść własną drogą. W przyszłości mu to zapewne zaowocuje. Ale patrząc na “Wado Loco”… to zdecydowanie w tej dalszej przyszłości.
“Byłaś największą brudaską, jaką poznałem
Stawałem na końcu chuja, a w zamian chuja dostałem
Tyle razy myślałem, że sam odwiedzę Ostrawę
I pojadę na kurwy, jeszcze przed karnawałem”
Ps: A myślałem, że po „Kici Meow” Reto i Leosi już nic gorszego nie usłyszę.
Ocena płyty Sapi Tha King „Wado Loco”:
Tracklista
- Nawet jeśli nie wyjdzie mi z rapem
- Jestem młody
- To wszystko dała mi branża IT
- 10K20K
- 200km/h (Unreleased)
- Baba z HR (Unreleased)
- Terabajt
- Mimo że dzwonisz
- Zamknij ryj (Unreleased)
- Chcę mi się pić (Unreleased)
- Królowa Manipulacji
- Pytasz mnie czy zaufam? (Unreleased)
- Służbistka
Jeśli szukasz biletów na koncerty hip-hop/rap, zdobędziesz je w 100% legalnie u naszych przyjaciół z Biletomat.pl
-
News1 dzień temuGrande Connection nie ma łatwo – tagi na bloku i kartki od sąsiadów na klatce
-
News2 dni temuPolski Youtuber Chati nie żyje – tworzył content rapowy
-
News4 dni temuDawid Fazowski: „Zaproponowałem Peji wspólny wyjazd”
-
News4 dni temuKali zawiózł Popka do psychiatryka: o więzieniu, bankructwie, Quebonafide i Firmie
-
News3 dni temuGabi o Bonusie RPK i Grande Connection: „Nie wynajęłam detektywa”
-
News2 dni temuQuebonafide namówił Grzegorza Krychowiaka do gry w jego zespole, ale nie na długo
-
teledysk9 godzin temuBonus RPK przyjechał pod blok Grande Connection i nagrał klip
-
News4 dni temuKali o Grande Connection: „Inteligenta osoba, zmanipulował opinię publiczną”