Sprawdź nas też tutaj

Felieton

Niemiecka scena rapowa z polskimi korzeniami (3/3) – felieton

Raperzy z Niemiec, którzy mają związek z Polską.

Opublikowany

 

Nie sądziłam, że dożyję czasów kiedy w Berlinie dojdzie do lokalnego biało-czerwonego beefu. To wskazuje tylko na to, że polska emigracja jest dość aktywna albo na to tylko, że Sentino jest ostatnio bardzo zdenerwowany i atakuje raperów jak przyczajony pieróg lub ukryty gołąbek. Flerowi w ostatnim czasie też się oberwało. Obydwaj panowie dzielą wspólną historię i obaj mają opinię awanturników, więc to dla nich ptasie mleczko w gębie. Losenkiemu wyrwało się ukradkiem, że Senti „jest chory na schizofrenię”. Jeżeli chcecie zagłębić się bardziej w berlińską aferkę, to polecam artykuł badawczy. Natomiast z okazji Wielkanocnego Jajka, Sentino poświęcił nie tylko koszyczek, ale również i Majka. Sam nagrał świąteczny „smakołyk”, czyli track, w którym obraża Oska030. Niestety, Sebastian nie miał ochoty odpowiedzieć na moje pytania, dlatego czy to tłusta śląska albo lekka biała, zostawiam Wam do przetrawienia.

12 kwietnia 2022 roku ukazał się „Triumf”, gdzie Sentino nawija: „Każde lelum polelum, teraz ma zero trzy zero. A z Berlinem do czynienia co Sero El Mero (patrz). Jesteś pusty jak głowy blogerek. Więc jak mówisz, że masz białe to twój towar jest serem, od nowa. Chodzisz na siłkę, pozujesz z bronią na klipie. Ale masz z psami do czynienia jak sklep zoologiczny”. Jak na razie nie doczekaliśmy się żadnego kontrataku ani statementu od Oska030. Każdy fan rapu, który sięga pamięcią, karmił się chętnie beefami, bo każdy konflikt tworzy aferkę, szum medialny, ale warto zostawić sobie miejsce na danie główne, czyli dobrą muzykę, którą teraz się zajmiemy w kolejnej odsłonie cyklu: Niemiecka scena rapowa z polskimi korzeniami.

Die Orsons @orsonsdie

Die Orsons znani są dobrze milenialsom, którzy mieli w telewizorze niemiecką VIVĘ, MTV czy szperali za młodu godzinami po niemieckich kanałach na Youtube, w poszukiwaniu nowych dawek rapu. Pamiętam, jak za młodu dobiegła mnie informacja od ziomków z jednego z najstarszych forów hip-hopowych w Polsce, iż Kaas z Die Orsons jest Polakiem. Był on wtedy pierwszą, najbardziej rozpoznawalną postacią z polskimi korzeniami na niemieckim rynku. Dzięki temu, wielu rapowych ziomków zaczęło przesyłać sobie widea Kaas’a i jego popularność u nas wzrosła. Musicie wiedzieć, że kiedyś Youtube nie działał na takich zasadach jak obecnie, a Internet ładował czasem jeden film dłużej niż trwało zrobienie herbaty. Dużo fanów rapu zza Odry zaczęło się bardziej interesować Die Orsons, ponieważ dwóch z nich miało polskie korzenie, a dodatkowo Stoprocent wtrąciło swoje trzy grosze.

Na rynku muzycznym działają od 2007 roku i znani są ze swojego poczucia humoru oraz ironicznego attitude. Bez ogródek pasuje do nich określenie: ekscentryzm. Barwne i ciekawe artystycznie wideoklipy tworzą wizerunek artystów, którzy konsumują rap w sposób teatralny. W swoim dorobku mają sześć albumów. Ich pierwszy krążek bazujący na humorystycznych tekstach przyjął się bardzo dobrze na niemieckim rynku. Miksują wiele gatunków muzycznych od dubstepu po R&B. Szczerość, dystans do świata, muzykalność, absurd, cynizm i inteligencja tak można pokrótce nakreślić ich vibe. Ostatni album „Tourlife4life” ukazał się w 2020 roku. Poniżej najnowszy klip ekipy.

Kaas @kaas_von_die_orsons

Kaas, czyli Lukas Michalczyk urodził się w Katowicach, ale w wieku 2 lat zamieszkał w Niemczech, a swoje dzieciństwo spędził w Reutlingen. Nieśmiały chłopak nie miał w szkole zbyt łatwego życia. Przygodę z muzyką zaczął jako DJ. Natomiast w wieku 14 lat zaczął skrobać pierwsze teksty rapowe, które nie opowiadały o laskach i pieniądzach tylko o problemach, które spotykają na co dzień każdego z nas. Zdołał wydać 6 albumów i 2 EP. W jego karierze pomógł mu deal z wytwórnią Kool Savas Optik Camp, którą potem zmienił na Chimperator Productions. Sprawdźcie jeden z najstarszych jego numerów „Halt Die Fresse” prosto z dawnego sklepu Stoprocent w Berlinie.

Bardzo irytują go blokady twórcze i wprowadza go to w złość, kiedy przeżywa taki stan. Ma artystyczną, wolną duszę, lubi także filozofować, dlatego razem z Bartkiem prowadzili swój podcast. Obecnie balansuje pomiędzy wydawaniem albumów Die Orsons, a prywatnymi projektami. Po pewnym czasie nieobecności solowej Kaas powraca z nowym materiałem.

Goldie: Co sprawia Ci największą przyjemność w tworzeniu muzyki?

Kaas: Kiedy człowiek wejdzie w fazę flow i przechodzi w pewien stan. Taką enklawę, że czujesz, że kawałek sam się pisze.

Ostatnio jesteś zajęty karierą zespołu. Masz w planie solo album?

Właśnie jestem zajęty produkcją mojego trzeciego solowego albumu.

Czy słuchasz czasem polskiej muzyki, jeśli tak to jakiej?

Tak słucham. Lubię Zbigniewa Preisner’a. Jego album „Glosy” to jedna z najlepszych produkcji jakie słyszałem.

Urodziłeś się w Polsce. Czy czujesz się Polakiem czy Niemcem? Znalazłeś może w swojej osobowości jakieś polskie cechy?

Nie czuję się ani Polakiem, ani Niemcem. Moją kulturą jest Hip-Hop, międzynarodowo.

Ulubione przysmaki polskiej kuchni, nie żałuj sobie.

Pierogi z kapustą i grzybami.

Bartek @plinchkopf

Bartek Nikodemski, znany jest też jako Plan B. Urodził się we Wrocławiu. Razem z rodzicami przeprowadził się do Stuttgartu, gdzie spotkał swoich rapowych kamratów. Solowo wydał 3 EP-ki oraz kilka projektów jako duet Maeckesh & Plan B. Znany jest ze swojego zamiłowania do literatury, która daje mu wiele inspiracji życiowych. W 2013 roku zdecydował się zmienić swoje imię artystyczne na Bartek z powodu rosnącej popularności składu Plan B z UK. Raper ostatnimi czasy jest zajęty promowaniem pierwszego solowego albumu „Knäul”, który ukazał się 15 października 2021 roku. Projekt opisuje jako pełen polskiej melancholii. Wydanie jest bardzo melodyjne i bogate wokalnie. Klip do „Oben” zawiera polskie napisy, które są zupełnie innym tekstem, niezgodnym z niemieckimi słowami piosenki. Wyjawił mi, że są po prostu zamieszczone tam dla śmiechu.

Po wydaniu tylu różnorodnych projektów dojrzali artyści, tacy jak Bartek bawią się gatunkami, melodiami, konceptami i wychodzi im to bardzo ciekawie.

Co sprawia Ci największą przyjemność w tworzeniu muzyki?

Najbardziej podoba mi się to, że z niczego nagle powstaje melodia, tekst i beat. Wskakiwanie do zimnej wody i pływanie w niej sprawia największą frajdę.

W 2021 roku ukazał się solowy album „Knäul”. Co było Twoją największą inspiracją?

Bon Iver, Frank Ocean, Choker, Reiner Maria Rilke, spacery po lesie, praca intuicyjna.

Czy słuchasz czasem polskiej muzyki np. rapu?

Nie słucham polskiego rapu, natomiast lubię bardzo album „Bankiet” Jacka Kaczmarskiego.

Urodziłeś się w Polsce. Czy czujesz się Polakiem czy Niemcem? Znalazłeś może w swojej osobowości jakieś polskie cechy?

Czuję się Niemcem, ale na pewno mam polską dusze. Z Polaka mam w sobie gościnność i towarzyskość, ma to też wpływ na mój rodzaj humoru. Polski kabaret wywarł na mnie duży wpływ.

Ulubione przysmaki polskiej kuchni, nie żałuj sobie.

Zacząłbym od pierogów. Do tego sałatka i bigos.

Fruchtmax @fruchtmax

Max reprezentuje dzielnice Kreuzberg, która miała i ma wielki wpływ na kulturę hip-hop w Niemczech. Wschodnia dzielnica Berlina jest bowiem miejscem, gdzie narodził się w latach 70- tych ruch graffiti. Punki i imigranci tureccy zaczęli z czasem osiągać tak wysoki poziom swoich umiejętności (np. SO36), że tagowanie miasta i malowanie stało się już nierozłącznym elementem Berlina, aż do dziś.

Urodzony w Berlinie w 1992 roku, Max uczęszczał do szkoły katolickiej, gdzie miał możliwość nauki języka polskiego. Obecnie posługuje się nim biegle, co jest dość wyjątkowe, ponieważ sporo osób urodzonych w Niemczech z polskimi korzeniami mówi po polsku w sposób bardzo łamany. – Nie czuję się ani Polakiem, ani Niemcem – powiedział w wywiadzie dla Rbb Fritz’s i podkreślił, że nie wierzy w jakąś kategorię przynależności narodowej. W rap zaangażował się za młodu w lokalnym centrum młodzieżowym. Uczestniczył wtedy w warsztatach muzycznych, które zorganizowali członkowie rapowego składu K.I.Z. i dzięki temu nauczył się techniki pisania tekstów. W latach młodzieńczych nie był typem, który jarał fajki i wlewał w siebie litry wódki. Tutaj napotykamy ciekawy kontrast, bowiem jego Mukke (niemiecki slang: muzyka) charakteryzuje dość mocno tematyka dragów, imprez, przedawkowań i hustle lifestyle.
Jego początki przygody rapowej można opisać jako trappowa zajawka. Tematyka trap house, czyli dope, sprzedaż substancji, dziewczyny i generalnie melanżowe stany ducha, przyjęły się dość pozytywnie. Max związany był również z wytwórnią Frauenarzt’a, która znana jest z niecenzurowanego erotycznego vibe’u i to miało wpływ na jego twórczość w tamtym czasie.

Grzechem byłoby zapomnieć o polskim akcencie, czyli kolaboracji Skoob102 & KKuba102 z 102 Boyz w tracku „Hab Amigos” w 2018 roku. Fruchtmax featurował także z Nura, KDM Shy, Opti Mane, Hugo Nameless jako duet. Ostatnimi czasy prężnie działa razem z producentem YuPanther @yupanther_. W tym roku ukazał się projekt „Knaller Vol. 1”.

Co przynosi Ci największą przyjemność w robieniu muzyki?

Największą frajdę sprawia mi wywoływanie równych emocji u ludzi. Na przykład rozśmieszenie ich czy pobudzenie do tańca, kiedy oczywiście czują moją muzę.

Ostatnio ukazał się Twój nowy projekt „Knaller Vol.1”. Czym był on inspirowany, co było największym wyzwaniem oraz, co miało wpływ na jego vibe?

„Knaller Vol.1” jest kompilacją piosenek, które YuPanter miał na swoim laptopie, ale nie były one wcześniej przeznaczone jako single. Tracki są różnorodne i wynikają z różnych stanów świadomości.

Czy słuchasz jakichś polskich wykonawców muzycznych, może jakiś polski rap?

Oprócz Sentino nie słucham polskiego rapu.

Jaki vibe daje Ci Berlin jako człowiekowi i w jakich kierunkach Cię kształtuje?

Kreuzberg to mój dom i daje mi bardzo swojski klimat. Ukształtował mnie jako człowieka i uformował do postaci, którą obecnie jestem.

Ulubione przysmaki polskiej kuchni?

Kotlety mielone, pierogi i rosół mojej kochanej babci.

Freshpolakke

Patryk urodził się we Wrocławiu, a w wieku 7 lat zamieszkał w Niemczech i wychował się w Staaken na Spandau w Berlinie. To bardzo polska dzielnica nazywana przez nas małą Polską. W szkole wyzywano go od „głupiego Polaka” albo „brudnego Polaka”. Jak sam przyznaje, musiał trochę o siebie i swoją godność walczyć, bo jak wspomniał w pewnym wywiadzie, przypinano mu łatkę złodzieja. Rapowy rozgłos zyskał dzięki występom w legendarnej bitwie freestylowej, o której wspominałam w pierwszej części mojego cyklu – „Rap am Mittwoch”.

Słowo „k*rwa” to jego znak firmowy. MC dorobił się sporo finałów bitew freestylowych i był znaną postacią w środowisku hip-hopowym. Na swoim koncie ma też kolaboracje „Niesiemy prawdę” ft. Zeus, Donguralesko i John Mojo. W 2019 roku wydał klip do „Autotüren”, a w 2020 na kanale Step Records ukazało się jego „Hot16challange” oraz track „Kocie Ruchy” z Dedisem i Dawidem Obserwatorem.

Polski Bandyta @polski_bandyta

fot. @sadowsky_media

Znani wam już Pusher i Oska030 postanowili wziąć pod swoje skrzydła nowego artystę. Raper wypromował się klipem do „Ewenement”, w którym na zmianę rapuje po niemiecku i po polsku. 21-latek pochodzi z Bydgoszczy i inspiruje się drill’em i street rapem. Chciałam, żeby słuchacze poznali trochę bardziej jego osobowości, dlatego kusiłam go, chociażby tymi moimi niewinnymi pięcioma pytaniami, ale jak mi powiedział: – Chcę zostać tajemniczy, żeby było czuć lekki niedosyt. Niezbadany typ.

W lipcu ukazał się singiel „Narco Taxi” Pushera i Oska030, gdzie swoje wersy wrzucił też Bandyta. Trzeba tutaj pochwalić Jaypee za solidny bicior, który dobrze lata w aucie podczas jazdy po Berlinie.

Trio znowu skumało się w tracku „SQP”, który osiągnął ponad 5 milionów wyświetleń. Równie dobrze przyjął się „Dealer”. W ostatni dzień marca trio wydało klip do „Marrakesh”, który jest mocno inspirowany klimatem 187 Strassenbande. Natomiast wczoraj ukazał się klip „Problemy Luxusowe”.

Plem @plem.official

Maciej urodził się w Elblągu, a w wieku 4 lat wyemigrował do Niemiec i dorastał w Bielefeld. Przygodę z hip-hopem rozpoczął od malowania graffiti. Obecnie mieszkający w dzielnicy, z której pochodzi Capital Bra – Hohenschönhausen w Berlinie Wschodnim. W swojej muzyce stawia na pierwotną formę rapu, skupiającą się na dobrym warsztacie technicznym i lirycznym przekazie oraz bitach bujających głową. Raper lubi bawić się różnymi formami dźwięków oraz gatunkami hip-hopu. W wieku 18 lat zaczął produkować pierwsze beaty. Motywacją do skrobania tekstów był polskojęzyczny album grupy Konsulat, która pochodzi z Bielefeld. Maciej w ramach Polskiego Represent wydał „Freestyle Tape”. Kolejnym projektem pod ksywą PlemPlem był Mixtape „Doppelt hält besser”. Pod koniec 2021 roku ukazał się najnowszy album Plem „XIX”.

Co przynosi Ci największą przyjemność w robieniu muzyki?

Aktualnie to produkowanie bitów. Muzyka pozwala mi za każdym razem tworzyć coś nowego. Jestem #stoprocent selfmade, a że pracuje w mediach mam możliwość wszystko zrobić sam. I robię. Nigdy się nie nudzę.

Ostatnio ukazał się Twój nowy projekt „XIX”. Czym był on inspirowany? Co miało wpływ na jego ostateczny vibe?

Pierwszy Lockdown w Niemczech dał mi możliwość skupić się na muzyce. W tym czasie znalazłem własny klucz do sukcesu, jeśli chodzi o produkcję. Miałem wtedy na myśli, że jak to będzie koniec świata, to muszę zrobić tę EP-kę. 19-nastka zawsze była obecna, ale tym razem dla mnie to był znak, żeby zacząć robotę. Vibe jest Black to Gold.

Czy słuchasz jakiś polskich wykonawców muzycznych, może jakiś polski rap?

Kocham vibe Perfektu, jechałem ostatnim razem 600 km na koncert. Dzisiaj SBM Label to jest ogień. Młody Matczak jest geniuszem. #matafuckinggeniusz. Kawałek Eisa „Polski sen”, który miał rerelease w ostatnim roku, jest dla mnie klasykiem.

Jaki vibe daje Ci Berlin jako człowiekowi i w jakich kierunkach Cię kształtuje?

W Berlinie jest wszystko możliwe. Jest wielokulturowy. Tutaj Turek z Niemcem piję kawę w kiosku. Wychowałem się z ludźmi z Polski, Azerbejdżanu, Uzbekistanu, Rosji, Turcji i Niemiec… normalka.

Ulubione przysmaki polskiej kuchni?

Uwielbiam bigos, babkę ziemniaczaną, wszystkie zupy, a najbardziej flaczki. Zapiekanki i pierogi każdego rodzaju.

Jak widzicie, w Niemczech nagrywa wielu utalentowanych muzyków z polskimi korzeniami. Ostatnio na salonach usłyszałam także plotkę, że Osama ma w sobie polską krew, jednak label moje spekulacje zdementował. Nie myślcie sobie, że brak Malika Montany tutaj to przypadek. Nic z tych rzeczy. Niemiecka scena dzięki Malikowi Montanie i jego miażdżącymi featami z największymi niemieckimi raperami, także zdała sobie sprawę, że posiadamy w Polsce utalentowanych graczy na międzynarodowym poziomie. Co przyniesie przyszłość, tego jestem bardzo ciekawa. Stay Tuned.

Tschüs! Amanda Nowaczyk aka Goldie @goldiethebossy

 

Felieton

Książulo wdepnął w gówno? Były raper i Żabka pod potężnym ostrzałem – felieton

W sam środek tego burdelu wjeżdża uśmiechnięty Książulo z pizzą.

Opublikowany

 

ksiażulo pizza żabka muala

Książulo związał swoją markę z Żabką dokładnie wtedy, gdy sieć znalazła się pod potężnym ostrzałem, a jego własni fani zaczęli pytać, ile jest warta jego autentyczność.

„Każdego da się kupić, wszystko zależy od ceny” – powiedział kiedyś Janusz Tracz w „Plebanii”. I trudno o lepszy cytat na moment, w którym Książulo ogłasza własną pizzę w Żabce.

Przez lata zbudował swoją potęgę na prostym patencie: jechał, jadł i mówił ludziom, czy coś jest dobre, czy niezjadliwe. Wytykał wysokie ceny, słabą jakość, małe porcje i januszowanie restauratorów. Miliony ludzi zaczęły traktować jego kanał jak kulinarny drogowskaz. Jak Książulo powiedział, że gdzieś jest dobrze, pod lokalem ustawiała się kolejka. Jak zmiażdżył knajpę, właściciel miał problem, a nawet plajtował.

I właśnie ten człowiek postanowił teraz przykleić swoją twarz do gotowej pizzy sprzedawanej w jednej z największych sieci sklepów w kraju.

W najbliższą środę, 7 października, „Muala Pizza” ma pojawić się w tysiącach Żabek w całej Polsce. Książulo zapewnia, że nad recepturą pracował ponad rok. Problem w tym, że jego widzowie najwyraźniej nie kupili bajki o wielkim kulinarnym projekcie. Zobaczyli influencera, który przez lata oceniał cudze jedzenie, a teraz sam wchodzi na masową półkę sklepową ze swoim nazwiskiem na pudełku.

Jeden z komentarzy podsumowuje nastroje wyjątkowo brutalnie:

– Elegancko tak sprzedać swoje wartości za napakowaną chemią mrożonkę, ruch życia; I w tym momencie straciłeś na całej swojej autentyczności.

To właśnie autentyczność jest tutaj najdroższą walutą. Nie ser, nie pepperoni i nie puszyste ciasto. Książulo nie sprzedaje przecież tylko pizzy. Sprzedaje własną wiarygodność, którą budował latami na mówieniu ludziom, co warto jeść, a czego lepiej nie dotykać.

I właśnie dostał od własnej publiki potężny rachunek.

Na Książula wylało się szambo. Prawdziwe szambo z pomyjami z najgorszej budy z kebabem. Pod materiałem zapowiadającym pizzę pojawiła się ogromna fala negatywnych reakcji, a dla twórcy przyzwyczajonego do niemal bezwarunkowej sympatii widzów musi być to brutalne zderzenie ze ścianą.

Ale sama pizza to dopiero połowa problemu.

Książulo wybrał chyba najgorszy możliwy moment, żeby publicznie wejść w biznes z Żabką.

Od lat wokół modelu franczyzowego tej sieci pojawiają się ciężkie zarzuty byłych i obecnych franczyzobiorców. Mowa o długach, gigantycznym obciążeniu pracą, problemach z rozliczeniami i trudnościach z wyjściem ze współpracy. Jan Śpiewak od dawna uderza w ten model, a temat regularnie wraca w mediach. Pojawiały się również dramatyczne historie dotyczące prób samobójczych osób prowadzących sklepy.

Oczywiście sama Żabka od lat przedstawia zupełnie inny obraz swojego biznesu. Tyle że właśnie teraz ten wizerunek dostał kolejny potężny cios.

Anita Gargas opublikowała blisko godzinny reportaż „W pułapce Żabki? Tylko u nas wstrząsające relacje franczyzobiorców”. Bohaterowie materiału opowiadają o swoich doświadczeniach, problemach finansowych, wielogodzinnej pracy i strachu przed konsekwencjami zakończenia współpracy.

Chwilę później do tematu wszedł Kanał Zero z dwugodzinnym materiałem zatytułowanym „ŻABKA – DRAMAT FRANCZYZOBIORCÓW. DŁUGI, OSZUSTWA, PROBLEMY”.

I w sam środek tego burdelu wjeżdża uśmiechnięty Książulo z pizzą.

Timing wręcz katastrofalny.

Gdyby współpracę ogłoszono pół roku wcześniej albo pół roku później, zapewne skończyłoby się na standardowej dyskusji o tym, czy pizza influencera za dwadzieścia kilka złotych jest warta swojej ceny. Tymczasem dzisiaj każdy karton Muali automatycznie ciągnie też za sobą pytania o to, z kim Książulo właśnie wszedł do łóżka biznesowego.

I tu zaczyna się dla niego prawdziwy problem.

Przez lata to Książulo siedział po drugiej stronie stołu. To on oceniał przedsiębiorców. To on wystawiał rachunek za słaby produkt, zawyżoną cenę albo rozjazd między reklamą a rzeczywistością. Teraz sam jest produktem. Sam ma kontrakt. Sam ma logo na opakowaniu. Sam musi przyjąć dokładnie takie same strzały, jakie przez lata rozdawał innym.

Nie można budować pozycji gościa, który punktuje gastronomiczne absurdy, a potem dziwić się, że ludzie prześwietlają twój własny biznes od góry do dołu.

I być może Książulo stworzył naprawdę dobrą pizzę. Być może po otwarciu pudełka okaże się, że rok pracy nad recepturą faktycznie miał sens. Tyle że ten kryzys już dawno przestał dotyczyć samego smaku.

Chodzi o wizerunek.

O człowieka, który stał się gigantem właśnie dlatego, że widzowie wierzyli, że nie jest kolejną reklamową twarzą gotową wrzucić własne nazwisko na produkt, kiedy na stole pojawi się odpowiednia kwota.

Dlatego fala krytyki jest tak ogromna. Gdyby własną pizzę w Żabce wypuścił pierwszy lepszy influencer, ludzie wzruszyliby ramionami. Ale tutaj mówimy o największym kulinarnym recenzencie polskiego YouTube’a. Gościu, który de facto kreuje dziś trendy jedzeniowe i potrafi jednym filmem dać restauracji klientów na kilka miesięcy.

Książulo znalazł się w czarnej dupie, bo wszystko wali mu się na głowę jednocześnie. Jego własna publika nie przyjęła współpracy z otwartymi ramionami, a firma, z którą właśnie połączył markę Muala, mierzy się w tym samym czasie z potężnym kryzysem wizerunkowym i medialnymi materiałami, w których padają wyjątkowo ciężkie zarzuty.

Gorzej ten debiut naprawdę trudno było zaplanować.

Czytaj dalej

Felieton

Kurtyna opadła. W „Rhythm & Flow France” rap przestał być najważniejszy – felieton

Miało chodzić o rap, chodzi o sprzedaż.

Opublikowany

 

Przez

Rhythm and Flow France 5

Miało być o rapie, talencie i znalezieniu nowej gwiazdy. Tymczasem coraz bardziej wygląda to na casting do roli produktu, który po prostu dobrze się sprzeda. Nowy francuski sezon pokazał coś, czego wcześniej nie było widać tak wyraźnie: nie zawsze wygrywa ten, kto najlepiej rapuje czyli liczy się to, czy da się go sprzedać.

Minęło już trochę czasu, więc wydaje mi się, że większość z Was miała już okazję obejrzeć nowe wydanie Rhythm & Flow France 5. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, dlatego zapraszam Was do dyskusji w komentarzach. A na początek pozwolę sobie przedstawić swoje spostrzeżenia.

Kolejna odsłona, ale z inną energią

Rhythm & Flow France to kolejna odsłona bardzo popularnego formatu Netflixa, który doczekał się swoich wersji w wielu krajach. W Polsce również mieliśmy już okazję zobaczyć wersję tego programu. Francja była jednym z pionierów tego formatu. Tym razem w jury zasiedli SDM, Oli i Theodora Boss Lady – trzy osoby reprezentujące dość różne podejścia do rapu. Oli to przede wszystkim liryczna strona: słowo, warsztat, przekaz i umiejętność pisania. Theodora to z kolei znana francuska wokalistka, która przebiła się dzięki kilku hitom i viralowemu sukcesowi. To trochę ten dobrze znany schemat: artystka działająca wcześniej w undergroundzie nagle trafia na listy przebojów i zdobywa ogromną popularność dzięki jednemu dużemu singlowi. SDM to natomiast klasyka francuskiego hip-hopu i jeden z najpopularniejszych artystów we Francji. Wydaje się więc, że skład jury został skonstruowany tak, aby pokazać różne strony współczesnego rapu: liryzm i warsztat, doświadczenie w bardziej mainstreamowej produkcji oraz melodyjność i ten nowoczesny, viralowy element.

Gdzie się podział „represent”?

Od zawsze ten program opierał się na jednej bardzo starych zasadach: represent. Reprezentujesz swój rejon, swoją dzielnicę, swoich ludzi, swoje miasto, swój fyrtel. „I’m gonna put my city on a map” – również na rapowej mapie. Przynależność do konkretnego miejsca jest przecież jednym z fundamentów tej kultury. Szczególnie mocno widać to w Stanach, ale nie jest to wyłącznie amerykańska historia. Ten element był obecny również we Francji i w innych krajach. I właśnie dlatego w tym sezonie trochę mi tego zabrakło. Oczywiście między wierszami pojawiają się Paryż, Tuluza, Marsylia i inne miejsca. Nie mam jednak poczucia, żeby represent było tutaj mocnym motywem przewodnim. Co ciekawe, inne elementy, które wcześniej próbowały się przebić, ale były trochę przykrywane przez tę nadrzędną ideę „struggle”, tym razem wychodzą niestety na pierwszy plan. 

Liczy się tylko „full package”

W poprzednich sezonach bardzo mocno podkreślana była prezencja sceniczna. Mieliśmy też uczestników, przy których można było odnieść wrażenie, że wygląd, atrakcyjność i sposób prezentowania się miały nadzwyczajne znaczenie. I dotyczyło to nie tylko kobiet – mężczyźni również byli oceniani pod kątem tego, jak wyglądają i jaki mają outfit. W tym sezonie jeszcze mocniej widzę, jak ważne stało się to, jak łatwo się sprzedasz i czy da się na Tobie zbić masową pengę. Potencjał tzw. „full package” zawsze był w tym programie ważny. I got it, bo wiem, jak działa biznes muzyczny. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uniwersalność i sprzedażowość stają się ważniejsze niż to, co właściwie masz do powiedzenia lub kim jesteś. Kiedy zaczynam słuchać tekstów kolejnych uczestników, mam momentami wrażenie, że słyszę w kółko to samo (każdy z nich miał przynajmniej raz słowo Benz między wierszami, nie wiem czy to jakiś product placement narzucony od Netflixa?). Nudno.

Do tego dochodzą te same melodie, podobne rozwiązania hooks, adliby i autotune. Kolejne numery, które mają być chwytliwe, łatwe do zapamiętania i dobrze funkcjonować w streamingu, ale smakują jak zakalec. Francuski rap zawsze był bardzo melodyjny. Nie jest to dla mnie żadnym problemem. Tylko gdzie tutaj jest coś innowacyjnego? To jak ryby z taniej smażalni nad Bałtykiem niby świeże, ale smażone na starym oleju. Słucham francuskiego rapu od bardzo dawna. Jestem millenialsem, więc przeszłam przez naprawdę wiele jego etapów i nurtów. I absolutnie nie jestem osobą, która uważa, że wszystko, co stare, było lepsze. Wręcz przeciwnie – zawsze byłam bardzo otwarta na nowoczesną muzykę. Ale nawet przy całej tej otwartości mam czasami ochotę powiedzieć: ile można wałkować ciągle to samo? Zwłaszcza kiedy w niemal każdej piosence pojawia się jakieś „aha”, „eee”, „uuu” i podobne melodyjne wstawki. Mam to nucić następnego dnia? Co właściwie ma sprawić, że zapamiętam akurat tę osobę, skoro pięć innych brzmi bardzo podobnie? Oczywiście zdarzają się momenty, w których tekst naprawdę daje do myślenia. Szczególnie Mischa, który reprezentuje tę bardziej klasyczną, oldschoolową stronę rapu. On zresztą wielokrotnie podkreślał, że nie chce się sprzedawać, bronił się rękami i nogami.

I paradoksalnie właśnie on wydawał mi się lirycznie o poziom wyżej od wielu pozostałych uczestników. Jego ostatni występ naprawdę mi się podobał.

W tej edycji przetestowano też nowe, ciekawe zadanie, w którym artyści oraz uczestnicy wcześniejszych sezonów słuchali utworów i wybierali ten, który najbardziej do nich trafia. Wygrał numer, który był po prostu klubowym bangerem. Taki kawałek, który łatwo zanucić, przy którym można tańczyć przez cztery minuty i który od razu wpada w ucho. Tylko czy następnego dnia ktoś jeszcze będzie o nim pamiętał? I właśnie tutaj mam największy problem z tym sezonem. Nie mam wrażenia, że oglądam program o talencie. Mam raczej wrażenie, że oglądam poszukiwanie osoby, którą można najlepiej sprzedać. 

A gdzie są sami uczestnicy?

Od samego początku ten sezon nie potrafił mnie tak naprawdę wciągnąć.

Zaczęłam zauważać, że podczas oglądania sięgam po telefon i zaczynam scrollować. A to jest dla mnie dość nietypowe, bo jeżeli coś mnie naprawdę interesuje, potrafię się mocno skupić. Tutaj po prostu nie czułam więzi z uczestnikami. W poprzednich sezonach bardzo mocno eksponowano historie ich życia. Ktoś pochodził z biedy, ktoś wychowywał się w trudnych warunkach, ktoś stracił rodzica albo musiał utrzymywać rodzinę czy pomagać babci. I oczywiście – struggle od zawsze był częścią hip-hopu. Rap wyrósł z trudnych doświadczeń i z potrzeby opowiadania o rzeczywistości. Tylko że czasami miałam wrażenie, że ten struggle był wręcz dowodem na to, że ktoś „jest ziomem”, „jest represent” i „jest rapowy”. Hip- Hop to też są przecież duże pozory. Niestety.

W tym sezonie sytuacja jest dla mnie niemal odwrotna. Nie wiedziałam, kim są ci ludzie. Nie znałam ich story, ich motywacji, tego, skąd pochodzą i jaki jest ich ulubiony kolor.

Jedna z uczestniczek opowiedziała bardzo mocną historię – mówiła o tym, że wcześniej była prostytutką. I nagle pojawił się jakiś konkretny punkt zaczepienia, coś, co pozwoliło mi ją zapamiętać. O innych osobach dostawaliśmy pojedyncze informacje, czasami gdzieś między wierszami. Ale nadal brakowało mi tej więzi z nimi. I tutaj pojawia się paradoks. W poprzednich sezonach było tego momentami za dużo: „ja też mam struggle, ten ma struggle, ta jest niezrozumiana, i on też”. Tutaj mamy niemal odwrotnie – brak backgroundu. I żaden z tych skrajnych modeli nie działa na mnie do końca.

Czy to jeszcze jest program o rapie?

Mam wrażenie, że w tym sezonie opadła pewna fałszywa kurtyna. Taka lekka zasłona hipokryzji dotycząca tego, o czym to show tak naprawdę jest. Oficjalnie mamy program o rapie. O znalezieniu rapstara, najlepszej osoby, która ma największy potencjał, aby być artystą. Tylko że z sezonu na sezon coraz mniej jest w tym Hip-Hopu. Kiedyś mieliśmy bitwy rapowe, więcej improwizacji, więcej sytuacji, w których trzeba było rzeczywiście pokazać, co potrafisz. Teraz wiele rzeczy wydaje się wcześniej przygotowanych. Mamy napisane teksty, przygotowane występy, mentorów i konkretne zadania. Sami trenerzy to zresztą bardzo liryczni millenialsi. I teraz pojawia się pytanie: czy nowe pokolenie rzeczywiście umie rapować i rozumie w ogóle ideę tego nurtu? Mischa potrafił. Był znany z open miców, potrafił pisać, miał warsztat. Tylko może właśnie to już nie wystarcza. Bo jeśli nie potrafisz się sprzedać, to czy masz jeszcze szansę wygrać taki program?

Francja kontra Włochy

Niedawno oglądałam również włoską wersję programu i tutaj miałam zupełnie inne odczucia. Włosi nadal mają w sobie rap. Cały czas czuję tam ogromne przywiązanie do liryzmu, do słowa i do tego, czym rap był u swoich podstaw. Za tymi wartościami stoi juror Fabri Fibra oraz Geolier. I właśnie dlatego kontrast z francuskim sezonem jest dla mnie tak interesujący. Nie chodzi mi o to, że oldschool jest z definicji lepszy. Absolutnie nie. Lubię nowoczesne rzeczy. Jaram się kiedy muzyka się zmienia i idzie do przodu. Tylko chciałabym, żeby wraz z tą nowoczesnością szła w parze jakaś własna tożsamość.

I co dalej?

I chyba właśnie z tym pytaniem zostałam po tym sezonie. Czy mam się cieszyć, że ta kurtyna w końcu opadła i możemy zobaczyć, o co w tym programie naprawdę chodzi? Czy raczej martwić się, że z każdym kolejnym sezonem jest w nim coraz mniej Hip-Hopu? Jestem bardzo ciekawa, jak Wy to odebraliście. Piszcie w komentarzach. 

Amanda aka @goldiethebossy

Czytaj dalej

Felieton

Trueman robi biznes na Fagacie. To już Sentino ma więcej przyzwoitości – felieton

Tak się monetyzuje upadek Fagaty.

Opublikowany

 

trueman fagata

Fagata znalazła się na dnie dna, a może nawet jeszcze puka od spodu, ale Trueman najwyraźniej uznał, że nawet na takim pożarze można jeszcze coś ugotować.

Historia wspólnej EP-ki Fagaty i Sentino zrobiła się absurdalna na kilku poziomach. Sentino, który według pojawiającej się wersji wydarzeń miał zostać namówiony przez management Maty na nagranie materiału z influencerką, ostatecznie się z projektu wycofał. Gdy tylko dowiedział się, w jakiej chorej sytuacji się znalazł. Zaczął się od niej publicznie odcinać i określać ją nawet mianem „patoinfluencerki”.

Projekt jednak nie umarł. Trafił do Truemana.

Trueman zobaczył kryzys. I liczby

I tu zaczyna się właściwa część tej gównianej historii. Trueman doskonale zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie Fagata. Sam przyznał w jednej z relacji, że doskonale wie o aktualnej „sytuacji pijarowej”. Nie mamy więc do czynienia z człowiekiem, który przespał ostatnie tygodnie i przypadkiem obudził się z gotową EP-ką w rękach. Kupił ją, bo jest pewien, że na niej zarobi.

Obecnie wspólnie z Fagatą promuje materiał nagrany z Sentino. Są rolki, jest wspólne ciśnięcie z promocją i oczywiście są liczby. Kiedy jeden z numerów zaczął łapać zasięgi na TikToku, Trueman pochwalił się: „Wampirzyca viraluje”.

Tylko że właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, gdzie kończą się wszystkie piękne opowieści o „wartościach”, „społeczności” i „budowaniu czegoś większego”, a zaczyna zwykłe zarabianie na kurestwie.

Fagata potrzebuje koła ratunkowego

Dla Fagaty ta współpraca jest wyjątkowo cenna. Po ostatnich aferach jej wizerunek jest w jeszcze ciemniejszej dupie niż był kiedykolwiek, więc każdy większy projekt muzyczny może być dla niej próbą wyjścia z okrężnicy i przeniesienia uwagi z kontrowersji z powrotem na muzykę. Bo tylko to jej zostało – zarabianie na streamingu. Marki już nie wejdą we współpracę z takim „gorącym kartoflem”, koncerty też na ten moment nie wchodzą w grę, ale patrząc na nasze społeczeństwo, nie jest to wykluczone w przyszłości.

I właśnie tutaj pojawia się Trueman ze swoim całym scamerskim zapleczem, promocją i materiałem z Sentino odkupionym za judaszowe srebrniki.

Może więc zostać jednym z ludzi, którzy pomogą jej wrócić do większego obiegu. Nie dlatego, że nagle wszyscy zapomnieli, co wydarzyło się wcześniej, tylko dlatego, że głupiutkie TikTokerki mają pamięć złotej rybki, kiedy na ekranie pojawia się kolejny viral.

TikTok nie ma sumienia. Algorytm nie pyta, czy ktoś jest właśnie w największym kryzysie swojej kariery. Widzi odsłony, komentarze i watch time. A biznesmeni pokroju Truemana doskonale wiedzą, jak to wykorzystać.

Sentino nagle wygląda przy tym jak człowiek z zasadami

Najbardziej groteskowe w całej sytuacji jest jednak coś innego. Sentino zaczyna tutaj wyglądać jak ten bardziej przyzwoity.

Tak, Sebastian Enrique Alvarez Pałucki.

Człowiek, którego relacje biznesowe i konflikty przez lata mogłyby spokojnie dostać własny sitcom pokroju „Świata Według Kiepskich”, ale w najbardziej rynsztokowym wydaniu – uznał w pewnym momencie, że z Fagatą nie chce być dalej kojarzony. Odciął się od projektu i zaczął mówić o niej w kompletnie innym tonie.

Można oczywiście zapytać, ile w tym było zasad, a ile zwyczajnej kalkulacji wizerunkowej. I byłoby to bardzo dobre pytanie.

Tyle że Trueman nawet nie próbuje udawać, że problemu nie widzi. Wie, jaka jest „sytuacja pijarowa”, ale jednocześnie patrzy na TikToka i cieszy się, że „Wampirzyca viraluje”.

To jest wręcz podręcznikowe podejście: byle licznik się kręcił.

Fagata tonie, Trueman odpala kalkulator

I chyba właśnie dlatego cała historia tak dobrze pasuje do Truemana i projektu BNP, wokół którego od dawna nie brakuje kontrowersji i różnego rodzaju zarzutów.

Można godzinami opowiadać o biznesie, przedsiębiorczości, zasięgach i skuteczności. Można pokazywać wykresy, wyniki i milionowe odsłony. Tylko czasami warto zadać sobie banalnie proste pytanie: czy jest jakaś granica, przy której pieniądze i wyświetlenia przestają być najważniejsze?

Bo jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to przynajmniej nazwijmy rzeczy po imieniu. Monetyzowanie dna i zarabianie na moralnym bagnie nie jest fajne.

Czytaj dalej

Felieton

Prezydent Mata 2040 poległ przy pierwszym kryzysie z Fagatą – felieton

Wciąż kalkuluje, że Fagata będzie w stanie wrócić? Zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Opublikowany

 

mata fagata

Prezydent 2040? Na razie problemem okazuje się wydanie prostego oświadczenia dotyczącego własnej wytwórni.

Fagata jest obecnie jedną z najbardziej toksycznych marketingowo postaci polskiego internetu. Współpraca z nią zamiast zasięgów może przynieść przede wszystkim lawinę komentarzy i konieczność tłumaczenia się przed własnymi odbiorcami. Tymczasem raper, który zrobił bardzo dużo, żeby legitymizować ją na scenie muzycznej, konsekwentnie milczy.

Tym człowiekiem jest Mata. I właśnie to milczenie zaczyna być coraz bardziej wymowne.

Mata pomógł zrobić z Fagaty raperkę

Nie mówimy przecież o raperze, który zrobił z Fagatą jeden numer, przybił piątkę za kulisami i poszedł dalej. Mata otworzył przed nią drzwi do mainstreamu muzycznego świata. Wziął ją do wytwórni, promował i dał przestrzeń podczas największego koncertu w swojej dotychczasowej karierze – na Stadionie Narodowym.

To była potężna pieczątka.

Można było śmiać się z muzycznej kariery Fagaty, można było traktować ją jak internetową ciekawostkę, ale kiedy jeden z największych polskich raperów swojego pokolenia bierze taką osobę pod skrzydła, sytuacja się zmienia.

Mata pomógł Fagacie dostać coś znacznie cenniejszego niż wyświetlenia – wiarygodność w środowisku i u młodych słuchaczy, którzy jak gąbka chłonął to, co powie ich idol.

Dzisiaj trudno udawać więc, że temat Fagaty nie dotyczy Młodego Matczaka.

Wszyscy uciekają. U Maty cisza

Skala internetowego cancelu Fagaty jest gigantyczna. Marki i osoby kojarzone z nią momentalnie dostają rykoszetem. Natalisa usunęła wspólne zdjęcia z c*pką spod Konina i według medialnych doniesień odcięła się od tej relacji. Sentino ogłosił wspólną EP-kę z Fagatą, a kilka godzin później zapowiedź zniknęła z jego sociali po wpływem krytyki.

Fagata stała się wizerunkowo niewygodna. I właśnie dlatego cisza Maty tak mocno rzuca się w oczy.

Bo gdzie jest teraz człowiek, który jeszcze niedawno chciał łamać „każde tabu”? Gdzie jest kandydat na prezydenta 2040, który kreuje się na głos swojego pokolenia i lubi komentować rzeczywistość po swojemu? Przecież tutaj nie potrzeba orędzia do narodu transmitowanego przez wszystkie telewizje.

Wystarczy kilka zdań:

„Fagata nie jest już częścią mojej wytwórni”.

Albo odwrotnie:

„Fagata pozostaje w mojej wytwórni i nadal będziemy razem pracować”.

Tyle.

Przyszły prezydent wykłada się… na Fagacie

I tutaj robi się naprawdę zabawnie.

Mata od lat buduje wokół siebie postać większą niż zwykły raper. Były polityczne deklaracje, była wizja kandydowania na prezydenta w 2040 roku, były społeczne manifesty i wizerunek gościa, który chce coś zmieniać albo nawet wywracać stolik.

Tylko że łatwo wywracać stolik, kiedy samemu wybiera się moment.

Odcięcie się od Fagaty oznaczałoby przyznanie, że projekt, w który Mata osobiście inwestował swój wizerunek, okazał się problemem. Pozostawienie jej w wytwórni oznaczałoby z kolei konieczność wzięcia na klatę krytyki, która prawdopodobnie spadłaby również na niego.

Najwygodniejsza pozostaje więc trzecia opcja. Cisza.

Tylko że od kogoś, kto chce być traktowany jak głos pokolenia, można wymagać trochę więcej niż przeczekiwania burzy.

Kandydat na prezydenta sprawdza kierunek wiatru?

Co ciekawe, Mata kilka dni temu sam wrzucił komunikat, który łatwo można połączyć z obecną sytuacją.

– Pomału przerzedzają się szeregi mojej wytwórni – niektórzy artyści są gotowi by iść własną drogą, a inni zabłądzili i nie chcą iść tą którą wyznaczam. Pora wrócić do korzeni – napisał.

Brzmi tajemniczo, a nawet poważnie. Tylko co z tego właściwie wynika? Młody Matczak w ten sposób wybadał grunt, rzucił enigmatyczne zdanie i zostawił sobie otwarte wszystkie furtki.

Sprytne PR-owo.

I tu dochodzimy do najważniejszego pytania. Na co czeka wytwórnia Maty? Aż sytuacja trochę przycichnie? Aż okaże się, czy Fagata jest w stanie odbudować swój wizerunek i ponownie generować liczby bez gigantycznej fali krytyki? Bo z zewnątrz zaczyna to wyglądać właśnie jak kalkulacja.

Jeżeli Fagata jest dla wytwórni skończonym projektem, można powiedzieć to dzisiaj. Jeżeli nadal jest jej artystką i Mata chce ją wspierać, również można powiedzieć to dzisiaj Panie Michale.

Czytaj dalej

Felieton

Oki wpadł we własne sidła? Niewygodne fakty po beefie z Kinnym Zimmerem – felieton

Hipokryta, który rzuca słowa na wiatr?

Opublikowany

 

oki kinny zimmer kto wygrał beef

W czasie beefu z Kinnym Zimmerem Oki punktował rywala za współprace reklamowe i stawiał ultimatum organizatorowi Rap Stacji. Dziś oba te wątki wracają jak bumerang.

Kinny trafił w punkt? Tymbark potwierdza jego wersy

Jeszcze kilka miesięcy temu Oki celował w Kinny’ego Zimmera z ciężkimi argumentami. Jednym z najgłośniejszych zarzutów było rzekome sprzedawanie każdego numeru sponsorom.

„Dziękują mi Twoi fani – pierwszy track bez lokowania” – nawijał Oki, sugerując, że jego przeciwnik nie potrafi funkcjonować bez reklamowych współprac.

Dziś ten fragment wraca niczym bumerang. W klipie promującym „REKLAMACJA’47: CD1” można było zauważyć charakterystyczną niebieską butelkę Tymbarka. Już wtedy informowaliśmy, że za obecnością produktu może stać szersza współpraca. Teraz sprawa została oficjalnie potwierdzona. Do sklepów trafiły napoje Tymbark sygnowane ksywką Okiego o smaku kwaśnego jabłka.

tymbark oki

W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają wersy Kinny’ego Zimmera: „Na filmie do płyty lokujesz Tymbarka. Jak okaże się że macie deala, pęknie twoja bańka” – rapował.

Patrząc na rozwój wydarzeń, trudno nie zauważyć, że przewidywania Kinny’ego okazały się trafione.

Oki postawił ultimatum. Rap Stacja go zweryfikowała

To jednak niejedyny temat, który wraca przy okazji tamtego konfliktu. W trakcie beefu głośno było również o Rap Stacji. Oki szantażował Waldiego, organizatora festiwalu, że jeśli w line-upie pojawi się Kinny Zimmer, to on sam nie wystąpi.

Ostatecznie rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje. W składzie imprezy znaleźli się obaj raperzy, a zapowiadane ultimatum nie zostało zrealizowane. Trudno więc pogodzić takie działania z wizerunkiem rapera, który podczas beefu tak chętnie rozliczał innych z autentyczności i konsekwencji.

Czy Oki przegrał beef?

To już kwestia indywidualnej oceny słuchaczy. Nie zmienia to jednak faktu, że zarzuty dotyczące hipokryzji i braku konsekwencji wracają do Okiego ze zdwojoną siłą, a jego przeciwnik nie zaliczył w trakcie beefu równie głośnych wpadek. Gdyby konflikt trwał dłużej, lista podobnych tematów mogłaby być jeszcze dłuższa.

Tym razem uznania w kierunku Okiego nie będzie ani słowem, ani oczami.

Czytaj dalej

Popularne

Copyright © Łukasz Kazek dla GlamRap.pl 2011-2026.
(Ta strona może używać Cookies, przeglądanie jej to zgoda na ich używanie.)

error: